Mogło być i tak - cz. XX

Ania po powrocie do domu, przemyślała na spokojnie to, co jej podpowiedziała mama na temat Marysi, siostry Pawła. Faktycznie, mając poparcie mamy Marysi, nie będzie trudno zaprzyjaźnić się z nastoletnią siostrą Pawła, bo jej reakcja na to co opowiedziała o sobie, świadczyła jednoznacznie, że wywarła na niej dobre wrażenie i jak każda młoda dziewczyna pragnie przyjaźni i możliwości zwierzenia się komuś ze swoich złych czy dobrych przeżyć, smutków, pragnień, marzeń, a Marysia sama pozbawiła się możliwości rozmów z mamą czy przyjaciółkami, o ile takowe posiada, no bo z czego ma się zwierzać czy radzić? Z tego, że swojego brata kocha i traktuje jak chłopaka, kiedy wie, że ani mama ani tym bardziej żadna  przyjaciółka nie zaakceptuje jej uczucia do własnego brata i nie przyzna jej racji, choćby nie wiem jak próbowała je do tego przekonać. Ona natomiast wiedząc o tym, może tak prowadzić rozmowę, żeby unikać tego tematu, chyba, że Marysia sama coś jej o tym powie. Kiedy nadeszła sobota, siadła w samochód i udała się, tak jak poprzednio w godzinach przedpołudniowych, do domu rodzinnego Pawła. Kiedy pojawiła się przy bramie, zobaczyła ją Władzia, bratowa Pawła, więc wyszła przed nią, przywitały się jak dwie dobre znajome i razem weszły do domu.
- Mamo zobacz, kogo ci przyprowadziłam! - krzyknęła w stronę kuchni, skąd dochodziły odgłosy krzątania się gospodyni. Pani Stasia wyglądnęła i widząc Anię, autentycznie ucieszyła się.
- A to nam zrobiłaś niespodziankę! Masz pewnie jakieś dobre wiadomości o Pawle, tak? - zagadnęła Anię.
- No nie do końca! Sprawa przeniesienia dalej się toczy, bo jednostka Pawła robi jakieś utrudnienia i nie bardzo chce zgodzić się na jego przeniesienie - oświadczyła to, co jej na razie było wiadomo. - Paweł też nie ułatwia sprawy, bo co z tego, że wystąpił o przeniesienie, kiedy podobno robi wszystko, żeby go było trudno zastąpić - dodała z niejakim żalem w głosie.
- Ale dzisiaj przyjechałam zaprosić do siebie Marysię, na dziś i jutro, oczywiście jeśli wy się zgodzicie, a ona zechce jechać do mnie - oświadczyła pogodnie.
- O Aniu, gdybyś słyszała, co ona o tobie mówi i jak cię wychwala, to byś tak nie mówiła - powiedziała pani Stasia. - Władzia też to słyszała, nie ci sama powie, czy mówię prawdę - dodała. - Rzeczywiście, wypowiada o pani takie peany, że tylko pomnik pani stawiać - potwierdziła z humorem słowa teściowej Władzia.
- Dziewczyny, może i wy przeszłybyście sobie na ty - zaproponowała mama Pawła.
- Ja z przyjemnością! - powiedziała Ania i wyciągnęła rękę w stronę Władzi.
- Ania! - przedstawiła się. - Władysława! - odwzajemniła się Władzia i obie wymieniły uściski, potwierdzając to buziakami.  
- Aniu, ale Marysia przyjedzie autobusem dopiero po piętnastej - oznajmiła mama Marysi.
- Nie szkodzi, mogłabym poczekać, ale zrobimy inaczej. Dasz mi Stasiu jakieś majtki i coś z ubrania na niedzielę dla Marysi, a ja ją zabiorę prosto ze szkoły. Obiad zjemy w Krakowie i trochę pospacerujemy, jeżeli będzie zainteresowana. Jest cyrk w Krakowie i jeśli zechce, to też pójdziemy. Tak samo jutro. Zaproponuję jej zoo czy coś tam jeszcze, może jakieś muzeum. Nudzić się jej na pewno nie pozwolę. Przywiozę ją jutro w godzinach popołudniowych, aby zdążyła odrobić zadania domowe - oświadczyła Ania.  
- Ale jej zrobisz niespodziankę! Udusi cię z radości, bo przypadłaś jej do gustu jak nikt inny - powiedziała Stasia. - Mąż nie będzie miał zastrzeżeń? - upewniła się na wszelki wypadek.
- Coś ty Aniu! Jest zadowolony, tak samo jak ja, jak my wszyscy - oświadczyła z taką pewnością, jakby chciała zasygnalizować, że akceptują i ją, a także to wszystko, co dotyczy jej relacji z Marysią. - Wobec tego będę lecieć, bo mogą skrócić lekcje i będziemy się potem szukać z Marysią - powiedziała Ania i pożegnała się z obiema paniami. Podjechała pod liceum i ustawiła się na parkingu tak, aby widzieć główne wyjście. Nie czekała długo, bo po chwili rozległ się dzwonek i na schodach przed wejściem pojawiła się grupa uczniów obojga płci, a wśród nich Marysia. Wysiadła z samochodu, który budził dość duże zainteresowanie i pomachała ręką. Marysia natychmiast ją zauważyła. Szybko pożegnała się z dwoma dziewczynami i biegiem ruszyła w stronę samochodu Ani.
- Skąd ty się tu wzięłaś? - zapytała z radością w głosie i obejmując ją w pół, wycisnęła na policzku Ani soczystego buziaka.
- Przyjechałam po ciebie. Zapraszam cię do mnie, do Krakowa - powiedziała Ania, śmiejąc się i odwzajemniając buziaka.
- Ale ja nie mogę tak! Muszę pojechać do domu! - oświadczyła z poważną miną.  
- Nie musisz! Mam twoje majtki i sukienkę na przebranie, a obiad zjemy w Krakowie. Twoi rodzice wiedzą i zgadzają się i teraz tylko od ciebie zależy czy zechcesz dać się zaprosić - powiedziała Ania, uśmiechając się do niej ciepło. Jeszcze nie skończyła mówić, kiedy Marysia wisiała już na jej szyi. - Naprawdę, mogę jechać do ciebie? - pytając, ściskała i całowała z radości Anię. - Naprawdę! Jedziesz ze mną i do jutra jesteś skazana na mnie - dodała, odwzajemniając uściski i całusy Marysi. Przechodzące obok nich jej koleżanki i koledzy pewnie ze zdziwieniem obserwowały i komentowały jej autentyczną radość oraz spontaniczne okrzyki.
- Wsiadajmy i uciekajmy stąd, bo nas posądzą o jakieś niecne zamiary, na przykład, że chcę cię uprowadzić - odezwała się Ania, kiedy w końcu udało się jej uniknąć uduszenia przez Marysię. Wsiadły do samochodu i ruszyły w stronę głównej ulicy, prowadzącej do drogi w stronę Krakowa. Droga była prawie pusta, więc Ania przyspieszyła i wkrótce minęli skrzyżowanie z lokalną drogą prowadzącą do domu Marysi. Marysia pomachała jeszcze na pożegnanie rodzinnej miejscowości. Jej rozradowana mina, uśmiech i zadowolenie mówiły same za siebie. Marysia autentycznie była szczęśliwa ze spotkania z Anią i z tego, że jedzie z nią do jej domu. W ten całkiem nie zamierzony sposób Ania stała się dla Marysi idolem.  
- Marysiu, jest pora obiadowa, więc jeżeli jesteś głodna, to powiedz i zatrzymamy się gdzieś po drodze, abyś mi nie zasłabła w samochodzie - zwróciła się do niej żartobliwie Ania.
- Nie, nie jestem głodna! Miałam kanapki i ostatnią właśnie zjadłam, wychodząc ze szkoły - odpowiedziała, śmiejąc się ze słów Ani o ewentualnym zasłabnięciu.
- To zjemy obiad w Krakowie! Sama co prawda nie gotuję, ale blisko mnie jest przyjemna restauracja, w której nieźle karmią, prawie po domowemu i mają dość duży wybór - oznajmiła i ponownie przyspieszyła, bo zaczął się dość długi odcinek niezabudowanego terenu. Po około pięćdziesięciu minutach jazdy podjeżdżała do garażu. Zostawiła samochód i niedługo potem wchodziły do mieszkania Ani. Ania pokazała jej swoją sypialnie, pokój gościnny i duży pokój dzienny oraz łazienkę i kuchnię.  
- Ty tu sama mieszkasz Aniu? - zapytała zaciekawionym głosem.
- Tak! To mieszkanie należało do rodziny i ciotka zapisała je mnie. Było zaniedbane, więc musiałam zrobić generalny remont. Trochę to kosztowało, ale wygląda teraz nieźle i dobrze się tu czuję - odpowiedziała.
- Nieźle wygląda, dobre sobie! Tu jest jak w bajce - oświadczyła zachwycona Marysia.
- Miło, że podoba ci się! - powiedziała Ania.
- Teraz jak chcesz, możesz skorzystać z łazienki, a potem pójdziemy na obiad - oznajmiła swojemu gościowi. Marysia skorzystała z łazienki, po niej Ania.
- Chcesz się przebrać, czy idziesz w tym, co masz na sobie? - zapytała.
- Mama spakowała ci sukienkę oraz podobno twój ulubiony komplecik - bluzeczkę i spódniczkę, a także coś z bielizny - dodała.
- A mogę zostać w tym, co mam na sobie? - zapytała.
- Oczywiście, dobrze ci w tym i ładnie wyglądasz - pochwaliła jej gust.
- Ja też zostaję w tym, co mam na sobie - oznajmiła.
- Ty też wyglądasz dobrze Aniu. Jesteś bardzo piękną kobietą, a właściwie dziewczyną - wyraziła swój zachwyt nad wyglądem swojej idolki.
