Vive la F ... - cz.7. Próba.

Za każdym razem pierwszy guzik w mundurze stawiał opór. Być może był za ciasno przyszyty albo  dziurka była zbyt mała . Patrząc na stygnącą na stole kolację, Cathrine mocowała się przez chwilę z okrągłym metalem. Znieruchomiała ujrzawszy otwierające się drzwi.  
–Doktor Keller. – poznała głos Jacquesa, wielokrotnie eskortował ją do szpitala – Przysłano mnie po panią.  

- Coś się stało? Pacjent? – zrobiła szybki krok w kierunku drzwi. Mężczyzna nie przesunął się z przejścia.  

-Właściwie to… - spojrzał w bok, ukrywając zażenowanie, ale od razu podniósł głos – Jest pani zatrzymana. Proszę nie stawiać oporu.  

Metal zabłysnął w słabo oświetlonym pomieszczeniu i nieprzyjemnie połączył nadgarstki.
Cathrine wiedziała, że ani sprzeciw ani wypytywanie sierżanta nie odniosą skutku. Zaskoczenie i strach przytłumiła równomiernym, głębokim oddechem. Za chwilę dowie się czy to pomyłka czy kolejna próba. Najwyraźniej codzienne ratowanie zdrowia i życia żołnierzy nie jest dostatecznym dowodem lojalności.  

-Jacques?! – prowadzona przez dziedziniec szła spokojnie, czym miała nadzieję na wzbudzenie zaufania konwojenta – Jacques, kto wydał rozkaz?

Sierżant milczał przez chwilę.

-Blackmountain. – wycedził przez zaciśnięte zęby, patrząc prosto przed siebie. Wzmocnił uściska na ramieniu prowadzonej kobiety, jak gdyby obawiając się jej reakcji.  

Cathrine udało się ukryć ogarniający ją z każdą sekundą lęk. Tysiące myśli przelatywały jej przez głowę. Blackmountain zna zasady, wie o immunitecie. Co prawda kilka razy jego sylwetka mignęła jej gdzieś w szpitalu, ale nigdy nie podszedł bliżej, respektując ustalenia z majorem. Więc co? Chce ją wystraszyć? Poddać próbie? Jest nieobliczalny. Może uroił sobie, że sabotuje pracę szpitala? Co mógł wymyśleć? Co?!

Przymknięte drzwi na końcu pustego korytarza zdawały się na nią czekać, a ostatnie kroki zdawały być się ostatnimi sekundami szansy.  

-Jacques?! – szepnęła przed samymi drzwiami- Proszę… upewnij się, że D’ecroix wie o tej sytuacji.  

-Major wyjechał dzisiaj rano na kilka tygodni.

"A więc zemsta”. – przeczucie jak czarna fala zalała ostatnią iluzję przypadkowości.

Drzwi zamknęły się tuż za jej plecami. "Zaatakuj” – podpowiadała adrenalina.

- Poruczniku?! – podniesionym głosem zasugerowała wyczekiwanie odpowiedzi na pytanie, którego nie miała odwagi zadać.

Określenie "związane ręce” jest bardziej dosłowne niż to się zdaje. Z ograniczonymi możliwościami wyrażania siebie mową ciała, człowiek zdaje się tylko na swój głos. I niejednokrotnie się zawodzi.

- "Pani oficer”... – przywitał ją z kpiącym uśmiechem. Dogaszany w popielniczce papieros wydał ostatnie tchnienie, które powoli rozmyło się w gęstej atmosferze pomieszczenia. Szklanka obok czekała na kolejne napełnienie alkoholem. Wojskowa kurtka wisiała na oparciu krzesła. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały opalone mięśnie i różowiejącą na ich tle podłużną, świeżą bliznę. Blackmountain przeciągnął się z zadowoleniem na krześle i gdyby nie szkliste oczy wyglądałby na bardzo zrelaksowanego.  

-Już tłumaczę – wyprostował się z udawaną galanterią. – Chciałem z panią… hmm… porozmawiać…

-W ten sposób? – uniosła z wyrzutem skute ręce.- Nie wie pan, gdzie można mnie znaleźć?  
Pretensja w głosie nie okazała się być dobrą strategią.  

- "W ten sposób” co?! – walnął otwartą dłonią w stół i w lot znalazł się przy kobiecie. – Jest pani podporucznikiem i nie zna pani hierarchii?! Czy powiedziałem "Spocznij”?!

Keller wyprostowała się i spojrzała prosto przed siebie. D’ecroix poza kwaterą oznaczało przejęcie dowodzenia przez Blackmountaina. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.  

