Mur-Część II-Rozdział 10

     Ustawienie bariery nie wymagało większego wysiłku. Musiałem wyryć specjalne symbole na magicznych kryształach, a następnie po wstrzyknięciu many, rozbić je na ziemi, uwalniając osłonę. Niestety później, nie było tak łatwo. Nie łatwo przetłumaczyć bestioludziom, że każdy naostrzony pal musi być takiej samej długości i szerokości, a na pomysł o podwójnej palisadzie krzywili się, jak małe dzieci na widok cytryny. Co by jednak o nich nie mówić, są lojalni i wykonują polecenia, mimo narzekań.
     Całe trzy dni budowaliśmy ogrodzenie wraz z otwieraną bramą na ogromnych metalowych zawiasach, w międzyczasie powstały już pola i rowy irygacyjne, od Aresa nie dostałem żadnych wieści, nie martwiłem się, wiedziałem, że da sobie radę. Osłona przeciw pogodzie idealnie się spisała, chroniąc nas przed nagłymi kaprysami pogody, począwszy od ulewnego deszczu do burzy z piorunami. Tak, jakby niebiosa zmówiły się przeciwko nam.
     Czwartego dnia zaczęliśmy stawiać pierwsze chaty, moi ludzie, jeśli tak o nich mogę powiedzieć, przezwyciężyli niechęć do nowych rzeczy, a młotek i inne narzędzia niemal przyrosły do ich rąk. Stukot i inne dźwięki niosły się echem po okolicy, wzbudzając niemałą sensację. Musieliśmy zwolnić, z powodu przyciągania hałasem różnych mutantów, nie potrafię zliczyć, ile ich sam ubiłem. Tego dnia straciliśmy pierwszych osadników. Cztery osoby zostały rozszarpane przez ogromnego niedźwiedzia, gdy niosły drewno z lasu. Pozostały tylko po nich krwawe strzępki, nienadające się nawet do pochówku, czy spalenia. Smutek i złość zawitały w naszym obozie, nie znalazłem słów, by wlać w ich duszę ponowną energię. Wątpliwości skrywane w mym sercu zalały głowę i myśli, podsuwając niewesołe scenariusze. Dziewczęta mimo ogromnego zmęczenia siadają obok mnie, tuląc w ciszy. Sama ich obecność sprawia, że mogę to kontynuować, nie wiem, co uczyniłbym bez nich. Pomyśleć, że jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażałem sobie życia w małżeństwie, teraz nie ma mego życia bez nich. Może to dlatego, że z powodu ogromu pracy, nie mamy sił praktycznie na nic.
     Piątego i szóstego dnia roboty postępują mozolnie, Kira i Freja pomagają mi osobiście, opatrując licznych rannych, których przybywa po wypadkach. Uderzenia w głowę, spadającymi deskami, zmiażdżenia palców, rany kłute i wiele więcej. Coraz więcej osób miga się od pracy, musiałem stłuc paru młodziaków, szerzących defetyzm i podburzających innych. Po wszystkim dowiedziałem się, że kierował nimi tylko strach, a nie inne bardziej niebezpieczne cele. Co dalej robić Bogini? Jeszcze chwile i projekt upadnie, wraz z duchem wszystkich.
      Rozwiązanie podpowiedział mi szaman, kolejna przyjazna osoba, która już niejednokrotnie pomogła. Dzięki ci Bogini za nich wszystkich. Przez siódmy i połowę ósmego trwało święto ku czci Manitu, ludzie wypoczęli i wieczorem budowa ruszyła pełną parą.
Dziesiątego dnia wszystko było prawie gotowe, wystarczyło tylko wytworzyć meble i inne potrzebne rzeczy, ale jak to zwykle bywa, nic nie idzie zgodnie z planem.
Gdy sprawdzałem zasiane pole, przybył Ares, cały był poraniony i ledwo patrzył na oczy.
— Wodzu musimy porozmawiać. — Ległbym na ziemię, gdyby nie stojący tuż obok ciekawscy.
— Wnieście go do mojej chaty i dajcie pić. Szybko, na co czekacie — krzyknąłem i ruszyłem tuż za nimi. Ranny pił łapczywie, rozlewając wodę dookoła.
— Gdzie są twoi ludzie? Zostaliście zaatakowani? — Tysiące pytań jawiło się w głowie.
— Nic... im... nie... jest. — odpowiedział, z trudem łapiąc oddech. — Wysłałem ich na północ, by ubili dorodne stado, a ich młode porwali. Sam mówiłeś, że biali lubią hodować zwierzynę.
— Tak, tak — Przerwałem mu, chcąc się dowiedzieć, co się stało. — Skoro nikt was nie zaatakował, to dlaczego jesteś w takim stanie?
