Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 5

Zgromadziliśmy się w domu spotkań, wielkim budynku o jednym, przestronnym pomieszczeniu z ogromnym ogniskiem pośrodku. Siedzieliśmy w kółku o twarzach niepewnych i skupionych, dym szczypał oczy, lecz nikomu to nie przeszkadzało, sprawy wyglądały zbyt poważnie, by zwracać uwagę na drobnostki.
— Powtórz jeszcze raz to, co przed chwilą powiedziałeś. — Zwróciłem się do posłańca, młodego chłopca, którego przysłała Kira. Trochę to zabrało, nim zebrała się cała potrzebna grupa. — Teraz wszyscy są.
— Czerwoni rozbili obóz na bagnach. Nie jest ich dużo, ale przedstawiają sporą siłę. Mają maga ziemi, który utwardził powierzchnie, zbudowali również drewniane ogrodzenie, na którym patrolują uzbrojeni strażnicy. Kira stwierdziła, że czekają na posiłki.
— Tylko nie mów, że była w obozowisku wroga? — spytałem, choć odpowiedź dobrze znałem.
— Wykazała się odwagą i zręcznością — odpowiedział dumnie. — Jak córka nocy przeniknęła na wrogi teren i wróciła bezpiecznie z nowymi informacjami.
Po ludzkiej stronie córka nocy miałaby zupełnie inne określenie, jedna nazwa, a dwa znaczenia. Świat bywa dziwny.
— Mam nadzieję, że tylko szpiegowała, a nie zabiła kogoś... Jeśli stracili choćby człowieka, będą znacznie ostrożniejsi.
— Nawet złe duchy nie dostrzegłyby ją. — Spojrzał na mnie, jakbym tym stwierdzeniem obraził Kirę. Jeden ze starszych pojedynczym uderzeniem w tył głowy, przywołał go do porządku. — Wróg zgromadził olbrzymie zapasy amunicji i jedzenia, znacznie więcej, niż załoga potrzebuje. — Jego wzrok spoczął na ognisku. Po reprymendzie było mu wstyd.
— Albo szykują się na dłuższy kwaterunek. Tak czy siak, nie możemy sobie pozwolić na ich obecność. Zdążyli zniszczyć parę plemion, przetrzebili parę watah, to akurat jest plusem, zapewne, gdyby nie ponieśli znaczących strat, kontynuowaliby swoje cele. Kluczem jest to, by zlikwidować ich przed nadejściem uzupełnień, co o tym sądzicie? — Rozejrzałem się po pozostałych.
— Obecność czerwonych źle wpływa na duchy i naturę — odpowiedział po chwili Silva. — Nie wiemy również, jaki jest ich prawdziwy powód opuszczenia bezpiecznej strony muru.
— Zabić ich! Zabić — odezwały się głosy innych.
— Jest jeszcze jedna ważna kwestia. — Jednym gestem uciszyłem krzyczących. — Jakim cudem znaleźli dobre miejsce i jak posiłki znajdą drogę do ich bazy?
— Istnieją pewne plotki, choć nie potwierdzone. — Wtrącił się jeden z ludzi Aresa, który pozostał w wiosce z uwagi na chorą żonę. — Bagna to labirynt ścieżek i pułapek, ale żyje tam plemię mięsożernych żab, traktujące te złudne tereny, jak własną sadzawkę. Wydobywają ciała zwierząt i nieszczęśników, po czym zjadają je. Z racji, że teren jest duży, a ci bestioludzie żerują na umarłych, to nikt nie wie, czy jest to prawda.
— Tylko, czy czerwoni zniżyliby się do współpracy z nimi? Raczej nie da się pracować z kimś, kto na twój widok kładzie dłoń na mieczu, a w jego oczach błyszczy nienawiść. — Zagadki, zagadki, ciągłe zagadki.
— Jeśli interesuje ich tylko jedzenie i nie posiadają zbyt wielkiej inteligencji, to co im to szkodzi? — rzekł lew obok mnie. — Nie każde plemię posiada honor, czy mocne zasady. Istnieją przecież watahy, żyjące dla pożywienia i rozmnażania się. Żadni mądrzy bestioludzie nie wejdą w układ z czerwonymi, ale ci naiwni i prymitywni, raczej tak.
— No dobrze, ale co z takimi zrobić? Nie starczyłoby nam ludzi i czasu, by ich znaleźć. — Perspektywa podziału naszych sił na trzy części, nie napawała optymizmem.
— Nie musimy z nimi nic robić. Pewne jest to, że tamto plemię żyje tam od wieków, plotki o nich są od setek lat. Jak zlikwidujemy czerwonych, wrócą do swojego życia. W naturze wszystko w końcu wraca do pierwotnego stanu. — Silva w spokoju palił swoją fajkę.
— Skąd ta pewność?
— Nie mam jej. Możemy oczywiście wysłać zwiad, ale czy cokolwiek znajdą, albo – co gorsza – w ogóle wrócą? Bagna pełne są niebezpiecznych mutantów, dodatkowo łatwo wpaść w grzęzawisko.
