Kiedyś będziesz mój - Rozdział 10

Następnego dnia, z samego rana, Patrycja zmuszona była wstać z łóżka, bo ktoś od dobrych kilku minut dobijał się do drzwi i nie odpuszczał. Ubrała bluzę, próbując zasłonić kolorowe misie na koszulce, po czym przeczesała dłonią włosy. Nie wymagała od swojego wyglądu zbyt wiele, bo to nie była odpowiednia pora. Ktoś zaczął uderzać pięściami, więc Patka podbiegła do drzwi i je otworzyła.
- Boże, Ariel! Oszalałeś? – krzyknęła, patrząc na niego karcąco spod półprzymkniętych powiek.  
- Oszalałem?! – zadrwił, wchodząc do mieszkania i nic sobie nie robiąc z niezadowolenia przyjaciółki. – Wczoraj mogłaś mnie zbyć, bo naprawdę nie miałem już siły na słowne przepychanki z tą zołzą.
- Myślałam, że się pogodziliście…
- Marzenia ściętej głowy! – rzucił kpiąco, wchodząc do kuchni.
- Ariel – upomniała go brunetka, idąc za nim. – Monika odpuściła, więc…
- Odpuściła, bo wystawił ją facet, a ja akurat napatoczyłem się na drodze i postanowiła mi się wyżalić. Proste, prawda?
- Ona nie jest taka zła. – Patrycja uśmiechnęła się nikle. – Skoro zakopała topór wojenny, powinieneś również to zrobić. Byłoby mi łatwiej.
- Wiem, ale nie zamierzam tego robić. Zawsze, jak byłem dla niej miły to później wyzywała mnie od kretynów i chamów. Nie popełnię więcej tego błędu. – Podszedł do lodówki, a oczy Patki zrobiły się nienaturalnie duże. – Jestem głodny.
- Nie!
- Co? – mruknął Ariel, zerkając na przyjaciółkę przez ramię.
- Zapomniałam zrobić zakupów – powiedziała szybko.
- Zwykły chleb mi wystarczy.
- Ale…  
Nie zdążyła nic powiedzieć, bo Ariel otworzył chlebak i aż westchnął ciężko.
- Chleba też zapomniałaś kupić? – zapytał z wyrzutem. – W jakiej ty mnie sytuacji stawiasz?
Spanikowana, z trudem przełknęła ślinę.
- Miałam zbyt dużo na głowie.
- Wokół jest pełno sklepów. – Nagle otworzył lodówkę, a Patrycja zakryła sobie usta dłonią, aby nie jęknąć. Ariel skrzywił się, wyciągając pasztet. Trzymał go w dwóch palcach. – Co to jest?
- Pasztet – szepnęła brunetka.
- Nie pytałem, czym to było, ale czym to teraz jest…
- Zapomniałam wyrzucić – tłumaczyła się. – Ostatnio nie miałam zbyt wiele czasu i… tak jakoś wyszło.
Ariel odwrócił się w jej stronę. Miał surowy wyraz twarzy, co nie wróżyło nic dobrego.
- Co ty jesz?
- Jem na mieście. Wiesz, jakieś frytki, hamburgery, kebaby… Nie głoduję!
Chłopak zmrużył oczy, bo czym zaczął otwierać wszystkie szafki po kolei. Patce głos uwiązł w gardle, bo nie była w stanie dalej się bronić.  
- Co to, kurwa, jest? – warknął Ariel, wyciągając puste torebki po mące, cukrze. – A to? – Wskazał palcem na pojemnik na cukier, w którym zachowało się parę ziarenek. Głośno wciągał powietrze do płuc, opierając się dłońmi o stół i spuścił głowę. – Patryszja, daję ci pięć minut na wymyślenie dobrego usprawiedliwienia na to wszystko.
Spanikowana, zakryła na chwilę dłońmi twarz, a potem rozczesała palcami włosy.
- To nie jest to… To nie tak… Naprawdę, jest inaczej niż myślisz – plątała się. – Przecież nie głodziłabym się świadomie.
Uniósł głowę do góry i wbił w nią lodowate spojrzenie.
- Świadomie może nie, ale nieświadomie… – Potrząsnął głową, prostując się. – Wiesz, jak to wygląda?  
- Może nie najlepiej, ale nic złego się nie dzieje.  
- Cholera, ty nadal nie widzisz w niczym problemu! – wściekł się. – Ile potrzebujesz?
- Słucham?! – podniosła głos, zakładając ręce. – Nic od ciebie nie wezmę!
- Oj, weźmiesz i to bez gadania! Ubieraj się.
- Po co? – burknęła.
- Jedziemy na zakupy.
Pokręciła energicznie głową.
- Nie. Nie będziesz za mnie płacił – zdenerwowała się. – Już o tym rozmawialiśmy.
- Ale nigdy…
- Ariel!
Spojrzał na nią z furią.
- Masz piętnaście minut, albo pojedziesz w tej pidżamie!
- Nie!
- Patryszja, nie wkurzaj mnie już bardziej!
Zagryzła wargę prawie do bólu, a potem jęknęła i uciekła do pokoju, aby się przebrać. O mały włos, a rozprułaby bluzę, kiedy ściągała ją przez głowę. Doskonale wiedziała, że na samych zakupach się nie skończy. Ariel wyciśnie z niej wszystko, całą prawdę o Marcinie, tym cholernym liście i tańcu.  
Usiadła na rozłożonej kanapie, z furią odpychając kołdrę na bok. Miała ochotę płakać, bo nie chciała, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, jak bardzo źle się jej żyje.  



