Vive la F... - cz.18. Training.

-Wstawaj, Keller! Jeszcze raz! – Sebastian w przepoconej, wojskowej koszulce wyciągnął rękę do guzdrzącej się na trawie Cathrine. Teraz już specjalnie przedłużała podnoszenie się z ziemi, by zyskać chwilę odpoczynku. Od półtorej godziny ćwiczyli przerzut przez plecy, wykręcenie, obezwładnienie. I chociaż to ona miała ćwiczyć, to jednak częściej lądowała na ziemi, zamiast posyłać tam przeciwnika.  
-Proszę, już nie mogę. Nie mam już siły. Naprawdę! – spojrzała błagająco na pełnego energii Sebastiana.  
-Ostatni raz i przerwa. Dajesz!
„Przerwa?! O Boże… miał być koniec na dzisiaj” – Cathrine zrezygnowana po raz kolejny źle wykonała chwyt i sama padła na ziemię.  
-Dobra, dychnij sobie. Zaraz wrócę. – Sebastian dziarsko odszedł w kierunku zabudowań.  
-No… nie śpiesz się! - uśmiechnęła się przekornie i w cieniu pod drzewem.
Ulga. Nie tylko odpoczynek dla przeforsowanego ciała, ale prawdziwa psychiczna ulga. Żadnych zaczepek, żadnych głupich sytuacji, żadnych podtekstów. Nawet kiedy wspólnie lądowali na trawie, Blackmountain zabierał się szybko do góry, opieprzając ją równocześnie za opieszałość. Obawiała się, wręcz spodziewała, że będzie sprawiał kłopoty. Zwłaszcza po nieudanym wspólnym wyjeździe. A jednak było tylko szkolenie. Profesjonalne. A nawet z nutką życzliwości. Będąc poza gabinetem podarował sobie oficjalne nazewnictwo.  
Cathrine szczerze ucieszyła się na widok wracającego Sebastiana. A dokładniej to na widok butelki wody, jaką dla niej niósł.  
Zimna, mokra, pyszna.  
-Dzięki! – odetchnęła i podała mu picie. Nie potrzebował, bo napił się już wcześniej, ale usiadł koło niej. Byli wystarczająco daleko od zabudowań, żeby nikt się im nie napatoczył.  
-Nic z tego nie będzie… - Cathrine stwierdziła bardziej sama do siebie.
-No co ty! Na wszystko trzeba czasu. Nikomu nie wychodzi na początku. – pocieszał ją, myśląc, że mówi o ćwiczeniach.  
Keller w głowie miała mętlik. Cokolwiek próbowała przewidzieć, do czegokolwiek się przygotować – wychodziło inaczej. Lepiej lub gorzej – ale inaczej. Jednak nie tak łatwo było przeczuć kolejny ruch Blackmountaina. „Może dlatego, że działa bez planu?” – spojrzała na niego z boku i przyłapała na tym, że ją obserwował.  
-Po co to wszystko, porucznikuu?! – spytała z sarkazmem, nie kryjąc wkurzenia. – Trzeba lat żeby doskonalić takie umiejętności. To samo ze strzelaniem. Ta cholerna wojna zdąży się skończyć zanim to opanuję.
-Zanim wojna się skończy, to zdąży ci się przydać to, co umiesz. Po co? Dla obrony! Siebie! Przyjaciół! I kraju!
-Nie mam już kraju! Nie mam przyjaciół! – krzyknęła mu w twarz – A dzięki wam nie mam też siebie, a przynajmniej nie taką siebie, jaką chciałabym bronić!
Cathrine chciała schować twarz w dłoniach, ale Blackmountain wstał i bezpardonowo szarpnął ją w górę za nadgarstek.  
-Przestań się mazać!  Idziemy!  
Stanęli na niewielkiej, jasnej polanie. Sebastian krok po kroku tłumaczył jak rano wytrącił jej pistolet z rąk. Po kilku razach stanął obok i z boku przyłożył lufę do jej skroni. Keller spojrzała na niego wymownie - było dokładnie tak jak pierwszego dnia, na progu jej domu.
-Skup się! – warknął. – Chyba, że chcesz, żeby ktoś ci to powtórzył. – domyślił się jej wspomnień.  
Cathrine starała się uspokoić  oddech, zebrać myśli  i bezbłędnie wykonywać polecenia. Musiała przyznać, że Sebastian był dobrym nauczycielem. Rzeczowo wyjaśniał, wskazywał błędy, cierpliwie, wielokrotnie  pokazywał te same ćwiczenia. Motywował.
-Dobrze! Właśnie tak! Ok, teraz podejdź i stań tyłem do mnie.  