- No tośmy się nawzajem nachwaliły, więc teraz pora na obiad - powiedziała Ania i po chwili były w drodze do niedużej, kameralnej restauracji. Ania była znana przez personel, więc zostały obie z Marysią poproszone do stolika. Ania podała Marysi kartę menu, ale ta odłożyła kartę.
- Aniu, wybierz, a ja zjem to samo, co i ty - powiedziała speszona lekko Marysia.
Ania przeglądnęła menu i podnosząc rękę przywołała kelnerkę.  
- Co pani może zaproponować z domowych dań? - zwróciła się do kelnerki.
- Z zup; rosół z kury, pomidorowa i barszcz, a z drugich dań mięsnych; kurczak z ziemniakami i surówką, brizol, kotlet schabowy, polędwica wieprzowa, z jarskich; pierogi z serem, z truskawkami, naleśniki z serem, racuchy z jabłkami, z napoi; kompot, soki, herbata, kawa - kelnerka w skrócie przedstawiła wybór dań nazwanych domowymi.
- Marysiu słyszałaś, co pani mówiła, więc na co miałabyś chęć? - zwróciła się Ania do Marysi.  
- Pomidorowa z kluseczkami, pierogi z truskawkami i kompot - odpowiedziała Marysia.
- A dla mnie rosół z makaronem, brizol i też kompot - zamówiła Ania.
Nie czekały długo, bo kelnerka podała im szybko zupy, a wkrótce po tym drugie dania z kompotem. Ania zapłaciła i wróciły do mieszkania.  
- Co teraz? Masz chęć przejść się po Krakowie, a potem poszłybyśmy do cyrku, co ty na to? - przedstawiła Marysi propozycje spędzenia popołudnia.
- Cudownie! Z tobą mogę chodzić dokąd tylko chcesz, do cyrku też - oświadczyła, zachwycona perspektywą spaceru z Anią i tym, że Ania chce z nią przebywać i poświęcać jej swój czas. Odpowiadało to też Ani, więc nie zwlekały i wkrótce wyruszyły na miasto. Ania mieszkała na obrzeżu Śródmieścia, więc musiały kawałek przejść, aby dotrzeć do Rynku Głównego i Sukiennic. Weszły na chwilę do otwartego muzeum nad Sukiennicami, potem obeszły Rynek i drogą królewską dotarły do Wawelu. Miały szczęście, bo Wawel był jeszcze otwarty, ale zdążyły tylko obejść dziedziniec i wejść na chwilę do Katedry na Wawelu. Zejście do Krypt było już jednak zamknięte, więc wróciły na Rynek i wstąpiły jeszcze na chwilę do Kościoła Mariackiego, ale ołtarz Wita Stwosza też już był zamknięty. Trochę ciekawych rzeczy w tak krótkim czasie Marysia jednak zobaczyła. Marysia, a i Ania również, nie przyzwyczajone do tak długich spacerów odczuły to na własnych nogach. Ania zapytała więc Marysi czy ma jeszcze chęć na cyrk, ale Marysia miała już dość atrakcji. Ponieważ cyrk miał jeszcze występować w Krakowie przez dwa tygodnie, to obie umówiły się, że jeśli rodzice pozwolą Marysi przyjechać do Ani w następną sobotę, to wtedy obejrzą występy w cyrku i to we wcześniejszej porze, bo o godz. piętnastej trzydzieści, a nie dziewiętnastej trzydzieści jak dziś. Postanowiły więc wrócić do domu Ani, więc Ania już jako ostatnią atrakcję tego popołudnia zafundowała Marysi powrót do jej mieszkania dorożką. Podeszły więc na postój dorożek i skorzystały z usług młodego fiakra, którego dorożka była pierwsza.
Dorożkarz zapraszał je co prawda na przednie siedzenie, ale nie skorzystały, bo Ania miała dość przykre zdarzenie, które opowiedziała Marysi, kiedy już jechały, siedząc w środku dorożki. Otóż jechała na 'koźle' razem z woźnicą, ale koń widocznie świeżo nakarmiony, cały czas puszczał bąki, a ona nie mogła przesiąść się, bo wszystkie miejsca były zajęte. Siedziała więc prawie cały czas w oparach smrodu, a potem wietrzenie czy czyszczenie ubrania nie pomogło i musiała wyrzucić do śmieci prawie nowy żakiet od garsonki czy kostiumu. Podała więc swój adres fiakrowi i zajęły z Marysią miejsca wewnątrz dorożki. Dojechały w miarę szybko, przy akompaniamencie stukotu podkutych końskich kopyt na bruku czy asfalcie, Ania zapłaciła fiakrowi dość sporą kwotę i po chwili znalazły się w jej mieszkaniu.
- I jakie wrażenia ze spaceru? - zapytała Marysię. Ta w swoim stylu objęła Anię i spontanicznymi, pełnymi pasji buziakami dziękowała Ani za spacer i atrakcje, które jej zafundowała. Ania zauważyła, że Marysia co chwilę dziwnie się uśmiecha.
- Co cię tak cieszy? A twoje nogi jak, całe czy z bąblami? - kontynuowała. Na szczęście Marysia miała dość wygodne półbuty na nogach i obyło się bez bąbli i odparzeń. A to że zakwasy, to minie. - Dlaczego się śmieję? Bo wyobrażam sobie, jak się czułaś, kiedy koń puszczał bąki w twoją twarz - roześmiała się sama do siebie. - Wiesz, jak się nazywa takie puszczanie bąków? - zapytała, nie podejrzewając, że Ania nie znająca wsi, zna potoczną nazwę 'puszczania bąków'. - A jak sądzisz? Jestem adwokatem i spotykałam się z różnymi potocznymi nazwami czy określeniami, nie tylko dotyczącymi 'puszczania bąków'. Słysząc to Marysia, odpuściła temat, bo wyobraziła sobie, jakich słów i wyrażeń musiała wysłuchiwać Ania.  
- To co teraz? Słuchamy radia, oglądamy telewizję, gramy w karty czy w inne gry? - zapytała Marysię, proponując różnorodne formy zabicia czasu, przed położeniem się do łóżka.
- A możemy rozebrać się i położyć do łóżka? Chciałabym Aniu, tak jak z przyjaciółką, poleżeć z tobą w łóżku i pogadać, jak psiapsuła z psiapsiułą. Wiem, że jestem gówniara wobec ciebie, ale tak bardzo cię polubiłam, że byłoby mi miło, gdybyś mnie też uważała za przyjaciółkę - powiedziała to cichym, nieśmiałym głosem, niepewna jak to przyjmie Ania.
- Dobrze głuptasku, będę twoją psiapsiułą, jak to określasz, ale musisz mi przypomnieć, jak to jest być nią. Ja już nie pamiętam nawet, czy miałam taką przyjaciółkę na złe czy na dobre, bo zdaje mi się, że tak jak przyjaciela, tak i psiapsiułę poznaje się w biedzie, czy tylko mnie się tak wydaje? - przedstawiła Ania swój punkt widzenia na te sprawy.
- Ja też tak uważam, że prawdziwą, nie malowaną przyjaciółkę poznaje się wtedy, gdy człowiekowi jest źle, coś poszło nie tak i jest wtedy komu się zwierzyć, wyżalić się, poradzić czy nawet przytulić i wypłakać się - podobnie jak Ania, Marysia również przedstawiła swoje wyobrażenie, czym powinna być dobra psiapsiuła.  
- A więc wszystko już jest jasne, pozostaje zjeść kolację, umyć się i do spania, a przedtem możemy jak mówisz, poleżeć koło siebie i pogawędzić - zaproponowała Ania i poprosiła Marysię do kuchni.  
- Marysiu, co ty jesz na kolację? Mam jogurt, serek homogenizowany, ser żółty, wędliny, pomidory, marynowaną paprykę, białe i ciemne pieczywo oraz do popicia herbatę, kakao, bo na kawę jest chyba już za późno, więc mów na co masz ochotę? - zapytała.
- Aniu, nie chce mi się jeść, ale nie chcę cię denerwować, więc zjem jogurt czy serek i popiję herbatą lub sokiem, jeżeli masz - odpowiedziała Marysia. Ania zagotowała wodę i w dzbanku przygotowała herbatę, trochę ją schładzając zimna, przegotowaną wodą, oraz postawiła przed nią kubek z jogurtem i drugi z serkiem oraz pokrojone białe i ciemne pieczywo. Nalała do kubków herbaty i jeden dała Marysi, drugi sobie, a potem usiadła naprzeciw i zrobiła sobie kanapkę z ciemnego pieczywa, kilku plasterków szynki przełożonych marynowana papryką. Marysia w tym czasie zjadła jogurt z kromką białego pieczywa i popiła herbatą. Po kolacji i pochowaniu pozostałych produktów oraz umyciu kubków i sztućców przeszły do sypialni Ani. - Spisz ze mną, czy wolisz sama w pokoju? - zapytała pogodnie.
- A mogę z tobą? - odpowiedziała pytaniem. - Oczywiście! Sofa jest dość szeroka, tak, że możemy wygodnie spać obie. Chcesz osobną kołdrę, czy możemy spać pod jedną? - dopytywała Ania.
- Oczywiście, że pod jedną. Aniu, a nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli przytulę się do ciebie, bo lubię się przytulać? - zapytała nieśmiało. - A przytulaj się, ile chcesz. Ja dość mocno śpię, więc pewnie nic nie poczuję - odpowiedziała Ania.
- Mam ci przygotować kąpiel, czy sama sobie poradzisz? - dopytała jeszcze.
