Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 34

Pierwszy raz od wielu dni nie zaznała koszmarów, pojawiających się od jakiegoś czasu. Nie widziała płonącej wioski i licznych trupów w kałuży krwi, tak bardzo widocznej w ciemnej nocy przy łunie szalejącego żywiołu. Nie spoglądała na swoje odbicie odziane w piękne szaty, szatańskim uśmiechem obdarowując zakrwawionego, pełnego ran Shadowa, upadającego za jej plecami. A były to nieliczne obrazy z wyśnionych wielu.
     Tym razem jednak zmęczenie zabrało wszelkie troski i zniosło jarzmo, nałożone z własnej woli, czy też głupoty. Pytania o słuszny wybór padały bardzo często w jej głowie. Wyczerpanie to największe lekarstwo na koszmary i strach. Właśnie, kiedy ostatni raz przejmowała się czymkolwiek? Kiedy obawa o kogoś przesłaniała próby zrobienia czegokolwiek? Nigdy nie doszło do takiej sytuacji... aż do tych dni. Sama musiała przyznać, że z mężem i resztą łączyło ją naprawdę wiele, być może zbyt wiele. Idealny słaby punkt do wykorzystania przez wroga.
     Mimo to tego poranka nadal czysty umysł, jeszcze niezajęty przez nadgorliwe myśli i troski, pełny był czegoś innego. Wizja pięknego ogrodu z pozoru zachęcającego do wizyty swoim pięknem i urojoną słodyczą, który mógł i stanowił pułapkę z niewiadomym zagrożeniem, sprawiała, że przechodziły ją dreszcze. Wyzwanie, widmo szybkiej śmierci, wróg przeważający nad nią w każdym stopniu... Tak tego jej brakowało. Walka, która albo będzie jej ostatnią, albo doprowadzi ją do wzrostu poziomu umiejętności. Tu nie było nad czym debatować. Wybór prosty, bez żadnych haczyków.
— Zaprowadź mnie do tego ogrodu — rzuciła do Matyldy, gdy słudzy wnosili śniadanie na stół.
— Panienka raczy żartować... — odpowiedziała z trudem tłumiąc irytacje. — Nie można opuścić najważniejszego posiłku dnia.
— Będziemy się kłócić, czy zmarnujemy czas, by zakończyć to moim zwycięstwem i twoją rezygnacją?
— Prędzej osioł przyjąłby mądre rady niż ty... — Nie dodała „panienko”, widać nawet taka osoba, jak Matylda potrafiła okazywać emocje. Służka kiwnęła dłonią na innych, by zaprzestali podawania, a sama wskazała głową, by lwica ruszyła za nią. — Powstrzymam się od wszelakiej pomocy... — ciągnęła, gdy powoli, długimi korytarzami i licznymi schodami schodzili coraz to bardziej w dół. — Mam wrażenie, że tylko Pani Ismira mogłaby panienkę skutecznie oraz na dobre uśmiercić.
     Strażnicy w milczeniu otworzyli drewniane, masywne wrota, na okuciach można było dostrzec różne magiczne symbole, sugerujące jakieś zabezpieczenia. Kira przechodząc obok mięśniaków nie wyczytała żadnych emocji, hełmy skutecznie uniemożliwiały to, a oczy umieszczone w wąziutkich szparkach nie wyrażały absolutnie nic. Wzruszyła ramionami i wkroczyła do środka, a brama z głośnym trzaskiem zamknęła się tuż za nią.
     Brak drogi odwrotu nie napawał ją strachem. Wojownik musiał przeć naprzód, a nie spoglądać w stronę ucieczki. Mimo tej konkluzji, otoczenie zupełnie nie pasowało do wywodów o walce. Drzewa o złocistych liściach, podłoże ciężko było ocenić, zważywszy, że wszystko wyścielało złoto, które z gałęzi strząsał delikatny wietrzyk. Tylko kilka miniaturowych rzek stanowiło odskocznie od jednej barwy, a półkoliste mosty wyłożone jasnym drewnem oraz z czerwonymi poręczami zachęcały do przejścia przez nie i spojrzeniu w krystaliczną czystą wodę z miniaturowymi kolorowymi rybami, pływającymi niczym niespłoszone. Gdzieś w oddali co jakiś czas dało się słyszeć pojedynczy, prosty dźwięk. To kawałek wydrążonego bambusa napełniony delikatnym strumieniem wody, uderzał o kamień i wracał do poprzedniego położenia. Cykl trwał jak uderzenie zegara, przypominające o wybitej godzinie.
     Lwica krok za krokiem wędrowała po nieznanym terenie, gotowa na nagły atak z niespodziewanej strony. Dźwięki dawno niesłyszanej natury tylko pociągały za struny jej duszy, grając melodie tęsknoty za domem. Gdyby nie wiadomość o nieznanym wrogu, już dawno wykąpałaby się w wodzie i zapadła w sen na miękkich liściach, ogrzewana ciepłymi promieniami sztucznego słońca.