Stanął z boku tak blisko, że czuła na policzku ciepło jego oddechu. Przyglądał się jej profilowi. Zdecydowanym ruchem poprawił jej brodę w górę, a następnie powoli naciągnął podwinięte brzegi wojskowej marynarki kobiety.

"Teraz.” – usłyszała w myślach Keller, odważyła się sugestywnie spojrzeć na przełożonego i wyczekująco wyciągnęła przed siebie skute dłonie. Nigdy nie ćwiczyła musztry, ale skrępowane ręce z pewnością nie były jej elementem.  

Blackmountain uśmiechnął się pod nosem i wyciągnął z kieszeni kluczyki. Cathrine z ulgą wyprostowała dłonie wzdłuż bioder i ponownie beznamiętnie spojrzała przed siebie.

Porucznik taksował ją wzrokiem przez chwilę i ponownie usadowił się na krześle.

- Spocznijcie, żołnierzu. – powiedział pozornie łagodnie. – Papierosa? – przesunął paczkę w stronę Keller, zapalając jednego.

-Nie. Dziękuję.

-Może coś mocniejszego? – wskazał na butelkę. – Pewnie też nie. – nie czekając, sam sobie odpowiedział. Zaciągnął się mocno i powoli wypuścił dym z ust nie spuszczając ze stojącej kobiety wzroku.  

-Do twarzy pani w mundurze. – głos kapitana był bardziej szczery, niż tego chciał.

-Z całym szacunkiem, wolałabym swój stary, cywilny strój. - Keller przebiegło przez głowę pytanie, na ile w postawie "spocznij” można pozwolić sobie na dyskusje. Z ironią pomyślała, że w ostateczności ponownie będzie leczyć rozbitą brew. To co spodziewane już nie przerażało. Teraz jedynie nie obeszłoby się bez zakładania szwów.  

- Długo jest pani w wojsku? Przepraszam, zapomniałem. – parsknął ironicznym śmiechem. – Ale będzie już… prawie miesiąc, czyż nie?  

"Dwadzieścia sześć dni” – zagryzła wargi.

Blackmountain ponownie zaciągnął się papierosem. Spojrzał w okno.

-Miałem 14 lat, kiedy straciłem rodziców. I młodszą siostrę. – zaczął powoli, jak wstawiony człowiek przywołujący wspomnienia- Armia została moją matką i ojcem. Armia dała mi wszystko, co dzisiaj mam i umiem. Nie znam innego życia.

Cathrine miała ochotę mu przerwać i spytać o czym właściwie chce z nią porozmawiać, kiedy zreflektowała się, ze właśnie o tym. "Wysłuchaj go.” – podpowiedział szept w głowie.

-Ale armia była kiedyś inna. – kontynuował, ale jego głos ponownie stał się twardy – Zasady były przejrzyste. Na przykład ja stopień podporucznika otrzymałem dopiero po 5 latach…  

-Dobrze pan wie, że zasilenie waszych szeregów nie było, delikatnie mówiąc, moim marzeniem… - Cathrine nie potrafiła odmówić sobie uszczypliwości. Satysfakcja nie trwała długo. Z przerażeniem ujrzała, jak zmieniają się emocje na twarzy mężczyzny.

-Jak ty mnie wkurwiasz, Keller! – walną otwartą dłonią w stół i doskoczył do Cathrine. – "Pani oficer”.  
Co to kurwa jest? Ani pani, ani oficer! Baba w wojsku! Nie tylko nie obronisz siebie, ale wręcz to ciebie trzeba bronić! Za dwa, góra trzy miesiące wejdą tu Niemcy. Co wtedy zrobisz?  

Cathrine starała się opanować strach. Wiedziała, że nie może zaprzeczyć. Wystarczyło przeczekać tę furię.

- No co zrobisz?! Jak obronisz siebie i innych?! Gdzie w ogóle jest twoja broń? – wskazał kpiąco na miejsce przy pasku, gdzie powinna być kabura z pistoletem. – No tak! Na co ci broń skoro ty nie umiesz strzelać! - Zaśmiał się złośliwie – Proszę, masz! – Wyszarpał z pokrowca swój pistolet i siłą wcisnął go w drżące dłonie kobiety. Stał tak blisko, że lufa zdawała się łączyć ich ciała.  
-No dalej, pokaż mi jak celujesz. – w mgnieniu oka znalazł się za plecami Cathrine i objął jej ręce. Torsem i biodrami przywarł do kobiecego ciała, a brodę oparł na prawym ramieniu. Szarpnął ściskające broń dłonie w górę i wycelował w okno. – Pokaż mi jak strzelasz, podporuczniku!