- Nie, podmyję się tylko, bo kąpałam się rano i umyję zęby. Ojejku, chyba nie mam szczoteczki - zmartwiła się. - Mam, nie martw się - odparła Ania. - Co ci przygotować do spania? Koszulę nocną, czy piżamę? - Może być koszula, ale majtek też nie ubieram na noc - odpowiedziała Marysia. - To tak samo jak i ja. Lubię jak dół mi się wietrzy - dodała żartobliwie. Obie zaśmiały się, zrzuciły wierzchnią odzież i w bieliźnie udały się do łazienki. Ania pierwsza zdjęła stanik i majtki siadając na sedesie. Marysia chwilę zastanowiła się, ale widząc, że Ania wcale się jej nie krępuje, zrobiła to samo i położyła swój stanik obok stanika Ani, a swoje maciupkie figi obok majtek Ani. Kiedy Ania podniosła się i weszła do wanny, Marysia podobnie jak Ania wysikała się i czekała, jak Ania wyjdzie z wanny.  
- Wchodź, zmieścimy się obie - powiedziała przesuwając się w tył wanny i ustępując miejsca Marysi. - Podmyć cię? - zapytała Ania. - Nie, sama się podmyję - to mówiąc, kucnęła i zaczęła nieśmiało podmywać swoje krocze, wyraźnie krępując się Ani.
- Co, wstydzisz się mnie, tak? - zapytała rumieniącą się Marysię.
- Może nie tak do końca, ale trochę mnie to krępuje - odpowiedziała. - Nie gniewaj się Aniu, ale trochę mi głupio. Po raz pierwszy jestem w wannie goła z inną dziewczyną, też nagą - tłumaczyła się nieśmiało przed Anią.
- Rozumiem cię i nie patrzę już na ciebie. Dokończ mycie, ubierz koszulkę i idź do pokoju. Ja zaraz przyjdę - powiedziała pogodnym, neutralnym głosem. Marysia dokończyła mycie dolnych partii swojego ciała, wyszła z wanny i wytarła się. Potem wzięła szczoteczkę do zębów, przygotowaną dla niej przez Anię i umyła zęby. Opłukała zęby, szczoteczkę i odłożyła ją do kubka. Podeszła do wanny i pocałowała mocno Anię.
- Nie gniewaj się na mnie, ostatni raz wstydziłam się ciebie - powiedziała ciepło do Ani.
- Głuptasku, o co miałabym się gniewać. Byłaś słodka z tym rumieńcem na buzi - uśmiechnęła się słodko do Marysi. Kiedy Marysia wyszła, dokończyła szybko toaletę, ubrała koszulę nocną i przeszła do swojej sypialni. Marysia w połowie odkryta leżała już w łóżku, czekając na Anię. Kiedy weszła Ania, przesunęła się bliżej ściany, robiąc Ani więcej miejsca.
- No,  nie przesadzaj Marysiu! Ta sofa jest dość szeroka, a ty zostawiłaś dla mnie trzy czwarte jej szerokości. Śpimy tylko obie, więc przesuń się bliżej środka, bo nie chcę cię szukać czy krzyczeć do ciebie, a poza tym, powiedziałaś coś o przytulaniu, więc przysuń się bliżej do mnie - powiedziała, kładąc się na posłaniu. Kiedy Marysia nieśmiałymi ruchami przesuwała się w jej stronę, objęła ją ramieniem, przygarnęła do siebie i matczynym gestem pocałowała.
- Teraz możesz się przytulać - zwróciła się do Marysi i obie roześmiały się, nawiązując bliski kontakt. - To teraz ty opowiedz mi coś bliżej o sobie, tak jak ja opowiedziałam ci prawie wszystko o mnie - powiedziała i podparła ręką, zwróconą w stronę Marysi, głowę.
- Ty miałaś co opowiadać, a ja? - wzruszyła lekko ramionami.  
- To, że urodziłam się na wsi, to już wiesz. Nie wiem dlaczego, ale ja nie miałam koleżanek, kolegów. Odkąd pamiętam, cały czas przebywałam tylko z Pawłem. Dlatego źle się czułam, kiedy poszedł do szkoły i zostawił mnie samą. Podobno histeryzowałam strasznie, tak, że rodzice bali się, czy nie rozchoruję się z tego. Jakoś z tego wyszłam i pogodziłam się, że Paweł idzie do szkoły, bo musi, a potem wraca i jest ze mną. Kiedy więc trochę podrosłam i sama poszłam do szkoły, chodziliśmy razem i było bardzo fajnie. Z początku często siedziałam z nim w jednej ławce, ale później ja chodziłam do młodszych klas, a Paweł do starszych, więc już nie mogliśmy być razem. Przyznam ci się, że z tego powodu nie lubiłam tej szkoły, ale przynajmniej razem chodziliśmy rano do szkoły, a po południu razem wracaliśmy do domu. Ponownie bardzo mocno przeżywałam brak Pawła, kiedy skończył szkołę i poszedł do liceum. Tak jakby mi go zabrali. Było mi tak źle, że nosiłam się nawet z zamiarem zrobienia sobie krzywdy, bo wtedy Paweł opiekował by się mną. Ale rodzice zrobili co innego, przepisali mnie do szkoły w mieście, która sąsiadowała z liceum, do którego chodził Paweł i znowu jeździliśmy autobusem razem; rano do szkoły, a po południu do domu. Ale w ubiegłym roku wyciął mi najgorszy numer. Skończył liceum, które ja zaczęłam i zgłosił się do tego głupiego wojska. A mnie brakuje go bardzo. Teraz tylko nadzieja w tobie Aniu, że może pomożesz przenieść mu się bliżej nas, przynajmniej będzie można się częściej z nim spotkać czy go odwiedzić - Marysia w wielkim skrócie przedstawiła Ani swój trochę zagmatwany życiorys, bez otwierania się przed nią co do swoich uczuć do Pawła oraz  relacji łączących ją poprzednio i teraz z Pawłem, koleżankami, kolegami, dlaczego sama zachowywała się i zachowuje się tak, a nie inaczej. Ania postanowiła w sposób delikatny, krok po kroku, wyciągnąć z niej to, co siedzi w niej, głęboko ukryte w myśli i sercu.
- Marysiu, jesteś już dużą, piękną dziewczyną, a nie powiedziałaś mi nic o swoich dziewczęcych marzeniach, co zamierzasz robić, kiedy skończysz liceum? O swoich koleżankach i kolegach z klasy i wreszcie o chłopaku, czy chłopakach, którzy ci się podobają, w których skrycie się podkochujesz? - zapytała pogodnie, szczerze, bez niedomówień, tak jak prawdziwa, będąca od niej starsza, przyjaciółka. Marysia przetrawiła w sobie sens pytań Ani i najchętniej przerwała by swoje zwierzenia, lecz zabrnęła już tak daleko, że wstyd by jej było nie zaspokoić oczekiwań swojej idolki. Zdała sobie sprawę, że przecież Ania jest prawnikiem, doświadczoną adwokatką i wyczuje jej wahanie, kręcenie czy chęć zakończenia rozmowy.  
- Aniu, polubiłam cię bardzo i nie będę kręcić czy kłamać tylko z tego powodu, że twoje pytania są dla mnie niewygodne. Powiem wprost; ja nie mam chłopaka i nie myślę o żadnym, tak jak się to powszechnie określa i rozumuje. W moich myślach i marzeniach jest tylko jeden taki chłopak. Tym chłopakiem jest mój brat Paweł - powiedziała to z niejaką pasją i zdecydowaniem.  
- I Paweł o tym wie? - zapytała cicho Ania.
- Wie i to od dawna! Ale zachowuje się tak, jakby nie wiedział, albo nie chciał wiedzieć - odparła, lekko zdenerwowana.  
- Cokolwiek powiem czy zrobię nie tak jak siostra, tylko jak zakochana w nim dziewczyna, denerwuje się i godzinami mi tłumaczy, że nie powinnam tak mówić czy robić, bo jesteśmy rodzeństwem, jego siostrą, którą bardzo kocha, ale jak starszy brat swoją siostrę. Aniu powiedz, jesteś prawnikiem. Co złego jest w tym, że kocham mojego brata nie jak siostra, tylko jak normalna dziewczyna, która niedługo skończy szesnaście lat? Dlaczego to komuś ma przeszkadzać? Kto to wymyślił i dlaczego jest to potępiane przez ludzi, rodzinę czy prawo? - zwróciła się do Ani jak pokrzywdzona, nie zrozumiana przez innych osoba. Ania chwilę zastanowiła się, ponieważ wyczuła, że być może jej odpowiedź da Marysi wiele do przemyślenia i zrozumienia, czym dla rodziny i dla Pawła stała się jej 'siostrzana' miłość i dlaczego nie może zostać zaakceptowana przez zdrowo-rozsądkowo myślących ludzi, rodziców i Pawła.  
- Marysiu, powiedziałaś, że mnie lubisz i odwołałaś się do mnie jako do prawnika, więc posłuchaj mnie uważnie. To nie ludzie wymyślili zakaz intymnych, kazirodczych związków pomiędzy blisko spokrewnionymi osobami. To natura sama przez wieki istnienia życia tak roślinnego, flory jak i zwierzęcego czyli fauny, do której my ludzie, istoty rozumne, też się zaliczamy, wypracowała i wyewoluowała ten zakaz, między innymi po to, aby nie dopuścić do samozagłady czy wyginięcia poszczególnych gatunków życia zwierzęcego, w tym gatunku ludzkiego. Na przestrzeni wieków niejednokrotnie dochodziło do takich sytuacji, wymuszonych lub poprzez brak samo ograniczeń, lekkomyślność czy złośliwość między plemienną. Rozwój i rozmnażanie się danego gatunku odbywa się na zasadzie doboru czy wyboru uczestników tego procesu i dopływu 'świeżej' krwi. Większość gatunków zwierząt w naturalny sposób nie dopuszcza do współżycia płciowego pomiędzy matką i synami, ojcem i córkami czy między rodzeństwem, bo jest to zakodowane w ich genach, Współżycie pomiędzy bliskimi krewnymi skutkuje tym, że ich potomstwo karleje, przenosi choroby genetyczne rodzicieli czy jest niepełnosprawne i po jakimś czasie, jeżeli nie nastąpi dopływ 'świeżej' krwi następuje wyginięcie i zagłada