Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 35

Każdy oddech przypominał podnoszenie piersią ogromnego głazu, nawet nie próbowała sprawdzać innych ran... Wiedziała, że jej stan był ciężki i złamanie otwarte, czy też zamknięte nie robiło różnicy. Spojrzała na oprawce, lecz ten nie uczynił najmniejszego ruchu. Po chwili znikł, a właściwie rozpadł się. Dlaczego nie dokończył? Dlaczego nadal żyje? Czy to jakaś makabryczna zabawa?? Pytania, niczym króliki mknęły po głowie, zwiększając coraz to bardziej swoją liczebność.
     Kira spróbowała wstać, lecz z głośnym pluskiem wróciła do wody, ból z sadystyczną pasją zmuszał do uległości. Gdyby tylko miała zioła, czy choćby miksturę... Rany goiły się, jednak zbyt wolno, nawet jak na standardy bestioludzi. Wciąż nie odgadła schematu działania potwora, którego poczynania przeczyły wszelkiej logice. Na dodatek zaraz skończy się jej mana, a co za tym idzie, wróci do naturalnej postaci. Jeszcze tego brakowało, by straciła zdrowy rozsądek i jasność myślenia. „Zaraz, zaraz”, pomyślała, gdy przypomniała sobie o jednym, niespodziewanym plusie. Będąc w tej formie, uzyska zdolność pochłaniania many z natury, a regeneracja wzrośnie kilkukrotnie. Nie miała nic do stracenia.
     Rozluźniła wewnętrzne kajdany, zostawiając tylko ostatnie więzy, zmuszające bestię do zostania w środku. Momentalnie jej skóra zaczęła parować, kości łączyć się, a wzrok wrócił do normy. Jednocześnie poczuła nieodpartą chęć do zabijania, nie była silna, lecz znacząco wpływała na postrzeganie rzeczywistości. Powoli stanęła na nogi, po czym spojrzała na dłonie. Gładkie ciało spowiła sierść, a z palców wystawały pazury. Nostalgiczny widok... Konfederacja wybrała jasne myślenie i praktyczny wygląd, kosztem znaczącego zmniejszenia przywiązania do natury i utraty ogromnej potęgi. Lwicy brakowało tego poczucia mocy, możliwości rozerwania ciała jednym pociągnięciem dłoni, ostrej woni krwi drażniącej wyczulone zmysły. Rola drapieżnika, bez zbędnego myślenia, tylko i wyłącznie instynkty.
     Wzmocniony zapach otoczenia niemal otumanił spragnione zmysły, lecz nie była to pora na ekscytacje przyrodą. Gdzieś tu siedział wróg, którego musiała zabić. Ślepia zaczęły szukać potwora albo choćby śladu jego obecności. Niestety dostawała tylko sprzeczne informacje... Tak jakby znajdował się wszędzie. Zaczęła biec w kierunku drzew, wiatr delikatnie czesał jej włosy, a sztuczne słońce, nigdy nie zachodzące, oświetlało doskonale całą scenerię. Idealny dzień na polowanie i pozyskanie zdobyczy... Może nawet uda się po wygranej walce wyrżnąć w pień każdego mieszkańca tego miasta? Włącznie z tą nadętą czarodziejką.
     Stare przysłowie mówi: „Nie dziel skóry na jeszcze nieupolowanym niedźwiedziu”, los lubi podkreślać dawne mądrości. Kira zauroczona dawnym stanem i przeświadczona o własnym zwycięstwie zupełnie zapomniała o ostrożności, szczególnie tak potrzebnej, gdy mierzy się z tak potężnym wrogiem. Ogromny kamulec poszybował prosto w jej plecy. Jęknęła głośno, lecz nadal stała prosto, tylko jej wzrok wściekle szukał napastnika.  
     Bez skutku. Kopnięciem rozbiła kolejny pocisk, następny dłonią i tak trzeci, czwarty... Wprawdzie zmniejszała ich rozmiary, jednak przybywało tych mniejszych. W końcu nie nadążała. Z każdym bólem, z każdym trafieniem jej wściekłość wraz z irytacją rosła. „Dlaczego nie mogę poradzić sobie z kupą kamieni?”, zdanie raz za razem wypalało się w jej głowie.
