Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 8

Wróciwszy do prowizorycznego obozu Kira niemal natychmiast zapadła w mocny sen. Nocna wyprawa poszczęściła się, nie dość, że unieszkodliwili wielu czerwonych, to jeszcze spalili jeden z ich głównych budynków. Nie mogli marzyć o większym sukcesie i to w pierwszą noc nękania wroga. Jednak jedna rzecz stale nurtowała lwicę, o co chodziło z tą staruszką? Znała ją zaledwie kilka minut, uratowała i pozwoliła umrzeć, lecz nawet nie chodziło o to. Nieznane przeczucie tkwiło w jej głowie, podpowiadało, że zmarła stanowiła ważny element, wpływający na przyszłość. Pytanie tylko jaki?
     W śnie przechadzała się wspaniałym lasem. Wiatr delikatnie muskał jej policzki, przynosząc zapach liści i ziemi. Nierówne podłoże utrudniało każdy krok, wzbudzając lekki uśmiech, przy próbie zachowania równowagi. Spojrzała w górę, zielone korony drzew z ledwością ukrywały promienie słońca, a śpiewne trele ptaków upewniało ją, że znajduje się w miejscu pewnym życia, bystre oczy dostrzegły również rudawą kitę, przemykającą pomiędzy gałęziami. W wysokiej trawie zając nerwowo poruszał uszami, by za moment uciec w popłochu.
— Nie na darmo los wybrał akurat ciebie, drogie dziecko.
Kira odwróciła się w stronę głosu, zupełnie wyrwana ze wspaniałej atmosfery bajecznego lasu. Zauważyła znaną już staruszkę z błękitnymi tatuażami na twarzy. W dłoniach trzymała drewnianą laskę długości jej wzrostu, a odziana była w futra zwierzęce z kapturem na głowie w kształcie wilka. Lwica spoglądała tępo na nią, nie wiedząc, o co tu chodzi. Wygadana Freja zapewne zauważyłaby tu rolę duchów i po wyrecytowaniu jakieś durnej formułki, uklękłaby na kolano, oddając hołd. Dla ognistowłosej stojąca postać stanowiła tylko uwidocznienie poczucia winy z powodu nieudanego ratunku.
— Nic ci nie dolega, drogie dziecię. — Spojrzała na nią dobrotliwie. — Ja również nie jestem zmorą, czy innym duchem, pragnącym cię niepokoić i przypominać dawną klęskę. Choć mogłabym powiedzieć, że nie zawiodłaś, po prostu tak chciał los, to i tak nie usłuchasz. Serce ludzkie uwielbia cierpienie. Jak zwykle stara baba się rozgadała, a czas mimo snu, nie jest nieograniczony. — Stuknęła laską, formując z okolicznych drzew coś w rodzaju tafli wody, w której to odbija się obraz rzeczywistości. — Chciałam cię wziąć na wycieczkę, byś mogła sama uczestniczyć w opowieści, lecz nie mam mocy na to. My druidki w porównaniu do naszych męskich odpowiedników, nie stanowimy częstego zjawiska. Los powołuje nas do jednego celu, ukrytego za codzienną pomocą danej wiosce. Każda kolejna zastępczyni powoływana jest natychmiast po naszej śmierci, by ponad tysiącletni ciąg nie został przerwany. Dzielimy wiedzę poprzedniczki i zabieramy jej brzemię, pozwalając na ostateczne złączenie z naturą. Niestety zawiodłam, zamiast ufności w potęgę losu, wpadłam w panikę. Użyłam sił życiowych, by wykonać ostateczną magię, spalając wszystko, co mieli o Mrocznym Oku. — Na pomarszczonym obliczu pojawił się smutek. — Czy jesteś gotowa wysłuchać mej opowieści i zostać powierniczką druidek?
— Mów — odpowiedziała, wciąż myśląc, że to tylko i wyłącznie sen. Co takiego może się stać w tym fikcyjnym świecie?
