Mogło być i tak - cz. XXI

Będąc w powietrzu na określonej wysokości i kursie, pilot zablokował stery i ustawił manetką optymalne obroty silnika, po czym odwrócił się w stronę Pawła.  
- Mamy przed sobą prawie trzy godziny spokojnego, nudnego lotu, więc moglibyśmy trochę pogadać, jeżeli to by ci nie przeszkadzało - zwrócił się do Pawła podniesionym głosem, aby Paweł słyszał go podczas pracy silnika, który był co prawda wytłumiony, ale hałasował na tyle mocno, że słowa wypowiadane normalnie były słabo słyszalne.
- Oczywiście, obywatelu poruczniku! Cała przyjemność po mojej stronie, bo sam jestem zaskoczony tym, co się dzisiaj wydarzyło. Jeszcze będąc na śniadaniu, nic nie wiedziałem i myślami byłem skupiony na dzisiejszych lotach wieczorowo-nocnych - odpowiedział równie głośno, co uprzejmie dowódcy samolotu.
- To tak samo jak i ja! Wylatując rano do Szczecina, wiedziałem, że po przekazaniu przesyłki w Szczecinie, mam odebrać zwrotną przesyłkę dla UJ-otu i wracać do jednostki, a tam czekał na mnie rozkaz, że mam udać się do Babich Dołów, skąd mam zabrać żołnierza, podoficera i dostarczyć go pilnie do jednostki w Krakowie. Dotychczas nigdy nie przewoziłem zdrowego, sprawnego pasażera. Zawsze była to krew, narząd, chory lub poszkodowany. Po raz pierwszy leci ze mną, zdrowy, młody żołnierz. Sam też tego nie rozumiem. Musi komuś w jednostce bardzo zależeć, abyś jak najszybciej do niej dotarł - oświadczył pilot, zwracając się już w bezpośredniej formie do Pawła.
- Nie przeszkadza ci, że zwracam się do ciebie bezpośrednio? - zapytał kurtuazyjnie.
- Nie, obywatelu poruczniku! A na imię mam Paweł - odpowiedział krótko Paweł.  
- To teraz powiedz Pawle, dlaczego tak pilnie cię potrzebują, bo po odznace widzę, że jesteś 'radzikiem'? - zwrócił się do Pawła.
- Tak jest, obywatelu poruczniku! - potwierdził swoją specjalność Paweł.  
- A dlaczego tak pilnie, nie wiem? Wystąpiłem co prawda o przeniesienie bliżej czy nawet do samego Krakowa, ale nie spodziewałem się, że zostanie to tak szybko załatwione - uzupełnił swoją wypowiedź.
- Zaraz, zaraz, czy ty nazywasz się Paweł L. i byłeś dowódcą drużyny 'radzików' w Babich Dołach? - zapytał pilot, nagle jakby sobie coś skojarzył i uzmysłowił.  
- Tak jest, obywatelu poruczniku! - ponownie skwitował krótko pytanie pilota.
- No to wszystko jasne! Tylko ja słyszałem, że była mowa o kapralu Pawle L., a ty jesteś plutonowy, więc nie rozumiem - powiedział, patrząc na jego trzy belki na pagonach.
- Ja też obywatelu poruczniku, bo o tym, że zostałem awansowany do stopnia bosman-mata, odpowiednika plutonowego, dowiedziałem się też dzisiaj z rozkazu dowódcy jednostki. Ponadto, zafundowano mi też ten mundur i medal zasługi dla jednostki, a w drugim worku wiozę wyjściowy mundur marynarski, który też otrzymałem na własność - wyjaśnił pilotowi w krótkich słowach kulisy swojego awansu i przeniesienia.  
- Wygląda na to, że jesteś bardzo cennym ładunkiem dla jednostki w Krakowie - stwierdził pilot, patrząc coraz bardziej zaintrygowanym wzrokiem w stronę Pawła.
- Nie wiem czy wiesz, że specjalistami w jednostce w Krakowie są w większości żołnierze zawodowi lub nadterminowi, a ty widzę jesteś czynnym żołnierzem z poboru. Dlatego pewnie cię awansowano do stopnia plutonowego, bo szykują ci pewnie jakąś fuchę. Ile ty masz lat Paweł, bo wyglądasz mi strasznie młodo? - zapytał zaciekawiony.
- Za kilka dni skończę dziewiętnaście lat - odparł uprzejmie.
- O kurde! To będziesz miał przechlapane, bo pewnie najmłodszy żołnierz w plutonie 'radzików' w Krakowie ma nie mniej niż 23-24 lata. Oby tylko nie chcieli zrobić cię kimś ważnym w plutonie, bo tego by ci nie darowali. To są stare 'repy', a ty przy nich jesteś 'szczeniaczkiem' czy jakoś tam nazywają młodych żołnierzy - ukazał Pawłowi perspektywę tego, co go może czekać w Krakowie. Ale strachy na lachy. To nie z Pawłem takie numery. Najpierw straszyli go w szkole, że będzie z nim 'cienko' bo jest ochotnikiem. Nie było. To Paweł najlepiej opanował teorię i praktyczne aspekty obsługi sprzętu i urządzeń radiowych zainstalowanych w samolotach i to Pawła wykorzystywali wykładowcy w szkole, aby łopatologicznie wtłaczał wiedzę swoim kolegom, bardziej odpornym na wiedzę. Potem po przyjeździe do Babich Dołów i mianowaniu go dowódcą drużyny, w której najmłodszy żołnierz był od niego dwa lata starszy, straszono go, że nie będą go akceptować, wykonywać jego poleceń czy rozkazów, a po tygodniu wspólnej służby został zaakceptowany, jako dowódca, kolega i specjalista. Zadecydowało o tym jego podejście do członków drużyny, bezpośredniość, znajomość i profesjonalne podejście do obsługi urządzeń czy sprzętu oraz nie okazywanie czy przejawianie z tego powodu wyższości czy zarozumiałości. W kilka tygodni dowodzenia nimi, zrobił z nich profesjonalnie wyszkolony zespół, radzący sobie nieźle z problemami w najtrudniejszych sprawach.
- Czy obywatel porucznik wie coś więcej w tej sprawie? - zadał pilotowi rzeczowe pytanie.
- Myślę, że dlatego potrzebują cię na gwałt, bo dowódca plutonu 'radzików' uległ ciężkiemu wypadkowi, a tylko on trzymał poziom w tym plutonie pod względem znajomości sprzętu i urządzeń oraz diagnostyki i obsługi. A podobno o tym, że jesteś dobry jako 'radzik' oraz że potrafisz z przysłowiowej 'łajzy' zrobić dobrego fachowca, przekazał naszym pilotom ktoś z Babich Dołów. Dlatego dość długo blokowali twoje odejście czy przeniesienie do Krakowa, bo nasi podobno od miesiąca starali się ciebie pozyskać, jak tylko otrzymali informację o twojej prośbie o przeniesienie. Chyba zadecydował o twoim przeniesieniu ten wypadek dowódcy plutonu oraz bezpośrednie dogadanie się dowódców obu jednostek. Takie jest moje zdanie, a teraz prześpij się trochę, bo widzę, że oczy ci się kleją - powiedział do Pawła pilot, widząc usiłowania Pawła, żeby nie zasnąć w obecności dowódcy samolotu. Jeszcze nie skończył mówić, kiedy Paweł pogrążył się we śnie. Pilot przez chwilę przyglądał się śpiącemu Pawłowi i żal zrobiło mu się tego chłopca - żołnierza, którego czekały nieliche problemy, tym bardziej, że dowództwo jednostki będzie pewnie miało wobec niego dość duże wymagania i oczekiwania, którym ten młody żołnierz może nie sprostać i dotychczasowa opinia o jego możliwościach może znacznie ucierpieć, a nawet zmienić się wręcz na coś znacznie dla niego gorszego. Ale póki co, niech teraz trochę odpocznie i oderwie się chociaż na chwilę od szarej rzeczywistości, bo widać po nim, że jest nieźle wymordowany.  
