Vive la F... - cz. 47. Money makes the world go round.

Vive la F... - cz. 47. Money makes the world go round.-Szefie, ta klientka przy oknie chce z panem porozmawiać. – młoda kelnerka szybko wyrzuciła z siebie wiadomość i zniknęła z tacą pełną brudnych, ale już ostatnich naczyń.
-Czego, do cholery? Już zamykamy! – barman, będący równocześnie właścicielem zaklął pod nosem i ciepnął w złości mokrą szmatą. Widział ją już wcześniej. Piła kawę, czytała książkę, nie czekała na nikogo. Elegancka, przyciągnęła uwagę kilku niemieckich oficerów i może ze dwóch Francuzów. Nikt nie zagadał.  
- W czym mogę pomóc? – wysilił się na uśmiech, mając nadzieję na szybkie załatwienie sprawy. Była szansa, bo przedostatni klient zakładał palto. Wiosenne wieczory były jednak chłodne.
- To chyba ja mogę panu pomóc. – Keller uśmiechnęła się nieśmiało. – Bo tak sobie siedzę tutaj i piję tę przepyszną kawę i tak sobie myślę…  
„Do brzegu, kobieto!”  – restaurator  uśmiechnął się zachęcająco. -  „Żona mnie zabije za spóźnienie  - „Jean! To trzeci raz w tym tygodniu!!””
Na widok dwóch kolejnych klientów fałszywy uśmiech zszedł z twarzy równie szybko jak się pojawił.  
-Już zamknięte!
-Tak, tak. Zamknięte.- przytaknął wyższy z nich, przekręcił klucz w zamku i stanął nieruchomo przy drzwiach.
Drugi ruszył w kierunku kuchni.
-Dokąd pan idzie! Tam nie wolno!
-… i tak sobie pomyślałam, ze ta kawa taka smaczna, a wcale nie jest taka droga.  
-Chwila! – Jean podniósł się z krzesła, ale facet przy drzwiach zrobił krok w jego kierunku. Klapnął z powrotem i nasłuchiwał. Kilka krzyków kelnerek, obruszony głos kucharza, odgłos trzaskających drzwi zaplecza.  
Drugi wrócił na salę. Beznamiętnie zaczął oglądać obrazy na ścianach.
-A przecież pan ma koszty! Taki wykwintny lokal! Wyposażenie, dekoracje. Tu jest bardzo ładnie! – Keller rozejrzała się, jakby dopiero weszła. – Nie dziwię, się, że tylu Niemców tu przychodzi. No i bezpiecznie! Nie to co w „L’affection” w zeszłym tygodniu…. Szkoda, też było przyjemnie.
Restaurator spojrzał podejrzliwie.
-Co pani?!
-Tak jak mówiłam, mogę panu pomóc. No bo spójrzmy: moje zamówienie. – podsunęła mu serwetkę z odręcznie wypisanymi liczbami. - Kawa, mleko, obsługa, czynsz, media. Ta kawa jest za tania! Jest wojna, koszty rosną. Pomogę panu zwiększyć przychody.  
Jean poczuł równoczesny dreszcz strachu i ekscytacji.  
-Zamieniam się w słuch. – starał się bardzo, by jego głos nie zdradzał emocji.
-To nie będzie tylko elegancka restauracja. To będzie bardzo bezpieczna restauracja. Z twoimi niemieckimi klientami i naszą francuską obsługą przy ich stolikach.  
-Ale ja już mam pracowników…
-Oczywiście trzeba uwzględnić koszty bezpieczeństwa. – kontynuowała spokojnie. - Myślę, że 10 procent to uczciwa propozycja. Uwzględnisz to w cenie, Jean. Ta kawa naprawdę może kosztować więcej.  
-10 procent?! – restaurator krzyknął widząc jak równocześnie facet stojący przy kasie wyjmuje z niej zwitek banknotów.  
- To za marzec! – z uśmiechem pomachał pieniędzmi.  
- Przecież jest koniec marca! – Jean złapał się za głowę.
-No właśnie, a było całkiem bezpiecznie, prawda? – Keller wstała od stołu. -L’affection…. Tak blisko, tuż za rogiem… Wielka szkoda, tam też było tak stylowo…. Kto wie, gdzie będzie kolejny raz...
Zawiesia głos. Patrząc w oczy mężczyzny, delikatnie, koniuszkami palca przesunęła gustowną filiżankę na skraj blatu. Porcelana roztrzaskała się na setki kawałków.
Podeszła do wieszaka, a facet z czwartkowym utargiem podał jej płaszcz.
-Znam was! Nie bawię się w wasze gierki!- Jean poderwał się i zaczął wymachiwać palcem nad blatem. Zawiadomię policję! Mam niemieckich przyjaciół!  
Keller podeszła spokojnie pod samą dłoń mężczyzny.
-Nie bądź śmieszny. Nie będą ochraniać wszystkich restauracji w mieście. A wiadomo, że każda może być celem. Lub - prawie każda.  
Poklepała go po ramieniu i odwróciła się do wyjścia. Jednak po zrobieniu kilku kroków wróciła do mężczyzny. Spojrzała łagodniej, prawie uśmiechnęła się z troską.  
-Znasz tę historię? Kiedy Bóg zsyłał na Egipcjan plagi, śmierć pierworodnego omijała te żydowskie domy, których drzwi oznaczone były krwią baranka. Mogę być twoim barankiem. Ale więcej ostrzegać cię nie będę.
Facet przy drzwiach przekręcił klucz i otworzył je szeroko przed kobietą.  
-Rano przyjdą nowi kelnerzy! Dobranoc. – machnął drugi i uśmiechnięty poklepał się po kieszeni z gotówką.  