Cathrine z całych sił starała się opanować dygotanie całego ciała. Dotyk człowieka, który zadał jej tyle bólu sprawiał, że jej mięśnie szalały. Chciała się wyrwać, jednak sparaliżowana strachem nie ruszyła się ani o krok. W otoczeniu silnych ramion czuła się jak złapana w pułapkę.  

-No co jest?! Strzelaj! – Blackmountain w pijackim amoku krzyczał jej do ucha- No nie mów mi, że nie potrafisz nawet odbezpieczyć pistoletu! – zaśmiał się szyderczo i uwolnił dłonie kobiety, czekając na jakikolwiek samodzielny ruch z jej strony.  

Keller nigdy nie obsługiwała broni, ale widziała to wielokrotnie. Względnie sprawnie przeładowała pistolet, ale mając wolne ręce od razu rzuciła nim na stół. Poczuła jak przylegający torsem do jej pleców kapitan zamiera w bezruchu.  

-No tak! Byłbym zapomniał. – zaczął powoli, ale nie odsunął się. – Przecież nie będziesz strzelać do swoich.  

Sarkastycznie cedzone pojedynczo słowa mroziły krew w żyłach.

-"Ich bin eine Deutche.” – przez ramię szepnął Cathrine do ucha i położył dłonie na jej biodrach. Kobieta chwyciła go za nadgarstki, ale nie miała siły by je odciągnąć. – Po prostu przywitasz ich swoim idealnie melodyjnym bawarskim akcentem. Zaczniesz zwodzić, tak jak nabrałaś D’ecroixa! "Gott sei dank sind Sie hier!” – wyszeptał z kpiną i szarpnął ją mocnej do siebie – Tak ich przywitasz, Keller?!  

Cathrine z całych sił odpychała dłonie mężczyzny, które niebezpiecznie przesunęły się nad klamrę paska. Jej ciało wijąc się próbowało odkleić się od napierającego torsu.  

-Proszę mnie natychmiast puścić, poruczniku! To nie jest zabawne!– starała się okazać stanowczość, nie histerię.

Blackmountain nagle znalazł się przed poblakłą z przerażenia Cathrine.  

-A to chcesz, żeby było zabawnie? – pchnął ją z całej siły na ścianę i przyblokował własnym ciałem. – To opowiem ci dlaczego nie ma kobiet w wojsku. To będzie zabawne! – ponownie położył ręce na jej biodrach.  

- Panie poruczniku, proszę przestać! – rozpaczliwy krzyk wypełnił pusty korytarz za drzwiami.  

W desperacji za całych sił odpychała jego dłonie, kiedy zaczęły wędrować po szyi, biuście i udach. W oparach alkoholu, nikotyny i całkiem porządnych perfum żar ust wpił się w szyję kobiety.

-No dalej, Keller, obroń się. – diabelsko kpiący śmiech gorącem wlewał się w jej uszy i umysł.  
Kiedy dłoń mężczyzny ześlizgnęła się na pośladek, padła ostatnia wątpliwość: może to brzmiało jak próba, ale nie było próbą. A przynajmniej nie w parze z alkoholem.

-Poruczniku Blackmountain! Nie zhańbi pan tego munduru!

- Nie zasługujesz na to, by go nosić! – z całej siły chwycił za klapy wojskowej marynarki i naciskając praktycznie przydusił Cathrine. Na ułamek sekundy łapiąca w panice powietrze klatka piersiowa zatrzymała się, a z szeroko otwartych oczu popłynęły niepohamowane łzy.  

Metalowe guziki rozrywanego munduru rozproszyły się po marmurowej podłodze.

-Proszę, nie! Błagam! – słowa żebrzące o litość bez reakcji ginęły w szamotaninie rąk. – Błagam, nie tak! Nie w ten sposób!  

Wtem jakiś nieznany przebłysk świadomości kazał Cathrine zaniechać walki. Jak na komendę przestała się wyrywać i puściła nadgarstki mężczyzny. Zmuszając do spojrzenia prosto w jej oczy, obiema dłońmi uchwyciła i na odległość tchnienia zbliżyła do swojej jego twarz. Zastygła nieruchomo i wstrzymała oddech.

-Bastian, non! – wyszeptała najmocniej i najczulej jak tylko potrafiła. Jej dłonie delikatnie obejmowały, tuliły gorące policzki mężczyzny. Usta prawie dotykały rozpalonych warg.  
Blackmountain zatrzymał się wpół ruchu jak porażony. Rozszerzone źrenice wbiły się w twarz kobiety.  