                                            ***
Ania obudziła się w niedzielny, pogodny poranek w bardzo dobrym nastroju. Zerknęła w bok i uśmiechnęła się. Jej gość; Marysia, skulona w pozycji embrionalnej, słodko spała. Było ciepło, więc odkryta, w podwiniętej kusej koszulce nocnej Ani, wyglądała jak mała dziewczynka, która rozkopała się z pościeli. Nasunęła lekko brzeg kołdry na jej odkryte ciało i wzruszyła się. To młode dziewczątko zaakceptowało ją bezgranicznie i z nastolatki zatruwającej swoje relacje ze starszym bratem, stała się wielbicielką starszej znacznie od siebie dziewczyny, która być może stanie się kimś bliskim dla jej ukochanego brata. Ogarnęła ją nieprzeparta chęć uściskania tej młodziutkiej dziewczyny, która zrozumiała swój życiowy błąd i porzuciła swoje dotychczasowe dążenia do narzucania swojej woli czy uczucia bratu, akceptując ją jako potencjalną dziewczynę, a nawet jako żonę brata, czym zaskarbiła sobie jej sympatię i stała się dla niej prawdziwą przyjaciółką. Przemogła się w sobie, bo nie chciała budzić jeszcze Marysi. Poszła do łazienki i zrobiła toaletę. Wróciła do pokoju i zobaczyła, że Marysia już nie śpi.
- I jak się spało mojej psiapsiułce? - zapytała ciepłym głosem.
- Aniu, dawno tak fajnie mi się nie spało! Tak się cieszę, że jestem z tobą. Jesteś cudowna, moja przyszła bratowo - zwróciła się żartobliwie do Ani.
- Obyś nie zapeszyła! Ja też się cieszę, że jesteś ze mną. Mam teraz dwie siostry, bo za taką uważam już ciebie - powiedziała pogodnym głosem.
- Łazienka jest do twojej dyspozycji! A ja idę do kuchni, bo musimy uzupełnić kalorie, które wczoraj spaliłyśmy - powiedziała, puszczając 'oczko' do Marysi.
- Było cudownie! Bardzo mi smakowałaś! - zrewanżowała się Ani 'oczkiem'.
- Ty też! Musimy to jeszcze powtórzyć, oczywiście jeśli zechcesz - powiedziała Ania.
- Wiesz Aniu, co mi się marzy? - zagadnęła Marysia.
- Mów śmiało! Przecież jesteśmy psiapsiułami! - zachęciła ją Ania.  
- Chciałabym, żeby Paweł był teraz z nami - powiedziała nieśmiało.
- I...? - zawiesiła głos Ania.
- Chciałabym patrzeć jak się kochacie, a ja pieściłabym twoje cudowne piersi - dokończyła szybko, jakby się bała, że Ania ją zgani.
- Sądzisz, że Paweł zgodziłby się na coś takiego? - zapytała łagodnie.
- Jeżeli ty nie miałabyś nic przeciwko temu, to myślę, że i Paweł by się zgodził - kontynuowała Marysia.
- A ty jakbyś się czuła, widząc, że Paweł kocha się ze mną? - zapytała, ciekawa reakcji Marysi.  
- Kochałabym was oboje jeszcze bardziej - odparła Marysia z nieukrywanym entuzjazmem.
- Dobrze! Ale najpierw Paweł musi przekonać się, że przestałaś go uważać za chłopaka oraz że widzisz we mnie swoją przyjaciółkę, a nie rywalkę - dodała pogodnym tonem i wyszła do kuchni. Marysia wyskoczyła z łóżka, bo odezwał się pęcherz. Pobiegła do łazienki i zrobiła poranną toaletę, a następnie założyła świeże majtki, stanik oraz swój ulubiony komplecik; białą bluzkę i beżową spódniczkę, po czym weszła do kuchni, gdzie krzątała się Ania, przygotowując im śniadanie. Po śniadaniu Ania zaproponowała spacer po plantach i zorientowanie się w repertuarze pobliskich kin, chcąc jakoś wypełnić i uprzyjemnić pobyt Marysi u niej. Marysia przyjęła jej propozycję z radością, bo uznała, że tak pobyt u Ani jak i jej towarzystwo, to było chyba najlepsze, co mogło jej przytrafić się i co ją spotkało w jej młodym życiu. Idąc w stronę Rynku Głównego, przechodziły koło kina, ale to kino nie prowadziło niedzielnych poranków. Marysia widząc, że Ania za wszelką cenę stara się  uatrakcyjnić jej pobyt u niej, rozważając przy tym wszelkie opcje, przypomniała sobie, że Ania wspominała coś o zoo, w którym ona jeszcze nie była.
- Aniu, widzę, że chcesz i starasz się uprzyjemnić mi pobyt u ciebie, ale nie wiesz o tym, że już to, że mogę być z tobą i spacerować w twoim towarzystwie, sprawia mi wielką radość. Jeżeli jednak tak koniecznie chcesz, to przypomniało mi się, że wspominałaś coś o zoo, w którym nigdy nie miałam okazji być - podpowiedziała Ani rozwiązanie problemu.
- Rzeczywiście, że mi to wyleciało z głowy. Masz rację, jest ciepły i pogodny dzień, więc i zwierzęta pewnie są na wybiegach, a nie pochowane w pomieszczeniach. Dobrze, zmieniamy plany. Bierzemy samochód i jedziemy do Lasku Wolskiego. Nie będziemy się tłuc autobusami, które do tego rzadko kursują - powiedziała, widząc niemy protest w oczach Marysi, co do samochodu. Zawróciły w stronę garażu i po kilkunastu minutach jechały w stronę zoo. Ania zaparkowała i podeszły do kasy, wcześniej upewniając się, czy bar przy parkingu wydaje obiady. Wydawał, więc po zakupieniu biletów, zaczęły wędrówkę po zoo. Zaczęły od wolier z ptakami polskimi jak bażant, kuropatwa czy egzotycznymi; papugi, flamingi i inne ptaki wodne, następnie pazurzatki, surykatki, agutii i tym podobne. Marysia była zachwycona, bo co innego widzieć zdjęcie czy rysunek jakiegoś ptaka czy zwierzęcia, a żywy ptak czy ssak w wodzie czy na wybiegu sprawia całkowicie inne wrażenie. Kiedy nadeszła pora obiadowa zwiedziły czy obeszły zaledwie połowę wybiegów czy miejsc pobytu ptaków czy zwierząt. Ania zapytała więc Marysi czy chce