Arturowi została godzina do wyjścia z domu. Nie miał najmniejszej ochoty, aby iść do pracy i widzieć twarz Darskiego. Teoretycznie, najłatwiej byłoby zmienić pracę, ale w praktyce… to nie było takie proste. Zresztą, wciąż liczył, że jakimś cudem zostanie awansowany. Nadzieja była nikła, ale nie pozostało mu nic innego.  
Obrócił się na drugi bok i wziął komórkę do ręki. Zerknął na wyświetlacz i mimowolnie się skrzywił. Kacprowi już całkowicie odbiło, skoro próbował się z nim skontaktować o szóstej rano. Chociaż nie chciał, postanowił oddzwonić. Przyjaciel odebrał po pierwszym sygnale.  
- Nareszcie! Boże, Artur, tracisz czas na sen i po co?
- Jak miło cię słyszeć, słodki skowronku – zironizował brunet. – Co takiego spędzało ci sen z twoich ślicznych powieczek?
- Nie wiem, czego się naćpałeś, ale odstaw to, bo nie bardzo uśmiecha mi się zmieniać orientację, chociaż bardzo cię lubię.
- Nie musisz nic zmieniać. Pogodzę się z tą platoniczną miłością!
- Wiesz, co? Może zadzwonię później? – zapytał speszony Kacper. – Nie wydaje mi się, abyś był teraz skory do rozmowy.
- A czemu nie? Podaj mi choć jeden powód, mój kochany przyjacielu, abym nie chciał z tobą słodko ćwierkać – powiedział z sarkazmem.
- Coś się stało?
Artur uśmiechnął się krzywo pod nosem.
- Oczywiście, że nie! Straciłem tylko szansę na kupno motocyklu w świetnej cenie, bo jakiś pacan sprzątnął mi go sprzed nosa. Dawno nie poderwałem żadnej dziewczyny, bo nie byłbym w stanie nawet skupić się na flirtowaniu z nią. W pracy awansowano największego dupka, jakiego świat kiedykolwiek widział, a ty znowu do mnie dzwonisz z prośbą, abym poderwał dziewczynę, o której nie możesz przestać myśleć! A co najważniejsze, po rozmowie z nią, będziesz mnie szukał, a jak znajdziesz, to rzucisz się na mnie z pięściami i obijesz mi nos. Jak zawsze. – Westchnął z goryczą. – Coś pominąłem?
- Kogo awansowali?
Roześmiał się.
- Darskiego.
- Tego wazeliniarza? – zapytał zszokowany.
- Dokładnie.
- A tobie co zaproponowali?
- Nic, a w zasadzie to ten dupek już mi groził, że wyrzuci mnie z pracy.
- Nie ma takiej władzy…
- Nie byłbym tego taki pewien.  
- I co teraz?
Artur obrócił się plecy i spojrzał w sufit.
- Nie wiem. Poczekam i zobaczę co będzie działo się dalej. Jeśli sytuacja spieprzy się jeszcze bardziej, będę zmuszony złożyć wypowiedzenie.
- A nie da się tego pajaca wyrzucić?
- O tym też myślałem.
- To może spotkamy się na mieście i opowiesz mi o swoim planie?
- A skąd wiesz, że taki mam?
- Nie bez powodu nazywasz się Wichrowski.
Artur skrzywił się.
- Nienawidzę, kiedy porównujesz mnie do ojca.
- Łączą was więzy krwi i nic na to nie poradzisz. Swoją drogą, mógłbyś…
- Stary, muszę kończyć, bo nie zamierzam biec przez pół miasta.  
- Okej, ale wiesz, że…
- Do potem!
- Artur…
Brunet rozłączył się, zanim Kacper zdążyłby powiedzieć coś na temat jego rodziców i tamtego zdarzenia.  
Odrzucił kołdrę na bok i wstał z łóżka. Ziewnął głośno, a potem rozejrzał się po ogromnym pokoju.
Mieszkanie nad remizą strażacką miało dużo plusów, ale też równie dużo minusów. Ogromne mieszkanie, które składało się z jednego dużego pomieszczenia, służącego za kuchnię, jadalnię, salon i sypialnię, oraz z łazienki, dla nielicznych było spełnieniem marzeń. Zamiast farby czy tapety, na ścianach miał czerwone cegły, które jego zdaniem świetnie pasowały do wszystkiego. I chociaż sam pomysł podsunął mu ojciec, kiedy załatwiał mu to mieszkanie, to postanowił niczego nie zmieniać.  
Tamte czasy były jeszcze normalne, a potem… wszystko się zmieniło.
Poszedł do łazienki i spojrzał w lustro. Rozwichrzone włosy i podkrążone oczy, nie robiły na nim żadnego wrażenia. Najchętniej wróciłby do łóżka i przespał cały dzień, żeby wieczorem wybrać się do klubu, wyrwać jakąś ślicznotkę i spędzić z nią noc.  
Skrzywił się, a potem uśmiechnął, stwierdzając, że drugą część pomysłu może wcielić w życie. Zanim jednak wziął się za szczegółowe planowanie wieczoru, przyjrzał się sobie. Uniósł ręce do góry, napinając wszystkie mięśnie. Obrócił się nawet tyłem, aby upewnić się, że mięśnie na plecach nie zniknęły.
Uśmiechnął się do swojego odbicia w lustrze i pomyślał, że mógłby jednak pomóc Kacprowi w zdobyciu tej dziewczyny, ale w zupełnie inny sposób niż zawsze.



