Vive la F... - cz.2. Deeper into the dark.

Vive la F... - cz.2. Deeper into the dark.Może pół, a może pięć godzin. Straciła orientację w czasie i przestrzeni, równie dobrze mogli jechać na zachód jak i na wschód, w stronę frontu. Jedno było pewne – monotonna jazda pozwoliła opanować atak paniki.  
Kiedy wysiedli na miejscu, nadal był ciemno – czuła to przez zamknięte oczy. Ktoś wprowadził ją do budynku, ale nie był to współtowarzysz z obandażowaną ręką. Nie odezwał się całą drogę. Serce na powrót zaczęło szybciej bić, a oddech stał się krótki i urywany, gdy poczuła, że sprowadzają ją w dół schodów. Bezwiednie próbowała się wyszarpać, ale wtedy ktoś dodatkowo chwycił ją z drugiej strony. Stosując dźwignię na barku boleśnie wykręcił lewe ramię i unieruchomił na dobre.
-Dokąd idziemy? Gdzie mnie prowadzicie? – wyszeptała. Usłyszeli, ale nikt nie odpowiedział.
Stukot trzech par butów o posadzkę w jednej chwili ustał i zmienił się w dźwięk otwieranych ciężkich, metalowych drzwi. Dłonie wepchnęły ją do środka mocno oświetlonego pomieszczenia – kolor opaski zmienił się z czarnego na brązowy. Usłyszała szurnięcie i coś pociągnęło ją do tyłu. Poczuła, że siedzi na krześle bez oparcia. Nerwowo kręcąc głową próbowała uchwycić jakikolwiek dźwięk lub obraz. Domyślała się jedynie, że ta dwójka, która ją przyprowadziła, stoi zaraz za krzesłem. Czuła też, że szaleńczo bijące serce zaraz rozerwie jej pierś. Nagle drzwi zaskrzypiały na nowo, a po wnętrzu rozszedł się dźwięk podkutych butów. Kiedy wchodzący stanął przed Cathrine, odczekał chwilę.  
Kiedy do jej nozdrzy dotarł znajomy zapach spirytusu salicylowego, prawie równocześnie wydarzyły się dwie rzeczy. Opaska została wprawnym ruchem zdarta z oczu, a światło lampy oślepiło ją gwałtownie. Wtem świat zawirował i poczuła, że grunt osuwa się jej spod nóg. Siarczysty policzek zrzucił ją z taboretu. Rozbita warga dotykała zimnego marmuru. Uderzenie było tak silne, że gruchnęła prawym bokiem na podłogę.  
-To za rękę.
Dwie pary silnych dłoni pochwyciły za ramiona. Poczuła, że leci w górę i usadzają ją z powrotem na krześle. Ledwo dotknęła siedziska, a znów spada na podłogę.  
-A to na powitanie. – cios dla odmiany padł z drugiej strony.  
Podłoga była cudownie kojąco chłodna. Mimo niekomfortowej pozycji Cathrine najchętniej zostałaby na niej dłużej. Niestety kolejne szarpniecie w górę i po sekundzie ponownie siedziała na krześle. Podniosła lekko głowę i starając się ignorować światło spojrzeć na swego oprawcę.  
-Nazwisko. – zażądał stanowczo.
-Cathrine Keller. – wyszeptała kobieta drżącymi ustami. Całe jej ciało przeszywały dreszcze.  
-Kłamiesz! – kontur postaci powiększył się o wyciągniętą w górę prawicę. Cathrine skuliła się natychmiast, ukryła głowę w ramionach i zacisnęła powieki. Zamarła w oczekiwaniu. Ale kolejny cios nie padł. Nastała cisza.  
Odważyła się otworzyć oczy. Podniosła wzrok. Ujrzała młodszego z mężczyzn, składających jej kilka godzin temu niezapowiedzianą wizytę. Bandaż na jego lewej ręce był bardziej brunatny niż biały.
-Nazywam się Cathrine Gerda Keller… -zaczęła powoli, ale stanowczo.  
-Kłamiesz!!! - oprawca nagle znalazł się z tyłu. Zimna, twarda lufa pistoletu wbiła się boleśnie żuchwę, unosząc ją boleśnie w górę. -  Kłamiesz – cierpisz. – Odsunął broń, by mogła mówić.  
