Kiedyś ci wystarczę - 01| Przypadek to zawoalowana konieczność

- Liam, obudź się. – Poczułem, jak ktoś szturcha mnie w bok. – Dojeżdżamy.
Zamrugałem kilkakrotnie oczami, po czym ziewnąłem szeroko, zmierzwiłem włosy i zerknąłem na zegarek.
- Serio? Dopiero siódma?  
- Takie życie.
- Czuję się, jakby minęło już pół dnia, a on się nawet jeszcze nie zaczął – rzuciłem, prostując się, bo kręgosłup miałem nieznośnie sztywny.  
- Masz. – Jackson rzucił mi puszkę jakiegoś energetyka. – Może być trochę ciepły, bo wyjąłem go z lodówki i zapomniałem o tym.
- Zajebiście – wymruczałem, ale nie miałem innej alternatywy, więc jednym ruchem otworzyłem puszkę i zacząłem wlewać w siebie zbawienny płyn. Potrzebowałem energii, a niestety te kilka godzin marnego snu mi jej nie dało. – Gdzie my właściwie jesteśmy?
- Nawet nie wiem. – Jackson zastukał w szybę oddzielającą nas od kierowcy. – Ej! Xavier! Gdzie my, do diabła, jesteśmy?
- W Los Angeles! – odkrzyknął nasz kierowca.
- Jesteśmy w Los Angeles – powtórzył Jackson, tak jakbym nie słyszał.
- Słyszałem. Nie jestem głuchy.
- Za to wyglądasz jak pół dupy zza krzaka. Lepiej się ogarnij, zanim zaczniemy, bo potem twoja nieogarnięta gęba będzie krążyła po całym Internecie. – Jackson wydawał się strasznie rozbawiony.
- Spierdalaj – rzuciłem, przeciągając się. Lubiłem Jacksona, ale nie o siódmej rano, co z kolei on lubił wykorzystywać. – Lepiej zacznij budzić chłopaków, bo inaczej będą spać do południa.
- Fakt. – Podniósł się i przeszedł w głąb busa. – Ej! Wstawać, wy leniwe dupy!
Wpatrywałem się we wschodzące słońce i zastanawiałem się, czy jeszcze czuję jakiś stres, ale wyglądało na to, że całkowicie mnie opuścił. Siedziałem w tej branży już od kilku ładnych tygodni. Chyba w końcu się przyzwyczaiłem.
Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że w wieku dwudziestu pięciu lat będę piosenkarzem. Kiedyś byłem zakompleksionym dzieciakiem, całkiem chudziutkim, za co wyśmiewali mnie w szkole, więc zacząłem dużo jeść i szybko przytyłem. Efekt był jeszcze gorszy. W miarę jak rosłem, te kompleksy wcale nie malały. Przyszłość rysowała mi się w czarnych barwach. Spodziewałem się jakiegoś nudnego, przy okazji słabo płatnego zawodu, tymczasem w szkole średniej ktoś nagle odkrył, że pod moją nadwagą kryje się całkiem niezły głos. Babka od chóru chciała mnie do siebie zwerbować, ale stanowczo odmówiłem, dogadałem się za to z paroma chłopakami, którzy robili za podkład muzyczny przy różnych szkolnych wydarzeniach. Od słowa do słowa zrobił się z nas amatorski zespół. Na początku robiliśmy covery znanych piosenek – ja byłem piosenkarzem, Jackson gitarzystą, Finn perkusistą. Z czasem dołączył jeszcze do nas Zack, pianista. Kiedy odkryliśmy, że całkiem nam to wszystko wychodzi, zaczęliśmy dawać małe koncerty. Wtedy dotarło do mnie, że nikt nie będzie chciał przychodzić i słuchać piosenek grubasa, więc zapisałem się na siłownię i wyrobiłem sobie całkiem ładne mięśnie, przez co nie odstawałem tak od chłopaków i co na pewno działało na całościowy efekt wizualny podczas koncertów, na których były obecnie głównie dziewczyny.  
