Mur-Rozdział 12

     Dniem i nocą obserwowali rozkład straży i częstotliwość patroli, jednakże nic nie mogli wymyślić. Na mur nie da się wspiąć bez hałasu, a dzięki łatwemu zaklęciu, każdy z nich potrafi zaalarmować pobliski parotysięczny garnizon. Niemal czułem ohydny oddech śmierci na swym karku, która z odrażającym uśmiechem czekała na śmiertelny rozwój wydarzeń. Mogliśmy ubić dwudziestu, a nawet czterdziestu, ale co nam by to dało, gdy brama otwierała się ponad godzinę.
     Skoro moja dusza chwilowo zbłądziła po ponownym wspomnieniu dawnego „przyjaciela” i ukatrupieniu całego elitarnego oddziału Inkwizycji, to co będzie, jak me ostrze splami się krwią setki ciał? Czy wciąż będę potrafił odrzucać szaleństwo i nie dać się mrocznej sile we mnie? Nie dam rady oprzeć się narastającej przyjemności z łatwego zabijania marnych żołnierzy, to siedzi w mej duszy i tylko żelazna samodyscyplina utrzymuje to głęboko w ego za moralnymi barierami i trzeźwością umysłu.
     Kira niecierpliwi się, jednak proste środki w tym wypadku prowadzą do pewnej śmierci. Wreszcie, któreś nocy zauważyłem, jak jedna z licznych wież nie została obsadzona przez załogę, jedna szansa na milion. Nie zastanawialiśmy się, tylko używając odpowiednich, ale cichy środków dostaliśmy się do jej wnętrza. W środku w lichym blasku magicznych lamp ujrzeliśmy śpiące sylwetki, leżące na prowizorycznych posłaniach. Oczywiście moja towarzyszka chciała ich natychmiast zabić, lecz stanowiło to, zbyt duże ryzyko.
     Używając wielu, wymyślonych na szybko gestów z trudnością przekonałem ją do kontynuowania spontanicznego planu. Spiralne schody wiły się pod naszymi nogami, powodując zawroty głowy, mdłe światło nie ułatwiało tego. Wtedy nie zastanawiałem się, gdzie są wszystkie patrole, dlaczego nie musieliśmy kryć się przed kimkolwiek. Za tą łatwą drogę dziękowałem Bogini, idąc nią tępo przed siebie. Wykształcony oficer z frontowym doświadczeniem, raczej trąbka z koziej dupy. Ach ten błąd miał mnie wiele kosztować.
     Jednak nie wyprzedzajmy faktów, znaleźliśmy się na samym szczycie. Widok był nieziemski, tak jakby świat podzielony był na dwie części mroczną, nierozświetloną nawet światłem księżyca i jasną, pełną różnych świateł i blasków. W dzień mógłbym dostrzec o wiele, wiele więcej, chociaż wątpię, by było mi to dane. Napotkaliśmy jednak jeden, ale to ogromny problem. Jak zejść na drugą stronę? Ze szczytów wież padały grube wiązki światła, które przeczesywały teren, pomagając strażnikom w wypatrywaniu nadchodzących zagrożeń. Użyć magii? Jeśli tak to jakiej? A może skorzystać z pazurów Kiry i mojego miecza, licząc, że wytrzymają długi zjazd, a powstały hałas nie ściągnie strażników, łaknących odmiany od nudy.
     Rozwiązanie niemal samo przyszło. Szczęk odbezpieczanych muszkietów i pojedyncze klaskanie, odwróciło naszą uwagę od przyszłości. Niemal natychmiast okolica zabłysła tak, jakby nadszedł dzień.
— Przyjacielu, przyjacielu. Ty się nigdy nie zmienisz, posłuszny piesek wykonujący polecenia wydane przez pana. Nawet w swych snach nie przypuszczałem, że zrobisz dokładnie według moich poleceń. — Usłyszałem głos, od którego krew zaczęła szybciej buzować, a ręka natychmiast powędrowała na rękojeść miecza.