"Bastian.”

Od dwudziestu lat nikt go tak nie nazwał.

"Bastian.”

Obłąkany wzrok ustąpił naturalnemu kolorowi tęczówek. Blackmountain zmrużył oczy i przechylił głowę, jak gdyby przyglądając się dokładniej miałby łatwiej rozpoznać to, czego szukał w twarzy kobiety. Cathrine nadal delikatnie trzymała w dłoniach jego twarz. Mężczyzna powoli spojrzał w dół na swoje dłonie. Zatrzymane w szale, zaciśnięte na brzegach koszuli. Puścił materiał jak oparzony, a ręce uniósł niczym przyłapany złodziej. Zorientowawszy się, lekko odepchnął dłonie kobiety ze swojej twarzy i nie spuszczając z niej wzroku zrobił dwa kroki w tył. Przetaksował stojącą przed nim mizerną postać. Cofając się, chwycił się za głowę. Palce wpiły się w półdługie, gęste włosy. Zmrużył oczy, wyciągnął przed siebie dłoń, jakby wskazując na Keller.  

-Ty… - otworzył usta jakby chcąc coś powiedzieć, ale dłoń opadła z rezygnacją.

Mężczyzna odwrócił się gwałtownie i podszedł do okna. Ciężko oparł się dłonią o framugę i znieruchomiał. Jedynie podnoszące się miarowo barki wskazywały z jakim wysiłkiem łapał powietrze.  

Cathrine bez sił osunęła się na podłogę. Podtrzymywana przez ścianę z tyłu, przyciągnęła do siebie kolano i oparła na nim ciężkie czoło, lecz tak by nie spuszczać wzroku z mężczyzny. Nawet nie walczyła z rozdygotanym ciałem. Po chwili bezruchu i ciszy łamanej tylko szumem fal podniosła się i usiadła na krześle.

Blackmountain nie zareagował. Odwrócony nadal wpatrywał się w morze.  

Keller spojrzała na stół i wyciągnęła dłoń w kierunku leżących na nim przedmiotów. Zapalany papieros cicho zasyczał. Kobieta podkurczyła nogi i usiadła wygodniej na krześle, ale wciąż bacznie obserwowała. Nikotyna delikatnie rozprężała ściśnięte adrenaliną płuca, biały obłok uniósł się spokojnie nad stołem. Naraz, odzwyczajona od palenia Keller zakrztusiła się i próbując to ukryć zasłoniła dłonią usta. Z żalem szybko zgasiła papierosa. Obok popielniczki, na jasnym, drewnianym blacie odznaczała się czerń odbezpieczonej broni. Kobieta rzuciła okiem na postać przy oknie, upewniając się, że nadal się nie odwróciła. Tysiące rozwiązań przebiegło jej przez myśl. Każde gorsze od poprzedniego. Przez sekundę widziała siebie idącą przez dziedziniec kwatery w stronę głównego wyjścia. Przez sekundę widziała siebie otoczoną przez żołnierzy, przebiegłych na odgłos wystrzału. Przez sekundę widziała swój wybór.

Blackmountain odwrócił się powoli. Unikając wzroku Cathrine, patrzył pusto przed siebie. Z kieszeni spodni wyciągnął klucze od drzwi.

Zamknięte. Pierwsza przeszkoda, o której nie pomyślała.  

Położył je obok pozostawionej broni. Nie mógł jej nie zauważyć.  

-Rób co uważasz.- powiedział spokojnie, jakby czytając w jej myślach.  

Z powrotem zwrócił się w kierunku okna.  

Dopiero wstając z krzesła, Keller zauważyła opłakany stan swojego munduru. Oderwawszy z ramion nadszarpnięte pagony, ze wstrętem rzuciła nimi na ziemię.  

Po kilku minutach wartownik zauważył kobiecą postać szybkim krokiem przemierzającą dziedziniec.  

Po kolejnych kilku minutach, ta sama postać, nadal w ubraniu, leżała na własnym łóżku w oficerce. Koniuszkami palców lekko dotknęła metalowego przedmiotu schowanego pod poduszką, upewniając się, że rzeczywiście tam jest.

3 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 21 lipca

    Jak mówią doświadczeni ochroniarze. Jak nie pokonasz napastnika od razu to spasuj. Wtedy moze mu opaść agresja

  • AlexAthame

    AlexAthame · 9 stycznia

    Super to prowadzisz.

  • Somebody

    Somebody · 2 gru 2018

    Przerwanie w takiej chwili?   Dobrze, że już jest kolejna część