nadal oglądać zwierzęta czy opuścić na chwilę zoo i zjeść obiad. Obie ustaliły, że zjedzą obiad i powrócą do ogrodu. Tak zrobiły i po ponownym powrocie, wznowiły zwiedzanie od ostatnio oglądanych zwierząt. Po zwiedzeniu i poznaniu w naturze wszystkich eksponowanych w ogrodzie zwierząt i roślin, zrobiło się późne popołudnie, więc Ania zaproponowała Marysi, że zgodnie z obietnicą daną jej mamie, odwiezie ją do domu, aby miała jeszcze trochę czasu na przygotowanie się do odpowiedzi czy odrobienie pracy domowej. Marysia nie miała nic na przeciw, ponieważ prawie całodzienne przebywanie na nogach nieźle dało im się w kość. Opuściły więc zoo i wsiadły do samochodu. Ania przewidując taki stan rzeczy, poprosiła na szczęście Marysię, aby przed wyjazdem do zoo spakowała się i zabrała do samochodu wszystkie swoje rzeczy, więc teraz mogły bez wstępowania do mieszkania Ani, jechać prosto do rodzinnego domu Marysi. Ruch nie był zbyt duży, więc szybko przejechały przez Kraków i znalazły się na drodze, prowadzącej do miejscowości Marysi. Kiedy dojechały do jej domu, Marysia sądziła, że Ania natychmiast zawróci i odjedzie, więc zaczęła ją prosić, żeby chociaż na chwilę wstąpiła do jej domu i zobaczyła się z rodzicami. Ojca akurat nie było, natomiast mama Marysi oczekiwała na nie, skręcając się wprost z ciekawości, czy udało się Ani nawiązać przynajmniej przyjazny kontakt z Marysią. Po przywitaniu się Ani z panią Stasią, Marysia nie wytrzymała i wprost rzuciła się mamie na szyję, dziękując jej za to, że pozwoliła jej jechać do Ani i zostać na noc. Pani Stasia przyjęła spokojnie jej wylewne i emocjonalne powitanie oraz podziękowanie, spoglądając co rusz w stronę Ani. Ta uśmiechnęła się i kiwnęła jej parę razy głową, na znak, że wszystko jest OK. Wtedy i pani Stasia uśmiechnęła się radośnie, bo nie bardzo wierzyła, czy Ani uda się nawiązać z Marysią przyjazny kontakt. A jednak jak widać, to nie tylko się udało, ale Marysia jest wręcz inną dziewczyną.
- I jak Marysiu, udała się ta twoja pierwsza wizyta u pani Ani? - zapytała pogodnie swoją córkę. - Mamo, udała się, to mało powiedziane! - oświadczyła Marysia, spoglądając z uwielbieniem na Anię. - To była wycieczka w krainę czarów, a piękną wróżką była Ania, od wczoraj moja najlepsza przyjaciółka, a być może przyszła bratowa - odpowiedziała bez zastanawiania się, głosem pełnym emocji i uczucia. Słowa córki wypowiedziane z nieukrywaną radością i jej spojrzenia rzucane w stronę Ani, przeszły wszelkie wyobrażenia czy oczekiwania Stasi. Popatrzyła zamglonym spojrzeniem na obie dziewczyny i wzruszenie odebrało jej przez chwilę głos. Ta dzielna kobieta, która przeżyła niejedno w swoim życiu, nie wytrzymała. Podeszła do Ani, objęła ją, przytuliła i wybuchła niepohamowanym płaczem.
- Nie wierzyłam, że uda ci się, a ty to zrobiłaś i uleczyłaś moje dziecko z czegoś, co odbierało mnie i mężowi nadzieję na lepsze, szczęśliwe życie naszych dzieci, a ich pozbawiało wszelkich perspektyw, że spotkają i poznają osoby, które wraz z nimi stworzą zdrową, szczęśliwą rodzinę. Aniu, moja droga, kochana dziewczyno! Już jesteś obok Marysi naszą drugą córką i nie wiem, czym będziemy mogli się tobie za to wszystko odwdzięczyć, ja, mój mąż, ale także Marysia i Paweł. Myślę nawet, że chyba powinnam leżeć krzyżem w kościele i modlić się, żeby Paweł docenił to, co dla niego i dla nas wszystkich zrobiłaś. Kiedy dołączyła do nich Marysia, tuląc się i obejmując mamę oraz Anię, łzy ciurkiem polały się Stasi po policzkach, bo to co legło ciężarem na ich życiu, z czym mierzyli się i borykali razem z mężem latami, tej młodej, pięknej dziewczynie udało się załatwić i rozwiązać podczas jednego pobytu ich córki w jej domu. Tak jak powiedziała Marysia, to zakrawało na czary, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, a Ania stała się tą dobrą wróżką, która odczarowała serce i myśli Marysi, przywracając kochającą córkę rodzicom, siostrę bratu, a brata siostrze. Po wyciszeniu rozbudzonych emocji, opanowaniu wzruszenia i przywróceniu normalności w ich wzajemnych relacjach, wszystkie trzy usiadły na kanapie i pierwsza odezwała się Marysia.
- Mamo, nie wiem, dlaczego do mnie nie docierało to, że swoim zachowaniem krzywdzę tak naprawdę tych, których najbardziej kochałam i kocham; ciebie; moją najukochańszą mamę, która byś dla mnie zrobiła wszystko, tatę; który mnie wprost uwielbia, jako swoją córkę, Pawła; który, podobnie jak wy kochał mnie, jak tylko kochać może brat swoją siostrę. A do mnie nic nie docierało; jakby ktoś założył mi klapki na oczy, tłumiki do uszu i pancerz na serce i myśli. Kiedy wczoraj powiedziałam Ani, że nie rozumiem tych wszystkich głupich przesądów, zakazów, ograniczeń i przepisów, które zakazują związków pomiędzy bratem i siostrą, a ten, kto to wszystko wymyślił to pewnie skończony debil, Ania nie krzyczała, nie wydziwiała nade mną, ale w kilku słowach wyjaśniła mi, że to nie człowiek wymyślił te zakazy i ograniczenia, a sama natura, podając mi na dowód tego kilka przykładów zachowań się roślin, zwierząt i ludzi. Przytoczyła też kilka faktów, które miały miejsce w różnych okresach historycznych, od czasów starożytnych poczynając, wśród różnych ras, kultur, środowisk czy plemion, które nie zastosowały tego typu ograniczeń i ginęły czy wymierały z powodu chorób, karlenia, bezpłodności, niepełnosprawności. Nikt mi tego nie powiedział, a przecież uczymy się biologii, historii czy wychowania w rodzinie. Nie winię ani ciebie ani taty, bo wy też o tym mogliście nie wiedzieć, ale dlaczego o tym nie wspomniał nikt w szkole? Kiedy więc widziałam nieraz w waszych oczach, że macie mi za złe to, co czuję czy wyprawiam z Pawłem, to rodził się we mnie sprzeciw i bunt, a nie racjonalne myślenie - zakończyła swój przydługi wywód na temat tego co było.