— Ty?! Chyba Bogini odpowiedziała na moje prośby. Dzisiaj zginiesz — wysyczałem spomiędzy zaciśniętych zębów. Tylko rozbawiłem Dantego swoją odpowiedzią.
— Zawsze byłeś zabawny, jednak śmiem zauważyć, że aktualnie jesteś otoczony przez strzelców. To nie są łamagi, z którymi miałeś wcześniej do czynienia. A może chcesz sprawdzić, czy jesteś szybszy od kuli?
Jego spokojna twarz powodowała u mnie furię, z trudnością myślałem racjonalnie.
— Czyżbyś stracił mowę? Nie masz żadnych obelg? Ty potworze! Nieee, to zbyt oklepane. Sadysto? Pięknisiu? Nie, nie to mnie tylko podnieca. No wymyśl coś, tak dawno się nie widzieliśmy.
— Postradałeś zmysły. Ta twoja Inkwizycja to wymysł maniaka — rzuciłem, próbując w międzyczasie znaleźć wyjście z sytuacji. Nie było to łatwe, zważywszy, że w głowie królował tylko jeden wyraz, zabij!.
— Ach to. Użyteczne narzędzie dla moich celów. Słyszysz te krzyki, niesione z daleka przez echo? Moi ludzie zaczęli poszukiwania rzekomej czarownicy, paktującej z mutantami. Czcze brednie, ale to dla nich wystarczyło. Już zaczęli zabijać, gwałcić, a może i torturować. Muzyka dla moich uszu.
— Ludzie to nie bezmózgie pionki. — Tylko taki mierny tekst, udało mi się sklecić.
— Masz rację, pionki to zbyt mądre przedmioty. Ludzkość to tylko ciemna masa, pragnąca za czymś podążać i chcąca pokazywać wszędzie swoją wyższość. Powiesz im cokolwiek, a oni w to uwierzą bez żadnego zastanowienia. Religia, pierdolenie o wolności, głoszenie o słusznym celu... To wszystko brednie stworzone przez niewielu dla własnych celów. Ubierz to w odpowiednie cele i spraw, by przebiegał on równorzędnie z ze swoim, niemal go zakrywając. Bojownicy zaraz się znajdą, powtarzając wymyślone brednie. Manipulacja jest tak prostą rzeczą, że żal jej nie wykorzystać, wielcy inteligenci nie potrafiący odróżnić prawdy od kłamstwa, potakujący niczym bezmózgie kukły. Wiesz, co najbardziej uwielbiam, prócz okrzyków bólu i rozpaczy? Strach, trawiący organizm niczym choroba. Odrzucenie, pogarda, nienawiść, agresja to wszystko jego dzieci, a wszystkiego nie wymieniłem. Wystarczy użyć go, by stać się przywódcą. Popatrz na ten mur — rozłożył ręce. — Nikt nie pomyślał, by zrozumieć te stworzenia, dlaczego atakują. Może jest w tym głębsze znaczenie. Nie, od razu uznali je za ogromne niebezpieczeństwo, a nawet agresywne zachowanie zwierząt da się wytłumaczyć. Spotkaliśmy nową rasę, zostało odkryte mnóstwo możliwości, a ludzkość co zrobiła? Uznała ich za podgatunek, odgradzając się od nich murem, próbując wytępić na wszystkie inne sposoby. Nie zrozum mnie źle, pogardzam wszystkim, co żyje. Nie powinno istnieć nic oprócz pustki, jednak uwielbiam ludzi za to ogólnikowe i proste postępowanie, które nakręca uwielbianą spirale śmierci i zniszczenia.
— Ty też jesteś człowiekiem, mimo że jest w tobie potwór. No, chyba że tytułujesz się bogiem.
— Nonsens, nie ma bogów. Swoje życie też zakończę, ale tylko wtedy, gdy nie pozostanie nic na tym świecie. Wszelkie życie to zaprzeczenie porządku i ładu. Myślałem, że też tak uważasz, gdy ci marni arystokraci traktowali cię, jak gówno, podczas gdy sami nie wiele się różnili. Piąłeś się po trupach, brnąc coraz wyżej w hierarchii. Miałem nadzieje, że tak jak ja pragniesz ich unicestwienia, dlatego trzymasz się mnie. Bardzo zraniłeś mnie, gdy uniemożliwiłeś mi mój plan.
