Vive la F... - cz.35. Deutsche Gefangene.

Z odrętwienia wyrwała ją kolejna fala głodu. Najpierw delikatnie naciskał na podbrzusze, ale po chwili, jak rozjuszony drapieżnik ukąsił z całej siły. Bezwiednie skuliła się z bólu, ale po chwili przemogła się i desperacko dobrnęła na kolanach do wiadra. Nabrała dłonią trochę cieczy, od sam zapach odrzucał tak, że nie chciała próbować smaku. Zdawała sobie sprawę, że odruch wymiotny jeszcze bardziej pozbawił by ją sił. Po kilku minutach głód nieco ustąpił. Powoli wstała i podeszła do kraty.
Szarpnęła z nadzieją. Oczywiście zamknięte.  
-Hej! – krzyknęła do pustych ścian – Jest tu ktoś?
Postała chwilę, ale czując, że opada z sił, doszła do pryczy i skuliła się na boku. Wpatrywała się w przeciwległa ścianę. Już dawno straciła poczucie czasu. Pewne było tylko to, że nadal nie wznowiono ostrzału. I że jest cholernie zimno.  
Coraz częściej pytania w jej głowie zaczęły być zastępowane beznadziejną pewnością - „Umrę tu. Zagłodzi mnie. Chyba, że się zlituje i dobije kulą. Lub wcześniej zamarznę. Ale skończę  właśnie tutaj.”  
Nagle krzyknęła - gdzieś niedaleko pocisk trafił w budynek. Rozpoczął się kolejny dzień ataku.  Ściany zadrżały. Z sufitu posypał się proch.
Słaba żarówka zaczęła migotać. „Nie, nie zdążę umrzeć z głodu – przysypie mnie gruz. Pochowa mnie żywcem.”  Cathrine zacisnęła powieki, skuliła się jeszcze mocniej. Próbowała ignorować odgłosy wystrzałów. Niektóre stłumione, jakby z daleka. Niektóre ostrzejsze, jak gdyby swe źródło miały w tym samym budynku. „Nadal się bronią.” – pomyślała i poczuła ulgę, jakby nie była sama. „Też mogłam się bronić. Po co to wszystko? Po co podziękowanie? Dla zmylenia? Żebym nie stawiała oporu? I tak za każdym razem nie mam szans. ” – przypomniała sobie, jeszcze bardziej zacisnęła powieki i zakryła dłońmi uszy. „Nie. Nie myśl o tym, bo zwariujesz!” Przypomnienie, kto ją zamknął i dlaczego nie jest teraz w szpitalu, uderzyło wraz z kolejną falą  głodu. Organizm ignorował przemyślenia i pytania bez odpowiedzi. Prymitywnie domagał się posiłku.  
Keller próbowała liczyć czas kolejnymi atakami. Ale były coraz rzadsze i słabsze. Resztką myśli zdawała sobie sprawę, że tak to wygląda - stopniowo pogrążała się w apatii. Trwając w półśnie, nie słyszała już nawet coraz bliższych wystrzałów.    
Nagle, bezwiednie ocknęła się na nowy dźwięk - odgłosu klucza przekręcanego w zamku. Otworzyła oczy.
Blackmountain podszedł do pryczy. W ręce nie miał dla niej posiłku. Trzymał kajdanki.  
Keller poczuła jak serce zalewa jej fala adrenaliny. W momencie stanęła na równe nogi i próbowała go zaatakować.  Kiedy chwycił jej rękę w locie, wywinęła się zwinnie i doskoczyła do otwartej kraty. Ale był szybszy. Dopadł ją w ostatniej sekundzie. Rozpaczliwie wyrywała się, szarpała w przypływie ogromnej siły, jednak ponownie skuł jej dłonie za plecami.  
-Uspokój się! – warknął i szarpnął boleśnie. – Tylko pogarszasz sytuację.
Keller zacisnęła zęby. Postanowiła już nie pytać i nie błagać. Dała się wyprowadzić z celi. Przeszli do pomieszczenia na końcu więzienia.  
Dwa krzesła, stół, lampa. Zbyt dobrze już znany klasyk.  Catherine udała, że nagła zmiana sytuacji nie zrobiła na niej wrażenia.
„Zaraz wpadną tu Niemcy, a my mamy czas zaczynać od początku?” – prychnęła sama do siebie.  
Z wściekłością rzuciła okiem na śmiertelnie poważnego Blackmountaina. „Czy on sobie coś uroił? Że ja coś wiem? Coś co pomoże w odparciu ataku?” Wiedziała, że jeśli faktycznie tak sądzi, to nie będzie przebierał w środkach, żeby to z niej wydobyć. Zwłaszcza, że czasu jest niewiele. Poczuła, jak strach dopada każdą, najmniejszą nawet komórkę  ciała.  