- Moje miłe panie! I ty Stasiu, i ty Marysiu, bliskie mi już i kochane osoby; zakończmy ten temat, tak jakby nigdy nie istniał i wymażmy to z naszych pamięci, bo parafrazując znane powiedzenie; 'nie ma tego złego, co się dobrze skończyło', zamknijmy to w naszych myślach. Teraz najważniejsze jest to, aby wasz syn i brat, kochany przeze mnie jak nikt inny Paweł, został przeniesiony jak najszybciej do Krakowa lub w jego pobliże, wtedy wszystko stanie się prostsze i łatwiejsze do zniesienia, tak dla mnie jak i dla was - zwróciła się do obu pań Ania.  
- Masz rację Aniu! To jest najważniejsze w tej chwili, więc pewnie ponownie będziesz musiała użyć tej swojej czarodziejskiej różdżki i pomóc losowi, bo odkąd pojawiłaś się w naszej rodzinie, wszystko zaczyna układać się bardziej pomyślnie - powiedziała Stasia. Ania wypiła jeszcze z nimi herbatę i spróbowała domowego ciasta, którego kawałek dała jej Stasia również do domu, a potem żegnana wylewnie przez mamę i siostrę Pawła udała się do samochodu, umawiając się wstępnie, że i w następną sobotę Marysia będzie mogła przyjechać do niej w sobotnie popołudnie i pozostać na niedzielę. Pomachała im jeszcze na pożegnanie i z fasonem zawróciła, wykorzystując istniejącą zatokę przy sąsiednim wjeździe i po chwili znikła im z oczu. Marysia z mamą obejmując się serdecznie, wróciły do domu. Ania natomiast postanowiła odwiedzić mamę, bo aż rozsadzała ją radość, że to, czego obawiała się najbardziej, czyli podjęcia próby zneutralizowania zagrożenia dla jej związku z Pawłem w postaci Marysi, udało się jej przeprowadzić tak nadspodziewanie łatwo. Wchodząc do domu rodzinnego, usłyszała podniesione głosy mamy i siostry. Spodziewając się najgorszego weszła do pokoju dziennego, pełniącego rolę salonu i zastała mamę i siostrę grające w karty, a ich podniesione głosy, wynikały z animuszu i pasji z jaka oddawały się grze w popularne sześćdziesiąt sześć po opróżnieniu butelki z winem. Widząc z jaką energią wyciągają i rzucają kartami, wybuchła śmiechem.
- Wydzieracie się, że słychać was na ulicy. Już myślałam, że odchodzi tutaj jakieś mordobicie - powiedziała, śmiejąc się i witając się buziakami z mamą i siostrą.
- Zuza, idź, przynieś następną butelkę - zwróciła się do młodszej córki.
- Mamo, wydaje mi się, że wystarczy, bo widzę, że osuszyłyście już dwie butelki - powiedziała, śmiejąc się Ania.
- Nie wydaje mi się, bo jedna z nich była już napoczęta - wyjaśniała Bożena, głosem wskazującym już na znaczne 'spożycie'.  
- Tak, przez ciebie! Na mnie nie zwalaj, bo ja piłam jeden kielich, a ty dwa lub więcej - 'sypnęła' ją Zuza.
- Dobra, widzę, że nic tu po mnie. Grajcie dalej, nie przeszkadzajcie sobie - powiedziała Ania, widząc w jakim stanie jest mama.
- Pewnie chciałaś mi coś powiedzieć, prawda? - Bożena zwróciła się do Ani prawie trzeźwym głosem. - To może poczekać. Wpadnę jutro - powiedziała.
- Nie rób mi tego. Nawiązałaś jakiś kontakt z siostrą Pawła? - kontynuowała Bożena.
- Nie tylko nawiązałam kontakt. Zostałyśmy przyjaciółkami, a ściślej psiapsiułami - dodała Ania. - Poza tym Marysia chce, żebym pokochała Pawła, a on mnie - oświadczyła zdumionej mamie, która nagle wytrzeźwiała.
- Ania, nie jestem pijana! No, może trochę, ale nie na tyle, żebyś mi tu opowiadała bajki - powiedziała stanowczym głosem.
- To co mam ci powiedzieć mamo, jak mi i tak nie wierzysz? - zadała jej retoryczne pytanie.
- Dobra, wierzę ci, ale powiedz mi przynajmniej, co jej powiedziałaś, że tak nagle zmieniła się, bo w cuda nie bardzo wierzę - Bożena powiedziała to już bardziej ugodowym tonem.
- Mamo, Marysia to młoda, ale okazało się, że i bardzo rozsądna dziewczyna. Pokochała swojego brata, bo odkąd pamiętała, to czy było dobrze, czy było jej źle, on był zawsze przy niej. Nie matka, nie ojciec, ale starszy brat i tak to zakodowała. A zakazy i ograniczenia odnoszące się do związków pomiędzy bratem a siostrą, uznała za głupi i debilski wymysł. Kiedy jej powiedziałam i przytoczyłam kilka przykładów, że to nie ludzie, a sama natura wyewoluowała taki zakaz łączenia się w związki blisko spokrewnionych osobników, w lot zrozumiała, że tak jest to urządzone i po to wprowadzone, by chronić poszczególne gatunki przed chorobami, skarleniem, a w końcu wyginięciem i zapewnić ich rozwój przez dopływ 'świeżej' krwi. Rzuciła mi się na szyję, dziękując, że jej to uświadomiłam i żałując, że przez swój upór nieświadomie krzywdziła i była przyczyną troski czy bólu dla osób, które ją najbardziej kochały - Ania w skrócie opowiedziała przebieg rozmowy z siostrą Pawła i opisała reakcję Marysi na jej słowa.
- Jesteś zuch dziewczyna i twój nieżyjący tata byłby z ciebie więcej niż dumny, tak jak ja teraz - podsumowała ich rozmowę Bożena.  
- Wierzę teraz, że i wasze sprawy z Pawłem ułożą się równie pomyślnie, bo czynione dobro, powraca do tego, kto to czyni, zwielokrotnione - dodała z optymizmem w głosie.  
- I tego się trzymajmy - powiedziała Ania, żegnając się serdecznie z mamą i siostrą.
Wsiadła do samochodu i wróciła do swojego mieszkania, w którym naraz zrobiło jej się smutno i samotnie. W myślach przed oczami przetoczył się jej obraz Pawła, kiedy był tu razem z nią, a potem obraz wesołej, spontanicznej Marysi, która ociepliła i napełniła to mieszkanie swoją radością, która ją rozpierała po uwolnieniu się od ciężkiego balastu jej 'chorego' uczucia do brata. Paweł, gdybyś ty wiedział, co tu się wydarzyło poprzedniego wieczoru, pewnie na skrzydłach przyleciałbyś sprawdzić, czy to naprawdę się stało? - pomyślała z rozrzewnieniem o Pawle, Marysi i mamie ich obojga, Stasi. Szybko zrobiła wieczorną toaletę i położyła się do łóżka. Nigdy dotychczas nie dokuczała jej samotność w tym dużym, jak dla jednej osoby, wygodnym mieszkaniu, a teraz mając głowę nabitą myślami o Pawle, będącym tak daleko od niej, poczuła się bardzo samotnie. Mogłam przecież zostać u mamy, gdzie pewnie nieobecność Pawła nie byłaby tak odczuwalna - przebiegło jej przez myśl. W końcu jednak wszystkie wydarzenia, rozmowy i myśli z obu dni zaowocowały znużeniem, a litościwy Morfeusz wziął ją w swoje objęcia.