Keller poczuła jak chwyta ją za pas, przyciąga do swojego torsu i przystawia pistolet do skroni. Tak blisko nie byli od czasu feralnej nocy.  
Zbyt realne, by spokojnie wytrzymać.
-Puść mnie! – krzyknęła, ale Blackmountain chwycił ją jeszcze mocniej.- Puść mnie, to nie jest zabawne! – Przeraziła się na wspomnienie swoich własnych słów sprzed ponad miesiąca.  
-Nikt cię nie puści na życzenie! Pomyśl jak się możesz uwolnić. – agresja w głosie mężczyzny przeczyła merytorycznym słowom. Nawet jeśli to nadal były tylko ćwiczenia, to coś zaczęło iść nie tak.
-Sebastian, proszę, puść mnie. Nie mam pojęcia jak się uwolnić. – zdenerwowana  Cathrine zaczęła odpychać przytrzymującą ją rękę nie przejmując się bronią przy skroni.
Niespodziewanie Blackmountain poluzował dłoń, a oswobodzona nagle Keller z impetem zrobiła kilka kroków w przód, zostawiając mężczyznę za sobą. Nagle ciszę polany przerwały znane słowa.
- Hände hoch!  
Charakterystyczny odgłos  odbezpieczanej broni nie pozostawiał złudzeń. Cathrine wstrzymała oddech.  
- Wende dich ab, französische Hure!  
Keller podjęła grę. Odwróciła się powoli, ani myślała podnosić rąk. Z wysoko uniesioną głową spojrzała na niego z wściekłym oburzeniem
- Wie bitte?! Wie kannst du es wagen?!!  -  wycedziła karcąco i  powoli, ze wstrętem przetaksowała mężczyznę spojrzeniem, które zatrzymała na jego twarzy. Zmrużyła oczy.  – Ich bin eine Deutsche, Trottel. Mein Ehemann is ein Waffen-SS Oberst! – śmiało zrobiła krok w kierunku celującego mężczyzny-   Wie heisst du? – syknęła z furią-  Wo stationerst du? Ich wudre das dein Kemmendant anmelden.  
Blackmountain stał jak wryty i tylko dlatego nadal celował w Keller.  
-Dosyć na dzisiaj. Wracamy. – Cathrine wróciła do francuskiego i odwróciła się, nie chcąc przedłużaniem chwili wprawić mężczyzny w złość konsternacji. Do satysfakcji wystarczył jej widok miny Sebastiana.
- Nie tak szybko! – poczuła na plecach dotkniecie lufy.  
Blackmountain szybko odzyskał rezon i szybko zapragnął rewanżu.
- Ręce do góry, niemiecka dziwko!
Jak w oszołomieniu wykonała polecenie i ponownie, powoli odwróciła się do mężczyzny.
-Nie jestem Niemką! – wyszeptała przerażona-  Mój ojciec był Niemcem, ale moja matka była Francuzką!  Nie jestem Niemką! Jestem Francuzką! – powtarzała zaklinając rzeczywistość.
-Kłamiesz! – krzyknął Blackmountain. Na jego twarzy satysfakcja mieszała się z wściekłością. - Współpracujesz z Niemcami! Szpiegujesz dla nich!
-Nie! Nigdy! Jestem lekarzem! – Cathrine coraz mniej podobała się ta zabawa, ale wiedziała, że musi wytrwać w przypisanej roli. – Nie jestem Niemką! Nazywam się Cathrine Keller i jestem lekarzem w Bergues.  
- Kłamiesz! Bergues już nie istnieje! Twoi Niemcy starli je z powierzchni ziemi. Sam widziałem jak płonęło!  
-Bergues spłonęło?! – Cathrine pokręciła głową z niedowierzaniem. Bezwiednie opuściła dłonie, zakryła usta, jakby tłumiąc krzyk. Z jej oczu popłynęły prawie prawdziwe łzy. Spojrzała na Sebastiana z rozpaczą i jakby w poszukiwaniu prawdy wyciągnęła ręce przed siebie. – Bergues?!  
Stary, dobry LeMount akurat tego zdążył ją nauczyć.
Błyskawicznie lewą ręką odsunęła mierzący w nią pistolet w bok, a prawą wprawnie wyciągnęła swoją broń i przyłożyła do czoła zaskoczonego Blackmountaina. Przypatrując się mu, przechyliła głowę w bok i przymrużyła oczy.  
-Mówiłam, żebyśmy wracali.

258 czyt.
100%21
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 1223 słów i 7332 znaków

Komentarze (1)

 
  • Somebody

    Somebody 6 gru 16:57

    Jestem, dotarłam w końcu. Miałam do nadrobienia 5 części, a wszystkie połknęłam jednym tchem