— Jeszcze nie pojęłaś w pełni swej decyzji, ale to dobrze. Lekkomyślność to zawsze jakaś droga. — Uśmiechnęła się, po czym wskazała na utworzone lustro — Przed kataklizmem świat zdążył swoje przeżyć, a najsłabsza rasa urosnąć w siłę, by ponownie upaść. Zresztą nie pierwszy raz. — Dłonią przesunęła po tafli. Obrazy jak slajdy przesuwały się, ukazując te same sceny mordu, niszczenia i wszelakich krzywd, wyrządzanych przez ten sam gatunek. Zmianom ulegał tylko oręż, od prowizorycznego łuku i ciężkiej kawalerii do niesamowicie szybkostrzelnej broni i niszczycielskich pocisków z nieba. — Wiadomo, do czego to doprowadziło, przejdźmy jednak do sedna. Czas jest okrutny w swym biegu, nie mamy go tak wiele, choć do omówienia jest dużo. W pewnej epoce, gdzie miecz czynił największe spustoszenie, pojawił się niezwykły artefakt. — Wskazała palcem na wizerunek czarnej, jak noc kulki, tylko bystre oko dostrzegłoby wyryte na nim symbole. — Znalazł je jeden z tamtejszych uczonych, jeśli w ogóle można było takiego znaleźć w tamtych czasach. W wyniku wielu prób nieświadomie aktywował je, a ono obdarzyło go mocą. Przenosił głazy, konstruował przedziwne zaklęcia, a nawet uzdrawiał. Niestety, jak to bywa z ograniczonymi umysłami, potęga zaczęła ciążyć, niszcząc moralne granice rozsądku. Nie będę opisywała całego procesu i wydarzeń po nich, powiem tylko, że sprowadził na pewną cześć świata chorobę, która zdziesiątkowała populację. Nie przeżył, a oko wędrowało dalej przez historię, by doprowadzać ludzi do obłędu, czy też szaleństwa. W międzyczasie pokazało swe prawdziwe oblicze, gdy wchłonęło całą kolonię na nowym lądzie. Nie został nawet pojedynczy ślad.
— Chyba nie chcesz powiedzieć, że to jakaś bestia siedzi w tej kulce? — rzuciła Kira. Opowieść staruszki robiła się niedorzeczna, przypominała nędzną historyjkę dla dzieci.
— Najczęściej bestiami jesteśmy my sami. Mroczne Oko jest żyjącym artefaktem, wabi szeptanymi obietnicami, uderza w najczulsze struny duszy, tylko po to, by zebrać potrzebną energię, ofiarując fałszywe dary. Ale dlaczego? Nie wiem. Nie znane są również początki druidek, pewna część informacji zanika wraz z kolejnymi następczyniami. Najważniejsze jest to, by pozostało w izolacji, z jego potęgą można wyrządzić wiele zła.
— I co? Mam teraz zapewne znaleźć to i zniszczyć?
— Nie powiedziałabym ci, gdzie to jest, nawet jakbym miała wystarczającą ilość mocy. Były wśród nas zdrajczynie, świat gorzko zapamiętał ich wybory. Zapamiętaj tylko ten wygląd, bowiem przyjdzie kiedyś czas, kiedy wpadnie w twoje ręce. Będziesz musiała oprzeć jego wpływom i odpowiednio uszkodzić je najjaśniejszym światłem, aby w przyszłości nie stało się waszą zgubą. Sama likwidacja tego przedmiotu sprowadzi masę mrocznej energii, umożliwiającej otwarcie piekielnych wrót od środka. — Postać staruszki zaczęła zanikać, a drzewa wracały do poprzedniej formy. — Chyba pora na mnie.
— Powinnaś to powiedzieć Frei albo Shadow. Nie jestem dobra w rozwiązywaniu zagadek.
— Ciebie wybrał los i to ty sprostasz temu zadaniu. — Położyła przezroczystą dłoń na jej ramieniu. — Nie wspominaj nikomu o tej rozmowie. Inaczej twoi bliscy ucierpią. Nawet zamknięte i uwiezione stanowi niebezpieczeństwo. Zdolne jest do ingerowania w umysły, a wściekłość na strażniczki sprawia, że to na nie sprowadzi uwagę oraz zemstę. — Spojrzała w zachodzące słońce w oddali. — Potrzebują cię w świecie rzeczywistym. Zanim odejdę, przekaże ci znak, na dowód prawdy, którą usłyszałaś. — Dotknęła laską dłoni lwicy, tworząc trzy kółka zapętlone o siebie.