                                            ***
Paweł, który dzień niedzielny przeżył znacznie mniej ciekawie od Ani i chciał o tym jak najszybciej zapomnieć, teraz w poniedziałkowe późne popołudnie dolatywał do nowego miejsca pobytu i służby. Zmęczony wydarzeniami dnia i nieoczekiwaną sytuacją, która wystąpiła w związku z jego przeniesieniem do jednostki w Krakowie, spał w najlepsze, kiedy pilot uznał, że ten krótki odpoczynek musi mu wystarczyć, zaczął więc wybudzać Pawła z głębokiego, jak się okazało, snu. Najpierw próbował obudzić go głosem, ale Paweł nie reagował, więc wyciągnął rękę i zaczął potrząsać jego ramieniem. Paweł przechylił się tylko więcej w fotelu i dalej nie reagował. - Co u licha? - zamruczał pilot.  
- Paweł, pobudka! - krzyknął tak donośnie, że ten podrywając się, o mało nie wyrwał się z uprzęży spadochronu.  
- Co ty, nie spałeś w nocy, że tak mocno zasnąłeś? - usłyszał pytanie wypowiedziane głośnym, ale spokojnym głosem.
- W nocy spałem, ale tutaj szum silnika i obwarzanek od kręcącego się śmigła tak mnie uśpiły - tłumaczył się pilotowi. A ten po obudzeniu Pawła odblokował stery i zaczął wywoływać wieżę w Krakowie. Po kilku wywołaniach usłyszeli głos z wieży w Krakowie. Pilot podał kurs, szybkość i kod swojego lotu, prosząc o przejęcie prowadzenia. Po chwili usłyszał nowy kurs, szybkość i wysokość na którą powinien zejść. Paweł rozglądnął się podziwiając w promieniach zachodzącego słońca rozległą panoramę Krakowa wraz z okolicznymi miejscowościami. W oddali zamajaczyła nitka pasa startowego, hangary i punkciki, które w miarę zbliżania się przyjmowały kształt samolotów. Wieża lotów cały czas prowadziła samolot w kierunku pasa startowego. W pewnym momencie usłyszeli z wieży komendę; avio.. nr.. możecie lądować. Paweł widział już zbliżającą się szybko płytę pasa startowego i po chwili lekkie tąpnięcie zasygnalizowało, że samolot przyziemił i po kilkudziesięciu sekundach przystanął. Następna komenda zawierała informację, w stronę którego hangaru mają kołować. Ruszyli w nakazanym kierunku i po niedługim czasie samolot zatrzymał się. Pilot podniósł się z fotela i pomógł Pawłowi wypiąć się z uprzęży spadochronu i powstać. Paweł podziękował pilotowi za podwiezienie i pomoc, po czym zabrał swój bagaż i na trochę wiotkich nogach zszedł po schodkach na ziemię. Odetchnął z ulgą, bo pod nogami nic mu nie drgało, a i w uszach zapadła cisza. Po zejściu pilota podszedł do niego i ponownie trzasnął obcasami, podziękował za wspólną podróż i odmeldował się.  
- Poczekaj Paweł, tu zaraz ktoś po ciebie przyjdzie - pogodnym głosem powiedział pilot.
Rzeczywiście, zobaczyli 'gazika' jadącego w ich stronę. Zatrzymał się i z samochodu wysiadł młody podoficer, podszedł do nich, zasalutował porucznikowi i zameldował, że przybył po Pawła.
- A mówiłem, żebyś się nie denerwował! - przypomniał Pawłowi i uściskiem dłoni pożegnał go. - No, na mnie też czekają! A ty trzymaj się, powodzenia! - odsalutował i odszedł w stronę hangaru. - Pozwólcie za mną plutonowy, czekają na was, a przede wszystkim witamy w Krakowie! - przybyły podoficer zwrócił się do Pawła i idąc przodem skierował się do samochodu. Paweł wrzucił bagaż na tył odkrytego samochodu i szybko wspiął się na tylne siedzenie, nie czekając na zaproszenie od podoficera.
Ruszyli w stronę oświetlonych budynków. Przed wejściem do jednego z nich czekał na nich kolejny podoficer. Pilotujący go podoficer zamienił z nim kilka słów i podszedł do Pawła, czekającego na niego z bagażem w ręku, który wcześniej zamienił kilka zdawkowych słów z kierowcą samochodu i pożegnał się z nim.  
- Obywatelu plutonowy, przejmuje was sierżant S., proszę iść za nim, a ja żegnam i też życzę powodzenia - powiedział, po czym zasalutował i pożegnał się. Oczekujący na niego sierżant, zasalutował i przedstawił się.
- Obywatelu plutonowy, proszę za mną! - powiedział i ruszył do budynku. Przeszli kawałek drogi korytarzem i weszli do jasno oświetlonej sali, w której znajdowało się kilkanaście osób, wyraźnie na nich oczekujących, w śród nich tylko jeden podoficer, reszta to byli oficerowie, a najstarszy w stopniu majora. Paweł przyzwyczajony do widoku oficerów specjalnie nie speszył się ich widokiem, miał już tylko dość tego przekazywania jego osoby z rąk do rąk.  
Przynajmniej dzisiaj daliby sobie i mnie spokój - pomyślał, nie wiedząc, jak to wszystko potoczy się dalej i czy to spotkanie jest ostatnim dla niego w tym dniu.
Sierżant, który go przyprowadził, polecił mu odłożyć pod ścianę bagaż i poczekać, a sam podszedł do majora, zasalutował i zameldował przybycie oczekiwanego plutonowego Pawła L. z jednostki z Babich Dołów. Major odebrał meldunek i podziękował sierżantowi, po czym donośnym głosem zwrócił się do Pawła.  
- Obywatelu plutonowy L. prosimy, podejdźcie do nas!
Paweł energicznym krokiem podszedł na odległość dwóch metrów, zatrzymał się, przyjął pozycję baczność, zasalutował i równie głośno zameldował;
- Obywatelu majorze, plutonowy Paweł L. zgodnie z rozkazem dowódcy jednostki z Babich Dołów melduje swoje przybycie do tutejszej jednostki w Krakowie. Ponownie trzasnął obcasami jak na musztrze i zasalutował. Major odsalutował, uśmiechnął się ciepło i dał komendę 'spocznij', po czym podszedł do Pawła i powitał, podając mu rękę.
- Witamy was plutonowy Pawle w Krakowie. O ile się nie mylę, pochodzicie z okolic Krakowa, więc nie jesteście przybyszem, a krajanem i nie przybyliście, ale powróciliście na własny teren. I niech tak zostanie - powitał go serdecznymi słowami major.
