Kiedyś będziesz mój - Rozdział 4

Stała na balkonie, próbując się uspokoić. Słyszała ich podniesione głosy i chociaż miała przymknięte powieki to oczami wyobraźni widziała, jak skaczą sobie do gardeł. Jako jej najlepsi przyjaciele, w niektórych sprawach mieli rację, ale to nie oznaczało, że mieli prawo wtrącać się w jej życie.
- Czy ty naprawdę nie widzisz, w jakim ona jest stanie?! – krzyczała Monika. – Wykończy samą siebie, jeśli nie ruszy do przodu!
- Przecież wiem! Staram się jak tylko mogę!
- Doprawdy?! A mi się wydaje, że skapitulowałeś! Patka nigdy, przenigdy, nie tknęła alkoholu w takich ilościach!
- Trochę się napiła! To coś złego?!
- Tuż przed pracą, idioto! Dalej nie widzisz problemu?!
- Odpuść, Monia!
- Fakt, że ty odpuściłeś nie znaczy, że ja odpuszczę! Nie pozwolę jej stoczyć się na samo dno, rozumiesz?!
Patrycja spuściła głowę, opierając się dłońmi o barierkę. Nie mogła znieść, że tak darli się na siebie, wyrzucając sobie coraz to bardziej absurdalne rzeczy. Pełnoletność uzyskała cztery lata temu, a oni nie potrafili odpuścić. Niańczyli ją jak małe dziecko, które nie ma zielonego pojęcia o życiu i pieprzonym losie, który wie lepiej, co jest gorsze.
Kilka łez spłynęło po jej policzkach. Ścisnęła mocniej papieros w palcach, próbując walczyć z chęcią sięgnięcia po lampkę wina, którą zostawiła na komodzie.
- Wiesz co?! Jesteś durniem, skoro pouczasz mnie, jej najlepszą przyjaciółkę!
- Jesteś najlepsza?! W czym?! W dawaniu dupy na imprezach, kiedy ona ślęczy przy barze i marzy o podcięciu sobie żył?!
- Ty pieprzony dupku! Za kogo się uważasz, co?!
- Jesteś zainteresowana sobą i widzisz czubek tylko swojego nosa!
Nie mogła tego wytrzymać. Nigdy nie dogadywali się dobrze, bo mieli różne poglądy i inaczej patrzyli na świat.
Monika czasami bywała lekkomyślna i lubiła poznawać facetów, spędzając z nimi jedną, ewentualnie – dwie noce. Nie przejmowała się opinią innych, a już na pewno nie interesowało ją, co mają do powiedzenia jej koleżanki z pracy. I mogłaby zrozumieć jej styl życia, gdyby nie była tradycjonalistką i nie wierzyła w ślub oraz miłość po grób. Blondynka często działała wbrew sobie i swoim przekonaniom, a Ariel nienawidził takiego rodzaju hipokryzji. Przyjaźniły się wystarczająco długo, aby Patrycja przyzwyczaiła się do ekscesów przyjaciółki. Może nie podzielała jej entuzjazmu, kiedy bawiły się w klubie, a tamta zaczynała się ekscytować jakimś kolesiem przy barze, który co jakiś czas zerkał w ich stronę. Kiedy tańczyła, było jej obojętne, czy ktokolwiek na nią zwraca uwagę i patrzy, jak porusza się w rytm muzyki. Tańczyła dla siebie, nie to co Monika – wywijała nieźle, ale zawsze dla kogoś. Jakakolwiek by nie była, kochała ją ponad życie i uważała za najlepszą przyjaciółkę.
Ariel miał swoje zasady, których bronił i przestrzegał. Nie sypiał z byle jakimi dziewczynami, ale tylko z tymi, z którymi był na minimum trzech udanych randkach. Najczęściej kończył znajomości już po pierwszej, a raczej te panny, które umawiały się z nim w nadziei, że posiada własny samochód, firmę oraz dom, a najlepiej jakąś willę z basenem. Nie rozumiała przyjaciela, bo chociaż potrafił rozróżnić dziewczyny i podzielić je na kategorie, to nie potrafił odmówić i pozwalał się podrywać, a na sam koniec dostawał po głowie. Faktycznie, miał swój samochód: 10-letnią czarną skodę, którą kupił fartem przez internet. Wygrał licytację i chociaż właściciel nie był zadowolony z ceny, za jaką musiał oddać samochód, to miał pecha – klamka zapadła, z powodu jego braku znajomości obsługi komputera. I miał całkiem niezłe mieszkanie, które pomogła mu urządzić tuż po tym, jak rzuciła go Paulina, ale to i tak było nieistotne. Ariel czuł się samotny i chociaż należał do grona energicznych, towarzyskich, optymistycznych i pozytywnych osób, to czasami bywał zmęczony udawaniem i pokazywał swoje smutne oblicze średniowiecznego romantyka.
Otworzyła oczy i spojrzała w niebo, które znowu było usłane gwiazdami. Noc była chłodna, a cienki sweterek, który włożyła, wcale nie ogrzewał. Nie chciała wchodzić do mieszkania i słyszeć głośniej wymiany zdań, która już dawno zboczyła z głównego tematu. Teraz bluzgali siebie nawzajem.
- Nie mogę uwierzyć, że jesteś takim frajerem!
- Ogarnij się, co?! Jak możesz pieprzyć takiego głupoty jak potłuczona!
- Ten chwilowy rozejm był spowodowany rozstaniem Marcina i Patrycji! Zawsze wiedziałam, że się z tobą nie dogadam!
- I kto to mówi! Nigdy cię nawet nie lubiłem, bo puszczasz się jak ostatnia latawica!
- Ty… kretynie… jak śmiesz! – Głos Moniki już się łamał. Świetnie zdawała sobie sprawę, jak czasami się zachowywała i nikt nie musiał jej mówić prosto w oczy: jaka jest, co robi i jak to wygląda z zewnątrz. – Nie masz prawa mnie oceniać!
- Wcale tego nie robię, bo nie muszę! Sama z siebie robisz takiego pustaka!
- Wynoś się stąd!
- To nie twoje mieszkanie!
Patka usłyszała tylko głośne trzaśnięcie drzwiami. Zacisnęła mocno powieki, licząc po cichu do dziesięciu. Czuła się jeszcze gorzej niż godzinę temu, kiedy Monika rozpłakała się przy niej, wyrzucając sobie zaniedbanie i brak zainteresowania losami załamanej przyjaciółki. Wiedziała, że to ona opuściła mieszkanie. Ariel znowu ją obraził, a ona nie mogła znieść, że ktokolwiek ma o niej złe zdanie.
- Patryszja? – zapytał zmieszany Ariel, pojawiając się w pokoju.
Spięła się, dopalając papierosa do końca i wyrzucając go w ciemność.
- Skończyliście już? – zadrwiła.
- Przepraszam, ale… – Westchnął ciężko. – Doskonale wiesz, że nie potrafimy się dogadać.
- Czyli poszliście na kompromis tylko ze względu na mnie?
- Jesteśmy tak różni od siebie, że nie potrafimy dojść do porozumienia. Zawsze się kłóciliśmy, przecież pamiętasz.
- No tak, ale ty nigdy nie nazwałeś jej latawicą.
- Sama zaczęła – bronił się, wchodząc na balkon i stając obok przyjaciółki. – Nazwała mnie dupkiem, więc co miałem robić?
- Nie masz dwunastu lat, aby walczyć na pyskówki.
- I kto to mówi? – zapytał rozbawiony, trącając ją łokciem. – Nazwałaś mnie niewyżytym chamem raptem pół roku temu!
Patrycja uśmiechnęła się przez łzy.
- Tak, bo śliniłeś się na widok tej pustej idiotki do tego stopnia, że chciałam ci podsunąć miskę – przypomniała mu. – Dalej nie wiem, co ty w niej widziałeś, bo oprócz wielkiego tyłka, nie miała w sobie nic ciekawego.
- Ten tyłek tak na mnie podziałał i dalej działa – odpowiedział rozmarzonym głosem. – Ostatnio widziałem ją w Galerii. Ubrała legginsy i wyglądała… jasna cholera…
Roześmiała się szczerze, dotykając dłonią jego podbródka i unosząc go do góry, a tym samym, zamykając mu buzię.
- Już tak się nie śliń, bo Mierzejewska mnie zabije i to nie tylko za te niedopałki, które od kilku tygodni wyrzucam przez balkon.
- Może, jakby była dwadzieścia lat młodsza…
Brunetka nie wytrzymała i wybuchła niekontrolowanym śmiechem, bo wyobraźnia podsunęła jej obraz Ariela całującego się z pięćdziesięcioletnią kobietą, która była jej najgorszym koszmarem, od kiedy wprowadziła się do tego mieszkania.