— Zauważyłem liczne ślady prowadzące w głąb ciemnego gaju na południu, około siedmiu, ośmiu dni stąd. Nie chciałem, byśmy utracili mięso, więc wysłałem wszystkich, za nimi, a sam udałem się po śladach. Szedłem i szedłem, aż słońce ustąpiło miejsca księżycowi i las skończył się. Dookoła było tylko mnóstwo piachu i pustynnych skał, trop nie został jeszcze w pełni zatarty suchym wiatrem, porywającym pyliste ziarenka. Prowadził do ogromnej budowli w kształcie kopca, był tak wielki, że zasłaniał kawałek horyzontu. Tu zwyciężyła ciekawość, która wygrała z ostrożnością. Żyje tyle wiosen na tym świecie, a zachowałem się, jak głupi smarkacz. — Na jego twarzy z łatwością dostrzegłem wstyd, zżerający go od środka. — Podszedłem bliżej i momentalnie zostałem otoczony przez dziwaczne stwory, przypominające wielkie owady. Miały dwie pary rąk, w których trzymały ostre włócznie, na głowach sterczały długie czułki. Wyglądały obrzydliwie. Mówili jednym głosem: Zabić intruza, niech stanie się pokarmem dla królowej. Niech żyje rój. Przy każdym ich słowie klikały złowieszczo swymi żuwaczkami. Chwyciłem za toporek, tkwiący zza pasem i odrąbałem jednemu głowę, momentalnie rzuciły się na mnie. Ciąłem, ile popadnie, tak, że ich niebieska krew lała się strumieniami, jednak nie wzruszało to ich w ogóle. Atakowali do upadłego, używając do tego włóczni, żuwaczek, a nawet odnóż. Zabijałem kolejnych, lecz przychodzili chmarom, jakby było tu ich tysiące. Cofnąłem się do lasu, zostawiając za sobą całą masę trupów. Nie mogłem uciec ot tak, mogliby przyjść do wioski po moich śladach. Przypomniałem sobie w ostatniej chwili, że moja babcia podpalała tutejszym owadami ognisko, by płomień był lepszy. Użyłem prostego czaru ognia, momentalnie wszystko dookoła zajęło się ogniem, a przeraźliwy pisk napastników, trawionych żywcem przez ogień, niósł się przez całą okolicę. Nie oglądając się, dopiero wtedy zacząłem biec. Stąd tę ślady oparzeń i inne rany. — Skończył opowiadać, z trudem zachowywał świadomość.
— Weźcie go do wspólnej chaty mężczyzn i powiadomcie szamana, niech się nim zajmie. — Brak cholernego medyka w obozie, naprawdę doskwierał. Dziewczyny wprawdzie potrafiły zająć się drobnymi ranami, ale z czymś tak poważnym, nie dałyby rady. Będę musiał pomyśleć o sprawach medycznych później, teraz było coś ważniejszego.
Przywołałem Kirę, Freje oraz Almę do chaty wodza, a następnie wyjaśniłem im wszystko po kolei.
— Brzmi to na jakieś owadzie plemię, ale nie kojarzę jakie. Mamy dobre kontakty z pszczołami, pająkami, a nawet skorpionami, jednak ci są obcy. Nie pochodzą z tego regionu. — powiedziała Alma, opierając się o wejście.
— Pytanie tylko, czy są podobni na tyle do nich, że można się z nimi dogadać — Wtrąciła się Kira.
— Mnie niepokoi to jednoczesne mówienie i to słowo w słowo. — rzekła Freja. — Jakby nie byli sobą, tylko jednym organizmem. Dodatkowo ten fanatyzm. Obawiam się, że mogą stanowić zagrożenie dla wioski.
— Zgadzam się, lecz co możemy z tym zrobić? — spytałem.
— Jak to co? Zebrać ludzi i zaatakować ich — krzyknęła Kira, z buntowniczym nastawieniem.
— To nie wchodzi w grę. — Uprzedziłem Freję, zapewne powiedziałaby coś, co rozłościło, by moją pierwszą żonę, tylko kłótni mi tu brakuje.
— Też tak sądzę wodzu. Bezmyślny atak narazi nas tylko na straty. Mamy za mało osadników, byśmy nie odczuli braku kogokolwiek. — Alma nabiła fajkę i po chwili zapaliła. Z przyjemnością zaciągnęła się dymem, wypuszczając go następnie przez usta.
— Zróbmy tak, wy kochane me żony, zostaniecie tutaj. Najpierw mnie posłuchajcie. — Szybko uciąłem ich protesty. — Tylko wy możecie mnie zastąpić i utrzymać w miarę stabilny porządek. Alma zaś ma wielką wiedzę, którą wspomoże mnie w zwiadzie. Ruszymy jutro z samego rana, do tego czasu, Kira i Freja, będziecie mnie zastępowały. Macie również dopilnować, by ten dupek Ares nie ruszał się, nim nie wyzdrowieje. Jest nam potrzebny żywy i w pełni zdrowy. To wszystko, wracajcie do swych zajęć, wciąż mamy wiele do zrobienia, a licho nie śpi.

275 czyt.
100%93
krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i przygodowe, użył 1461 słów i 8344 znaków

Komentarze (3)

 
  • Almach99

    Almach99 16 maj 12:55

    Wojownicze mrowki mutanty. Dobrze, ze choc ogien sie przydaje do walki z nimi

  • shakadap

    shakadap 16 maj 6:10

    Bardzo dobry odcinek. Pozdrawiam

  • emeryt

    emeryt 16 maj 5:49 ip:8979110

    @krajew34, dziękuję za kolejny, wspaniały odcinek. Tak, jak sądziłem. Shadow powoli staje się przywódcą, nie tracąc nic ze swoich dawnych umiejętności i to tylko dzięki Tobie wspaniały Autorze tego opowiadania. Serdeczne pozdrowienia. Oby zdrowie i wena zawsze towarzyszyły.