Vive la F... - cz.28. The offer.

-Potrzebuję z tobą porozmawiać. – Sebastian nachylił się do ucha Keller i nieelegancko szepnął, ignorując pozostałych oficerów przy stole. – Zostań tutaj po kolacji.  
Jednak bardziej mina Cathrine, niż jego faux pas, sprawiła, że siedzący obok żołnierze zamilkli na kilka sekund. Przezornie szybko udali, że nic nie zauważyli i wrócili do beztroskich pogawędek nad talerzem.  Blackmountain usiadł na końcu długiego stołu, zagadnął coś do starszego żołnierza.
Mężczyźni powoli, jeden po drugim, udawali się na spoczynek. W końcu przy stole zostały tylko dwie osoby. Blackmountain przesiadł się naprzeciw Keller. Daleko, gdzieś na drugim końcu sali oddelegowany żołnierz zbierał brudne talerze i mył blaty.  
-Chciałbym coś ustalić. – zaczął Sebastian, rzucając okiem na porządkowego. Był wystarczająco daleko.
-Tutaj? – Keller próbowała podglądnąć w jego karty.
-Miejsce dobre jak każde inne. – gładko skłamał. – Chcę porozmawiać o … twojej współpracy. Potrzebuję…  - zastanowił się nad słowem – chcę, żebyś towarzyszyła, pomagała mi przy niektórych przesłuchaniach. Nie tylko jako tłumacz czy lekarz. Masz do tego całkowicie inne podejście. Ludzie ci ufają.  
Keller wzięła głęboki oddech i odchyliła się od stołu. To czego w śladowej ilości już spróbowała, zdecydowanie nie było tym, na co mogła się godzić. Wszystko było na nie. Gra pozorów, manipulacja, nie tylko więźniem, ale i nią samą, bo przecież była tego świadoma. Przemoc, tak bardzo niezgodna z jej przekonaniami, z jej współodczuwaniem. Przemoc, stojąca w sprzeczności  z jej własnym doświadczeniem. Wreszcie dostęp do informacji. Tajnych, niebezpiecznych, których w ogóle nie była ciekawa. Które ktoś kiedyś będzie chciał z niej wyciągnąć.  
Odpowiedź mogła być tylko jedna: „Nie”.  
Keller równocześnie wiedziała, że nie ma takiej możliwości. Blackmountain  już zdecydował, więc znajdzie sposób, żeby ją zmusić. Skoro, tak jak się ujawnił, potrzebuje jej, to niech przynajmniej ta rozmowa nosi znamiona jej zgody. I da pewne korzyści.
-Oprócz tego, że po wojnie to już na pewno zawisnę za zdradę, to co będę z tego miała?  
-Nic ci nie będzie! – warknął Blackmountain, złością ukrywając brak pewności co do jej, swojego i pozostałych oficerów losu. – Ustawisz się, jak my wszyscy! – dodał złośliwie, choć wiedział, że nie to miała na myśli.
-Mhm, obietnice. Ok. To przynajmniej co będę miała z tego TERAZ?! – Keller nie odpuściła. – Bo wiesz, po wojnie… - uśmiechnęła się tajemniczo. – Co możesz mi zaoferować teraz?
-Wiesz, że nic nie muszę. – Blackmountain z kpiącym uśmiechem rozparł się na krześle. – Ale dobrze, powiedzmy w „uznaniu zasług” – co byś chciała?
- Ciężko stwierdzić. W sumie wszystko już mam. – z sarkazmem rozejrzała się dookoła. – Niczego mi nie brakuje. Jest naprawdę w porządku.  
Sebastian zmrużył oczy. Nie chciał się droczyć. Przyszedł ustalić konkrety. Skontrolował odległość od sprzątającego żołnierza. Na razie jeszcze ich nie słyszał.
Blackmountain postanowił nie jątrzyć, nie komentować. Odpuścił sobie wymianę życzliwości.  Na zachętę nachylił się do Keller, spojrzał wyczekująco, położył dłonie na blacie.  
Odczytała przekaz. Powoli dopiła wodę. Odkładając szklankę oparła rękę na jego dłoni. Pochyliła się nad blatem.
-W zasadzie, to nie chcę wiele, Sebastian. – spojrzała w bok na sprzątającego żołnierza, jakby jej szept był nim spowodowany. - Wystarczy, jeśli się powstrzymasz i  już nigdy, przenigdy mnie nie uderzysz. Ale wątpię,  czy dasz radę.  
Keller wytarła usta w serwetkę i odłożyła ją na stół. Wstała, nie patrząc na Blackmountaina. Odeszła, nie czekając na odpowiedz.  