Nim zdążyła coś odpowiedzieć, usłyszała, jak ktoś ją woła:
— Kira! Kira!
Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą twarz jednego ze swoich podwładnych.
— Czego się tak drzesz — odburknęła. — Atakują nas, czy co?
— Przynieśli Aresa, został ciężko ranny — wydusił młodzieniec.
— Jak to ranny? — Ze zdziwieniem spojrzała na górujące na niebie słońce. To nie był czas na wyprawę.
— Kilku wojowników udało się na walkę. — Zaczął niepewnie. — Mówili, że wystarczy jedno uderzenie, by zniszczyć wroga... Ares ruszył szybko, by ich zawrócić. Niestety strzelec czuwał i trafił go.
     Odepchnęła go i szybko wyskoczyła z namiotu. Dopadła do prowizorycznego lazaretu, gdzie leżał Ares. Wyglądał źle, zakrwawiona klatka piersiowa, rana nie goiła się, coś musiało zostać w środku. Spojrzała na swoje pazury, nie nadawały się do wygrzebania pocisku, a miecz zostawiła w namiocie.
— Ty! — rzuciła do jednego z gapiów. — Zanurz sztylet w gorącej wodzie i przynieś mi go. — Przypatrywała się profesorowi i szamanowi, gdy opatrywali rannych. Zawsze mówili, że czystość to podstawa.
— To niepotrzebne. Wystarczy wyjąć odłamek z rany... — Podszedł bliżej gotowy wykonać operację za nią.
— Odsuń się głupcze, zanim pozbawię cię życia. — Chwyciła go za ubranie. — Masz wykonać moje polecenia. — W oczach widniał gniew, a wyszczerzone kły skutecznie rozwiewały wszelkie próby oporu. Wszyscy rozstąpili się, a młody wojownik, po wyrwaniu się, szybko przybiegł z parującym ostrzem.
— Proszę, to o co prosiłaś. — Podał jej broń rękojeścią.
— Teraz chwyćcie go mocno. A niech no który nie będzie trzymał wystarczająco — syknęła. Przystąpili do ratowania Aresa. Ranny oddychał płytko i ciężko, a jego czoło było mokre od potu. „Nie waż mi się umierać! Co ja powiem Almie”, pomyślała, ostrożnie kierując małe ostrze w stronę ciała. Jak tylko dotknęła rany, zabrzmiał krzyk, a lew prawie wyrwał się z uścisku.
— Co wy na złe duchy wyprawiacie! — krzyknęła. Młodzieńcy szybko się poprawili, wytężając mięśnie. Nie mogła ich winić. Ares to bestioczłek w sile wieku, postawny mężczyzna, a nie jakieś chuchro. W końcu udało się, zaczęła z niezwykłą ostrożnością szukać pocisku. Ręce lekko drżały, a pot skapywał z czoła, gdy z każdym jej ruchem, słyszała krzyk przyjaciela. Sekundy dłużyły się niemiłosiernie, a cholerstwa nadal nie znalazła. Minęła wieczność, nim wyciągnęła z rany kawałek metalu. Z ulgą cisnęła go za siebie, wyczerpana poprosiła o igłę i nici. Jeszcze nie było po wszystkim, wciąż rana krwawiła i to obficie. Chwyciła za przedmioty, następnie zabrała się za szycie. Z precyzją łatała przyjaciela, aż rana została zamknięta. Posmarowała maścią od Silvy i zabandażowała.
— Wszyscy zbiórka przy ognisku — rzuciła sucho, zostawiając nieprzytomnego Aresa. Musiała zrobić to samo, co Shadow po przybyciu z Lazurowego Grodu.

2 komentarze

 
  • shakadap

    shakadap · 19 lis 18:05

    Wielkie dzięki Autorze.
    Jak zwykle bardzo dobra robota. Świetnie napisane.  
    Czekam kolejnych części.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • emeryt

    emeryt · 19 lis 17:52 · 202091556

    @krajew34, nareszcie doczekałem się na kolejny odcinek. Dziękuję Tobie  gorąco. A ponieważ przeczytałem go z zapartym tchem, "łapka w górę" zestaw na tak i najserdeczniejsze pozdrowienia.