- Jak widzicie plutonowy, nie witam was sam, ale w doborowym towarzystwie. To są ludzie z którymi na co dzień będziecie się spotykać i współpracować. Coś niecoś słyszeliśmy już o was plutonowy, bo opinia o was wyprzedza was i jest to opinia, z której możecie być dumni. Osobiście rozmawiałem z waszym bezpośrednim dowódcą i nie będę przytaczał, co mi o was mówił, bo nie chcę wzbudzać w was zarozumiałości, ale jeśli tylko część z tego potwierdzicie swoją służbą i osiągnięciami w naszej jednostce, będę pierwszym, który was przedstawi do podobnego medalu, który nosicie na mundurze. A teraz, ponieważ macie na pewno dość wszelkich ceremonii na dzisiaj, nie będziemy was dalej katować i omawiać czy ustalać szczegółów roboczych i zakresu waszych obowiązków. Wiem, że wasz dotychczasowy dowódca przyznał wam w nagrodę kilka dni urlopu, ale potrzebujemy pilnie waszej pomocy, wiedzy i doświadczenia, wiec prosimy, nie rozkazujemy, prosimy o odłożenie tego urlopu na miesiąc do półtora miesiąca i jeżeli do tego czasu uda nam się wspólnie uzdrowić sytuację i doprowadzić do powstrzymania tego zalewu awarii i usterek sprzętu oraz urządzeń radiowych, to osobiście będę wnioskował o podwojenie tego urlopu. Ponieważ zafundowano wam jak na jeden dzień tyle wrażeń, że jesteście pewnie wykończeni, bo ja bym na pewno był, daję wam na zregenerowanie sił jeden dzień wolnego i spotykamy się pojutrze, tu w tej sali w celu omówienia z wami wszystkich spraw i ustalenia zakresu waszych obowiązków oraz czego od was oczekujemy. A teraz panowie przywitajmy plutonowego i zwolnijmy go, aby nabrał sił. Jeszcze jedno. Macie przyznaną kwaterę i możecie już od dziś pozostać w jednostce, ewentualnie, jeżeli macie takie życzenie, odwieziemy was pod wskazany adres, a pojutrze do jednostki możecie dojechać autobusem, który dowozi oficerów i podoficerów mieszkających poza jednostką. To wszystko na dziś, i życzę wam spokojnego wypoczynku. To mówiąc, ponownie podał Pawłowi rękę i odsalutował. Obecny na sali oficer w randze kapitana podał komendę 'baczność' i major opuścił salę. Już na spocznij Paweł przez podanie ręki i salutowanie został dość ciepło powitany przez pozostałych uczestników spotkania, a następnie kolejno pożegnany. Kiedy wszyscy opuścili salę, okazało się, że obecny na spotkaniu sierżant to kwatermistrz, który otrzymał zadanie zaopiekowania się Pawłem i odprowadzenia go na kwaterę, lub zapewnienie mu środka transportu do miejsca przez niego wskazanego. Sierżant widząc w Pawle młodego chłopca, nie mógł wyjść z podziwu, co spowodowało, że tak Pawła traktowano i liczono na jego pomoc, wiedzę i doświadczenie.
- Paweł, widzę, że jesteś młodym chłopakiem, będziesz mi miał za złe jeżeli będę się zwracał do ciebie bezpośrednio, a nie służbowo? - zapytał jakby z obawą, bo nie miał pewności z kim ma do czynienia.
- Oczywiście, nie widzę przeszkód! Paweł jestem - dodał.
- Tyle to wiem! A ja Tomek! Ale powiedz mi, masz kogoś wysoko postawionego w wojsku, czy jak? - dopytywał.
- Nie! A dlaczego pytasz? - odpowiedział pytaniem i dość uprzejmym głosem.
- Eee.. nie ważne! Pogadamy kiedy indziej - Tomek zrezygnował z dalszej indagacji, bo nie sądził, że Paweł ujawni mu wprost powód takiego a nie innego traktowania jego osoby.
- To co postanowiłeś? Zatrzymujesz się na kwaterze, czy chcesz opuścić jednostkę? - zapytał, bo sam też chciał już mieć wolne.  
- Tomek, a mógłbym zadzwonić do Krakowa? - zapytał, chociaż nie był do końca pewny, czy pytanie Ani o możliwość zatrzymania się u niej, jest dobrym pomysłem.
- Oczywiście! W twoim bloku, gdzie masz kwaterę, jest telefon na portierni i możesz dzwonić. Na krakowskie numery możesz dzwonić nieodpłatnie - otrzymał od Tomka informację. Ruszyli więc w stronę Pawła kwatery. Po wejściu do wewnątrz na portierni nie było nikogo, więc Tomek podszedł do tablicy z kluczami i wziął klucze od Pawła pokoju, wskazując mu telefon, żeby dzwonił. Paweł podniósł słuchawkę i włączyło się wyjście na miasto. Wykręcił numer Ani. Przez chwilę nikt nie odbierał, więc miał już odłożyć słuchawkę, kiedy usłyszał melodyjne; 'Słucham, Kamińska'. Wzruszenie odebrało mu głos.
- Aniu, to ja! Jestem w Krakowie, a właściwie w Balicach. Mogę do ciebie przyjechać? - zapytał głosem, jakby z innego świata.
- Paweł? W Balicach?- w słuchawce zapadła cisza. - Aniu, jesteś tam jeszcze? - powtórzył Paweł. - Paweł, nie strasz mnie. Powiedz, gdzie jesteś? - usłyszał w słuchawce jej wzruszony głos. - W jednostce w Balicach! Przyleciałem samolotem i mam na jutro wolne, ale jeśli nie chcesz, to mam tu już kwaterę - powiedział, powoli odzyskując głos.
- Co, ja nie chcę, żebyś do mnie przyjechał? Paweł, Pawełku, co ty mówisz? Nie ruszaj się stamtąd, już po ciebie jadę. Czekaj na mnie na bramie głównej. Teraz nie ma już dużego ruchu, więc za pół godziny powinnam dojechać. Pawełku, czekaj tam na mnie - wzruszenie nie pozwoliło jej dalej mówić, więc odłożyła słuchawkę. Paweł słysząc sygnał, też odłożył słuchawkę na widełki.
- I co? - zapytał stojący obok Tomek.  
- Kazała mi czekać na głównej bramie - powiedział przytłumionym nadal głosem.
- Kto to jest dla ciebie, możesz powiedzieć? - zapytał ot tak sobie, nie licząc, że Paweł powie mu prawdę.
- Moja narzeczona Ania! - powiedział, delektując się tym słowem. Po raz pierwszy poczuł wagę tego słowa i ogarnęła go radość. Za chwilę będą razem. Ania, jego narzeczona - powtarzał w myśli.
- Paweł, ile ty masz właściwie lat? - zapytał, widząc, że ten chłopak wyglądający na nastolatka jest plutonowym, o stopień niżej niż on po czterech latach służby.  
- A co, piszesz może książkę? - zapytał, bo tamten wyrwał go brutalnie ze świata marzeń.
- Nie, ale przecież wiesz, że jutro się dowiem, kiedy dostanę twoje papiery. A właściwie już dziś, bo muszę wystawić ci przepustkę, kiedy opuszczasz jednostkę - powiedział obojętnie.