— Dlatego zabiłeś tych biednych wieśniaków? Byli niewinni, a ty zarżnąłeś ich, niczym świnie! — wykrzyczałem, nie mogąc patrzeć na szaleńca, stojącego przede mną.
— Tylko tak mogłeś być mój. Szaleństwo jest ci pisane, przyjacielu. Musiałem tylko odpowiednio cię poprowadzić, zawiodłeś mnie, pozwalając zabić się. Z twoją siłą wystarczyło parę ruchów, by pozbyć się tych marnych żołnierzyków. Ty jednak wolałeś umrzeć, tak czy siak zrobiłem to za ciebie. Następnego dnia upiłem i zabrałem ich do podziemnej groty. Skamleli o życie i krzyczeli z bólu, podczas naszej zabawy, a przecież te rany nie były od razu śmiertelne. — rzekł z głosem pełnym rozczarowania.
— Jesteś szalony Dante.
— Powtarzasz się Shadow. Gdy moi słudzy donieśli mi, że żyjesz, byłem szczęśliwy. W końcu zrozumiałeś swój błąd i dołączysz do mnie, prawda? — Jego niebieskie oczy pełne były szaleństwa, czy on naprawdę jest człowiekiem?
— Zapomnij, nie jestem mordercą, pławiącym się w cierpieniu swych ofiar. Nigdy do ciebie nie dołączę.
— Dołączysz, dołączysz. Widocznie twój umysł nadal nie jest na to gotowy, potrzeba ci kolejnej śmierci. Będę cię tyle razy uśmiercał, aż w końcu pojmiesz, że twoje miejsce jest tylko przy mnie. Zabić ich! — krzyknął do żołnierzy. Nie miałem czasu, by sprawdzić, co się dzieje z Kirą. Pierwsze pociski z pomocą magii odbiłem i przeciąłem. Niestety lecących kul było coraz więcej, palące uczucie zaczęło zajmować kolejno ramię, pierś, nogi, brzuch, czułem się coraz słabszy. Zabiłem pojedynczym cieciem dwóch nadchodzących wrogów, bezgłowe ciała uleciały w ciszy w głęboki mrok. Następne pociski masakrowały słabnące ciało, mimo to nadal stałem, masakrując podchodzących bliżej. Powoli ciemniało mi w oczach, aż w końcu poślizgnąwszy się w kałuży krwi, runąłem po drugiej stronie muru. Poczułem, jak spadam, a miecz wysuwa się ze słabnącej ręki.
     Powoli odchodziłem w ciemność, widząc wykrzywioną ze złości twarz Dantego. Przepełniony gniewem zabił trzech swoich ludzi, machnął ręką w moją stronę. Zupełnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. W końcu zagłębiłem się w zimną, wodną otchłań, która w zniekształcony sposób odbijała światło księżyca.
     Czyżby to był mój koniec? Wreszcie spełniłaś me prośby o Bogini i dasz odpocząć zmęczonej duszy? Nagle w moją stronę zaczęła zbliżać się postać, najpierw nierozpoznawalna w ogóle, jednak wraz ze zbliżaniem się, mogłem zamglonym wzrokiem dostrzec twarz kobiety. Idzie moja Bogini, niech mnie osądzi sprawiedliwie. Z tymi myślami pogrążyłem się w nieświadomości.

2 komentarze

 
  • Almach99

    Almach99 · 10 kwietnia

    Pulapka szyta grubymi nicmi. A nasza doswiadczona druzyna wpadla w nia jak dzieci.  

  • emerryt

    emerryt · 10 kwietnia · 202091556

    Nie! to byłoby zbyt proste. Masz rację Autorze że to tylko kolejna kartka życia twojego bohatera, przynajmniej ja taką mam nadzieję.  Pozdrawiam i czekam, co jeszcze wymyślisz.