Piosenki pisałem głównie ja, w zależności od nastroju, ale właściwie w każdej chłopaki też mieli jakiś swój wkład. Najpierw było to głównie dla znajomych ze szkoły, później wszystko toczyło się do przodu: znajomi ze szkoły powiadamiali swoich znajomych, którzy chętnie przychodzili nas posłuchać. W końcu zorientowaliśmy się, że możemy na tym zarabiać. Zdobywaliśmy coraz więcej fanów i zanim się obejrzeliśmy, wydaliśmy pierwszą płytę. Nazwaliśmy się „The Case”. Nazwa była dość prosta i miała równie proste znaczenie – to był właściwie przypadek, że się połączyliśmy. Żaden z nas nie wiązał swojej przyszłości z karierą w zespole. Dla każdego była to część nudnego życia w liceum. Razem przekuliśmy nasze umiejętności w coś, co wkrótce stało się naszą pasją oraz zawodem. Lata minęły, a my nadal trzymaliśmy się razem i właśnie byliśmy w środku naszej pierwszej trasy koncertowej. Mieliśmy do tego celu specjalnie wynajętego kierowcę, Xaviera, ponieważ żadnemu z nas nie chciało się prowadzić przez wiele kilometrów, a potem jeszcze wychodzić na scenę i grać. Zack trochę smęcił, że taki kierowca na pewno weźmie dużo kasy, ale Xavier był wujkiem Finna i zgodził się pracować dla nas za pół ceny. To oczywiście nam odpowiadało i na dłuższą metę okazało się piekielnie dobrym rozwiązaniem. Właśnie powitaliśmy Los Angeles.  
Usłyszałem za plecami zduszone jęki. Finn i Zack nareszcie wstali.
- Kurwa… - Finn dyszał, jakby przebiegł kilometr. – Spałem chyba z godzinę.
- Bo wcześniej pierdoliłeś coś o jakichś imprezach, zamiast spać.
- Bo my źle to robimy! – Finn najwyraźniej dalej obstawał przy swoim pomyśle. – Liam nigdy nie chce iść na imprezę przed koncertem, a po koncercie padamy na pyski i nie mamy na to czasu. Musimy to wszystko odwrócić.
- Nikt nie wchodzi pijany na scenę – przypomniałem mu moją żelazną zasadę, o której wyraźnie zapominał.  
- Już nawet nie mówię o samym piciu. – Finn wywrócił oczami. – Ale przyznaj, Liam, czy nie śpiewałoby ci się lepiej, gdybyś przed koncertem zaliczył jakąś fajną dupeczkę?
- Oho, chyba kogoś tu spodnie cisną – skomentował Zack.
- A żebyś wiedział, kurwa. Odkąd Lori mnie rzuciła, trochę zaniedbałem te sprawy.
- Tak właściwie, to dlaczego cię rzuciła?
- Ponoć nie miałem dla niej czasu. – Finn znowu wywrócił oczami. – A jak ja mam znaleźć dla niej czas, skoro od rana do nocy zapierdalam na koncerty?!
- To trzeba było nie zaczynać z nią związku – wtrąciłem się, bo zaczynali mnie irytować.
- Stary, nie widziałeś jej cycków. Dla tych melonów to nawet święty by zgrzeszył.
Zack i Jackson z przyjemnością oddali się komentowaniu cycków Lori, a ja powtarzałem sobie w myślach piosenki, które mieliśmy dziś zaprezentować. Większość to były po prostu kawałki z naszej pierwszej płyty, jednak mieliśmy w planach też zaprezentować kawałek, którego na płycie nie było. Wyszła dosyć niedawno, więc wszystko było jeszcze świeże, jednak fani zaczęli prosić o wystąpienia na żywo. Trochę wątpiłem, że się to uda, ale w końcu dopięliśmy na ostatni guzik szczegóły trasy i nawet ja byłem zaskoczony, widząc, jak szybko wyprzedały się bilety.  