stada, gatunku i tym podobne. W czasach starożytnych, ale i w późniejszych, często zdarzało się, że z tego powodu ginęły czy znikały całe rody, dynastie czy plemiona. I nikt tego nie wymyślał. Podpatrzono po prostu jak natura radzi sobie i zapobiega samozagładzie gatunku, Na tej podstawie kilkaset lat temu tak w Europie jak i w świecie wydano odpowiednie edykty prawne, które zabraniały zawierania związków małżeńskich pomiędzy krewnymi poniżej  czwartego stopnia pokrewieństwa - Ania przedstawiła Marysi dowody, że to sama natura wyewoluowała w naturalny sposób zakaz łączenia się w pary blisko spokrewnionych osób. Marysia po słowach Ani głęboko zamyśliła się. Miała przecież lekcje biologii, gdzie poruszane były czy omawiane metody i sposoby rozmnażania się roślin czy zwierząt, a nigdy nie usłyszała, że związki pomiędzy bliskimi krewnymi potępiła sama natura i nikt nie przedstawił jej następstw czy skutków takich związków. Pewnie Paweł gdzieś coś takiego usłyszał lub przeczytał i dlatego tak uporczywie upierał się przy swoim zdaniu na ten temat. A ona, kochając go jak nikogo innego, męczyła go swoją zaborczością czy miłością, przysparzając mu tylko dodatkowych kłopotów i problemów. Ania widziała jak intensywnie Marysia przetwarza i przetrawia w myślach, to co usłyszała od niej. W pewnym momencie przytuliła się do Ani, pocałowała ją w policzek i odwróciła się na wznak. Kiedy Ania pochyliła się nad nią, zobaczyła w świetle nocnej lampy, że Marysia płacze, a jej drobne ciało drga od czasu do czasu, jak przy czkawce.
Anię ogarnęła tkliwość i żal tej młodziutkiej dziewczyny, tak brutalnie wyrwanej ze świata jej marzeń i przywołanej do rzeczywistości.
- Marysiu, pewnie jesteś na mnie zła, za to co ci powiedziałam, tak? - zapytała cichym głosem.
- Nie! Dobrze, że mi powiedziałaś! To ja zawiniłam, krzywdząc Pawła, jedynego człowieka, który mnie kochał tyle lat i nadal kocha, tylko że jako siostrę, a ja miałam do niego pretensje, że trzyma się jakichś głupich zasad i zakazów, zamiast mnie kochać, jak normalną dziewczynę. Czy ty wiesz Aniu, że chciałam go zmusić, żeby mnie pozbawił dziewictwa? A on nie denerwował się, nie złościł, tylko tłumaczył, że jest to pewnego rodzaju dar, który powinnam podarować chłopakowi, którego ma nadzieję, że poznam i pokocham - mówiła z płaczem. Ania sięgnęła po chusteczkę i delikatnie wycierała łzy, płynące po jej policzkach.  
- Dobrze już, dobrze! Wypłacz ten żal i na pewno ci ulży - pocieszała i tuliła to duże, rozżalone dziecko, pocałunkami osuszając z łez jej zapłakane ślepka.
- Wiesz Aniu, ja myślę teraz, że Paweł specjalnie pojechał tak daleko, aby przerwać to, co było miedzy nami. On już musiał być zmęczony mną, mymi pretensjami, zaborczością. Nie chciał mnie skrzywdzić, a nie mógł pewnie sobie z tym poradzić - dzieliła się z Anią swoimi przemyśleniami. - Nie martw się! Ściągniemy go tu bliżej, to będziemy go odwiedzać, albo on będzie odwiedzał was, a może czasem będziemy się spotykać wspólnie - pocieszała Marysię.
- Aniu, a ty masz chłopaka? - nieoczekiwanie zwróciła się do Ani.
- Nie, mówiłam ci! A dlaczego pytasz? - zagadnęła Marysię.
- Bo teraz marzy mi się, żebyście się oboje poznali lepiej i pokochali nawzajem. To byłaby najlepsza nagroda dla Pawła i pełnia szczęścia dla mnie - oświadczyła zdumionej i zaskoczonej Ani.
- Sądzisz, że nie jestem za stara dla Pawła? - zapytała ostrożnie.
- Ty, za stara? To by było chyba najlepsze, co by mu się przytrafiło w życiu - oświadczyła autorytatywnie, rozchmurzona już i wyluzowana. Po łzach też nie zostało śladu.
- Ty to masz pomysły? - odezwała się Ania, ciesząc się w duchu, że Marysia odzyskała rezon, ale bardziej z tego, że mówi i wypowiada to, o czym i ona myśli.
- Aniu, a mogę cię o coś zapytać? - usłyszała pytanie.
- Pewnie, przecież jesteśmy przyjaciółkami - odparła wesoło.
- A Paweł podoba ci się? Jest od ciebie młodszy, ale to na prawdę dobry chłopak. Miałabyś z niego pociechę. Pewnie jak skończy to wojsko, będzie chciał iść na studia. Wiesz, że on marzył o medycynie albo o prawie, więc gdybyś ty mu pomogła, to być może udało by mu się to zrobić - powiedziała to takim tonem, jakby była o tym głęboko przekonana.
- Ech ty moja mądralinko! To teraz w nagrodę ja ci coś powiem, tylko nie spadnij mi z łóżka - powiedziała rozradowana Ania, bo to co wyglądało na trudne, a nawet beznadziejne, udało się załatwić w jednej rozmowie na łóżku. Marysia popatrzyła na nią niespokojnym, pełnym obawy wzrokiem, o jakiej nagrodzie będzie mowa.
- Miałam ci to powiedzieć dopiero na naszym następnym spotkaniu, przygotowując cię do tej rozmowy, bo nie wiedziałam czy otworzysz się dzisiaj w naszej rozmowie i przyznasz do tego, że kochasz Pawła jak chłopaka, a nie jak rodzonego, starszego brata. Sądzę, że ty sama czułaś się już nieswojo z tą miłością, ale twoja trochę buntownicza natura nie przyjmowała do siebie tego typu zakazów czy ograniczeń jak zakaz miłości  czy intymnych kontaktów pomiędzy bratem i siostrą. Kiedy więc ukazałam ci dlaczego tak jest i że to nie ludzie, a natura sama wypracowała taki zakaz, zrozumiałaś, że bronienie się przed tym ograniczeniem nie ma sensu, a Paweł usiłował ci to przybliżyć. Sama doszłaś więc do wniosku, że twoja miłość niszczy kogoś, kogo najbardziej kochasz, więc uzmysłowiłaś sobie, że najlepszym rozwiązaniem jest zrezygnowanie ze swojego uporu. Twój umysł przyjął to do wiadomości i przełożył zwrotnicę na myślenie o przyszłości oraz o życiu w innych kategoriach niż dotychczas. A teraz nagroda dla ciebie, a pośrednio i dla mnie; Marysiu, kocham Pawła i jestem z nim w ciąży. Paweł jeszcze nie określił się, co do mnie czuje, tym bardziej, że nie ograniczałam go ani nie zakazywałam mu niczego, ale myślę, że jak się dowie, że zostałyśmy przyjaciółkami, a ty zaczniesz myśleć o nim jak o kochanym bracie, a nie chłopaku, to być może pokocha i mnie - powiedziała to głosem, przepełnionym szczęściem i radością. Marysia słysząc jej słowa, zapiszczała z radości i wprost rzuciła się na Anię, całując ją w ekstazie radości, do tego stopnia, że odsłoniła płaski brzuch Ani obsypując go całusami, jakby widziała już w nim istotkę, którą z Anią począł jej brat. Potem nie namyślając się wiele zsunęła się pomiędzy nogi Ani i zanurzyła twarz w jej pokrytym jasnymi włoskami kroczu, ssąc i liżąc jej szparkę. Ania nie zdążyła zaprotestować, a w jej szparce pracowały jej usta, język i już dwa, a potem trzy palce drobnej dłoni Marysi. Podniecona, rozradowana, doznała tak dużego podniecenia, że buzia Marysi była wprost zalewana jej sokami. Była zaskoczona przyjemnie przez Marysię, nie myślała już o proteście, ale o przyjemności i doznaniach serwowanych jej przez ruchliwy język i palce Marysi,  rozlewających się na całe jej ciało. Nie trwało to długo, bo spontaniczność, szybkość i znajomość rzeczy przez Marysię, bardzo szybko doprowadziły Anię na szczyt. Wrzasnęła, wygięła ciało w łuk i na chwilę znieruchomiała. Marysia pieszczotliwie całowała i gładziła jej szparkę, również radosna i zrelaksowana po tym, co usłyszała od Ani. Ta piękna, starsza dziewczyna została jej najlepszą przyjaciółką, a być może niedługo także jej bratową. Rozpierała ją taka dzika radość, że nienasycona jej widokiem, w dalszym ciągu miała nieprzepartą chęć pieścić dalej to dojrzałe, pachnące ciało Ani. Ania, czując do czego zmierza i chcąc odwdzięczyć się Marysi za cudowne, dzikie pieszczoty, wyciągnęła do niej ręce.  
- Chodź tu do mnie, ty niedobre, uparte i kochane dziewczynisko! Ja też chcę spróbować twoich soków, moje są już pewnie trochę przejrzałe, a twoje będą jak młode wino. Ale najpierw daj mi tego kochanego dziubka, bo mnie rozerwie z radości, widząc twoją reakcję na moje słowa - powiedziała, kiedy Marysia wolno przesuwała się do góry po jej ciele jak kocica, szykująca się do skoku. Zatrzymała się przy jej jędrnych, kształtnych piersiach, i kolejno dotykała i ssała każdą z nich, wywołując u Ani dreszcze. A Marysia dalej bawiła się, na przemian całując, podgryzając i pocierając sutkami swoim drobnych pączusiów o sutki Ani. Obie odczuwały już nieliche podniecenie. W końcu Ania dorwała się do jej ust, wpychając niecierpliwie język do małych ust Marysi. Przez chwilę toczyły potyczkę, wylizując sobie dokładnie uzębienie i podniebienia.