Następnego dnia dostała kolejne wolne od swojej kierowniczki. Nie była pewna, co takiego powiedziała jej Monika, że była dla niej miła i nawet zadała standardowe pytanie: „Wszystko w porządku?”. Nie znała jej od tej strony, ale dłuższa przerwa była jej jak najbardziej na rękę. Musiała zebrać myśli, a co najważniejsze: otworzyć wszystkie koperty z rachunkami, które miała do zapłacenia.
Siedziała w kuchni na blacie z laptopem na kolanach oraz nieodłączną lampką wina przy swoim boku. Trzęsły się jej dłonie, kiedy wpisywała login i hasło do swojego konta bankowego. Bała się cyfr, które miała za chwilę zobaczyć. Była pewna, że widok się jej nie spodoba. Dodatkowe nadgodziny nie ratowały jej, a pomysł kupna nowej patelni, już dawno odszedł w zapomnienie.
Zaszkliły się jej oczy, kiedy zobaczyła trzycyfrową liczbę. Trzy czwarte tej sumy pokrywały rachunki, a reszta, musiała jej starczyć na jedzenie i jakieś drobne, bieżące wydatki.
- Przecież to nierealne – szepnęła przerażona, otwierając kalkulator i szybko wklepując ciąg liczb, co chwilę coś dodając lub odejmując. – Jakim cudem zostało mi tylko tyle? – Zagryzła wargę do bólu, chcąc rzucić laptopem o ścianę. – Pieprz się, Marcin! – syknęła w przestrzeń.
Nie chciała przyznać racji Arielowi, ani nikomu innemu, ale musiała wrócić do tańca. Niedługo miał się rozpocząć nowy miesiąc, a że dostała dużo wolnego w obecnym, musiała być przygotowana na dość małą wypłatę. Była zmuszona zapobiec biedzie, która skłoniłaby ją do powrotu do nadopiekuńczej matki. Może faktycznie, martwiła się o nią i chciała dla niej jak najlepiej, ale żeby chcieć ją zamknąć w klatce i zmuszać do spowiadania się ze wszystkiego? To już była przesada.
- Nie wrócę tam – wycedziła przez zaciśnięte zęby, a potem upiła łyk wina.