Pierwszy koncert był niesamowitym przeżyciem. Oślepiające światła, dzikie tłumy, wrzeszczące wniebogłosy, nagrywające nas komórkami, by zachować tę chwilę na dłużej. Po zejściu ze sceny miałem wrażenie, że zdarłem sobie gardło i ogłuchłem, ale czułem takie podniecenie, że nie mogłem doczekać się następnego koncertu. Liczyłem, że w końcu poleci w moją stronę jakiś stanik – byle czysty.
Nie było jednak tak kolorowo przez cały czas. Ciągle czułem chroniczne zmęczenie, bo nie za bardzo miałem kiedy odespać wszystkie wystąpienia. Sen w busie nie należał do najprzyjemniejszych i momentami tęskniłem za zwykłym łóżkiem. Od dwóch miesięcy nie było mnie w domu. Jako że to była moja pierwsza trasa, mama nie chciała wypuścić mnie z niego wypuścić.
- Obiecaj, że będziesz ostrożny – powtarzała jak mantrę, kiedy pakowałem walizki.
- Zawsze jestem.
- Wiem, że zespoły rządzą się swoimi własnymi zasadami, ale bardzo cię proszę, nie przesadzaj z alkoholem. I ani mi się waż sięgać po narkotyki!
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że jestem pełnoletni? – Musiałem o to zapytać, bo matka wciąż traktowała mnie jak dziecko.
- Dla mnie wciąż jesteś małym dzieckiem. Nie obchodzi mnie, ile masz lat. – Zmarszczyła śmiesznie nos. – Żadnych narkotyków!
- Mamo, wyluzuj – wtrąciła moja siostra Alexia. Ona lepiej radziła sobie z moim wyjazdem, choć na początku błagała mnie, żebym zabrał ją ze sobą. Przekonywała mnie, że chce wczuć się w ten klimat zespołu, ale i tak znałem prawdziwy powód. Prawda była taka, że podobał jej się Finn, ale ja za dobrze go znałem, żeby go dopuścić do mojej siostry. Była ode mnie tylko dwa lata młodsza, ale ja wciąż widziałem w niej tę małą irytującą dziewczynkę z dwoma warkoczykami. Cóż, chyba patrzyłem na nią tak, jak mama na mnie. Była po prostu moją małą siostrzyczką. Musiałem ją chronić. Lubiłem Finna, dopóki trzymał się od Alexii z daleka. – Przecież on jest już stary. Ma prawie trzydzieści lat.
- Dwadzieścia pięć to nie trzydzieści – sprostowałem. – A i tak wyglądam młodziej od ciebie.
- Spadaj. – Alexia pokazała mi język. To był jeden z powodów, dla którego wciąż była dla mnie małą dziewczynką. – Jesteś stary i już. Prawda, mamo, że jest cholernie stary?
- Nie wspominaj mi o tym, kochanie, bo to oznacza, że i ja się postarzałam – oznajmiła mama, nagle smutniejąc.
- Nieprawda – powiedziałem automatycznie. – Wyglądasz na trzydzieści lat.  
- Naprawdę młodo – dorzuciła Alexia. – To chyba ten twój nowy krem na zmarszczki.
- Dobra, dobra – żachnęła się mama. – Już ja was znam. Jesteście mili tylko, jak coś chcecie.
Akurat tutaj nie miała racji. Większość moich znajomych nawet po dwudziestce zachowywała się, jakby dopiero co wyszła spod rodzinnego klosza. Niejeden raz byłem świadkiem tego, jak chamsko odzywali się do swoich matek. Szokowało mnie to, choć starałem się nie dać nic po sobie poznać, bo wiedziałem, że zaraz zostanę wyśmiany. Sam miewałem momenty, kiedy chciałem wyskoczyć przez okno, byle uniknąć gadania mamy, ale nigdy nie okazywałem jej braku szacunku. Widocznie dobrze mnie wychowała.