Blackmountain posadził ją na krześle. Miało wysokie oparcie, więc przekuł jej ręce pomiędzy szczeblami, tak by nie mogła wstać.  
Stanął przed Keller. Hardo podniosła na niego wzrok.  Przyglądali się sobie przez chwilę. Zmrużyła oczy by lepiej dojrzeć to, co chyba tylko się jej zdawało. Sebastian, jak już teraz wszyscy, miał zmęczoną twarz. Ale nie było w niej nienawiści. Raczej wyglądał jakby było mu przykro.  
Najwyraźniej trzeźwy osąd już dawno opuścił Cathrine, bo niespodziewany cios w policzek szybko wyprowadził  ją z błędu. Mocny, ale przynajmniej nie spadła z krzesła. „Nabieram wprawy” – spojrzała zuchwale na oprawcę.  
Blackmountain o nic nie pytał. Nawet nie krzyczał. Jego ruchy były inne niż kiedyś. Pozbawione szewskiej pasji, emocji agresji.  Tak jakby … techniczne.
Odsunął się, tak jakby chciał lepiej się jej przyjrzeć. Ocenić. Wrócił z powrotem do krzesła i wymierzył kolejny cios. Teraz już Cathrine wiedziała, że  przegra z grawitacją. Ale Blackmountain złapał ją w locie za koszulę, która roztargała się na ramionach, lecz utrzymała bezwiedne ciało. Keller czuła, że tym razem z brwi powoli spływa strużka ciepłej krwi. Sebastian posadził ją z powrotem na krzesło. Znowu zlustrował od stóp do głów.
-Podoba się? – rzuciła wyzywająco bezczelnością zakrywając rozpacz.
-To nic osobistego. Czysty biznes. – odparł chłodno i  wytrzymał spojrzenie.  
Ponownie przypatrzył się Keller, ale już nie tylko tak, jakby oceniał. Tak, jakby chciał utrwalić jej obraz  w pamięci.
„Wystarczy. To albo nic. Przykro mi, Cathrine. Życzyłbym sobie, by był łatwiejszy sposób.” – wyciągnął z kieszeni podłużny kawałek materiału.
-Nie!! Sebastian, błagam!! – w walce o życie bezwiednie  złamała swoje własne postanowienie, by nie żebrać o litość.  
Obszedł krzesło dookoła. Materiał powoli przesunął się po szyi trzęsącej się ze strachu Keller. Blackmountain w końcu zacisnął go na ustach kobiety i zawiązał z tyłu głowy.
Cathrine w panice potrząsając głową próbowała pozbyć się knebla. „Nie!” – próbowała krzyknąć, ale z jej ust wychodził tylko stłumiony, gardłowy dźwięk. Spojrzała  na mężczyznę przerażonymi, szeroko otwartymi oczyma, próbując wyrazić wzrokiem wszystko to czego już nie zdążyła  powiedzieć.  
-Niestety, na mnie już czas. – Blackmountain w końcu się odezwał. Nie było w jego głosie wściekłości, ani pychy. – Do widzenia, doktor Keller.
Stłamszony przez materiał krzyk paniki wypełnił pomieszczenie.  Cathriene kopnęła kilka razy w stół, z oczu popłynęły jej łzy, a z gardła wydobył się nieokreślony dźwięk. Sebastian, nie oglądając się,  zamknął za sobą drzwi. Dygocząc , została sama ze swoim przerażeniem.  
Ani czas, ani klarowne myśli nie uspokoiły drżenia ciała. Keller nie potrafiła się już oszukiwać.  „Nie wróci. Nie żartował. Nie wystawia mnie na kolejną próbę. Znam go. W końcu to zrobił. Zdechnę tu jak pies.” Myśli przerywały odgłosy wystrzałów. „A co jeśli miał wrócić?  Chce wrócić, a zginie w walce.” – Cathrine czuła jak panika odbiera jej oddech i zmysły. Zaczęła rozpaczliwie prosić Boga, by Blackmountain przeżył. „Tylko on wie, że tu jestem!” – błagała w obłędzie.
Odrętwienie skutych rąk fatalnie wskazywało na upływ czasu. Siedziała już od kilku godzin w tej samej pozycji, a miała wrażenie, że minęły wieki. Głód ustąpił pragnieniu. Zmysły wyostrzyły się. Każda następna seria z karabinu była  coraz bliżej. Może nawet na schodach. Słyszała wołanie żołnierzy, bieg. Kolejny wybuch, po którym wysoki dźwięk wypełnił umysł na dłuższą chwilę, zanim wszystko nie wróciło z podwójną siłą. Czuła jak kule trafiają w ściany i w ciała. Raz po raz zza zamkniętych drzwi dochodziły krzyki rannych. Nie mogąc się ruszyć, ani odezwać, nie zamykała oczu. Pozostał jej tylko wzrok i słuch. Nieruchomy obraz pomieszczenia wypełniła wyobraźnia, dopisująca do każdego docierającego odgłosu miliony wytłumaczeń.