-Nazwisko! – wrzasnął.  
-Nazywam się Cathrine Keller, jest lekarzem z Bergues! Ja…- przerwał jej walnięciem pięścią w stół.  
-Gdy kłamiesz – zaczynamy od początku, rozumiesz? Od samego początku.
-Jestem lekarzem, możecie to sprawdzić. Cathrine Keller. - głos kobiety zaczął się załamywać – Nic nie zrobiłam. Dlaczego mnie trzymacie?! Wypu…
-Nazwisko!!! – metal broni wpił się ostro w skroń.  
-Już mówiłam!!! – wykrzyknęła histerycznie – Anna Renois, Martha MacCain, Ludvik van Bethoven – cokolwiek chcesz! Wybierz sobie, skoro mi nie wierzysz!!
Ucisk na skroni zelżał. Żołnierz odsunął się, żeby się lepiej przyjrzeć. Uśmiechnął się sam do siebie i pokręcił głową. Odłożył broń na stół. Konwulsyjnie zgięta w pół, Cathrine nie spuszczała z niego wzroku. Miał ostrzejsze rysy twarzy niż starszy brat, był bardziej ryży niż blond, a całości dopełniały jasnoniebieskie, przenikliwe oczy. Opadająca na nie grzywka nadawała mu zawadiackiego uroku.
- Nazwisko.– zapytał już spokojnie.
-Odpowiedź za odpowiedź. – postanowiła ciągnąć va banque.
Parsknął lekko śmiechem.
-No, no… - pokręcił głową.
-Dlaczego mnie tu trzymacie?! I kim właściwie jesteście? – twardym głosem nadrabiała odwagi w stawianiu wszystkiego na jedną kartę.
-To już dwa pytania. – zaczął nieco rozbawiony – A odpowiedź zależy tylko od tego czy zaczniesz mówić prawdę.
Cathrine wzięła głęboki wdech, starając się wyciszyć drżenie ciała i głosu.
- Nazywam się Cathrine Keller, jest lekarzem we francuskim Bergues…- opanowanie nie trwało długo  - I albo wiesz, że to prawda albo zgarnęliście niewłaściwą osobę !!!
Jednym ruchem mężczyzna znalazł się tuż przed nią i dłonią zasłonił usta. Twarze obojga dzieliły centymetry.
-Nein, Frau Keller. Das ist kein Fehler! –z zadowoleniem wpatrywał się w pogrążające się w przerażeniu oczy kobiety. Nie był Niemcem, to wiedziała z lekko wyczuwalnego francuskiego akcentu.
- I ty mi to zaraz wytłumaczysz. – kontynuując po niemiecku, powoli popuścił uścisk na jej ustach.
-Nie jestem Niemką! –przerażona wyszeptała idealną niemczyzną, chcąc dostosować odpowiedź do pytania. - Mój ojciec był Niemcem, ale moja matka była Francuzką! Nie jestem Niemką!
Odsunął się powoli i z zadowoleniem kiwnął głową, by kontynuowała.  
-Mój mąż…. jest… Jesteśmy w separacji, wiem tyko, że jest w sztabie głównym. Ale od trzech lat nie mam z nim kontaktu! Nie wiem nawet czy żyje!
Wojskowy wyprostował się i powoli przeszedł za stół. Usiadł wygodnie na krześle. Zaczął się bawić bronią.  
- Współpracujesz z Niemcami. – zaczął powoli, wracając do francuskiego. Koncentrując się jedynie na pistolecie, pokazywał ignorancję dla jej wersji faktów.- Leczysz ich i jesteś ich szpiegiem…  
-Co??!!! Nie, nigdy! – wykrzyknęła z przerażeniem po francusku- Nie jestem szpiegiem! To jakaś pomyłka!! – podniosła się z krzesła, jakby słowa prawdy miały szybciej do niego dotrzeć, ale mocne dłonie strażników z tyłu szybko usadziły ją z powrotem.  
-Nie jestem szpiegiem! Nie jestem Niemką! – zaczęła spazmatycznym szeptem zaklinać rzeczywistość – Nie jestem Niemką! – powtarzała w amoku, bardziej do siebie niż do słuchających.  
-Papierosy! I wody. – skinął na strażników. – Możecie iść. My tu sobie jeszcze porozmawiamy.  
- Tak jest, panie poruczniku! – zasalutowali i wyszli.

