Mur-Część III-Rozdział 3

     Stan Frei nie poprawiał się, a mi brakowało już pomysłów. Sam nie wiem, ile siedzieliśmy już w tej kopalni, oddzieleni od słońca, dzień zlewał się z nocą, dezorientując nasze organizmy.
— Z waszą towarzyszką nie jest najlepiej. — Wypuścił z ust obłok dymu. — Tu potrzeba szerszej wiedzy niż krasnoludzkie receptury. Wprawdzie nie jest już na granicy śmierci, ale ciągle balansuje. Jest mieszkanką powierzchni, potrzeba jej świeżego powietrza i ciepłego światła oraz odpowiedniej opieki. Niestety trafiliście na górnika, nie medyka. Z drugiej strony lepsze to niż spotkanie z przygłupimi goblinami. Musicie ruszać dalej.
— Chyba żartujesz. — Wtrąciła się Kira. — W tym stanie nie przeżyje podróży.
— Ha! Zapominasz, że wy bestioludzie macie mocne organizmy. Jestem może oschłym durniem, ale mam serce, może włochate i pełne dziur, ale jest. Wyprowadzę was najkrótszą drogą.
— I co dalej? Nie mam pojęcia, gdzie na tych terenach znajduje się medyk. — Pesymizm, jak bicz, smagał moje myśli.
— Kiedy nie wiesz, pytaj, najwyżej zostaniesz wyśmiany. Tak mawiał mój ojczulek, zanim zadał pewne pytanie mojej matce. Nie skończyło się to zbyt dobrze, oj nie. Matula ma mocną rękę i słabe nerwy. — Zaśmiał się, jednocześnie drapiąc po gęstej brodzie. — Wyjdziemy w okolicy trzech rzek, są to tereny rolnicze, pełne zieleni i drzew. Pójdziecie drogą aż do gęstwiny i skręcicie w zarośniętą ścieżkę. Tam znajdziecie staruszkę, która wam pomoże. Jak ją spotkacie, spytajcie się, czy jest ona uszatą staruszką, wtedy będzie, wiedziała, o kogo chodzi. Będąc tak daleko od przedstawicieli własnej rasy, dobrze jest utrzymywanie kontaktów z inną starożytną nacją. Dawnego wroga zna się najlepiej. Niech ranna jeszcze wypiję, zanim pójdziecie wywar z ziół. Śmierdzi, jak moje stopy po rocznej przerwie od mycia, jednak wzmocni ją.
     Odebrałem kubek z dziwną zawartością, ten odór niemal zwalał z nóg. Ponoć mówią, że najlepsze lekarstwo jest przeciwieństwem delikatesów, oby była to prawda. Podniosłem jej głowę, delikatnie wlewając płyn do ust, ledwie kontaktowała z rzeczywistością. O Bogini nie wiem, co zrobię, jak ona odejdzie. Nie wyobrażam sobie życia bez mych dwóch żon.
     Stworzyliśmy improwizowane nosze, którym przeciągniemy ranną przez ciasne korytarze, zaoszczędzając jej zbędnego cierpienia. Wreszcie ruszyliśmy za naszym przewodnikiem, gdyby zechciał zdradzić, raz-dwa pozbyłby się ofiar w tym labiryncie. Ręka mimowolnie powędrowała do miecza, zupełnie zapomniałem, że niosę ranną Freje. W porę się opamiętałem, koncentrując się wyłącznie na obserwacji. I znów nie wiedziałem, ile czasu upłynęło, bez widoku słońca i księżyca mogłem tylko gdybać.
     W końcu dotarliśmy przed wyjście, po drodze wielokrotnie stawaliśmy, by przepuścić gobliny, walka nie miała sensu w takich ciemnościach i ciasnocie. Ujrzałem wschodzące słońce, oświetlające swym blaskiem niziny poprzecinane rowami irygacyjnymi. Na polach już pracowały jakieś istoty, widziałem tam zwykłych ludzi, a nawet ich wrogów, zwierzętoludzi. Pracowali ramię w ramię, cóż za kojący widok.
— Pójdziecie tą drogą, którą widzicie przy wyjściu. Nie musicie się martwić rolnikami, to jakaś sekta, czy coś. Jak ich nie zaczepicie, nawet nie zwrócą na was uwagi. Zupełnie, jakby mieli wyprane magią umysły. Powodzenia, jakbyście wracali, idźcie górą. Wbrew pozorom temperatura jest tam znośna, a omijacie nieprzyjazne tereny. Plączę się tam tylko jedna ścieżka, więc nie zgubicie się, a ja będę zadowolony, że nikt się nie plącze po mojej kopalni. — Nie żegnając się, zniknął w mroku groty. Krasnoludy były dziwacznymi istotami albo po prostu on był dziwny.
— Czuje słońce na twarzy, gdzie jesteśmy? — szepnęła Freja, nie otwierając oczu.
— Na zewnątrz, jak się czujesz? — spytałem.
