Tylko za Tobą cz.39

Do sali weszła pielęgniarka, której jeszcze nie spotkałem podczas mojej wizyty w szpitalu. Mogła mieć nieco ponad dwadzieścia pięć lat chyba, że jej makijaż był tak dobry i mogła mieć mniej. Pięknie pomalowane blond włosy idealnie pasowały do dużych, niebieskich oczu, które swym błyskiem skruszyłyby nawet najtwardsze skały. Delikatny uśmiech w połączeniu z czułym spojrzeniem zachęcały, żeby chorować dłużej dla takich widoków. Była szczupła, ale przez zapiętą pod samą szyję koszulę i białe spodnie nie mogłem dokonać pełnej oceny stojącej przede mną kobiety.  
– Tak? – jej maślane spojrzenie nie zaprzeczyło mojej ocenie.
– Przeciwbólowe przestały działać. Boli mnie jak diabli…
– Chwilę wcześniej był doktor Tomczak.
– I sobie ze mnie zakpił.
– W jakim sensie?
– Zapytałem go, dlaczego nie mogę dzisiaj wyjść.
– I co?
– Powiedział, że za kilka minut zrozumiem.
– Proszę się na niego nie gniewać. To bardzo dobry fachowiec. Jeżeli uznał, że nie może pan dzisiaj wyjść to miał ku temu powody.
– Mógł mnie uprzedzić – burknąłem rozzłoszczony bólem, który przeszywał moje wnętrze.
Pielęgniarka złapała w ręce pustą torebkę po kroplówce.
– Wracam za kilka minut – uśmiechnęła się lekko i wyszła.
Telefon na szafce zaczął wibrować. Sięgnąłem po niego. Dzwoniła Ola.
– Słucham cię piękna.
– Wszystko w porządku?
– Tak. Miałem odwiedziny w nocy.
– Był u ciebie?
– Tak. Bez obaw. Nic mi nie jest. Powiedział na wstępie, że mnie nie zabije. Przyszedł wysłuchać mojej wersji.
– I?
– Powiedziałem mu całą prawdę.
– Uwierzył?
– Nie wiem. Przeprosił za Julię i wyszedł.
– Ale jak?
– Bo ja wiem? Zrzuciłem na niego trochę odpowiedzialności za to, co się stało. Zostawiając żonę w chorobie zrzucił wszystko na barki swoich córek a raczej na barki Agi.
– Zrozumiał?
– Pewnie tak. Wyszedł w takim stanie, w jakim się zjawił. Opanowany i pogodzony z losem Julii.
– Wpadnę po południu. Mogę zabrać dzieci?
– Bez dwóch zdań – uśmiechnąłem się natychmiast, bo potrzebowałem tego towarzystwa.
– W takim razie do zobaczenia.
– Kocham was – dodałem wyraźnie rozpromieniony tym, że dzisiaj odwiedzą mnie wszyscy.
– My ciebie też – zrewanżowała się miłą deklaracją i zakończyła połączenie.

Do pokoju wszedł policjant. Bez pukania a nawet słowa dzień dobry.
– Pan Kacper Biały? – zapytał totalnie mokry. Jego czoło się błyszczało a ubiór był znacznie ciemniejszy niż zwykle.
– We własnej osobie. Po co tu policja?
– Oddelegował mnie aspirant Kowalski.
– W jakim celu?
– Żeby pana chronić?
– Przed kim? – udawałem złośliwie, że nie wiem o, co mu chodzi.
– Przed panem Michalskim.
– Ach przed nim.
Patrzyłem na niego przez kilka sekund i trochę mi się go żal zrobiło. Pędził tutaj na złamanie karku pocąc się przy tym niemiłosiernie a ja zabawiam się jego kosztem.
– Obędzie się. Mam zadzwonić do aspiranta, żeby pana odwołał?
– Nie rozumiem.
– Już mnie odwiedził dzisiejszej nocy. Wszystko sobie wyjaśniliśmy i jak pan widzi jestem cały. Może pan to przekazać aspirantowi Kowalskiemu.
– Czyli nie jestem tutaj potrzebny? – zdziwił się.
Z dedukcją nie było u niego najlepiej, ale to nie ja przeprowadzam rozmowy z kandydatami do pracy w policji.
– Nie mam takich uprawnień, żeby pana odwołać, ale mogę do niego zadzwonić.
– Ja zadzwonię – wyjął komórkę z kieszeni spodni i wybrał numer.
Po dwóch sygnałach odebrał sam aspirant Kowalski.
– Co jest Malinowski? – rzucił do słuchawki.
– Szefie ten Kacper, co jestem przy nim w szpitalu twierdzi, że nie jestem już potrzebny.
– Jesteś obok niego?
– Tak.
– To włącz to na głośnik.
Policjant wykonał posłusznie polecenie przełożonego.
– Dzień dobry panie Kowalski – rzuciłem do słuchawki.
– Dzień dobry panie Kacprze.
Zdziwił mnie jego poważny ton, jakby się o mnie martwił.
– Może pan zwolnić już pana Malinowskiego.
– Dlaczego?
– Pan Michalski odwiedził mnie dzisiejszej nocy.
– Co? Jak?
– Doktor Tomczak na moją prośbę przeniósł mnie do innej sali podzielając w przeciwieństwie do pana moje obawy. Niestety pięćset złotych wystarczyło, żeby jedna z niewielu osób wiedzących o tym wskazała mu sekretyny pokój.
– To brzmi absurdalnie.
– A jednak się wydarzyło.
– Zrobił panu krzywdę?
– Bez urazy, ale zabrzmiało to jakby skrzywdził mnie jakiś dorosły a ja, jako dziecko nie powinienem o tym nikomu mówić.
– Będziemy dalej bawić się w podchody?
– Pogadaliśmy sobie. Wyjaśniłem mu wszystko i jak pan słyszy nie zabił mnie w ramach vendetty.
– I wyszedł od tak?
– Powiedziałem mu, że pośrednio on jest winny tej tragedii zostawiając chorą żonę głównie Adze, bo Julia niezbyt się nią interesowała.  
– Czyli mogę odwołać Malinowskiego?
– Jeżeli dobrze zrozumiałem Michalskiego to nie ma do mnie urazy. Miał tylko poinformować mnie jeszcze o pogrzebie Agi. Może pan zwolnić swojego pracownika.  
– Słyszałeś?
– Tak jest. Wracam na posterunek.  
– Życzę powrotu do zdrowia panie Kacprze.
– Dziękuję. Oby nie do zobaczenia – dodałem, bo nie miałem już zamiaru stykać się policją.
Malinowski wstał, założył czapkę na głowę i schował telefon do kieszeni spodni.
– Do widzenia.
– Oby nie – burknąłem pod nosem, kiedy zamknął za sobą drzwi.

