Mur-Część III-Rozdział 5

     Przez następne dni odpoczywaliśmy w domu Loreen. Pogoda sprzyjała powolnemu wracaniu do zdrowia Frei. Siedziała na drewnianym krześle, przyglądając się naszemu treningowi.
— Chwyć obiema dłońmi, broń jest wtedy bardziej stabilna. — Używając wystruganych z nudów drewnianych mieczy, próbowałem nauczyć Kirę szermierki.
— Marnujemy czas, wszystko, co potrzeba to łuk, magia i pazury. Na co mi nauka ludzkiej walki? Bezsens. — Jak można było się domyślić, nie była cierpliwym i chłonącym wiedzę uczniem.
— Używanie własnego ciała jako broń, to bardzo duże ryzyko. Miecz zawsze można wykuć nowy, z ręką już tak nie zrobisz. — Wręczyłem jej upuszczony oręż. Odebrała go i z głośnym krzykiem ruszyła na mnie.
— Największy błąd, jaki mogłaś zrobić. — Uniknąłem jej ataku i podłożyłem nogę. Po jej upadku przybliżyłem się i udałem, że wbijam ostrze w odsłonięte plecy. — Już nie żyjesz.
— Cholera. Gdybym tylko nie użyła tej tandety, to ty byś przegrał. — Wściekła wstała, otrzepując ubranie z pyłu.
— Możliwe, choć ja powiedziałbym, że szanse były pół na pół. Albo byś dorwała przeciwnika, albo on pozbawiłby cię kończyny i zabił. Musimy zwiększyć twoje szanse do przynajmniej osiemdziesięciu procent.
— Shadow ma racje. — Wtrąciła się Freja. — Plemiona kotołaków tkwią w miejscu, podczas gdy inni się rozwijają. Nawet moja wioska od jakiegoś czasu używa broni białej, zostawiając pazury i szpony na ostateczną obronę.
— To ćwiczmy tą samą bronią jak ty. Na co mi ten nędzny zamiennik?
— Nie marudź. Mój sposób walki nie pasuje do ciebie. Z włócznią trzeba obchodzić się ostrożnie, to broń do ataków o średniej prędkości. Miecz idealnie pasuje do twojego temperamentu. — Wypiła do końca napar, krzywiąc się z niesmakiem. Widocznie nie znosiła lekarstw.
— Twierdzisz, że jestem narwana i nie potrafię walczyć w spokoju? — Kira, jak zwykle przyćmiewała nawet wulkan w swej niekończącej się energii.
— Nie dopowiadaj sobie, mówię tylko, że każdy powinien dzierżyć taki oręż, jaki do niego pasuje. Nie więcej, nie mniej. — Zbladła na twarzy, jeszcze nie miała wystarczająco sił na kłótnie. — A co do ciebie Shadow, uważam, że dwuręczna broń nie pasuje do niej. Miecz to dobry pomysł, choć ja dałabym jej coś do dwóch rąk. Tarczy w życiu nie weźmie do rąk, więc...
— Dwa jednoręczne miecze odpadają, Zaburzą jej balans i zacznie popełniać błędy, jest jednak rozwiązanie. — Podszedłem do magazynu, gdzie z pomocą magii wystrugałem odpowiedni ekwipunek. — Proszę, to powinno ci odpowiadać. — Wręczyłem jej krótsze miecze.
Wziąwszy je, zaczęła trenować. Wreszcie zobaczyłem postęp, jej ruchy przypominały taniec, niemal słyszałem muzykę dookoła niej. Zgrabne ciało poruszało się coraz szybciej, zwykły laik miałby problem z nadążeniem oczyma za nią. Po kilku minutach, lśniąc od potu, przestała.
— Całkiem niezłe, jakbym miała żądła. Sprawie sobie takie po powrocie do wioski.
— Widzę, że nie tracicie czasu. — Loreen sprawdziła stan Frei i powolnym krokiem podeszła do nas.
— Skończyłaś zbierać zioła? — Przeważnie zabierało jej to do wieczora.
— Wczoraj uzupełniłam zapasy, więc dzisiaj tylko spacerowałam, ciesząc się ciepłymi promieniami słońca. Jak chcesz Kiro, to za domem jest balia napełniona wodą, miała służyć do innych celów, ale tobie bardziej się przyda. Nie przejmuj się liśćmi w środku, to tylko zioła.
— Tego było mi trzeba. — Pozbyła się w kilka sekund ubrań i całkowicie naga, pobiegła w odpowiednią stronę. Jej brak wstydu trochę mnie przerażał, zawsze była szansa, że ktoś stał w krzakach i obserwował. Z drugiej strony ten widok niezmiernie cieszył me oczy i serce, jej uroda byłą widoczna w każdym calu jej ciała.