Jazda samochodem z wściekłym Arielem za kierownicą, nie napawała Patrycji zbyt dużą dawką optymizmu. Za każdym razem, gdy hamował albo skręcał, trzymała się mocno fotela, modląc się w duchu, aby dotarli na miejsce w jednym kawałku.  
- Zwolnij – poprosiła cicho, ze strachem zerkając na przyjaciela.
- Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć o problemach finansowych?
- To nie są żadne problemy. Trochę źle rozplanowałam pieniądze – odpowiedziała szeptem.
- Trochę źle?! Został ci tydzień do wypłaty, a w lodówce miałaś jakąś konserwę i coś, co kiedyś było pasztetem!  
- Robisz z igły widły… - Ariel gwałtownie zahamował, a Patrycji serce zatrzymało się na dłuższą chwilę. Spojrzała w boczne lusterko i zauważyła kilka samochodów. – Wstrzymałeś ruch.
- Wiem. – Uderzył dłońmi w kierownicę. – Nie ruszę się stąd, dopóki nie zaczniesz mówić mi całej prawdy, zrozumiałaś?!
- Nie krzycz na mnie – syknęła cicho Patka, z trudem powstrzymując się od płaczu.
- I jeszcze zacznij płakać! Tak, bo to potrafisz najlepiej!
Zakryła usta dłonią, odwracając twarz w stronę szyby. Załkała cicho, bo chociaż chciała wysiąść i wrócić do domu pieszo, podejrzewała, że Ariel pobiegłby za nią.  
- Wiesz, że…
- Tak, tak, tak. Wiem. Pamiętam – mruknął znudzony. – Rzucił cię jakiś dupek, a ty zamiast wziąć się w garść, postanowiłaś użalać się sobą! Minęły prawie cztery miesiące. CZTERY MIESIĄCE! Nie uważasz, że to za długo?!
- Ariel, ja…
- Co tym razem?!
Patka w jednej chwili podskoczyła na fotelu, bo kierowcy samochodów zaczęli się niecierpliwić i trąbić.
- Jedźmy już.
- Opowiesz mi wszystko?
- Tak – odpowiedziała niepewnie.  
Chłopak zaklnął pod nosem, a potem gwałtownie ruszył.
- Radzę ci mówić prawdę.
Patrycja, westchnęła cicho, kręcąc głową.
- Wszystko wymknęło mi się spod kontroli, bo zapomniałam kontrolować wydatków. Całkowicie zapomniałam, że muszę sama spłacać rachunki i kupować jedzenie. Moje oszczędności szybko się skończyły i chociaż wszystko mam popłacone, to brakło mi kasy na jedzenie.
- Kiedy to do ciebie dotarło?
- Chciałam do was wrócić nie bez powodu.
- Myślałaś, że dasz radę tak długo mnie okłamywać?
- Nie tylko ciebie – szepnęła.
- Monika jest zołzą, więc nie dziwię się, czemu o tym nie wiedziała. Za bardzo jest zajęta sobą i swoimi podbojami, aby martwić się, czy masz co włożyć do garnka.
- Nie bądź na nią taki cięty. Zawsze mogę na nią liczyć.
- No właśnie widzę – zakpił.  
- Dla mnie to wstyd, że nie potrafiłam ogarnąć własnego życia.
- Wiesz, że mam pieniądze i w każdej chwili mogę cię wspomóc. Dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś?
- Nie chcę, żebyś był moim sponsorem.
- Z całym szacunkiem, fajna z ciebie dziewczyna, ale nie zamierzam z tobą sypiać.
Roześmiała się. Nawet Ariel się uśmiechnął pod nosem.
- Dzięki.
- Polecam się na przyszłość.
Przygryzła wargę, bo nagle przypomniała sobie o Marcinie i jego liście, a co najważniejsze, nie powiedziała jeszcze mamie i Oli o rozstaniu.
- Dostałam list od Oli.
- I?
- To zaproszenie na jej szesnaste urodziny.
- Już? Myślałem, że ona ma czternaście lat…
- Dobrze, że cię nie słyszy – powiedziała rozbawiona Patka.
- A jak przyjęła wasze rozstanie?
Uśmiech zamarł na twarzy brunetki. Wzięła głęboki wdech, zaczynając się bawić palcami.
- Nijak.
- Co to znaczy?
- Nie wie.  
- A twoja mama?
- Też nie.
Ariel wciągnął ze świstem powietrze do ust.
- Super – skwitował. – A mogę wiedzieć, kto podsunął ci ten genialny pomysł?
- Nikt.  
- Ekstra. Życzę ci powodzenia! – zadrwił. – Doskonale wiesz, jaka jest twoja matka, a postanowiłaś zrobić coś tak głupiego? Zresztą, nieważne. Kogo dokładnie zaprosiła Ola?
- Mnie i Marcina.
- Super, super, super! Widzę, że świetnie się bawisz!
- Boję się, rozumiesz? Jeśli matka zauważy, że sobie nie radzę…
- Ile ty masz lat? Siedem?
- Nie, ale…
- Odnoszę wrażenie, że ktoś cię podmienił. Jak Boga kocham! Patryszja, którą znam, nie wygadywałaby takich głupot, a już na pewno nie miałaby tajemnic przed przyjaciółmi.
- Co ja mam zrobić?
- Powiedz prawdę.
- Ariel, nie! Ty nie rozumiesz! – mówiła szybko brunetka, czując, jak robi się jej gorąco. – Matka mnie zabije!
- Niekoniecznie.
- Uwielbiała go!
- To on cię rzucił!
- Ariel!
Zatrzymali się, a Patka wyjrzała przez szybę i pierwsze co zobaczyła to ogromny supermarket.
- Pogadamy później, a teraz chodź. Czeka nas długa podróż między półkami sklepowymi. – Uśmiechnął się kpiąco. – Kocham zakupy – dodał sarkastycznie.