- No to co, mogę z wami jechać? – Moja siostra spróbowała szczęścia po raz kolejny.
- Pytałaś mnie o to już sto razy, więc po raz sto pierwszy odpowiadam: nie.
- Ale z ciebie buc!  
- A z ciebie leń. Skończyłaś studia, więc pora iść do pracy, zamiast się ze mną włóczyć bez celu.
- Aha! Czyli sam przyznajesz, że twoje zajęcie jest bezcelowe?
- Ja tam nie jestem stojakiem na kurtki, Al, tylko piosenkarzem. Ty co najwyżej mogłabyś sprawdzać, czy ludzie mają bilety.
- Jesteś wredny – skwitowała Alexia, naburmuszając się.
- A ty natrętna.
Często sobie tak docinaliśmy, ale gdyby przyszło co do czego, skoczylibyśmy za sobą w ogień. Trochę ciężko było mi zostawiać dom i Alexię na pastwę losu, ale wolałem to, niż zabierać ją ze sobą, gdzie Finn miałby do niej swobodny dostęp.
Starałem się w miarę często dzwonić do domu, ale najczęściej nie miałem czasu. Finn miał trochę racji – po koncertach nie mieliśmy już siły na nic. Potrafiliśmy tylko dobrnąć do busa, ewentualnie do hotelu, po czym od razu padaliśmy jak muchy. Ktoś by powiedział, że stanie na scenie to nic takiego, ale hałas, tłumy ludzi oraz pasja, z jaką to robiliśmy, naprawdę potrafiła zmęczyć.
Ponoć mieliśmy zostać w Los Angeles na parę dni, co właściwie mnie cieszyło. Bez przerwy byliśmy w ruchu, jeździliśmy z jednego miasta do drugiego, więc pomyślałem, że miło będzie w końcu odetchnąć i być może nawet coś zwiedzić. Finn pewnie pójdzie na imprezę zapominać o Lori. Zazwyczaj chodziłem z nim i z resztą chłopaków, ale zawsze od nich nieco odstawałem i to się nie zmieniało. Finn lubił się dupczyć z kim popadnie, co mnie osobiście odrzucało ze względu na szeroki wachlarz chorób wenerycznych. Zack był mniej szalony, raczej cichy, ale lubił wypić. A Jackson… Jackson właściwie był neutralny i najbliższy mi charakterem. Nie bez powodu był też moim najlepszym przyjacielem.  
Nagle poczułem, jak Xavier zatrzymuje busa i gasi silnik. Nie czekając na chłopaków, niemal od razu wyskoczyłem na zewnątrz, chcąc rozprostować kości i w końcu pooddychać czymś innym niż tylko piwo, energetyki oraz przykry zapach kilku zapakowanych w busie facetów. Nie byłem rannym ptaszkiem, jednak musiałem przyznać, że poranne powietrze wczesnym latem to coś cudownego.
- Ja pierdolę… - Jackson stanął obok mnie, stękając. – Chyba połamało mi kręgosłup.
- Nic dziwnego. Chyba musimy zmienić busa. Ten powoli staje się ciasny – zauważyłem.
- Dobra, chłopaki. – Xavier też wyszedł z busa i stanął obok nas. – Musimy wyładować sprzęt. O piętnastej wracacie tu na próbę.
- O piętnastej? To co my, kurwa, mamy robić przez cały dzień? – Finn brzmiał, jakby był przerażony.
- I tu was zaskoczę. Będziecie spać.
- Co?  
- A to. James wam to załatwił. Potem mu podziękujecie.
- Ale jaja! – Finn wyszczerzył zęby, klepiąc mnie w ramię. – Spać! Wyobrażacie to sobie?!
- Jesteś podekscytowany jak matka po porodzie.