Zaraz po wyjściu policjanta zjawiła się ta niezła pielęgniarka.
– Chciałam wrócić szybciej, ale mi nie kazał do momentu omówienia z panem pewnej kwestii.
– No cóż – westchnąłem ciężko – Proszę to podłączyć jak najszybciej.  
Kobieta pomimo ładnie zrobionych paznokci działała cuda przy tych rurkach i wieszaku. Nawet nie zdążyłem się przyjrzeć wzorkowi na jej paznokciach a zimna kroplówka już zaczęła wędrować do moich żył.
– Można? – złapałem jej rękę dość odważnie.
Kobieta spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem. Wiedziałem, że naruszyłem jej przestrzeń prywatną.
– Piękne. Po prostu arcydzieło – pochwaliłem zielone listki na jej paznokciach – Cóż za szczegółowość. To mogła zrobić tylko prawdziwa artystka.
Spojrzała na mnie zarumieniona.
– Powiedziałem coś nie tak? – przerwałem chwilowe milczenie.
– Nie. Wszystko w porządku. To jest moje dzieło…
– Naprawdę?
– Uhm.
– Musi mieć pani bardzo sprawne dłonie, żeby namalować takie listki, tak idealnie na wszystkich paznokciach. Każdy zegarmistrz byłby zazdrosny o tak wprawione ręce.
– Przyznam, że parę razy to poprawiałam.
– Praktyka czyni mistrza. Doceniam efekt.
Uśmiechnęła się dziękując za komplement.
– W razie, czego proszę wcisnąć przycisk.
– Oczywiście. Bardzo dziękuję za – wskazałem wzrokiem woreczek z kroplówką.
– Do usług.  
Uśmiechnęła się po raz ostatni i wyszła. Miałem się jej zapytać, dlaczego nie jest modelką, bo mogłaby pozować do folderów reklamowych prywatnej opieki medycznej, żeby zachęcić ludzi do chorowania, ale ta rozmowa słabo się kleiła a ja nie powinienem się w nic angażować.
Zimne kropelki już zaczęły krążyć po moim ciele. Ten błogi stan wędrówki lodowatej substancji przeciwbólowej wprowadził mnie natychmiast w sen.

dreamer1897

opublikował opowiadanie w kategorii miłość i przygodowe, użył 1213 słów i 7423 znaków. Tagi: #szpital #rozmowa #policja

2 komentarze

 
  • Yubi

    Wspaniale napisane opowiadanie, przeczytałem wszystkie części z wielką przyjemnością, czekam na następne. Powodzenia

  • dreamer1897

    @Yubi Cóż mogę odpowiedzieć? Jest mi niezmiernie miło, że mogę przeczytać takie miłe słowa komentarza. Witam nowego czytelnika i zapraszam do kolejnych części. Pozdrawiam :smile:

  • AlexAthame

    Jak na zakochanego to nie powinien być aż tak mily dla blondynki. :nunu:

  • dreamer1897

    @AlexAthame Ale uprzejmym trzeba być doceniając pomoc drugiego człowieka :smile:

  • AlexAthame

    @dreamer1897 Nie bierz moich uwag tak serio. Oczywiscie masz rację.W stosunkach męsko-damskich czasem zaciera się granicą między uprzejmością a flirtem. :smile:

  • dreamer1897

    @AlexAthame Nie, no oczywiście, że z przymrużeniem oka. Dodam, że ta granica często jest bardzo cienka :)