- Odwróć się i daj mi tę swoją szpareczkę. Już ty mnie zapamiętasz i poczujesz, co mój jęzor potrafi zrobić z twoją cipką - odgrażała się Marysi, która odwróciła się i leżała na niej,   rozkładając szeroko nogi i ułatwiając  Ani dostęp do swojego skarbu. Sama też podciągnęła lekko do góry nogi Ani i rozłożyła je szeroko, przez co otworzyła sobie równie swobodny dostęp od góry do obu dziurek Ani. Liżąc, skubiąc wargami i wpychając do szparek palce i języki, wyczyniały obie niesamowite harce na swoich maltretowanych cipkach, które produkowały hektolitry soków. Kiedy obie obadały swoje najbardziej erogenne punkty , przystąpiły do ich systematycznego drażnienia, głaskania, poklepywania, całowania i wiercenia językami w obu dziurkach. Ich pojękiwaniom, mruczeniu i muskaniu ustami nie było końca. W końcu pierwsza zapiszczała i zajęczała Marysia, kiedy Ania wepchnęła głębiej język do szparki, aż zatrzymał się na błonie. Doszła, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz i ucichła, zalewając Anię sokami. Ani nie potrzeba było wiele, ale kiedy Marysia znieruchomiała, jej podniecenie lekko opadło. Więc kiedy Marysia doszła do siebie, zorientowała się, że Ania nadal się męczy. Wzmocniła więc jak za pierwszym razem tempo i ruchliwość ust i palców, tarmosząc niemiłosiernie i drażniąc tak łechtaczkę, jak i obie dziurki. To spowodowało gejzery wypływających  z Ani soków i finał. Kiedy opadły emocje, Ania ponownie obróciła Marysię i przyciągnęła ją do siebie.
- Ściągaj te koszulkę i pozwól mi pooglądać to twoje młodziutkie ciało, bo pachniesz i smakujesz wspaniale. A tak dla jasności Marysiu; jesteś pierwszą dziewczyną, z którą się w ten sposób zabawiałam, ale mnie sprowokowałaś. Nie mam ciągot do dziewczyn, ale z tobą popieściłam się z przyjemnością. To moja nagroda za to, czego cię pozbawiłam i moja głowa w tym, aby poszukać i poznać cię z kimś, kto będzie ci odpowiadał, o ile oczywiście nie zrobisz tego sama. Do tego czasu możemy się od czasu do czasu popieścić obie, tak jak dzisiaj - oznajmiła Marysi, szczęśliwej z powodu doznań i pieszczot zaserwowanej jej przez Anię. Po tych niespodziewanych, nowych i dość wyczerpujących, ale i bardzo przyjemnych dla nich obu wzajemnych zmaganiach, przytuliwszy się do siebie, zasnęły.
                                                                                 ***
Paweł po powrocie do jednostki i przemyśleniach na temat swojej dalszej służby, a przede wszystkim na temat dość przykrych wydarzeń i doświadczeń z poznanymi kuzynkami, szczególnie z zamężną Krystyną, miał na razie dość spotkań rodzinnych. W jego myślach zagościła niepodzielnie Ania i ewentualna perspektywa połączenia z nią swoich losów. Ale to zależało od tego, czy podjęte dwukierunkowa działania w sprawie jego przeniesienia odniosą skutek. Łapał się więc na tym, jak bardzo brakuje mu Ani i coraz bardziej za nią tęsknił, wyobrażając sobie przy tym ich ewentualne spotkanie. Bał się tylko jednego; jego możliwe przeniesienie do Krakowa przybliży go nie tylko do Ani ale i do domu rodzinnego. Tutaj w Gdyni miał spokój, a w Krakowie ponownie zaczną się problemy z Marysią i jej 'chorą' miłością do niego. Po zastanowieniu, przyszło mu jednak na myśl, że przecież nie musi jeździć do domu, mając możliwość spędzania czasu z Anią, w jej domu czy w Krakowie, co go uspokoiło do tego stopnia, że teraz najważniejszą rzeczą stało się dla niego przeniesienie w pobliże czy nawet do samego Krakowa. Kiedy Paweł pojawił się z powrotem w jednostce w porze przedpołudniowej, w niecałe dwie godziny od wyjścia, wywołał najpierw lekkie zdziwienie u dyżurnego na bramie, a potem niedowierzanie na twarzy u swojego sublokatora z kwatery, Kazimierza.  
- Stary, co się stało, że wróciłeś? Pobiliście się, czy jeszcze coś gorszego? - dopytywał Pawła, widząc go zdenerwowanego.  
- Nie, mordobicia nie było, ale szanowny mąż chciał patrzeć, jak bzykam jego żonę. Szkoda słów. Facet wyglądał mi na normalnego, a okazał się palantem. Szkoda mi tylko Krystyny, bo go kocha, a to przecież mąż i ojciec jej dzieci. Zresztą sama to wywołała, bo nie musiała się przyznawać, a przyznała się, że go zdradziła, a on wspaniałomyślnie wybaczył jej zdradę i zapraszał mnie do ich sypialni. Kazek, rzygać mi się chce, kiedy o tym mówię - odparł Paweł.
- Szkoda, że tak się to potoczyło, bo wyglądała mi na fajną babkę - oświadczył Kazimierz..
- Bo tak jest!  Jest autentycznie fajną kobietą i kochanie się z nią jest prawdziwą przyjemnością. Przecież to jest młoda kobieta i siedemdziesięciolatkowi by stanął na jej widok, a ten mając czterdzieści kilka lat i mu się nie chce. Rozumiesz coś z tego? Może teraz zrozumie, kogo ma w domu i zadba o nią, bo naprawdę jest tego warta - powiedział z widocznym rozgoryczeniem.
- Zdaję sobie sprawę, bo widziałem ją. Mogłeś jej szepnąć kilka słów i powiedzieć, że masz wyposzczonego przyjaciela - zażartował. A tak na poważnie, może znasz jakąś fajną babkę? Ty jesteś teraz wnerwiony i nie masz to tego głowy, więc chętnie bym cię zastąpił - przedstawił przyjacielską ofertę Kazimierz.
- Przestań, nawet nie chcę o tym mówić! - odburknął Paweł.
- To może po obiedzie zrobimy mały wypad do miasta, co? Jakieś piwko, może trafi się jakaś laska? Przemyśl to - uzupełnił swoje propozycje.
- Kazimierz, mam trochę zaległości w listach, więc tym zajmę się po obiedzie. A na wypady na miasto ochota już mi przeszła, przynajmniej na dziś - odpowiedział pogodnym głosem.
Tak jak powiedział, po obiedzie usiadł za stołem i nie nękany przez nikogo, bo przyjaciel znalazł chętnych na darmowe piwo, które im zaproponował i wyruszył z nimi do Gdyni. Czytał więc ponownie i odpowiadał kolejno na poszczególne listy. Zajęło mu to sporo czasu, bo wszystkim odpowiedziom poświęcał dość sporo czasu, ale mając za sobą na świeżo nieprzyjemne zdarzenie z Krystyną, list Ani wzbudził w nim niekłamaną erupcję uczuć do niej. Poruszyły go szczególnie jej słowa, w których prezentowała mu swoje odczucia, myśli, wspomnienia wspólnie spędzonych chwil i to, co czuje do niego, kiedy prawie każdy dzień przypomina mu o nim i o tym, co pozostawił w jej łonie, kiedy odczuwa takie czy inne małe dolegliwości, związane z ciążą. Kiedy indziej każda taka dolegliwość wywoływała by w niej jakieś przykre myśli czy brak komfortu psychicznego, a teraz kojarzy jej się to więcej z wewnętrzną radością i przyjemnością, że oto rośnie i rozwija się w niej, wymarzone przez nią ich wspólne dzieciątko. Jak bardzo czułaby się szczęśliwa, gdyby był przy niej i wpatrywał się w nią tymi swoimi niebieskimi ślepkami, w których odkrywałaby przy każdym spotkaniu, że budzi się w nim powoli to samo uczucie do niej, które ona czuje do niego. Na koniec przypomniała mu jak zwykle, że nie pisze tego, aby coś na nim wymuszać czy przyspieszać, ale kocha go i to są jej marzenia, którymi żyje na co dzień. Pozdrawia go gorąco, życzy samych przyjemnych i słonecznych dni, w przenośni i dosłownie oraz mocno ściska i całuje jego kochane ślepka, a także każdą cząsteczkę jego ciała. Przekazuje mu również serdeczne podziękowania za pamięć i pozdrowienia oraz wzajemne pozdrowienia, całusy i uściski od mamy i Zuzy. Swój list zakończyła ja zwykle; Kochająca cię Pawle niezmiennie i bezgranicznie oraz tęskniąca za Tobą Ania. Po napisaniu listów i zaadresowaniu przykleił znaczki na kopertach i wrzucił je do skrzynki listowej wewnątrz jednostki.