     Zapadła cisza. Wszyscy intensywnie rozmyślali nad wyjściem z tej sytuacji. Nie ulegało wątpliwości, że baza Inkwizycji musi zostać zniszczona, reszta była sporna. Zapatrzony w tańczący płomień, odpływałem w głąb swej duszy, szukając odpowiedzi. Powoli i metodycznie skreślałem każdą z dostępnych ścieżek. Nie znalazłem tej bez żadnego ryzyka. Widocznie tylko śmierć jest łatwa.
— Samym siedzeniem nic nie zrobimy — odezwałem się po chwili. — Skupmy siły na plemieniu z bagien. Wiemy, że współpracują z czerwonymi, inaczej nie byłoby bazy i regularnych patroli z niej. Pytanie tylko, co z nimi zrobić? Moim zdaniem powinniśmy zrobić tak, jak mówi nasz szaman. Jesteśmy Konfederacją, zbiorem różnych plemion, mamy łączyć bestioludzi, a nie zabijać się nawzajem. Problemem są ci zza muru. — Kiedy nauczyłem się mówić o swojej rasie "oni"? Nawet tego nie zauważyłem. — Po ich usunięciu będziemy musieli się skupić na drugiej ważnej sprawie. Jak wiecie Prof... mędrzec skonstruował nam broń, która wyrówna szansę. Może nam dostarczyć jeszcze większą przewagę, ale potrzebujemy mocniejszego materiału...
— Chcesz udać się w poszukiwaniu smoczego plemienia, czyż nie? — Odezwał się najstarszy z naszego zgromadzenia. Nazywał się Szybka Śmierć, przysłany z wilczego plemienia. Posiadał obszerną wiedzę i różnił się od innych ze swojego gatunku. Przez te różnice dochodziło wielokrotnie do kłótni między nim a resztą wilczego plemienia. Stał się więc podarunkiem-wygnańcem.
— Przecież to bajka dla dzieci — rzucił jeden z młodzików.
— Niezwykle inteligentne, a zarazem próżne. Wszechpotężne w sile, a słabi w swych żądzach. Władcy ognia żywiołów, zdolni tworzyć niesamowite rzeczy z metalu, stworzonego przez siebie. Mityczne smocze plemię, niegdyś liczne, a teraz wymarłe. — Spojrzał na mnie zmęczonymi oczyma. — Jednak ty twierdzisz, że nadal żyją.
— Mędrzec mi o tym powiedział. — Dobry pomysł zaczął wydawać się głupi, gdy spojrzałem na miny zgromadzonych. — Chcecie wysłuchać, co ma do powiedzenia?
— Nie obawiaj się, wodzu. Nie zamierzałem gasić twojego entuzjazmu, czy zaprzeczyć czemukolwiek. —Wstał i opierając się na drewnianej lasce, dorzucił drwa do ognia. — Wieki minęły, odkąd słyszałem o tych paskudach. Żyję już długo na tym świecie, mając w pamięci starego Srebrnego Lupusa, który wraz z innymi stworzył w młodości podstawy naszej rasy, ale nie o pradawną przeszłość mi chodzi. Będąc młodym głupcem, zapuszczałem się w różne regiony, nie bacząc na niebezpieczeństwa. Przejdę jednak do sedna, bo odszedłem ponownie od tematu. Smoki istnieją, ale są nikczemne i aroganckie. Biada ci wodzu, jeśli je zlekceważysz lub uznasz, że przeciągnąłeś je na własną stronę. Kochają tylko błyszczące kamienie i złoto, mimo to zachęcam, byś zaczął kolejną podróż. Każda istota nabiera doświadczenia, przechodząc przez różne sytuacje. Jesteś jeszcze młody, wodzu, choć z umysłem prężnym i bystrym. Zapewne po rozwiązaniu najważniejszego problemu, nikt z wioski nie stanie ci na drodze.
— Dziękuję za twoje słowa, Szybka Śmierć. Czas przejść do działań, ględzenie zostawmy dzieciom i starcom. Posłaniec wróci do Kiry i przekaże jej, by zaczęli nękać obsadę garnizonu wszelakimi sposobami, uniemożliwiając spokojny sen, czy też odpoczynek. Odbierając im spokój i logiczne myślenie, sprawimy, że zniszczenie tego fortu stanie się dziecinnie proste. Ktoś jest przeciw? — spytałem, lecz odpowiedziała mi cisza. Milczenie sygnalizowało niemą zgodę. Musiałem jeszcze zmienić podejście Kordelii do nas, to kluczowa postać naszej przyszłej wyprawy. Nie będzie to łatwe zadanie, oby Kirze poszło lepiej.

2 komentarze

 
  • shakadap

    shakadap · 3 lis 2019

    Brawo! Świetna robota.
    Pozdrawiam i pwodzenia

  • emeryt

    emeryt · 2 lis 2019 · 202091556

    Za ten odcinek również bardzo serdecznie dziękuję. Przesyłam pozdrowienia.