*******************************************

Blackmountain zapalił kolejnego papierosa. Przyglądał się siedzącej na łóżku, zadowolonej z siebie kobiecie.  
-To był pierwszy i ostatni raz, Keller. Nie idziesz w to dalej! Koniec!  
-Nie idę czy nie idziemy? Dlaczego ty możesz, a ja nie? Tak źle mi poszło? – zmrużyła oczy i zaśmiała złośliwie. – A może jesteś zazdrosny, że tak dobrze? Ktoś tu się boi o swoją pozycję?
-Przestań pieprzyć! – Sebastian tylko sobie nalał kolejną porcję whisky. Autorytatywnie stwierdził, że Cathrine ma już dosyć.  - Igrasz z ogniem! To jest bilet w jedną stronę!  To nie jest Bergues! Ci ludzie są nieobliczalni. Wystarczy, że popełnisz jeden błąd.  
-Jaki błąd, Sebastian? – przycisnęła go.  „Niemożliwe, że się domyśla.” – przebiegło jej przez myśl.
Cisza.
-Masz na myśli niepowodzenie akcji? – sama sobie dopowiedziała. - Teraz poszło gładko!
-Akcji! To jest najmniejsze ryzyko. Oczywiście, że nie zawsze się udaje. Chodzi mi o przecieki, Keller. Masz dostęp do dokumentów. U Adlera pracuje mnóstwo ludzi, ale jeśli teraz cokolwiek gdzieś wycieknie, to ty będziesz kretem.
-Co ty gadasz?! To absurdalne!! Czemu miałabym to robić? Myślisz, że kiedykolwiek mogliby mnie o to posądzić?! – Cathrine zbyt szybko się zirytowała, żeby można to było zrzucić na alkohol. Trzęsącymi się dłońmi zgarnęła papierosy ze stołu. Zaczęła gorączkowo myśleć o zepchaniu rozmowy na inne tory. - Boże! Na szczęście, nie wszyscy mają taki chory umysł jak ty! – wycelowała palcem w czoło mężczyzny.
Blackmountain prychnął.  
-Powiem ci co ja bym pomyślał na miejscu Adlera: w Ruch Oporu wchodzi się miesiącami, powoli zdobywa ich zaufanie, a ty zjawiasz się nagle, nie wiadomo skąd. Jesteś jak olśnienie! Wyrywasz się z pomocą. Tłumaczysz dokumenty, inspirujesz kolejne akcje. Nawet organizujesz kasę! Nie podobasz mi się. To nie jest zwyczajne. Coś tu nie gra! Na jego miejscu mocno bym ci się przyjrzał.  
-Po pierwsze – zeskoczyła z łóżka i krzyknęła mu prosto w twarz. – To nie stanęłam pod ich drzwiami, tylko byłam tu się przypadkiem! Jakbyś nie pamiętał! Tu, w tym pokoju! To wy przyszliście do mnie!  
Blackmountain cofnął się nawet o krok.  
-Po pierwsze: nie wierzę w przypadki. Nie w tej branży, Keller. – zmrużył oczy i próbował wyczytać z twarzy Cathrine cokolwiek poza złością.  
Przez ułamek sekundy zdawała się być zbita z tropu. Wizyta Adlera była przypadkiem. Ale wykorzystanie tej sytuacji – z pewnością już nie. Od momentu utraty mieszkania i pracy miała oczy szeroko otwarte na wszelkie sposobności, znajomości i informacje, które pozwoliłyby wskoczyć w nowe życie. Przydatny mógłby być każdy, kto pomógłby uniezależnić się od Blackmountaina. Napatoczył się Adler ze swoimi dokumentami.  
-A po drugie – Keller krzykiem próbowała odzyskać rezon. – nawet jeśli będę pod lupą, to nie zapominaj, że to ty mnie zarekomendowałeś. „To mój człowiek” – pamiętasz?!
Po minie Sebastiana widziała, że zabolało. Uśmiechnęła się ze złośliwą satysfakcją. Po chwili przypatrywania, odwróciła się, by uzupełnić swoją szklankę.
Mężczyzna przełknął ślinę, wziął głęboki oddech. Ewidentnie przygotowywał się do oddania ciosu poniżej pasa.  
-Ciekawe czy twoi nowi koledzy wiedzą, że jesteś Niemką?  
Keller dopiła whisky. Nie odwracając się, odstawiła szklankę na stół.  
-Ciekawe czy nasi nowi koledzy wiedzą, że już raz nie żyłeś?
-Nie pogrywaj ze mną, Keller!! – Blackmountain walnął otwartą dłonią w blat stołu. – Nie chcesz mieć we mnie wroga!
Wstał z impetem wywracając krzesło. Wycelował palec w stronę pleców kobiety.
– Przypomnij sobie, na kogo zawsze na końcu możesz liczyć…  
Ostatnie słowo zagłuszył dźwięk drzwi uderzających o framugę.

1 komentarz

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 12 stycznia

    To już nie jest gra. Ona już prowadzi tak jak chce. A B przegrywa i wie o tym lecz pierwszy raz w życiu nic nie może zrobić. Tak sądzę.