Drzwi nie zdążyły się domknąć kiedy mężczyzna znów znalazł się przy Cathrine. Jego ruchy były zwinne, a mimo nieprzesadzonej muskulatury miał w sobie ogromną siłę. Jednym kopnięciem wytrącił spod skulonej kobiety krzesło, które z impetem rozbiło się o ścianę.
-Kłamiesz – cierpisz! – zagrzmiał.  
Z satysfakcją wpatrywał się z góry jak kobieta próbuje się pozbierać po kolejnym uderzeniu bokiem o posadzkę. Obolałe mięśnie nie były posłuszne. Skrępowane z tyłu dłonie tylko utrudniały zadanie. Po kilku godnych politowania próbach Cathrine poddała się ciężarowi ciała i własnego upokorzenia. Oparła czoło o ziemię, tuż przed skórzanymi oficerkami. Przymknęła oczy w oczekiwaniu na kolejną porcję bólu.  
Porucznik przyklęknął na jedno kolano i delikatnie pomógł Cathrine usiąść na piętach. Pochyliła się do przodu, a włosy zasłoniły jej twarz. Łzy potoczyły się bezwiednie, wpadały w głębię rozcięcia na policzku, solą zaznaczając swą bolesną naturę. Znikały w kącikach ust.  
-Każdy z dwustu zakoszarowanych tu partyzantów z przyjemnością wpakował by ci kulkę w łeb.  – odgarnął jej włosy za ucho i czule, wierzchem dłoni wytarł resztki łez z lewego policzka. – Ale ja ci wierzę.
Wstał i wrócił do swojego krzesła za stołem. Drzwi się otworzyły i jeden z żołnierzy wniósł paczkę fajek i szklankę z wodą. Równie szybko opuścił pomieszczenie. Znów byli sami. Wyciągnął się wygodnie na krześle i wciągnął dym głęboko do płuc, nie spuszczając z kobiety wzroku.  
On miał ochotę pomilczeć. Jej zadaniem było czekanie.  
Resztką sił i godności walczyła z pragnieniem, ale widok wody przyciągał jak magnez. Pęknięte wargi, gardło wysuszone naprzemiennym krzykiem i łkaniem pragnęły tylko jednego.
-Wody? Chcesz wody? – porucznik wstał i szybko zgasił papierosa. Udawał zaskoczonego, chociaż musiał się domyślać-  Cathy, dlaczego nie mówisz? Wystarczy poprosić. –dodał łagodnie.
Przyklęknął przed skuloną postacią i ostrożnie przysunął szkło do ust kobiety. Cudownie chłodna ciecz rozpłynęła się po wnętrzu. Wbrew sobie spojrzała na niego z wdzięcznością. Jakby rozczulony wyciągnął z kieszeni munduru chustkę i zamoczywszy ją w resztce wody zaczął przemywać twarz kobiety. Powoli, niezwykle ostrożnie objeżdżał kawałkiem materiału dookoła pęknięcia na brwi kości policzkowej, przemył brud ze skóry policzka otartego po upadku na podłogę, usunął zaschniętą krew z wargi. Zawstydzona swoim bezradnym położeniem odwróciła wzrok.
-Widzisz – szepnął z bliska. – może być dobrze. Musisz tylko współpracować. – zatrzymał dłoń na brodzie, podniósł ja lekko w górę i spojrzał kobiecie prosto w oczy. Kiedy cofnął podparcie, głowa bezwiednie opadła w dół i Cathrine ze wstydem oparła czoło o jego ramię. Materiał wojskowej koszuli nasiąkał krwią i lecącymi spod zamkniętych powiek, bezgłośnymi łzami bólu i bezsilności. Trwali tak przez chwilę w ciszy.  
Wreszcie mężczyzna odsunął się, wstał i odłożył szklankę na stół. Nie patrząc na kobietę zgarnął papierosy i wyszedł bez słowa.  
Chwilę później Keller jakby przez mgłę poczuła jak dwóch strażników podnosi ją z ziemi. Bardziej wlokąc nogami niż idąc, dotarła z nimi do małego, zimnego pomieszczenia w podziemiach. W ciemności dostrzegła pryczę, ale wyczerpana po prostu oparła się o zimną ścianę, tam gdzie ją zostawili.

3 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 20 lipca

    Sytuacja sie ciut wyjaśniła.

  • AlexAthame

    AlexAthame · 9 stycznia

    Bardziej kładzie sz nacisk na odczucia niż akcje.Ale tak miało być.  

  • Somebody

    Somebody · 29 lis 2018

    Super! Świetnie się czytasz