Był późny wieczór. Ariel już dawno pojechał do domu. Dobrą godzinę rozpakowywali torby i chociaż Patrycji było wstyd i czuła się upokorzona, to była wdzięczna przyjacielowi za oferowaną pomoc. Dzięki temu, uniknęła korzystania z pieniędzy Marcina. Ale z drugiej strony, musiała jeszcze porozmawiać z siostrą i mamą. Ariel uświadomił jej, że nie może czekać, bo to tylko pogorszy sprawę.
Miał rację.
Z mocno bijącym sercem wybrała numer siostry.  
- Cześć siostrzyczko! – krzyknęła Ola. – Co tak długo się nie odzywałaś? I dlaczego Marcin nie odbierał moich telefonów? Co się stało?
- Wiesz, dużo rzeczy się pozmieniało.
- Oświadczył ci się?! Bierzecie ślub?! Mamo!!!
- Nie! Ola, posłuchaj!
- Chcecie mamie zrobić niespodziankę, tak?
- Ola, to nie tak… – plątała się brunetka. – Myślę, że powinnam…
- Jesteś w ciąży?!
- Nie, ja…
- Boże, Patka, co się dzieje? -zapytała sfrustrowana Ola. – Nudzi mnie to zgadywanie.
- Marcin nie będzie mógł przyjechać na twoje urodziny.
- Nie odpowiada mu termin? Mogę przesunąć! To nie jest problem! Powiem mamie, a ona wynajmie knajpkę w…
- Ola, słuchasz mnie w ogóle?! – uniosła się. – Nie jesteśmy już razem! - Po drugiej stronie zapadła okropna cisza. Patrycji serce biło bardzo mocno ze zdenerwowania. - Ola? Jesteś tam?
Odpowiedziała jej cisza, a po chwili nastąpiło zerwanie połączenia. Brunetka próbowała zadzwonić jeszcze raz, ale nikt nie odpowiadał. W zamian otrzymała krótkiego smsa: „Masz jeszcze dwa tygodnie do pogodzenia się z nim. Nie przyjmuję waszego rozstania do wiadomości”.  
Sięgnęła do szuflady i wyciągnęła paczkę papierosów, po czym ubrała bluzę i kurtkę. Musiała wyjść, przewietrzyć się i przemyśleć kilka spraw. Ola nie miała prawa wymagać od niej takich rzeczy i chociaż nie powiedziała jej, że to Marcin z nią zerwał, to jakoś niespecjalnie chciała to zrobić.  
Wyszła z mieszkania, postanawiając pochodzić po mieście.  



