Vive la F... - cz. 9. La Femme.

Przepustka ułatwiała życie. Pozwoliła zapoznać się prawie z całym obiektem. Poznać smak obiadu na stołówce, pobrać gotówkę i dokonać kilku potrzebnych zakupów w kantynie, a nawet zaczerpnąć świeżego powietrza na niewielkim ogrodzie za głównym budynkiem. Co prawda z samego ogrodu pozostało niewiele, po tym jak żołnierze urządzili sobie na nim boisko, ale zawsze był to przyjemnie kojący kontakt z naturą. Cathrine nie pozwalała sobie na bezcelowe kręcenie się po obiekcie, tym bardziej, że praktycznie niemożliwym było pozostanie niezauważoną. Ale pozorne poczucie wolności pozwalało na względne, powierzchniowe zachowanie spokoju. Miało jeszcze jeden plus: poznawała coraz więcej rezydentów obiektu. O ile na początku nie chciała nawiązywać z nikim kontaktu, tak teraz powoli zaczynała rozpoznawać osoby i wzajemne pomiędzy nimi powiązania. Wymieniała pozdrowienia z byłymi pacjentami czy też zjadła obiad z oficerem, któremu nastawiała bark. Kurtuazja, bo być może głupio mu było, że siedzi sama, powodowała uczucie przyjemne, acz powierzchowne jak ciepło jesiennych promieni słońca. Choćby jasno tańczyły po skórze, nie zagłuszą ciężkiej nieuchronności zbliżającej się zimy.  
Wśród wielu nowych osób znalazła się jednak jedna, którą Cathrine darzyła sympatią, bo nigdy nie mogło być mowy o szczerym polubieniu. Porucznik Antoine LeMount okazał się być starszym człowiekiem, ze spojrzeniem tak spokojnym, jak gdyby obie światowe wojny spędził na urlopie. Gdyby sposób w jaki tłumaczył działanie broni i tajniki sztuki strzeleckiej był zapisany muzyką, to snułaby się ona jak dźwięki harfy w leniwe popołudnie. Miał nie tylko mnóstwo cierpliwości – przekazywał wiedzę z namaszczeniem jak gdyby chodziło o ratowanie, a nie odbieranie życia. Cathrinie z satysfakcją odkryła jak wiele łączy medycynę z celowaniem do papierowej tarczy. Wyćwiczona, spokojna ręka lekarza pozwalała na zadowalające efekty już na początku nauki, a całkowite skupienie na jednym punkcie przyjemnie oczyszczało umysł z chaosu mrocznych myśli.  
Jako że do tej pory w ciągu dnia przebywała głównie w szpitalu, przemieszczanie się po obiekcie sprowadzało nowe okoliczności. Pewnego popołudnia wracając z magazynu Keller, szła długim, szerokim korytarzem, niosąc trochę świeżej pościeli i kocy dla pacjentów. Zwykle było to zadaniem salowego, ale tym razem sama chciała przejść się i sprawdzić stan zapasów. Do tej pory celowo unikała miejsc i czasu, w którym mogłaby spotkać kogoś, kogo nie chciałaby widzieć. Tym razem nazbyt dobrze znana postać ukazała się na horyzoncie drugiego końca korytarza. Pustego korytarza. Cathrine miała ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć, schować w pierwszych lepszych drzwiach.  
Za późno - porucznik dostrzegł kobietę i szedł prosto w jej kierunku. Może planował ją tylko minąć, i jedynie zdawało się, że przyśpieszył kroku. Keller wzięła głęboki oddech, poprawiła ciężką torbę na ramieniu, mocniej objęła trzymane w rękach materiały i skupiła na utrzymaniu kursu.  
"Ani centymetra w bok.”
Udawać, że go nie zna? Przywitać się? Odwrócić wzrok? Wahanie spowolniło jej kroki, dając więcej czasu na decyzję.  
Wtem z bocznych drzwi wypadło dwóch młokosów. Przepychając się i dokazując skręcili w stronę Keller. Nie mieli szans zauważyć idącego z tyłu porucznika. Przechodząc koło Cathrine, parsknęli śmiechem i pomknęli dalej. Ich odgłosy cichły, a wraz z nimi bladła szansa na bezinwazyjne rozwiązanie sytuacji. W końcu Blackmountain zbliżył się na odległość kilku kroków. Zatrzymał się i bez emocji spojrzał na Keller.
-Szeregowy! – wściekły okrzyk wypełnił pustą przestrzeń korytarza. W miejscu zatrzymał kroki i śmiechy chłopaków, którzy byli już przy samym wyjściu. – Wróć!
W mgnieniu oka wystraszeni żołnierze stanęli przed nim na baczność.  
-Zapomnieliście zasalutować? – Blackmountain rugał młodych, nie spuszczając wzroku z Keller. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.  
-Nie trzeba… - szepnęła Cathrine, wpatrując się w Sebastiana.
Żołnierze ze zdziwieniem podążyli za jego wzrokiem, ale nie dał im czasu do namysłu.  
-O ile stopni jesteście niżej od podporucznika?
-O … pięć? – wydukał odważniejszy.
-Pięćdziesiąt pompek! – zanim kobieta cicho zaprotestowała, na poziomie płytek młodzi już odliczali powtórzenia.  
Blackmountain nie ruszył się ani o centymetr. Ani razu nie spojrzał na ćwiczących. Nie mogąc wytrzymać jego wzroku, Cathrine z lekkim zażenowaniem odgarnęła włosy i spojrzała w bok. Widok poczerwieniałych z wysiłku, sapiących twarzy sprawił, że bezwiednie parsknęła śmiechem. Stłumiła go szybko przyciskając koc do policzka, ale w oczach nadal rozświetliła wesołość. Sebastian uśmiechnął się na ten widok, a jego oczy pojaśniały. Lub była to tylko gra światłocienia jesiennego słońca.
Chłopcy wstali, otrzepali dłonie z kurzu podłogi i ciężko dysząc ponownie stanęli wyprostowani, czekając na dalsze rozkazy.  
-Trochę szacunku dla pani doktor! Albo będziecie szyci bez znieczulenia! – spojrzał z rozbawieniem na żołnierzy- Spieprzać!
-Tak jest! – młodym nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. W sekundzie nie było po nich śladu.  
Cathrine spoważniała, czekając na ciąg dalszy, na który, mimo chwilowej wesołości, nie miała ochoty. "Nie będzie sympatycznie” - wzdrygnęła się.  
Blackmountain spojrzał na ciężką torbę. Zawahał się, ale nie zdążył zaproponować pomocy.
- Ja też mam robić pompki czy jeszcze zdążę zasalutować? – spytała hardo i ze złością spojrzała na starszego stopniem.  
-A czy ja traktuję panią jak żołnierza, doktor Keller? – uśmiechnął się melancholijnie. Skinął głową na pożegnanie, ominął stojącą kobietę i poszedł w swoją stronę.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 9 stycznia

    Czy mam go chwalić czy ma wiele osobowości?  Poczytam następne.

  • AnonimS

    AnonimS · 4 gru 2018

    Może by jej się  przydała musztra pozdrawiam