- Za kilka dni skończę dziewiętnaście lat - odpowiedział równie obojętnym tonem.
- Co? To jednak słusznie się domyślałem, że coś tu nie gra. Ja niedługo będę miał 25 lat i dorobiłem się sierżanta, a ty nie mając dziewiętnastu, jesteś już plutonowym - powiedział z przekąsem i nieukrywaną zawiścią.
- I co z tego? Słyszałeś, co powiedział major! Jeżeli przyczynię się do spadku awaryjności sprzętu i urządzeń radiowych, to sam będzie wnioskował o medal dla mnie. Jak sądzisz, który z nas będzie miał u majora większy posłuch, ja czy ty? - zadał mu retoryczne pytanie.
- Nie sądzisz, że lepiej żyć za mną w zgodzie niż ryć pode mną? - dodał.
Sierżant zastanowił się nad słowami Pawła, faktycznie, chyba jednak warto się z Pawłem
zakumplować i mieć w nim przyjaciela, a nie wroga. Jeżeli on w tym wieku osiągnął to, co widać, to i stopień generała może stać się dla niego osiągalny w bardzo młodym wieku.
- Dobra, nie ważne! To twoja sprawa, za co dostałeś te trzy belki, ale teraz idziemy na kwaterę, bo chyba nie będziesz jeździł po mieście z tymi klamotami, zabierzesz to co jest ci potrzebne, a resztę zostawisz na kwaterze. A potem musimy podejść do oficera dyżurnego, żeby wystawił ci przepustkę, albo rozkaz wyjazdu - zastanawiał się jaką formę przepustki uprawniającej do przebywania poza jednostką wystawić Pawłowi, jeśli ma zgłosić się w jednostce dopiero pojutrze o ósmej rano.
- Tomek, mam rozkaz wyjazdu z Babich Dołów z urlopem na sześć dni, więc to załatwia sprawę - oznajmił sierżantowi.
- To idziemy do twojej kwatery - powiedział kwatermistrz i ruszyli na drugie piętro. Tomek otworzył drzwi i weszli do pokoju,  
- Ktoś tu jeszcze mieszka? - zapytał Paweł.
- Skąd! To są jednoosobowe kwatery, takie pół kawalerki z aneksem kuchennym i łazienką - powiedział Tomek. Paweł obejrzał całe pomieszczenie. Faktycznie była to jednoosobowa kwatera, składająca się z pokoju z mała wnęką na tapczan. W zewnętrznej ścianie ulokowano wbudowaną meblową dwudrzwiową szafę, przy oknie mały stolik z dwoma krzesłami, kosz na śmieci. Aneks kuchenny zawierał szafkę stojącą z blatem zabezpieczonym malowaną blachą, na niej podwójna kuchenka elektryczna, zlewozmywak, z wiszącą nad nim szafką na naczynia i talerze. Łazienka mieściła muszlę, prysznic i umywalkę z szafką. Dla jednej osoby kwatera była wygodnym lokum.  
- Zabierz to, co będzie ci potrzebne i zostaw sobie jeden klucz. Drugi musisz zdeponować na portierni - powiedział Tomek. - I nie zapomnij rozkazu wyjazdu, żeby nie trzeba było ratować ci tyłka - dodał z idiotycznym uśmiechem na twarzy. Paweł zabrał świeże slipy, podkoszulek i skarpety oraz maszynkę do golenia, zamknął pokój i przypiął jeden klucz do etui, a przechodząc koło portierni zostawił drugi klucz na nadal pustej portierni.
- Czy ktoś na tej portierni urzęduje, czy tylko tak to się nazywa - zapytał Tomka.  
- Oczywiście wtedy, gdy ma być kontrola lub przyjeżdża ktoś z 'wysoka' - śmiejąc się powiedział Tomek, wzruszając ramionami.
- A co z kradzieżami? - chciał się upewnić Paweł.
- Raczej nie zdarzają się, no bo co tu złodziej ma kraść i komu? - machnął lekceważąco ręką.
- Idziemy do głównej bramy, pokażesz im rozkaz wyjazdu, żeby sprawdzili, czy wszystko w porządku - powiedział kwatermistrz i obaj z Pawłem udali się w kierunku głównej bramy.
Tomek poprosił Pawła o rozkaz wyjazdu w którym wyszczególniono, że Pawłowi przysługuje nagrodowy urlop. Pokazali dyżurnemu, a ten natychmiast wykrył, że w rozkazie wymieniono co prawda, że dowódca przyznał mu urlop i mimo, że poniżej wpisano....podpis dowódcy..., to tego podpisu nie ma. Ktoś tego nie dopatrzył, czyli rozkaz wyjazdu nie uprawnia Pawła do opuszczenia jednostki. Szybko wrócili więc do oficera dyżurnego, ale zastali tylko jego pomocnika, który na pytanie, gdzie oficer? i kiedy wróci? tylko wzruszał ramionami.  
Kwatermistrz Tomek wpadł więc na genialny według niego pomysł.
Pochylił się więc do głupawo uśmiechającego się pomocnika oficera dyżurnego;  
- Za chwilę ma tu pojawić się zastępca dowódcy jednostki, który chce przeprowadzić rozmowę z przybyłym z Gdyni plutonowym, więc niech lepiej oficer dyżurny znajdzie się, jeżeli chce pracować nadal w tej jednostce - powiedział tajemniczym głosem.
Jeszcze nie skończył, kiedy tamtego już nie było, a za chwilę pojawił się szpakowaty lowelas w mundurze porucznika, lekko spocony i od którego zalatywało alkoholem.
- Skąd wiecie, że dowódca ma przybyć do jednostki - zapytał, przejęty nieco swoim wyglądem.    
- To już nieaktualne obywatelu poruczniku! Właśnie dowiedziałem się, że narzeczona plutonowego, która zna zastępcę dowódcy, chce się z nim spotkać poza jednostką, a plutonowy nie ma przepustki na opuszczenie jednostki, bo jakiś debil w jego dawnej jednostce nie dopilnował, aby dowódca podpisał tak rozkaz jak i ustęp w rozkazie, że przyznano mu urlop. Dlatego potrzebuje 36 - godzinnej przepustki, bo zastępca uzgodnił z plutonowym, że w jednostce ma się pojawić pojutrze o godz. 8.00. A tu są jego papiery i dane - Już załatwiamy sprawę i mam nadzieję, że nikt nie dowie się, że mnie nie było przez chwilę na dyżurze - rzucił mimochodem. Sięgnął po dokumenty i wystawił na blankiecie jednostki w imieniu dowódcy trzydziestosześcio godzinną przepustkę dla Pawła w celu załatwienia pilnych spraw rodzinnych z terminem stawienia się w jednostce o godzinie 8.00 pojutrze rano. Zabrali dokumenty i odmeldowali się oficerowi dyżurnemu. Paweł pożegnał się z sierżantem Tomkiem, dziękując mu za załatwienie sprawy i udał się w stronę bramy głównej. Przed bramą na poboczu stał już samochód Ani, a ona sama stała przy okienku i prowadziła rozmowę z dyżurnym, zerkając co chwilę w stronę, z której mógł wyłonić się Paweł. Kiedy się zbliżył, zauważyła go. Przerwała rozmowę i czekała na Pawła...cdn...