W ten sposób zleciało mu popołudnie i wieczór. Jego przyjaciel i współlokator Kazimierz wrócił do pokoju przed ciszą nocną, a Paweł leżał już w łóżku, zmęczony wytężoną pracą swoich szarych komórek i wydarzeniami dnia, więc kiedy tamten zaczął mu opowiadać wrażenia z wypadu do miasta, znużony zasnął. Rano obudził się o zwykłej porze, a ponieważ dzień zapowiadał się ciepły i pogodny, poprawiło mu to momentalnie humor. Przypomniał sobie, że na dzisiejszy dzień zapowiedziano wieczorno-nocne loty, więc i dzień zapowiadał się ciekawie, bo ze zwiększoną ilością i intensywnością zajęć. Szybko zrobił poranną toaletę i dołączył do zbiórki na gimnastykę. Był z niej co prawda zwolniony, ale dzisiaj postanowił dobrze rozruszać kości na początek nowego tygodnia. Przejął więc od swojego zastępcy obowiązki prowadzącego i zafundował swojej drużynie urozmaicony zestaw ćwiczeń, potem razem z kolegami wziął lekki prysznic, ubrał się i udał na śniadanie. Po śniadaniu został nieoczekiwanie powiadomiony przez dyżurnego podoficera, że ma stawić się natychmiast do raportu do dowódcy dywizjonu. Inny na jego miejscu pewnie poczułby dreszcz niepokoju czy obawy przed takim spotkaniem, ale nie Paweł. Był pewny, że nigdzie nie zawalił czy nie dopełnił swoich obowiązków, więc spokojnie podszedł pod drzwi gabinetu dowódcy dywizjonu i zapukał. Usłyszał głośną komendę; 'Wejść', więc otworzył drzwi i trzaskając obcasami zameldował swoje przybycie. 'Spocznij' i siadaj Paweł - padło z ust dowódcy.
- No i pospieszyli się! - usłyszał z ust dowódcy.
- Masz osiem godzin czyli praktycznie do obiadu, na rozliczenie się z kwatermistrzem oraz na przekazanie dowództwa drużyny i załatwienia wszelkich spraw osobistych związanych z drużyną i dywizjonem. Dowództwo drużyny obejmie twój zastępca, więc kiedy będziecie obaj gotowi, zameldujcie się u mojego zastępcy. O piętnastej oczekuje nas obu zastępca dowódcy jednostki. Za dziesięć piętnasta meldujesz się tu u mnie. Do twojej wiadomości; pomiędzy szesnastą, a szesnastej trzydzieści przylatuje wojskowy samolot sanitarny lecący ze Szczecina i zabiera cię do Krakowa. Wracasz na swój teren. Podobno z marszu masz objąć dowództwo nad podobnym zespołem specjalistów w Krakowie, bo dotychczasowy dowódca, zawodowy podoficer uległ ciężkiemu wypadkowi i zażądali ciebie. Twoja sława idzie przed tobą i przypuszczamy, że któryś z naszych pilotów musiał przekazać jakieś informacje na twój temat komuś z Krakowa, bo nie chcą nikogo innego, tylko imiennie ciebie. Wygląda na to, że mają wielkie oczekiwania wobec ciebie i możesz nie mieć lekko, ale poznałem cię już trochę i wydaje mi się, że dasz sobie radę. Szkoda, że tak szybko rozstajemy się, ale podobno nasz dowódca jednostki osobiście docenił twoje starania i to, co zrobiłeś dobrego tutaj. Dlatego w swoim i całego dowództwa dywizjonu chcę ci teraz podziękować; 'Powstań, Baczność; W imieniu dowództwa dywizjonu dziękuję wam żołnierzu za bardzo dobrą służbę, wasze działania i wzorowe wykonywanie waszych obowiązków i życzę tego samego w nowej jednostce. Spocznij. - Wzruszony, podszedł do Pawła i uścisnął jego dłoń. - Pawle, gdybym był babą, pewnie niejedna łza pojawiłaby się w oku, ale obaj jesteśmy żołnierzami, więc powiem krótko; żegnaj Pawle i czasem wspomnij swojego dowódcę. Czołem! - Mimo, że obaj starali się to ukryć, wzruszenie przemogło ich obu. Dowódca objął ojcowskich gestem Pawła i poklepał po plecach. Paweł ponownie trzasnął obcasami i odmeldował się. Z mieszanymi uczuciami wracał do swojej kwatery. Przez głowę przelatywało mu całe stado myśli; co się stało? dlaczego to przeniesienie nastąpiło tak nagle i niespodziewanie? dlaczego nie jedzie pociągiem, ale zabiera go samolot? Nie znalazł odpowiedzi, więc należało zacząć od przekazania dowództwa drużyny. Podszedł do podoficera dyżurnego i ten już na niego czekał. Razem udali się do holu, miejsca apeli dywizjonu. Czekała tam już cała jego drużyna wraz z zastępcą dowódcy dywizjonu. Paweł zasalutował i zameldował zastępcy swoje przyjście w celu przekazania dowództwa drużyny. Ten postawił na baczność drużynę i przyjął jego meldunek, a następnie odczytał rozkaz dzienny dowódcy dywizjonu o przychyleniu się dowódcy jednostki do prośby Pawła o przeniesienie do jednostki w Krakowie i odwołanie go z tutejszej jednostki rozkazem dowódcy jednostki. Równocześnie dowódca dywizjonu odwołuje go z dowódcy drużyny i przekazuje to dowództwo dotychczasowemu zastępcy. Po odczytaniu rozkazu o przeniesieniu i załatwieniu przekazania dowództwa drużyny, zastępca już na spocznij podziękował Pawłowi za dotychczasową służbę, a ponieważ byli prawie zaprzyjaźnieni serdecznie podziękował mu za dobrą współpracę i pożegnał się z nim. Paweł próbował czegoś dowiedzieć się na swój temat, ale zastępca wiedział nie wiele więcej od tego, co było w rozkazie, poklepał więc przyjacielsko Pawła po ramieniu i oddalił się do swoich zajęć. Kiedy zostali sami, cała drużyna otoczyła Pawła pytając co? i jak?, ale że tak samo jak zastępca dowódcy, nic więcej nie wiedział ponad to, że ma być zabrany przez samolot do Krakowa, więc serdecznie pożegnał się z kolegami, życząc im przyjemnej służby, a swojemu następcy życzył, aby jego współpraca z drużyną i wzajemne relacje pomiędzy członkami drużyny nie była gorsza od tej, którą razem wypracowali. Mimo, że byli żołnierzami, nie obyło się od wzruszeń i szklistych oczu niektórych z nich. Po załatwieniu najważniejszych spraw, Paweł zgłosił się do kwatermistrza, aby ustalić, co z umundurowania podlega zwrotowi, a co może zatrzymać oraz co z wyposażenia osobistego typu hełmofon, mierniki różnego rodzaju, klucze i wkrętaki, latarka elektryczna ma na swoim stanie i co podlega zwrotowi. Jakież było jego zdziwienie, kiedy kwatermistrz wyciągnął spis dotyczący jego stanu posiadania i dołączone do tego pismo kwatermistrza jednostki. Zgodnie z tym pismem Paweł może zwrócić tylko polowy mundur wraz z obuwiem roboczym  i zimową kurtką roboczą oraz wyposażenie osobiste typu hełmofon, uniwersalny przyrząd pomiarowy. Pozostałe umundurowanie wraz z obuwiem oraz bielizną staje się jego własnością. Ponadto decyzją dowódcy jednostki przydzielono Pawłowi galowy mundur podoficerski dla zawodowych podoficerów obowiązujący w jednostkach lotniczych wraz z obuwiem, bielizną i odzieżą zimową, z zaznaczeniem, że mundur ten Paweł może założyć dopiero po spotkaniu z dowództwem jednostki w dniu dzisiejszym. Po zapoznaniu się z wykazem, które rzeczy ma zwrócić, a które stają się jego własnością, Paweł zapakował do worka rzeczy do zwrotu i udał się ponownie do magazynu. Zwrócił rzeczy do zwrotu i złożył  podpis odebrania przydzielonego munduru, chociaż zastanawiał się po co mu mundur lotniczy teraz, jeżeli pozostawiono mu mundur marynarski, a w Krakowie przydzielą mu nowy mundur. Na wszelki wypadek podzielił się swoimi wątpliwościami z kwatermistrzem, z którym utrzymywał poprawne relacje, z uwagi na cichą umowę, że powiadomi go natychmiast o każdej nowości czy nowince w zakresie urządzeń radiowych czy diagnostycznych. To między innymi pomagało Pawłowi w szybkim wykrywaniu usterek czy przewidywaniu ich wystąpienia na podstawie właściwej interpretacji parametrów danego urządzenie, zespołu czy danego elementu. Chodziło głównie o oporniki i kondensatory, które najczęściej zawodziły, potem cewki, zimne luty i tym podobne.  Ten zdumiał się, że Paweł nie docenia prezentu jaki otrzymał.
- Zgłupiałeś Paweł, czy ci odbiło? - zapytał poważnym głosem.
