Mur-Rozdział 4

     Gdy świt zagrał swą pieśń, a słońce zbudzone rozgrzewało wszystko wokół, całe miasto huczało od plotek, na temat niecodziennego gościa w saunie. Blady strach padł na mieszkańców, czyżby w murze była wyrwa? Niemożliwe, by taki wielki gad pojawił się w łaźni bez przejścia przez niego. Co za nonsens, wprawdzie teren bezpieczny otoczony jest specjalnym zaklęciem, to jednak nie znaczy, że o nic nie trzeba się martwić. W powietrzu nadal unosi się mutagen, choć w nieszkodliwej wersji. Może on spowodować nadmierny wzrost u zwierząt na przykład węży, ale jest to naprawdę rzadkie.
     Z drugiej strony taka panika pokazuję głupotę propagandy o niezniszczalnym „płocie”, rozgłaszaną przez Radę. Każdy materiał, ba! Nawet dusza ma swoją wytrzymałość, a co dopiero magicznie wzmocniona budowla. Wszyscy powinniśmy mieć w sobie iskierkę ostrożności, podyktowaną zdrowym rozsądkiem, jednak wtedy nie byłoby utopii. Zyski z podatków zmalałyby, a tłuste brzuszyska nadzorców tego świata nie dostawaliby tyle złota do osobistego koryta.
     Dlatego ulicami miasta maszerował oddział Inkwizytorów, wysłany przez swych panów. Odziani w szkarłatne zbroje, symbolizujące przelaną krew wrogów Rady oraz śnieżnobiałe spodnie i buty, oznaczające czystość duszy. Mieli jedno zadanie, ugasić mały pożar w stodole pełnej siana. Większego oddziału hipokrytów nie widziałem. Głosili piękne hasła, rozdawali żywność i inne duperele, a tak naprawdę ich znakiem rozpoznawczym były tortury i arogancja.
     W przeszłości wiele razy stykałem się z tymi czerwono-białymi idiotami, zawsze na tyłach, nigdy na froncie. Synowe parweniuszy, wymuskani, wypielęgnowani, gotowi, by brać. Wszystko im uchodziło na sucho. Gwałty, rabunki, tchórzliwa ucieczka. Nawet najgorsza łajza wśród zwykłych żołdaków miała więcej honoru i odwagi niż Inkwizytor piękniś. Minęło tyle lat, a oni nadal w tym samym miejscu, z daleka od jakiejkolwiek walki ze stworami. Gówno odziane we wspaniałe pancerze, śmierdzące próżnością i wybujałym ego. Błyszczące mieczyki w zadbanych pochwach i magiczne muszkiety na plecach, mające tyle wartości, co przydrożny tombak.
     Mimo to tłum wiwatował, witał ich jak zwycięzców, bohaterów, nie przeczuwając, że za parę dni będą ich przeklinać. Ach ciemno maso, gdzie się podziali twoi przywódcy? Czyżby wasz los został już przypieczętowany? Biedna Bogini! Twoi prawdziwi słudzy również poznikali, a ich miejsce zajęły pupilki Rady, zmieniając wiarę wiernych w kolejny sposób kontroli i pozyskiwania pieniędzy. Nasunąłem kaptur głębiej na głowę i udałem się jak najdalej od tego paskudnego widowiska. Wolałem nie ryzykować spotkania, inaczej mógłbym zabić. Nagle przyglądające mi się dziecko rozpłakało się w głos. Brawo Shadow, twa mina przestraszyła chłopca.
— Wybacz młody — szepnąłem do płaczka. Jednak co teraz? Uciec, nim zaczną się pytania? Jednak wtedy zajmą się Mea, dziewczyną, która jako tako mnie znała. O czym wszyscy wiedzieli, na pewno znajdzie się ktoś, kto doniesie o tym. Przerażające wizje maltretowanego i gwałconego ciała uderzyły w duszę. Nie mogłem tego zrobić pięknej dziewczynie, już i tak miałem krew niewinnych na rękach.
     Wynająłem pokój w tej części miasta, której jeszcze nie odwiedzałem. Tanie, skromne pomieszczenie z miską wody i lustrem, jedynym plusem było to, że nie zadawali pytań i mieli wszystkich gdzieś. Spojrzałem w swe odbicie, widniejące w kawałku szkła. Przydługawe czarne włosy, biegnące w każdą stronę, zarośnięta gęba moczymordy i martwe, lodowate niebieskie oczy trupa.
— Konkursu piękności pewnie bym nie wygrał — rzuciłem do siebie, lekko się uśmiechając. Wyjąłem zza pasa krótki sztylet, po czym zacząłem metamorfozę. Zgoliłem ostrożnie brodę, starając się, by nie zranić twarz. Następnie ściąłem włosy, choć to zbyt łagodnie powiedziane. Sam nie wiem, jak kark mógł znieść ten zabieg. W końcu po godzinie bólu i męczarni mogłem ocenić efekty. Zupełnie nie przypominałem dawnego siebie, niestety z wizerunku moczymordy, awansowałem na szalonego rzeźnika z oczyma bez wyrazu. Bogini chyba nie miała humoru, tworząc moją twarz...