- Dobra, chłopaki, dawajcie, weźmy ten sprzęt i jedźmy się przekimać – dodał Zack, nasz głos rozsądku. Nic dziwnego, że grał na pianinie, był z naszej czwórki najspokojniejszy. Nie mogłem sobie wyobrazić Finna na jego miejscu. Pewnie rozpieprzyłby pianino w drobny mak. Na swojej perkusji mógł się chociaż wyżyć.
Każdy z nas chwycił swoją część sprzętu i zaczęliśmy wnosić go za kulisy. Przed nami wpakowała się jakaś banda facetów w czarnych skórach, którzy śmierdzieli potem i wyraźnie chcieli nam przywalić.
- Co wy odpierdalacie? – zapytał jeden z nich. Miał przekłutą wargę, co wyglądało obrzydliwie.
- Rozstawiamy sprzęt, a bo co?  
- Gracie tu?
- Nie, rozstawiamy sobie go tak dla zabawy – powiedział Jackson ironicznie. – No raczej, że gramy, człowieku.
- O której?
- O szesnastej. Macie z tym jakiś problem?
- Co?  
- Głuchy jesteś?
- Kurwa! – wrzasnął tamten, odwracając się do kolegi. – Idioto! Pomyliłeś godziny!
Po chwili odeszli, zaciekle obrzucając się bluzgami.
- Co za patafiany – prychnął Finn, ustawiając głośnik na podłodze. – Że to niby jest nasza konkurencja?
- Nie pękaj. Dla nas nikt nie jest konkurencją. – Jackson uśmiechnął się pobłażliwie, dobrze wiedząc, że to nieprawda.
- Taa. Jasne.
Skończyliśmy wyładowywać sprzęt, po czym Xavier z powrotem wsiadł za kierownicę i zawiózł nas do hotelu. Jeszcze nie zdążyłem wysiąść z busa, a już widziałem, że był całkiem wypasiony.
- James nieźle się szarpnął – mruknąłem do Jacksona. – Czyżby to nagroda za całkiem udaną trasę?
- Nie liczyłbym na to. Pewnie zorientował się, że jak nie da nam się przespać na porządnym łóżku, to padniemy na scenie jak muchy. – Jackson chwycił walizkę i ochoczo podążył ku wejściu do hotelu.
James był naszym agentem. Specyficzny gość. Zwykle można było się z nim dogadać, ale najczęściej nie znosił sprzeciwu. Fakt, że po raz pierwszy zarezerwował nam hotel, był więc nieco podejrzany, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Kusiła mnie wizja prysznica oraz łóżka.  
- A ty, Xavier, nie idziesz z nami? – spytałem kierowcę, który chyba nie zamierzał ruszać się z miejsca.  
- Dla mnie James nie był tak hojny. Ale spoko, mam tu niedaleko znajomego. Zostanę u niego na trochę, a potem będę po was punktualnie o czternastej trzydzieści.
Zanim dotarłem do recepcji, Jackson zdążył się już rozeznać w sytuacji. Mieliśmy zarezerwowane cztery pokoje na siódmym piętrze, tuż obok siebie.
- Oho, mam pokój obok Finna. – Uśmiechnąłem się z drwiną i pewnym zrezygnowaniem. – Pewnie przez całą noc będę słuchał, jak stuka jakąś panienkę. Zapewne dziewczynę od zmieniania ręczników.
- Spierdalaj – rzucił wyżej wspomniany, odbierając od Jacksona swój klucz. – Przynajmniej ja korzystam z życia, a ty, Liam? Kiedy ostatni raz kogoś puknąłeś?
- Co się tak interesujesz moim życiem, co? Może nie każdego tak świerzbi, jak ciebie – odgryzłem się, wchodząc do windy.
- Ahaś, na pewno cię nie świerzbi – nabijał się Finn. Miałem ochotę mu przywalić. – Co jeszcze powiesz? Że gejem jesteś?