- Tu jesteś w stopniu mata, tam powrócisz do stopnia kaprala i dostaniesz wyjściowy mundur ze zwykłej szmaty w kolorze stalowym, który trzeba często czyścić i prasować, a to co dostałeś to mundur z czystej gabardyny, z których szyte są mundury oficerskie. Galowy mundur podoficera zawodowego od sierżanta wzwyż. Pamiętasz swój mundur w jakim tutaj przyjechałeś? Zabrali go, jako wzór dla tego munduru, który teraz szyto na twoją miarę. To teraz dotknij tego munduru. Dobrze, że ktoś pamiętał i dołączył to pismo, bo miałbyś problemy, gdyby się ktoś do tego przyczepił. Paweł, zabieraj ten mundur i ubierz po spotkaniu z dowództwem, zobaczysz jakie wrażenie zrobisz w tym mundurze. Mienisz się moim przyjacielem, to pokaż się, jak już będziesz w tym mundurze. A teraz zmykaj i zamykaj szybko resztę spraw, bo dużo czasu po spotkaniu z dowództwem miał nie będziesz. A tak między nami, coś ty takiego zrobił, że wywołałeś tyle zamieszania? - zapytał zaaferowany podobnie jak większość kolegów i znajomych Pawła. Wrócił do kwatery i jeszcze raz sprawdził, czy faktycznie pozamykał wszystkie sprawy związane z przeniesieniem i opuszczeniem tej jednostki. Kolegi i przyjaciela mieszkającego razem z nim już nie było, z uwagi na przewidziane loty wieczorowo-nocne. Całe szczęście, że zdążyli pożegnać się przed wezwaniem go do dowódcy dywizjonu. Miał nadzieję, że być może uda mu się spotkać z Kazimierzem na obiedzie, ale i tam już go nie zastał, bo musiał coś tam dodatkowo załatwić i przygotować na loty. Paweł spakował więc wszystkie rzeczy osobiste, bieliznę i elementy umundurowania, których nie ubierał do worka żołnierskiego, który wypełniony był do granic możliwości. Miał jeszcze trochę czasu, więc wyjął z powłoki przyznany mundur, chcąc sprawdzić czy będzie go mógł ubrać, zgodnie z pismem, po spotkaniu z zastępcą dowódcy jednostki. Najpierw wyciągnął i sprawdził obuwie. Pasowało jak ulał i błyszczało jak lakierki. Ktoś dołożył starań, aby doprowadzić je do takiego stanu. Następnie ściągnął buty i ubrał spodnie, też pasowały jak ulał, z kantami jak żyletka, potem koszula, krawat i bluza, w fasonie marynarki oraz pas. Kiedy wyciągnął bluzę, zdębiał. Na pagonach dopasowanej do jego figury bluzy widniały nie dwie, a trzy belki. Dotarło do niego, dlaczego mógł ubrać ten mundur po spotkaniu w dowództwie jednostki. Będzie to możliwe po odczytaniu rozkazu dowódcy o mianowaniu go na stopień bosman-mata w nomenklaturze marynarki wojennej lub plutonowego w nomenklaturze wojsk lotniczych. Aby nie zapeszyć szybko rozebrał się z munduru stalowego i ubrał dotychczasowy wyjściowy mundur marynarski, a stalowy zapakował podobnie jak poprzednio. Kiedy dochodziła godzina czternasta czterdzieści pięć, wziął ze sobą na wszelki wypadek mundur stalowy i udał się do dowództwa dywizjonu. Dowódca już czekał na niego i zastał otwarte drzwi do gabinetu. Trzymając w lewej ręce zapakowany stalowy mundur trzasnął obcasami, zasalutował i zameldował dowódcy swoje przybycie. 'Spocznij' - padła komenda. - Dobrze, że domyśliłeś się, aby zabrać ten mundur, bo musiałbyś teraz zasuwać po niego - powiedział dowódca, widząc, że Paweł domyślił się, że powinien zabrać mundur na spotkanie w dowództwie jednostki. Nie rozgadując się dłużej, udał się w towarzystwie dowódcy do siedziby dowództwa  jednostki. Czekano już tam na nich. Pomocnik dyżurnego oficera zasalutował dowódcy dywizjonu i zwrócił się do Pawła o przekazanie mu trzymanego w ręku munduru, przekazując informację, że są oczekiwani w sali posiedzeń i odprawy lotów. Odsalutowali pomocnikowi i udali się do wskazanej sali.
Dowódca dywizjonu Pawła zameldował ich przybycie zgodnie z rozkazem zastępcy dowódcy jednostki, oczywiście w pozycji na baczność. Zastępca odebrał od niego meldunek i padła komenda spocznij. Paweł uczestnicząc po raz pierwszy w takiej uroczystości zobaczył, że obok zastępcy dowódcy w sali posiedzeń znajduje się kilkanaście osób, część z nich widział lub spotykał się przelotnie, ale większość widział po raz pierwszy, Lekko speszony stał obok swojego dowódcy, kiedy ponownie padła komenda 'baczność' i po powstaniu wszystkich, zastępca dowódcy odczytał osobiście rozkaz dowódcy jednostki o przychyleniu się do prośby mata Pawła L. i wyrażeniu zgody na jego przeniesienie ze względów rodzinnych  do jednostki w Krakowie oraz rozwiązaniu stosunku służbowego z tutejszą jednostką. Jednocześnie dowódca jednostki w dowód uznania dla mata Pawła L. za stworzenie w tak krótkim czasie z drużyny obsługi naziemnej zgranego, w pełni profesjonalnego zespołu specjalistów, dzięki czemu usterkowość i awaryjność sprzętu oraz pokładowych urządzeń radiowych spadła z 38 procent do pięciu- ośmiu procent, windując tutejszą jednostkę na drugie miejsce pod względem niezawodności pokładowego sprzętu radiowego w polskich siłach powietrznych. Doceniając starania, zaangażowanie i osiągnięcia mata Pawła L. dowódca jednostki mianuje go na stopień plutonowego, przyznając dodatkowo medal zasługi dowódcy tutejszej jednostki oraz nagradza sześciodniowym urlopem na odwiedzenie rodziny, a także przyznając na własność kompletny, galowy mundur podoficerski, życząc przy tym podobnych osiągnięć i osobistej satysfakcji w nowej jednostce. Po odczytaniu rozkazu padła komenda 'spocznij' i polecenie dla Pawła, aby przebrał się w przyznany mundur i ponownie pojawił w sali posiedzeń. Pomocnik oficera dyżurnego dał znak Pawłowi i kiedy do niego podszedł, razem udali się do pomieszczenia pomocniczego, gdzie mógł się przebrać. Paweł szybko przebrał się i w nowym, galowym mundurze koloru stalowego zameldował się ponownie w sali posiedzeń. Zastępca dowódcy sięgnął po leżący na stole medal i przypiął go Pawłowi do munduru. Paweł zasalutował, mówiąc ustaloną regułkę i uścisnął dłoń zastępcy dowódcy. Kolejno podchodzili do Pawła pozostali uczestnicy ceremonii jego pożegnania, gratulując i żegnając go uściskiem dłoni, tylko jego bezpośredni przełożony, dowódca dywizjonu obok gratulacji, pożegnał go 'tradycyjnym' niedźwiadkiem' i serdecznym poklepaniem po plecach. Uroczystość dobiegła końca. Paweł odebrał od pomocnika swój zapakowany już mundur marynarski wraz z obuwiem, dziękując mu za pomoc.
- No, no! Pożegnali cię z honorami, jak mało kogo. Ja trzecią belkę zarobiłem po prawie dwóch latach służby, a ty po dwóch miesiącach pobytu w tutejszej jednostce, ale uważam, że słusznie cię docenili, bo piloci na każdej prawie większej odprawie wychwalali ciebie i twoją drużynę. Mówili, że wkrótce po tym jak objąłeś drużynę 'radzików', siadając za sterami samolotu, byli pewni, że w powietrzu nie spotka ich żadna przykra niespodzianka. Ja też Paweł gratuluję ci i życzę powodzenia, bo jesteś równy gość i tak trzymaj - powiedział, żegnając się z Pawłem. Wrócił do pustej kwatery, czekając na powiadomienie o przylocie samolotu. Po około dwudziestu minutach dyżurny podoficer dywizjonu powiadomił go, że ma zgłosić się przy hangarze napraw. Zabrał swoje rzeczy i z dwoma workami bagażowymi zgłosił się na ustalone miejsce. Obok hangaru stał nieduży czteromiejscowy jednopłat z szachownicą i czerwonym krzyżem na kadłubie, koło którego kręciło się kilku ludzi. Paweł podszedł i widząc lotnika w stopniu porucznika z gapą, zameldował swoje przybycie.
- Aa.. to wy! - pilot odsalutował i przywitał Pawła uściskiem ręki.  
- Spodziewałem się kogoś starszego, bo coś mi młodo wyglądacie, jak na plutonowego - dodał z uśmiechem. - Co oni wam dali, że macie tyle bagażu? Macie szczęście, że lecimy sami, bo musielibyście zostawić ten większy worek - skomentował ze śmiechem bagaż Pawła.
- Odlatujemy za dziesięć, piętnaście minut, jak tylko uzupełnimy paliwo - poinformował Pawła. Po chwili pojawiła się mała cysterna z paliwem i po dziesięciu minutach zajęli miejsca w samolocie. Pilot wskazał Pawłowi miejsce drugiego pilota i połączył się z wieżą lotów. Po chwili otrzymali zgodę na kołowanie na start. Kołując na pas startowy pilot polecił Pawłowi założenie uprzęży od spadochronu umieszczonego w siedzeniu i zapięcia pasów. Ustawili się pod wiatr i po chwili przez radio padła komenda; ' awio nr ...możecie startować'. Paweł, oswojony już nieco z lataniem, bo uczestniczył w szkoleniu spadochronowym podstawowym na linę i poszerzonym na licencję, podczas którego skakał z dwupłatowca, posadzony teraz na miejscu drugiego pilota, czuł się jakby sam trzymał stery małego samolotu. Po chwili byli już w powietrzu. Z wieży podano nakazaną wysokość i kurs. Pilot ustawił optymalne parametry lotu i właściwy kurs. Paweł zerknął w dół, na oddalające się coraz bardziej lotnisko i lekki żal ścisnął mu serce, bo w ten sposób zamykał za sobą znany przedział życia, a rozpoczynał lot w nieznane. ....cdn....