Powrót do tańca był realny tylko wtedy, kiedy o tym myślała. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej, kiedy stała na środku pokoju i próbowała poruszać się w rytm radiowych hitów. Na nic zdała się krótka rozgrzewka, podczas której wykonała perfekcyjny szpagat. Przeklnęła tylko kilka razy pod nosem, kiedy próbowała pozbierać się z podłogi. Z jednej strony była dumna z siebie, a z drugiej… cholernie bolało takie rozciągnięcie na siłę.
Postanowiła spróbować czegoś innego, starając się zatańczyć na sucho znany element spektaklu, który wykonywała sama. Szybko okazało się, że zapomniała połowy kroków, a brak muzyki wcale nie zakrył jej nagłego braku wyczucia rytmu.
Nie chciała przedwcześnie panikować, więc wzięła kilka głębszych wdechów, chodząc w kółko po całym pokoju. Machała na przemian rękami, walcząc z atakiem paniki, która nagle ją ogarnęła.
Musiała zacząć znowu tańczyć. Tylko jak?



Po dwudziestej nieudanej próbie tańca, poddała się. Zapłakana, nalała wody do wanny, przygotowując sobie odprężającą kąpiel. Straciła całkowicie zapał do próbowania, bo skoro nie potrafiła powtórzyć głupiego układu, który tańczyła setki razy, co z niej była za tancerka?
Miała wrażenie, że Iga wyświadczyłaby przysługę zespołowi, gdyby wyrzuciła ją z grupy. Nie nadawała się do tańca, a nawet do wymyślania choreografii.
Załamana, rozebrała się i weszła do wanny, całkowicie ignorując wysoką temperaturę wody. Ułożyła się wygodnie i spojrzała w sufit. Musiała się zadowolić zwykłym mydłem, bo tydzień temu skończył się płyn do kąpieli. Żal jej było wydawać pieniądze na takie wygody.
Przeanalizowała w głowie ostatnie tygodnie i nagle zrozumiała, że już dawno powinna była się ocknąć z tego dziwnego letargu, w którym tkwiła. Marcin odszedł, ale to nie był żaden cholerny koniec świata.
Może sobie kogoś znalazł, ale co z tego? Zresztą, czemu miałoby ją to obchodzić? Zostawił ją bez wyjaśnień i nawet nie było mu przykro.
Zagryzła mocno wargę, zamykając oczy, po czym wzięła głęboki wdech i zanurzyła głowę w wodzie.
„To nie musi tak wyglądać. Nie musimy zrywać kontaktu, separować się i swoich znajomych, przyjaciół… Zawsze będziesz…”
„Proszę cię, to nie musi zakończyć się w ten sposób.”
„To nieprawda! Kocham cię, ale…”
„Konsekwencje?! Niby jakie? Kochałem cię zawsze i kocham do teraz, więc powiedz mi, gdzie tu jest moja wina?”
„Wiem i… Przepraszam.”
Gwałtownie się wynurzyła, z trudem łapiąc oddech i przetarła dłońmi twarz.
Przepraszał, chociaż nawet nie wiedział za co. Twierdził, że kocha, a jednak zdolny był do spakowania wszystkich swoich rzeczy i odejścia.
- Dupek – wycedziła przez zaciśnięte zęby, odgarniając mokre włosy do tyłu. – Pieprzony dupek.
Zrozumiała, że to musiało się skończyć. Wszystko! Tu i teraz.