     Po oczyszczeniu ostrza przeszedłem się znajomą ulicą, by sprawdzić, czy wszystko się udało. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi ani dzieci, które bardzo często wytykające mnie palcami, ani dorośli zwykle obserwujący mnie z politowaniem, Wreszcie zauważyłem Mea, idącą naprzeciw z siostrą u boku. Minęła mnie, nie powiedziawszy słowa. Moje serce zamarło z bólu, jednak cieszyłem się, że za bolesną cenę zapewniłem przyjaciółce bezpieczeństwo. Czas opuścić miasto.
     Przerzuciłem skórzany worek z lichym bagażem na plecy i skierowałem swe kroki w stronę bramy. Strażnik tylko spojrzał ze zdziwionym wzrokiem na durnia, który w nocy opuszcza bezpieczne miasto i znów zasnął za biurkiem. Miałem szczęście, że nie trafiłem na służbiste, po cichu ruszyłem traktem, a nocny koncert świerszczy i ptaków akompaniował każdemu krokowi.
Chciałem po raz ostatni spojrzeć na miasto, w którym spędziłem szmat czasu, gdy nagle padł rozkaz.
— Stać!
Ręka powędrowała na miecz, w ciemnościach wolałem nie używać rewolweru. Z najbliższej kępy drzew wyskoczyli czterej strażnicy z oddziału Inkwizycji.
— Lady Makbet dobrze przewidziała, że sprawca będzie chciał opuścić miasto — rzucił pierwszy.
— A szkoda miałem nadzieje, że będę mógł się zabawić z jakąś wieśniaczką w ramach śledztwa. — Dołączył drugi wojak.
— A kto powiedział, że to niemożliwe? Przecież ten tutaj mógł mieć wspólników albo wspólniczkę. Musimy to sprawdzić. — Cała czwórka roześmiała się obrzydliwym rechotem. Kątem oka spojrzałem na bramę, była na tyle daleko, by inni nie usłyszeli walki. Musiałem działać cicho i szybko, ich śmierć mogła uratować kogoś przed haniebnym losem. Używając wietrznego kroku, załatwiłem dwóch najbliższych, uśmiercając niemalże chirurgicznymi uderzaniami miecza w miękkie ciała. Trzeciego uderzyłem w krtań, a ostatniego zabiłem rzutem krótkim ostrzem prosto w serce.
— Wiesz... coś... uczynił? — wydukał żołnierz z rannym gardłem. — Jesteśmy... Inkwizycją... dopadniemy... każdego... Zginiesz... w... męczarniach.
— Jest tylko jeden problem. — Nachyliłem się do niego. — Trupa nie da się zabić. — Jednym machnięciem odciąłem głowę. Wyjąłem z ciała sztylet i za pomocą znalezionego kawałka materiału, oczyściłem swoją broń. Miałem już ruszać w dalszą drogę, gdy poczułem, jak moje ciało robi się coraz cięższe.
— Shadow, Shadow. — wyszeptał znienawidzony głos. — Jesteś zabójcą, nie tworzysz, ty niszczysz. Twe ostrze już zawsze będzie zbroczone krwią, a dusza w końcu trafi w odmęty mroku.
— Nigdy! Nie podniosę ręki na niewinnych. Nie będę zabijał wszystkich na swojej drodze. — odpowiedziałem z zaciśniętymi zębami.
— Ha Ha. Nie rozśmieszaj mnie, jesteś taki jak ja. Pragniesz mojej śmierci, a tak naprawdę nie różnimy się od siebie. Jesteśmy braćmi, Shadow. Ty i ja należymy do świata mroku. Stań się dzieckiem ciemności.
— Odejdź demonie przeszłości. Wiem, że jesteś tylko wytworem mojego umysłu.
— Może tak. Może nie. Nie jesteś w stanie długo się opierać Shadow. — Zjawa zniknęła, a ja odzyskałem możliwości ruchu. Otrzepałem błoto z ubrania, po czym szybko oddaliłem się z tego miejsca. Czas był towarem luksusowym w tej chwili, nie mogłem go tracić na rozpamiętywanie, co się do cholery właśnie stało. Księżyc oświetlał mi drogę, a krew zabitych błyszczała na zielonej trawie. Ktoś jutro będzie miał zły dzień.

2 komentarze

 
  • Almach99

    Swietny opis inkwizycji, z polotem. Jak zwykle wiecej pytam Niz odpowiedzi.

  • krajew34

    @Almach99  dzięki za wpadnięcie i przeczytanie. :)

  • emeryt

    @krajew,  odcinek spokojny, bo i bohater stoi na rozdrożu.  
    w przenośni i faktycznie.  Jak to jeden megaloman powiedział: nie chcę ale muszę.  
    tak i on zmuszany jest do czynów których żałuje.
    Pozdrawiam.

  • krajew34

    @emeryt dzięki, że wpadłeś i przeczytałeś :)