6 komentarzy

 
  • Lordvader

    Lordvader · 8 wrz 2017 · 201438573

    Chylę czoła przed Twoim kunsztem pisarskim.     

  • baba

    baba · 8 wrz 2017 · 381258614

    Trzy belki to starszy kapral a cztery to plutonowy. Plutonowy był w tamtym czasie pierwszym stopniem podoficera zawodowego. To tak uściślając. Fajnie napisane chociaz maniera z oliwii czasem wylazi. Ale ogólnie to dobrze sie czyta. Fajne!!!

  • Bogu

    Bogu · 8 wrz 2017

    Ciekawie, bardzo ciekawie

  • Marcin386

    Marcin386 · 8 wrz 2017 · 201441654

    Coś wspaniałego . Bardzo fajnie że młodsza siostra zrozumiała co nieco... Nie myślałeś nigdy o pisaniu scenariuszy do filmów . Umiesz jak mało kto.

  • val

    val · 8 wrz 2017 · 200922650

        

  • POKUSER

    POKUSER · 8 wrz 2017

    Rewelacyjnie się czytało - dziękuję Żeby nie było, że tylko Cię chwalę, to jak dla mnie Marysię zbyt szybko udało się urobić i żeby teraz uczuć  z Pawła nie przerzuciła na Anię