— Napatrzyłeś się zboczeńcu? — W głosie Frei dostrzegłem złość. — Niemal pożerałeś ją wzrokiem, a z tego słyszałam, nie próżnowaliście w nocy, gdy ja nie mogłam się ruszyć.
— Dlaczego miałbym na nią nie patrzeć? — Jej zachowanie niezmiernie mnie zdziwiło, przecież również była mi bliska. Więc skąd ta zazdrość?
— Zapominasz, że nie tylko ona jest twoją żoną. — Wróciła do czytania książki.
W końcu zrozumiałem tę złość, od czasu choroby nie poświęcałem jej zbyt dużo uwagi. Owszem sprawdzałem, co jakiś czas jak się czuje, ale nie przesiadywałem zbytnio. Widziałem, że była słaba i nie chciałem wpływać negatywnie na stan zdrowia. Możliwe, że był to błąd. Wpadłem na pewien pomysł, przeszedłem obok rannej i znalazłem się w środku.
— Te zioła w bali mogą zaszkodzić Frei? — spytałem się Loreen.
— Wręcz odwrotnie, pomogą. Dlaczego pytasz?
Nie odpowiedziałem, wróciłem i chwyciłem leżącą, następnie podniosłem ją do góry.
— Ogłupiałeś? Co ty robisz? — Zmieszała się.
— Mówiłaś, że ostatnio zaniedbywałem cię i nie zapraszałem do wspólnych igraszek. — Spojrzałem prosto w piękne oczy.
— Nie całkiem, tak powiedziałam.
Uśmiechnąłem się i ruszyłem w stronę tyłu domu, ranna cały czas protestowała, chcąc wrócić do przerwanej lektury. Ujrzeliśmy kąpiącą się Kirę, a w umyśle Frei pojawiło się zrozumienie.
— Ani mi się waż. — Jej karcące spojrzenie i uniesiony palec jasno wskazywały, że nie ma ochoty na to, co planowałem zrobić. Miałem to gdzieś, podszedłem do balii i upuściłem ją wprost do wody.
— Zabije cię! Zobaczysz, zabije! — krzyczała, wypluwając wodę.
— Siadaj, a nie marudzisz. — Jednym ruchem posadziła ją koło siebie. — A ty ściągaj ubranie, tak jak ona jest czyścioszką, ta ty tym nie grzeszysz.
Wzruszyłem ramionami i po kilku sekundach dołączyłem do nich.
— Wiesz, że ci tego nie przepuszczę? — Srebrnowłosa ściągała przemoczoną odzież, wyrzucając ją poza drewniane naczynie.
— Przeboleje to. Przynajmniej teraz robimy coś razem. Nie czujesz się wykluczona prawda? — Relaksowałem się wodą, te zioła naprawdę działały na zmęczenie.
— Trudno bym zaprzeczyła. No, ale...
— Co do innych zabaw, to niestety musimy się powstrzymać, chociaż ta sytuacja kusi, oj kusi. — Wpatrywałem się w przepiękny widok przede mną. Nie ma lepszego obrazu dla mężczyzny.
— Co racja, to racja. Już dawno skorzystałabym z okazji, ale będę uczciwa wobec ciebie, wiedźmo. Daruje sobie. — Kira zanurkowała.
— Ale nie przejmuj się, jeszcze nadejdą chwile, gdzie to ci zrekompensuje. — Odchyliłem głowę, wpatrując się w zapadające zmrokiem niebo.
— Przecież nie o to chodzi. — Pierwszy raz widziałem, jak twarz Frei czerwienieje. Słodki widok.
— Cała rodzina w komplecie. Wasze serca grają tę samą melodię — rzekła Loreen, przynosząc ręczniki.
— Może dołączysz się? — spytałem, prowokująco.
— Z przykrością odmówię. Zapewne nie przeżyłbyś, gdybym to zrobiła. Zazdrosne kobiety są bardzo niebezpieczne, pamiętaj o tym. Druga rzecz, my elfy nie posiadamy takiego wielkiego libido, jak wy i nasze ciała traktujemy z wielką czcią. Nie odkrywamy zbytnio swych wdzięków, skrywamy się za magią, a przede wszystkim unikamy kąpieli z nieznajomymi. — Spojrzała na mnie wymownie.
— Nie będę nalegał na siłe.
— Cieszy mnie to zaproszenie, to znaczy, że nadal nie utraciłam swej urody. Będąc ciągle samej trudno to ocenić. Lepiej wyjdźcie, łatwo złapać chorobę od wody.
     Weszła do domu, a my okryliśmy się ręcznikami, a następnie ubraliśmy czyste ubrania, wyciągnięte z bagaży. Wziąłem Freje za rękę i skierowaliśmy kroki wraz z Kirą do namiotu. Usnęliśmy niemal natychmiast w trójkę, ciepły uśmiech rozpogodził twarz srebrnowłosej.
