Tylko za Tobą cz.15

Pomimo niewielkiego doświadczenia życiowego, bo te trzydzieści lat to ledwo połowa przeciętnej długości życia w Polsce to niedużo było rzeczy, które mogłyby mnie zaskakiwać w szalony sposób. Tym razem nastał właśnie taki moment. Oszołomienie i ekscytacja rozniosły się po moim ciele niczym ładunek wybuchowy.  

Jej krystalicznie błękitne oczy przybrały dosłownie kolor turkusowej sukienki, którą miała właśnie na sobie. Opadające blond włosy na ramiona i ten szczery uśmiech dopełniały całości kobiety, która wywarła na mnie ten głęboki stan szoku. Przez chwilę pomyślałem nawet, że straciłem mowę. Nie mogłem wydobyć z siebie nawet jęku zaskoczenia tym pięknem.
– Cześć – ten promienny uśmiech rozbił natychmiast wszystkie moje obawy w nic nieznaczący pył.
– Jezu słodki – wyszeptałem ciężko przełykając ślinę.
Ogólnie odwróciłem się od samego Jezusa, ale te słowa jakoś same wypłynęły z moich ust. Przynajmniej w moim mniemaniu ich użycie w tej sytuacji nie było nadużyciem.
– Dla ciebie – wyciągnąłem długą różę zza pleców.
– Dziękuję. Jest piękna – uśmiechnęła się i cmoknęła mnie w policzek.

Jakie to było wspaniałe doznanie. Już w tej chwili postanowiłem, że nie zmyję tego całusa przez tydzień. Będę mył resztę twarzy, ale prawa strona nie będzie ruszana. Dobrze, że się ogoliłem na zero. Dziwnie bym wyglądał z zarostem na jednym policzku, ale i to bym przebolał dla zatrzymania tak pięknego wspomnienia.  

Co kilka sekund wychylał się zza niej Tobi. Nie szczekał, ale bacznie obserwował intruza. Myślę, że nawet pomimo bycia małym psem za swoją właścicielkę na pewno oddałby życie. Dużo by nie zdziałał drobnym ząbkami, ale przecież nie każdy bohater nosi pelerynę.
– Wejdź – uchyliła szerzej drzwi – Tobi? Nie poznajesz? – odwróciła się do psa.
Ten był dopiero zaskoczony. To była moja pierwsza wizyta na jego terytorium i wcale mu się nie dziwiłem. Inne perfumy, inne ciuchy i fryzura. Nie poznał mnie. Szczeknął dwukrotnie.
– Nie poznajesz mnie Tobi? – przyklęknąłem.

Pokręcił łbem bacznie mi się przyglądając. Otworzył pysk i przyleciał do mnie. Bez pardonu zaczął wpychać się w moje objęcia. Uwielbiałem psy i takie właśnie reakcje. Te tworzenia potrafiły naprawiać swoje błędy w najprzyjemniejszy dla człowieka sposób. Okazywaniem niesamowitej radości, której ulegnie na pewno niejeden anty fan domowych stworzeń. Każdy zżyty ze swoim pupilem właściciel przeżył szok po powrocie do domu zastając rozbebeszone obicie kanapy czy wygrzebane śmieci. Na początku jest szok i złość, ale to ujmujące spojrzenie pupila sugerujące, że zrobił to ktoś inny a on jest niewinny natychmiast sprawia, że nie mamy powodu by go karać. Bo niby dlaczego? Że szukał sobie zajęcia podczas nieobecności ukochanego przyjaciela? Że zrobił porządek sortując śmieci czy delikatnie sugerując, że pogryziona kanapa była już stara i niewygodna? To tylko błahostki w porównaniu z uczuciem do kompana z którym ma okazje dzielić swoje pieskie życie. Życie pełne nauki, zabawnych momentów i rozstania, które dwoje przyjaciół odkładałoby w nieskończoność gdyby tylko tak można było zrobić.  

W mieszkaniu pachniało klasycznym obiadem, ale nie miałem zamiaru się rozglądać celem obejrzenia jak mieszka Ola. Szedłem za nią do największego pokoju. Miałem znajomych w tym samym bloku i ten pokój był największy w tych czterdziestu kilku metrach. Ściany pomalowane na delikatny szary kolor do którego świetnie pasowały białe meble bez jakiejkolwiek faktury. Telewizor wisiał na ścianie nad komodą. Biała kanapa z szarym obiciem stała naprzeciw telewizora. Szafa ubraniowa i stół miały kolor jak reszta. Schludnie, nowocześnie i przyjemnie się to wszystko prezentowało. Spędzanie czasu po pracy czy w okresie przedświątecznym musiało być klimatyczne i miłe w tak gustownie urządzonym pokoju.  
– Piękne wnętrze – przyznałem szczerze – Masz świetny gust. Nie jest zbyt ciemno a meble świetnie kontrastują z szarym kolorem ścian.
Komplementowanie kogoś w kategoriach w których nie miałem zbyt dużego pojęcia przychodziło mi z trudem, ale pewnie sama Szelągowska by się uśmiała z wyrażenia moich doznań dotyczących wystroju tego pokoju.
– Błękitny topaz – uśmiechnęła się Ola.
– Wiedziałem, ale miałem to na końcu języka – podrapałem się po głowie wyrażając swoje braki w temacie w którym byłem zielony.  