Nagle zapadła cisza. Na początku Keller uznała, że kolejny wybuch odebrał jej słuch na kilka sekund. Ale usłyszała kopnięcie swojego buta o stół.
Cisza zaległa w całym Deauvielle. Zapanowała tam, gdzie jeszcze niedawno dumnie stał.
Cathrine miała wrażenie, że słyszy opętane bicie własnego serca, szum krwi przeciskającej się pod ogromnym ciśnieniem przez żyły i tysiące myśli biegnących przez głowę.
„Co teraz?”- cisza nie była pożądaną odpowiedzią.
„Co teraz?” – postanowiła zebrać myśli, wziąć głęboki oddech. Policzyć do stu.
Sto.
„Co teraz??!!! Z premedytacją mnie tu zostawił! Zdechnę tutaj! Będę konać przez tydzień!! To jest jego zemsta!!!” Keller w panice zaczęła kopać w stół i krzyczeć w kawałek brudnego materiału.
Przeszło jej przez głowę, by się przewrócić i rozbić krzesło. Uwolnić się. Ale solidna, dębowa robota, nie dawała żadnych szans na powodzenie planu.  Cathrine trzeźwo oceniła, że jeśli raz wyląduje wraz  z krzesłem na podłodze, to już z niej nie wstanie. Wycieńczenie z głodu i zimna nie było jej sprzymierzeńcem.  
Zwiesiła głowę, zamknęła oczy. Znów policzyła do stu. Tym razem wolniej.
Nagle zawało jej się, że usłyszała głos. Nie jeden. Dźwięki. Wyraźne. Coraz więcej. Ktoś czymś rzucał, przerzucał, czegoś szukał. Zamykał i otwierał drzwi. Chodził.  
-Tu! Tutaj! – krzyknęła, ale za barierę knebla przedostał się tylko cichy jęk.
-Tutaj! – próbowała mocniej.
Nagle odgłos pojedynczej serii z karabinu przerwał stłumione wołanie o pomoc. Keller zamilkła. Odgłosy zbliżały się. Były coraz bardziej wyraźne.  
-Es gibt niemand.
-Null.
-Nichts. Nur Leiche.  
„Tutaj!” – bardziej pomyślała, niż krzyknęła Cathrine. – Tu! Błagam...  
Jakieś drzwi, całkiem niedaleko, otworzyły się i trzasnęły po chwili.  
„Tutaj…”
Keller zamglonymi oczyma desperacko wpatrywała się w klamkę.  
Drgnęła.
-Es gibt ein Gefangene!!!*** – żołnierz podniósł w górę lufę karabinu. – Eine Frau!!!  
-Qui es-tu? – krzyknął łamanym francuskim.- Kim jesteś! Mów!
Energicznie podszedł do krzesła. Czas,  jaki potrzebował na rozwiązanie knebla,  musiał wystarczyć Keller na przemyślenie odpowiedzi.
-Ich bin Cathrine Grete Mountbatten  von Keller. Ich bin eine Deutsche… – wyszeptała resztką sił.
Żołnierz doskoczył do drzwi.
-Gib mir einen Arzt!   Schnell!! ****
Czując na ramionach ciężar długiego płaszcza z naszywkami SS, we wspierającym towarzystwie dwóch żołnierzy, Keller opuszczała podziemie. Za połacie przytrzymując okrycie, zza wysokiego kołnierza, obserwowała kręcących się po korytarzu niemieckich żołnierzy. Jeden z nich podszedł do leżącej z karabinem w rękach postaci. Wyrwał broń, sprawdził puls.  
Cathrine  wstrzymała oddech. Zwolniła, lecz tylko tyle, by nie wzbudzić podejrzeń.      
-Ranny, ale żyje! – krzyknął wojskowy i szarpnął leżącym, tak by dostrzec jego twarz. – Cholera, to Blackmountain!  
Na dźwięk własnego nazwiska Sebastian otworzył przymglone z bólu postrzału oczy. Odprowadził wzrokiem odwróconą tyłem postać. Któryś z żołnierzy otoczył ją ramieniem, a drugą ręką elegancko otworzył przed nią drzwi na zewnątrz.  

*** więzień
**** Lekarza. Szybko.

___________________________________________________________________________________________
To już ostatnia scena części pierwszej. Część druga - in progress Nie wcześniej niż za tydzień. Jeśli się podobało to proszę o like lub komentarz, jeśli jest coś do poprawy - to tym bardziej

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 11 stycznia

    A więc dobrze myślałem.  

  • Somebody

    Somebody · 10 gru 2018

    Szkoda, że koniec, ale dobrze, że planujesz kolejną część. Mi się bardzo podobało, bardzo