     Jakby na przekór  próbom zachowania wewnętrznej dyscypliny, właśnie w tej chwili dojrzała parującą z daleka wodę. Było to gorące źródło, otoczone gładkimi kamieniami. Nad wszystkim dominowało potężne drzewo, przystrojone różową koroną. Ognistowłosa z trudem powstrzymywała chęć, by zrzucić ubranie i zaznać rozkoszy zanurzenia w tej gorącej, parującej cieczy. Zrzuciła chociaż buty, żeby bosymi stopami stąpać po miękkiej trawie. Uczucie nieporównywalne z kamienną dżunglą, pełną brudu i ciasnoty.
     Gdy jednak uczyniła kolejny krok, kawałki skał zaczęły się łączyć, aż z głośnym trzaskiem stworzyły jedno. Stwór był dużo większy od niej, czerwone świecące oczy spoglądały na intruza, a jeszcze większy szkarłatny kamień na środku tułowia zaczął coraz bardziej pulsować. W końcu wszystko ucichło, sekundy mijały, niczym godziny, a świat jakby zwolnił w swym rytmie. Lwica spoglądała na dziwne zjawisko zupełnie niepewna, co przed nią stoi. Zaatakować? Odskoczyć dalej? Już dawno pozbyła się nawyku natychmiastowej szarży, szczególnie na coś, co nie ma ciała, podatnego na pocięcie.
     Potwór zaczął pierwszy... Potężne ramię, nienaturalnie wydłużone zaatakowało dziewczynę. Mimo swego wrodzonego refleksu ledwie zdążyła odskoczyć, siła podmuchu cisnęła ciało na pobliskie drzewo, zasypując ranną liśćmi. Spojrzała w kierunku potwora, lecz próżno było szukać go w dawnym miejscu. Jakby wyparował. Nie wiedziała, czy to coś odpuściło, czy może z jakiś nieznanych powodów czekało z następnym atakiem.
     Powoli dłonią sprawdziła, czy nie doznała większych uszkodzeń. Wstała na drżących nogach, głowę skierowała na dół, na odzieży nie ciemniała plama krwi, a ból nie przeszywał żadnej części, lecz prawe ramię wyglądało jakby nienaturalnie. Zacisnęła zęby i z „pomocą” pnia nastawiła bark. Nieprzyjemna, aczkolwiek przymusowa czynność. Pozwolenie sobie na choćby częściową niedyspozycję szybko sprowadziłoby niechybną śmierć. Kamienne dziwo na pewno nie znało litości... Zresztą, jak taka dumna wojowniczka mogłaby myśleć o czymś tak haniebnym?
     Rozejrzała się powoli dookoła, wszystko lekko wirowało. Mogła doznać jakichś obrażeń wewnętrznych. Los jednak nie lubi długo myślących, szczególnie w walce. Ogromne skały spadły prosto z nieba, żłobiąc dziury w ziemi i przewracając drzewo. Ponownie odskoczyła, lecz pociski natychmiast wyskoczyły i pofrunęły poziomo. Niektórych uniknęła, jednak jeden z tych mniejszych trafił prosto w jej klatkę piersiową. W wyobraźni usłyszała chrzęst łamanych kości i niszczonych organów. Z głośnym pluskiem wpadła do rzeki, woda zamortyzowała upadek, jednak sytuacja nie wydawała się zmierzać w dobrą stronę. Każdy oddech kosztował ją mnóstwo sił, a świat tworzyły rozmazane barwy. Odgłos stąpania potwora stawał się coraz to głośniejszy, jakby specjalnie podchodził powoli, a wszystko traktował jako zabawę. Czerwone ślepia kolejny raz spojrzały na dziewczynę, a kryształ na tułowiu ponownie zaczął wściekle błyskać i pulsować.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 1297 słów i 7466 znaków. Tagi: #fantastyka #fantasy #przygodowe #Mur #magia

3 komentarze

 
  • Almach99

    Mam nadzieje, ze to tylko koszmar senny

  • krajew34

    @Almach99 zobaczysz ;) dzięki  za wizytę i komentarz

  • emeryt

    Brawo, ciekaw jestem co jeszcze wpadnie Tobie do głowy? Trzeba przyznać, że wszystkich swoich bohaterów Ty oraz duchy nie rozpieszczacie. Wspanniale, moja prośba: nie przestawaj pisać dopuki masz pomysły i chęci. Przesyłam serdeczne pozdrowienia.

  • krajew34

    @emeryt dzięki za wpadniecie i komentarz

  • shakadap

    Brawo. Świetne! Pisz dalej!
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • krajew34

    @shakadap dzięki za wizytę i komentarz