13 018 czyt.
96%254
franek42

opublikował opowiadanie w kategorii erotyczne, użył 7773 słów i 43296 znaków, zaktualizował 20 wrz 2017. Tagi: #Marysia #zoo #przylot #do #Krakowa #spotkanie

4 komentarze

 
  • Wojak

    Wojak · 20 wrz 2017 · 406345578

    Juz od dawna w wojsku nie uzywa sie  zwrotu Obywatelu, tylko Panie

  • Lordvader

    Lordvader · 15 wrz 2017 · 201438575

    Normalnie już myślałam, że nie doczekam kolejnej części. Codziennie sprawdzam,a ty nic. A dziś jest. Hura! Jak zwykle super dokladnie, elegancko i z polotem. Dawaj dalej, może częściej? Juz czekam na następną część. Mam tylko nadzieję, że będzie ich kilka..... naście?????

  • baba

    baba · 15 wrz 2017 · 381258614

    Przebrzydły sadysta! Kończyć w takim momencie? Trzeba być więcej niź TO a mniej niż TAMTO!! No ale, napisałeś coś więcej niż fajnego. Ewolucja w Twoim przypadku się sprawdza - jesteś coraz lepszy i ciekawszy. Tak trzymaj dalej i niech Ci nie strzeli do głowy kończenie tej opowieści juź terakz "bo przyjechał, się dowiedział, pobrali się i żyli długo i szczęśliwie"! P.s." jak na musztrze". Pozdrawiam

  • POKUSER

    POKUSER · 15 wrz 2017

    Cud, miód i rodzynki