-Keller, zwolnij! – głos wypełnił korytarz, ale Cathrine nie zatrzymała się. W końcu Sebastian zrównał z nią krok.
- Poczekaj! Stań! – szybszy oddech porucznika z pewnością nie był konsekwencją biegu na tak krótkim dystansie.  Miał zbyt dobrą kondycję.
Kobieta odwróciła się, ale spojrzała w dal.  
-Słucham.
-Cathrine…  
-No, słucham! – ponagliła go gorzko. – Przyszedłeś mi to obiecać? Nie uwierzę. Przeprosić? Tym bardziej nie uwierzę! Gadaj co chcesz, śpieszę się. –prychnęła z ironią i odwróciła jakby miała iść dalej. - Od jutra zaczynam nocne zmiany.
- Keller, w końcu widzę, jaki mam z tobą problem. – zaczął tak enigmatycznie, że kobieta spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Nie poznałem się na tobie, a to mi się rzadko zdarza. Jako jedyną nie doceniłem cię na początku. Gardziłem tym, jak łatwo dałaś się złamać. Teraz z kolei cię przeszacowałem. Biorąc swoją miarą, stwierdziłem, że wszystko wytrzymasz, że jak dla żołnierza, ból nie znaczy dla ciebie nic.  
-Nie jestem żołnierzem. – przerwała mu cierpko.
- Patrzyłem na ciebie przez swój pryzmat, szydziłem z twojej słabości. Teraz rozumiem, że to nie jest słabość. To sposób przetrwania. A co najważniejsze – efektywny.  
Cathrine założyła ręce na piersi i przestąpiła z nogi na nogę, chcąc okazać zniecierpliwienie. W rzeczywistości jednak słuchała uważnie. Próbowała wybadać szczerość słów Sebastiana.
-Nie będę cię ani przepraszał, ani niczego obiecywał, chociaż przyrzekłem sam sobie, że to już się nie powtórzy.  Nie powiem ci też, żebyś mi tu i teraz z całej siły oddała, bo tylko mnie wyśmiejesz, a jest mi już wystarczająco głupio. – zawiesił głos, jakby powiedział o kilka słów za dużo.  
-Więc cóż też nowego zamierzasz? – zadrwiła.
-Nic nowego. Tylko to, co powinno być od początku – współpraca oparta na wzajemnym zaufaniu.  
Keller zaśmiała się gorzko. „Zaufanie. Od początku. Kpina!”
Wiedział, co pomyślała.  
-Nie, Keller. –twardy głos nie pozostawiał wyboru. - Nie jest za późno. Gruba kreska. Nie mamy wyjścia, musimy zacząć od początku.  Ja ci ufam.  Czas na ciebie. Od teraz działamy razem.
Cathrine zmieszana, nie chciała ryzykować nietrafionym komentarzem.  
-Ok, zatem idziemy. – ruszyła energicznie przed siebie.  
-Razem. – Blackmountain chwycił ją pod ramię, przytrzymał, wyrównał krok i zwolnił uścisk.
Korytarz wypełnił się odgłosem rytmicznych kroków.  Rękawy wojskowych kurtek raz po raz ocierały się o siebie. Oddechy wyrównały się w  regularnym ruchu. Przy końcu korytarza, Blackmountain otworzył drzwi i bez zbytniej nonszalancji, zwyczajnie  przepuścił Keller przodem. Przed nimi czekał na przejście cały dziedziniec.
Po chwili Cathrine poczuła jak jednostajny, wspólny marsz działa uspokajająco. Łączy, tworzy porozumienie. Moc, z którą toczyła nierówną walkę, stała teraz po jej stronie. Chciałaby w to wierzyć.  Ale z pewną złością na siebie stwierdziła, że czuje się bezpiecznie.  Bezpiecznie u boku mężczyzny. Wroga. Kata. Sebastiana.
Czuje się spokojnie. Dobrze.
Jednak spokój rozpłynął się jak mgła, w momencie gdy zbliżyli się do drzwi służbowego mieszkania. Wyczekując na rozwój wydarzeń,  napięła mięśnie, patrzyła przed siebie. „Będzie chciał wejść?”
Blackmountain wyjął z kieszeni spodni swój komplet kluczy. Keller od zawsze podejrzewała, że je ma.  Otworzył drzwi na oścież. Chwycił dłoń kobiety i położył na niej klucze.  
-Spokojnej nocy, Cathrine.  – zasalutował, odwrócił się i skrył się w półmroku.

1 komentarz

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 11 stycznia

    Kiedy myślę, że doszłaś już do perfekcji, to posuwasz się dalej.