Idąc w stronę budynku, który doskonale znała, czuła się dość dziwnie. Grupa już dawno skończyła zajęcia i była pewna, że ta miła i niezbyt mądra recepcjonistka przymknie oko na jej obecność na sali. Ścisnęła mocniej pasek torby i przyspieszyła kroku, z rozmachem otwierając drzwi i wchodząc do niewielkiego przedsionka. Ochroniarz wpuścił ją do ośrodka nie zadając żadnych pytań kontrolnych. Znał ją. Wszyscy ją znali, chociaż zrobiła się dosyć długą przerwę.
Mrugnęła porozumiewawczo do Ani, która siedziała podekscytowana przy biurku i zafascynowanym wzrokiem wpatrywała się w swoją komórkę. Podniosła głowę tylko na chwilę i kiwnęła głową na powitanie, a potem wróciła do poprzedniej czynności. Patrycja minęła ją i wbiegła po schodach na drugie piętro, gdzie mieściło się jedyne miejsce, które dawało jej poczucie bezpieczeństwa i spokój.
Zanim weszła do sali, wzięła kilka głębszych wdechów. Serce szalało jej w piersi, jak za pierwszym razem, kiedy przechodziła przez próg, aby porozmawiać z Igą o możliwości przyjęcia do grupy, bez której nie wyobrażała sobie dalszego życia.
Popchnęła drzwi i westchnęła cicho, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Nic się nie zmieniło. Naprzeciw wciąż znajdowała się ściana luster, która ułatwiała naukę nowych kroków i kontrolowanie Idze wszystkich tancerzy naraz. Uśmiechnęła się do wspomnień, po czym weszła do środka i rzuciła torbę pod ścianę. Podwinęła rękawy bluzy i stanęła na środku, odrzucając włosy do tyłu.
- Do dzieła! – powiedziała do siebie i klasnęła w dłonie.
Żeby odświeżyć sobie pamięć, postanowiła zatańczyć układ, który wymyśliła z Arielem na potrzeby zajęć. Piosenka może nie była najnowsza, ale pozostawała w ścisłej czołówce najlepszych hitów ostatnich kilkunastu lat. Dodała sobie otuchy, a potem zaczęła nucić:
- People always talk about…



Przechodził korytarzem, kiedy usłyszał dziewczęcy głos, dochodzący zza uchylonych drzwi sali, w której zazwyczaj odbywały się zajęcia taneczne. Zaintrygowany, przeczesał dłonią włosy i rozejrzał się wokół, a gdy nikogo nie zauważył, zbliżył się do drzwi i mocniej je uchylił. Zaskoczony, utkwił wzrok w tańczącej dziewczynie, która nuciła sobie pod nosem najlepszy hit Jamelii.
- Make your move… can we get a little closer. You… rock it just like you’re supposed to. Hey… boy I think I nothing wanna say… Coz you just make me wanna play, I don’t know what it is that makes me feel like this… don’t know… Gotta be, gotta be a superstar… All eyes on you.  
Ubrana w zwykły top i spodnie dresowe, nie wyglądała jak te wszystkie tancerki, które mijał w przerwach zajęć. Brakowało jej lekkości i wrodzone wyczucia rytmu. Tańczyła bardziej z przymusu niż z przyjemności. Nawet nie mógł zobaczyć jej twarzy, bo gdyby jeszcze bardziej uchylił drzwi, zobaczyłaby go w lustrze. Sam nie pochlebiał takiego zachowania, bo nienawidził, kiedy ktoś mu się przyglądał, gdy oddawał się swojej pasji. I być może dlatego, ostatni raz spojrzał na dziewczynę i jej luźny kok wirujący w powietrzu, a potem przymknął ostrożnie drzwi i ruszył przed siebie, wzdychając ciężko.
Zbiegł po schodach na dół i wpadł na salę gimnastyczną, gdzie ćwiczył samotnie rzuty do kosza. Ściągnął bluzę przez głowę, złapał piłkę i podbiegł pod kosz, wykonując perfekcyjny dwutakt i skacząc do góry. Nie wrzucił piłki, ale przekozłował ją przez całą długość boiska, podbiegając pod drugi kosz i robiąc dokładnie to samo.
Był perfekcjonistą i lubił spędzać wspólne wieczory z koszykówką.

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2904 słów i 16121 znaków.

2 komentarze

 
  • Margo1990

    Super!!!

  • elorence

    @Margo1990 Dzięki :)

  • KlasycznyAnanas

    Uuu ciekawie ciekawie

  • elorence

    @KlasycznyAnanas Już niebawem powinno się więcej dziać ;)