— A gdzie "moja żono". Czyżbyś się krępował tak mówić? — Blady uśmiech wykwitł na jej twarzy. Żarty wskazywały, że jej stan uległ lekkiemu poprawieniu.— A jak mam się czuć, wleczona, jak worek kartofli? Dumna wiedźma z wilczego plemienia słaba niczym dziecko. Wstyd i hańba to jedyne, co gotuje się w mojej duszy. Nie wspomnę też o tym naparze, smakującym starym goblinem.
— Wybacz, musieliśmy cię wzmocnić. — Wiedziałem, że zemści się później. Kobiety zawsze pamiętają. Poprawiłem koc, okrywający ją i ruszyliśmy dalej. Dzień dopiero wstawał, więc trzeba było się spieszyć, nim upał nas wykończy.
     Opuściliśmy okolice kopalni, zbliżając się do pól. Krasnolud miał rację, pracujący nie zwracali na nas uwagi, jakbyśmy nie istnieli. Każdy normalny wieśniak bałby się, że ranna przywlecze do nich zarazę, ci jednak skupieni byli na pracy, a ich wzrok błyszczał dziwnym światłem. Miałem złe przeczucia, przyspieszyliśmy, nawet jeśli to sekta, a oni byli ofiarami, nie możemy pomóc. Nie zbawię świata i nie uratuje wszystkich. Tylko idealiści brną w tę bzdurną drogę, dążąc do destrukcji siebie i otoczenia. Ziemia trzaskała pod naszymi stopami, a pył brudził szaty, z każdym następnym krokiem oczekiwałem ataku ze strony rolników, wyobraźnia podsuwała najbardziej szalone sceny.
Nic jednak się nie stało, w spokoju dotarliśmy do gęstwiny, aż dziw, że jeszcze nie zanurzyłem ostrza we krwi. Zapewne to tylko kwestia czasu. Skręciliśmy zgodnie ze wskazówkami, pracujący znikli za drzewami, nie czułem bezpieczeństwa, czy ulgi. Zagrożenie nadal istniało, przynajmniej tak podpowiadała intuicja.
     Spomiędzy gęstej roślinności powoli wyłaniał się mały domek, zarośnięty bluszczem, z pozoru wydawał się opuszczony, lecz można było dostrzec ślady obecności. Odnowione drzwi, lśniące okna, czy dym unoszący się z komina. Zostawiłem Freję pod opieką Kiry i zastukałem.
— Wejdź Shadow, niszczycielu i budujący w jednym. — Głos brzmiał delikatnie i ciepło, skąd wiedziała z kim ma do czynienia. To wzmogło moją ostrożność. — Nie obawiaj się kaleki, córa lasu nie zrobi ci nic złego.
Popchnąłem drewniane wrota i znalazłem się w środku. Wnętrze pachniało ziołami, a na palenisku dymił duży kocioł. Przy oknie na rzeźbionym krześle siedziała piękna elfka, której uroda nawet w moje serce uderzyła. Ubrana w długą lazurową suknię, z mieniącymi się, długimi włosami przypominała boginię. Szybko skarciłem swoją głupotę, nie mogłem bluźnić przeciw Bogini.
— Kim jesteś i skąd mnie znasz? — Przysunąłem dłoń bliżej miecza, demony i inne zło lubiło przywdziewać wspaniałe postacie.
— Na pewno nie demonem. Można powiedzieć, że widzę serce, ale nie potrafię spoglądać na świat. Znać czyjejś wnętrze, ale nie wiedzieć, co się dzieje na zewnątrz. Przeklęta, ale i wybrana. — Odwróciła się do mnie, dopiero teraz zauważyłem, że ma puste oczy. Była niewidoma.
— Ktoś kazał nam przekazać pytanie, czy jesteś uszną staruszką, czy jakoś tak. — Czułem złość na samego siebie.
— Więc spotkaliście Gerda. — Zakryła usta dłonią. — Jest moją kotwicą, łączącą z dawnym życiem. Rozmowa nie ucieknie, jednak nie po to tu przybyłeś, wnieś swoją ukochaną. Nie mogę słuchać jej udręki.
     Wyszedłem stamtąd zagubiony, podróż może bezkrwawa, jak na razie, jednak spotykam coraz to dziwniejsze osobliwości. Sam nie wiem, co bym bardziej wolał. Otrząsnąłem się ze zbędnych myśli, musiałem pomóc Frei, a nie bujać w obłokach. Skierowałem swe kroki w kierunku Kiry i rannej.

3 komentarze

 
  • Almach99

    Almach99 · 21 czerwca

    I nawet elfka sie znakazla
    Oby pomogla Freji

  • shakadap

    shakadap · 17 czerwca

    Dzieki.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • emeryt

    emeryt · 16 czerwca · 202091556

    @krajew34, dziękuję Tobie za ten kolejny odcinek tej wspaniałej opowieści. W twoi wykonaniu to huśtawka  Lecz tym razem dosyć łagodna, Freja ma dużą szansę na ozdrowienie, a więc znowu trochę łagodności. A poza tym zaczyna się trochę ochładzać. Pozdrawiam i czekam na następne odcinki twojej twórczości.