     Potrzebowała więcej mocy, w tej gonitwie nawet nie pomyślała, by użyć many. Gniew był i będzie zasłoną logicznego myślenia, ciemnością przysłaniającą logikę oraz wszelkie zasady. Teraz pokonanie tego czegoś stanowiło sprawę osobistą. Zdjęła ostatnie kajdany prymitywnego "ego". Jej kończyny wydłużyły się, a postać zwiększyła swoją wielkość kilkukrotnie. Twarz przestała przypominać ludzką, a z gardła popłynął warkot. Jednym ruchem łapy zaczęła niszczyć drzewa, kolejny znacząco zmieniły otoczenie. Słońce momentalnie znikło, a sztuczne niebo zasnuły ciemne chmury, z których zaczął padać deszcz, a pojedyncze gromy rozświetlały krajobraz. Echo poniosło krzyk ni to ludzki, ni to zwierzęcy, a ziemia zaczęła drżeć. Potwór przypominał kolosa, większego dwukrotnie, albo nawet kilkukrotnie od potężnej lwicy. Jego klejnot w tułowiu zmatowiał i przybrał czarną barwę.
     Ognistowłosa skoczyła ku niemu, chcąc zębami przegryźć gardło. Głupota godna bezmózgiej bestii niż prawdziwego drapieżnika. Z okrzykiem bólu odskoczyła od golema, kły o niesamowitej wytrzymałości nawet się nie złamały. Przynajmniej uniknęła bolesnej nauczki, o czym nie będzie wiedziała, gdy będzie po wszystkim. Wszystko zlało się w jedno i jednym była, zabić, zabić. Cel oraz całość istnienia.
     Zaryczała głośno, tak że drzewa ugięły się od potęgi, a ziemia zadrżała, jakby od uderzenia giganta. Następnie mocnym atakiem roztrzaskała kamiennego stwora. Machnęła ogonem w geście tryumfu i wzrokiem zaczęła szukać kolejnego celu, lecz wokół była tylko pustka. Po pięknym krajobrazie pozostała tylko zryta ziemia, połamane konary i wszechobecna cisza. Do przytłoczonego umysłu w końcu dotarło, że pragnąc aż tak bardzo zwycięstwa, pogrążyła się w szale i dzikości.
     Zaczęła wracać do pół ludzkiej formy, niestety many nie starczyło do ukrycia odstających uszu i długiego ogona. Jednak nie zaprzątało to w ogóle Kiry, właśnie w tym momencie znienawidziła samą siebie. W swym szaleństwie zniszczyła to, za czym tak bardzo tęskniła... Czym teraz różniła się od ludzi?
— Dobra robota, choć na mój gust zbyt mało finezyjna... — Przez niewidoczne przejście wkroczyła Ismira, obojętnie obserwując stan ogrodu.
— Nie poszło tak, jak chciałam. — Ciężko upadła na zimny grunt. Kilkukrotna przemiana znacząco obciążyły organizm. Każdy jej mięsień wołał z bólu, w tym momencie była zdana na los. O jakiejkolwiek obronie mogłaby tylko pomarzyć. — Nie zabiłam go, prawda?
— Nie da się zabić czegoś, co istnieje wszędzie. — Tuż za czarodziejką pojawił się skalny potwór, lecz jej nie zaatakował. Nawet kamień w zimnym tułowiu promieniał błękitnie jakby spokojnie. — To strażnik naszego rodu, a zarazem nauczyciel. Nie odpowie ci na żadne pytanie i może zabić, ale skutecznie wytrenował wielu dziedziców, kilku też pozbawił życia... Taki drobiazg, niewart wspomnienia.
— Wiesz, że nie będę twoją dziedziczką? — odpowiedziała zmęczonym głosem. — To właśnie po to mnie tu skierowałaś...
— Nie to było moim zamiarem... Nie wspominając o tym, że jesteś zbyt stara... Na „córkę” wybieramy dziewczynkę w wieku ośmiu, dziewięciu lat. — Pozwoliła żołnierzom przełożyć lwicę na nosze.
— Myślałam, że rozmnażacie się, jak my.
— To prawda, lecz za władanie ogromną mocą lodu mój ród zapłacił... płaci dużą cenę. — Powoli opuścili ogród, który na przekór wszystkiemu zaczął wracać do pierwotnej, przepięknej formy. — Nie ma potęgi bez poświecenia. Można też iść na skróty, szukając ścieżek tak mrocznych, że trudno je odnaleźć pośrodku ciemności.
— Ryzyko niewarte zachodu... — odszepnęła, gdy sen zamykał jej oczy.
— Czasem trzeba je podjąć, by zyskać tak bardzo upragnione szczęście...
Lwica miała wrażenie, że w głosie Ismiry brzmiał smutek. Pytanie, dlaczego musiało zaczekać. Sen ponownie pokazał swoją władzę, narzucając jedno rozwiązanie.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 1343 słów i 7741 znaków. Tagi: #fantastyka #fantasy #magia #przygodowe #Mur

3 komentarze

 
  • Aaaaa

    Kiedy kolejna część? Czekam z niecierpliwością

  • shakadap

    Brawo!
    Świetny rozdział.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz

  • emeryt

    Bardzo dobre, daje kopa na dalszą część dnia. Pozdrawiam i dziękuję.

  • krajew34

    @emeryt dzięki za wizytę i komentarz