W mojej palecie kolorów było tylko nieco ponad dziesięć barw. Reszta to już była wyobraźnia wszelakiej maści handlowców i marketingowców od farb, tkanin i wszystkiego innego, co może mieć jakiś odcień morskiego antracytu zanurzonego w perłach oceanu. Obłęd jakiś się porobił z tymi kolorami.

Stół przykryty białym zdobionym koronkami obrusem był dla mnie egzotycznym widokiem, ale właśnie tym niesamowitym symbolem rodzinnego życia. Od śmierci rodziców obrusy leżą w szafie po dziś dzień nieruszane o ile nie zjadły ich mole. Widok talerzy, serwetek postawionych w pion i sztućców ułożonych zgodnie ze sztuką był czymś o czym marzyłem od zawsze. Rodzinny obiad powinien być zawsze czymś ważnym, co powinno się pielęgnować niezależnie od wszystkiego. Ten widok sprawił mi niesamowitą przyjemność, ale też nadzieję, że coś ważnego następuje w moim życiu i powinienem zrobić wszystko, żeby tak było do końca moich dni.  
– Już podaję obiad.
– Pomogę ci – zaoferowałem swoje usługi, ale na kelnera raczej się nie nadawałem.  
– Jesteś moim gościem. To ja zaprosiłam cię na obiad.
Temu spojrzeniu nie potrafiłem się sprzeciwić. Gdybym ja był w podobnej sytuacji też bym nie dał gościom pracować przy niedzielnym obiedzie.
– Usiądź – wskazała miejsce przy stole.

Odsunąłem delikatnie krzesło, żeby nie porysować szwedzkiej podłogi. Odcień betonu ze wzorem uszkodzeń i zabrudzeń był bardzo ciekawy. Kobiety to jednak znają się na wystrojach perfekcyjnie i potrafią zestawić ze sobą rzeczy, które dla faceta wydają się totalną abstrakcją. Wszystko chyba dzięki odwadze do podejmowania decyzji, które dla innych mogłyby się wydawać kontrowersyjne i zaburzające szeroko pojęte standardy. Tej odwagi można zazdrościć, bo na pewno determinuje w życiu kobiety sporą część podejmowanych przez nią decyzji. A macierzyństwo i założenie rodziny to decyzje niesamowicie odważne, bo często są przedkładane przed własną karierę i własne przyjemności.

Wystarczyły dwa kursy, żeby cały obiad znalazł się na stole. Ziemniaki, kotlety, pieczeń ze śliwką i karkówka ociekająca tłuszczem tak wspaniale, że myślenie o diecie wydawało się błahostką w porównaniu ze smakiem tak perfekcyjnie wyglądającego mięsa. Dodatki w postaci ogórków pokrojonych w paski i dwa rodzaje surówek z warzyw we wszystkich kolorach tęczy nieco rozgrzeszały tak obfity obiad. Nigdy nie brudziłem przy stole, ale nawet teraz precyzyjnie i z gracją nacinałem mięso nie chlapiąc tłuszczem na boki. W moim mniemaniu szef kuchni w nagrodę za swoje trudy w stworzeniu tak pysznego posiłku nie potrzebuje dodatkowych obowiązków przy pralce. Wszystko było przyprawione ze smakiem i z odpowiednią dozą soli i przypraw. Musiałem spróbować wszystkiego, ale pochłoniętymi kaloriami nie miałem ochoty zawracać sobie umysłu. Czułem na sobie jej wzrok. Starałem się nie zdradzać swoich smakowych doznań, choć każdy gotujący dla kogoś zawsze próbuje wyłapać na twarzach swoich gości niedoskonałość przygotowanych przez siebie potraw. Mi smakowało i nie musiałem nic udawać.

– Było pyszne – złożyłem sztućce na talerzu i wytarłem usta serwetką.
Jej uśmiech wyrażał więcej niż milion słów. Zadowolenie gościa z posiłku musiało być wystarczającą nagrodą dla szefa kuchni.
– Ja pozmywam w ramach rewanżu.
– Nie ma mowy – powstrzymała moją dłoń, gdy chwyciłem za talerze.
Kilka sekund tej miłej, przynajmniej dla mnie sytuacji wystarczyło, żebym nalegał łapiąc w jej oczach kolejne plusy.
– Jakoś muszę się odpłacić za takie pyszności. To była prawdziwa uczta dla mojego podniebienia.  
– Miło mi, że smakowało – zarumieniła się nieco a ja musiałem odwrócić wzrok od tego spojrzenia.  
Było tak cukierkowe, że nie mając w repertuarze równie bajecznego uśmiechu musiałem uciekać wzrokiem.
Po chwili negocjacji oboje wylądowaliśmy w kuchni. Ja zmywałem talerze na mokro a ona wycierała je na sucho. Podobno kompromisy to obowiązek w małżeństwie. Ja nigdy nie byłem żonaty, ale w usłyszane z ust kilku małżonków stwierdzenie, że małżeństwo to sztuka kompromisów byłem skłonny uwierzyć.  

Odpoczynek po tak wspaniałym obiedzie przyszło nam spędzić na ekstremalnie wygodnej kanapie. Oparcie było tak miękkie, że nie miałem oporów przed kilkukrotnym przymknięciem oczu podczas oglądania romantycznej komedii. Ja nie przepadałem za takim kinem, ale sztuka kompromisów wygrała. Popołudniowy seans w zamian za wieczorne kino akcji u mnie. Nie było planu, ale improwizowanie też wychodziło mi całkiem nieźle.

Dodaj komentarz