Koszula i skórzana kurtka, mimo zimna, była dla Artura odpowiednim ubiorem na ten wieczór. Może ta wizja kłóciła się ze starym Fiatem, do którego właśnie wsiadał, ale to było lepsze niż tłuczenie się tramwajem.  
Uśmiechnął się do samego siebie i zerknął w boczne lusterko, aby poprawnie wycofać samochód.  
Miał o niebo lepszy humor niż rano i czuł, że dzisiejszy wieczór skończy się po jego myśli.  
Powoli ruszył i wyjechał na główną ulicę. Włączył radio i zaczął nucić pod nosem.  
Odkąd wyszedł z pracy, cały czas myślał o tym, jak ma pomóc Kacprowi w poderwaniu dziewczyny. Chciał najpierw ją poznać, żeby mniej więcej ocenić jej zachowanie oraz wygląd. Miał nadzieję, że jego przyjaciel wybrał kogoś lepszego niż wszystkie poprzednie panny, które wolały uwieszać się za nim, niż na Kacprze.
Pokręcił głową, uśmiechając się blado, a potem w ostatniej chwili wcisnął hamulec. Auto z trudem się zatrzymało, a Artura zarzuciło do przodu.  
- Kurwa – zaklnął wściekle, a potem otworzył gwałtownie drzwi i wysiadł. Podszedł do przodu i wbił mordercze spojrzenie w dziewczynę, która niespodziewanie pojawiła się na jezdni. – Oszalałaś, kurwa?
Odgarnęła z twarzy włosy i spojrzała na niego ze strachem.
- Och – szepnęła cicho. – To ty.
- Och? – powtórzył z kpiną. – Teraz postanowiłaś targnąć się na własne życie?

372 czyt.
100%112
elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne, użyła 3124 słów i 17383 znaków. ·

Komentarze (2)

 
  • Paula97

    Paula97 6 dni temu

    Cudo!! Jak dobrze, że na przyjaciół zawsze można liczyć

  • Margo1990

    Margo1990 6 dni temu

    Supcio czekam na ciąg dalszy