     Dwa dni później mogliśmy kontynuować podróż, Freja, choć nadal osłabiona trzymała się dzielnie, próbując nie pokazywać nic po sobie. I tak zmniejszyliśmy w tajemnicy jej bagaż, rozdzielając miedzy siebie. Pożegnaliśmy się z dziwną elfką, która zniknęła w ciemnym lesie, w poszukiwaniu ziół. Obyło się bez łzawych pożegnań.
     Prawie godzina zeszła nam na pokonanie gęsto zalesionego terenu, wreszcie mogliśmy zobaczyć coś innego, przed nami rozciągały się równiny poprzeplatane licznymi zbiornikami wodnymi, nad całością unosiła się gęsta para, która jednak nie przeszkadzała w widzeniu. Używając cienkich grobli, kroczyliśmy pośród... No właśnie jak to nazwać? Te „dziury” miały ogromną głębokość, nie potrafiłem oszacować wzrokiem, gdzie leży dno. Dodatkowo ciągle nawiedzało mnie wrażenie, jakby ktoś obserwował nas z wody. Przyspieszyłem kroku, kto wie, co czai się w tej mrocznej toni.
       Brak niespodzianek było najlepszą nowiną, w spokoju przeszliśmy aż do szczytu. Równina okazała się nie być równiną, a wzgórzem. Krajobraz niżej stanowił przedłużenie tego, co mijaliśmy. Wnęki zalane wodą i wąskie dróżki pomiędzy nimi. Dym z lewej strony zwrócił naszą uwagę, z tej odległości nie mogliśmy ujrzeć aktualnej sytuacji.
     Woleliśmy się nie mieszać do lokalnego konfliktu, dość trudno ocenić na pierwszy rzut oka, kto ma rację, a życie odbiera się jeden raz. Nagle w oddali dostrzegliśmy dwóch jeźdźców ścigających kogoś. Legliśmy przy ziemi, z torby na pasie wyciągnąłem składaną lunetę, pamiątkę po pewnym oficerze z dawnych czasów. Rozłożyłem ją i skierowałem na cel, poczułem, jak krew uderzy do głowy. Przeklęty herb na czerwonej zbroi. Nim dziewczyny zorientowały się w sytuacji, ja dzięki magi znalazłem się przed konnymi. Nie czekając na ich reakcję, wyciągnąłem krótki miecz, na którym zawiązałem mocną linkę.
     Zatoczyłem nią kółko i machnąłem w stronę pierwszego, przebijając czaszkę. Pociągnąłem, zwalając zabitego z pędzącego konia. Drugi już wyciągał pistolet z kabury przy siodle, nie zamierzałem dać mu okazji do strzału. Ponownie rozbujałem broń, wzmacniając ją magią. Tym razem zadziałało niczym mechaniczna piła, odrąbując głowę. Gejzer krwi obryzgał konia i ciało, nim wierzchowiec zatrzymał się, jego pan legł na ziemi. Opłacało się zmodernizować swoją broń, jednak nie przewidziałem aż takiego efektu. Rozejrzałem się za obiektem, który tak fanatycznie ścigali, zamarłem. Za mną kuliło się dziecko, miało na oko osiem, siedem lat. Chłopiec był brudny i przestraszony, cały drżał.
     Zrobiłem krok ku niemu, lecz mimo wyczerpania, odsunął się ode mnie. Tu potrzeba podejścia, ukląkłem na jedno kolano i wyciągnąłem dłoń.
— Hej mały. Zobacz, nie mam czerwonej zbroi, nie jestem od nich. Spójrz. — Wskazałem na skórzane ubranie. — Chce ci pomóc, podejdź.
Spojrzał na mnie lękliwie, nadal mi nie ufał. Ściągnąłem plecak z pleców i wyciągnąłem wędzony kawał mięsa w jego stronę. Chwycił łapczywie, niemal od razu pożarł wszystko.
— Powiesz mi swoje imię? — Cały czas starałem się, by mój głos brzmiał spokojnie i delikatnie. To było trudne, zważywszy, że byłem potężnie zbudowanym mężczyzną, wojownikiem.
— Carlsson... Jestem Carlsson — odpowiedział lękliwie.
— Bardzo ładne imię, a teraz Carlssonie, powiedz mi, dlaczego cię gonili?
Młody najpierw niepewnie, a potem bez przerwy zaczął swą opowieść.

3 komentarze

 
  • Almach99

    Almach99 · 25 czerwca

    O 2 agentow inkwizycji mniej

  • shakadap

    shakadap · 21 czerwca

    Łał! Brawo. Wielkie dzieki i powodzenia.

  • emeryt

    emeryt · 21 czerwca · 202091556

    @krajew34, najpierw muszę podziękować Tobie za ten kolejny odcinek. Już straciłem nadzieję na niego dzisiaj, a tu taka miła niespodzianka. Mam nadzieję że przestały Tobie dokuczać upały.  Jeszcze raz przesyłam najserdeczniejsze podziękowania i pozdrawiam.