- Spierdalaj, Finn – rzuciłem. To chyba było nasze ulubione słowo dnia. Zresztą, nie tylko dzisiejszego. – Wkrótce pewnie dostaniesz takiej wenery, że ci kutas odpadnie, a wtedy zobaczymy, czy tak ci będzie do śmiechu.
- Wypluj to słowo – zażądał Finn, dla którego utrata prącia z pewnością byłaby gorsza niż obu rąk. – Wypluj, bo zapeszysz, a ja nie wiem, czy stać mnie na przeszczep prącia.
- Więc zamknij swój krzywy ryj.
Przebywając wśród samych facetów można było się spodziewać wielu kłótni, ale nigdy jakoś mocno to na nas nie wpływało. Gdyby na naszym miejscu były dziewczyny, pewnie zaraz by się na siebie poobrażały. My nie chowaliśmy urazy.
Każdy rozszedł się do swojego pokoju. Niemal od razu wywiesiłem na klamce kartkę z wymownym napisem „nie przeszkadzać”. Od razu poszedłem pod prysznic, zmywając z siebie zapach podróży, po czym wciągnąłem na siebie tylko bokserki i padłem na łóżko. Niedoceniony luksus.



Obudziło mnie pukanie do drzwi. Zwlokłem się z jękiem. Te parę godzin snu to wciąż było za mało.
- No idę, kurwa – rzuciłem, otwierając drzwi, za którymi oczywiście stał Jackson. Ten facet chyba nigdy nie spał. – Czego się do mnie dobijasz jak przekupa na targu?
- Bo zaraz przyjeżdża po nas Xavier i jedziemy na próbę. – Jackson spojrzał na mnie, jakbym zwariował. – Lepiej się ubieraj.
- Dobra. Daj mi pięć minut.
Mój strój na koncert niemal zawsze wyglądał tak samo: czarne spodnie i do tego ciemna koszulka. Mało miałem kolorowych rzeczy w szafie, większość była granatowa lub czarna. Nie widziałem się w innych kolorach. Szybko przemyłem sobie twarz zimną wodą, umyłem zęby i lekko rozczesałem włosy, choć wiedziałem, że za dwie godziny będą wyglądać tak, jakbym nie czesał się od tygodnia. Upewniłem się, że mam teksty piosenek i słuchawki, po czym wyszedłem, zamykając drzwi. Jackson czekał na mnie w korytarzu.
- Czy ty nigdy nie śpisz?
- Absolutnie nie – skwitował ze śmiechem. – I dobrze, ktoś was musi budzić.
Pół godziny później znowu byliśmy tam, gdzie zostawiliśmy sprzęt. Ktoś pomógł nam go wnieść na scenę, my w międzyczasie ustalaliśmy kolejność piosenek.
- Na koniec gramy ten nowy utwór, którego nie daliśmy na płytę – przypomniałem im. – Tylko nie zapomnijcie, bo to ma być gwóźdź programu.
- Nie zapomnimy, bo trujesz nam o tym, kurwa, od tygodnia – rzucił Finn, zasiadając przy swojej perkusji.
- Bo masz, kurwa, pamięć jak sitko – rzuciłem i poszedłem sprawdzić, czy obok mikrofonu mam przygotowany zapas wody. Jackson sprawdzał wzmacniacze, mieliśmy jeszcze parę chwil do rozpoczęcia koncertu, więc poszedłem do toalety. Zaczynało mnie ogarniać znajome podniecenie. Z daleka słyszałem już wrzeszczące tłumy. Idealnie. We krwi zaczynała krążyć mi adrenalina. Byłem ciekawy, czy jesteśmy puszczani gdzieś na żywo i czy w tym momencie rodzice razem z Alexią siedzą przed telewizorem. Cóż, Alexia na pewno siedziała, żeby pogapić się na Finna.
Ktoś wrzasnął, zapowiadając wyjście zespołu. Skądś popłynęła muzyka. Buchnęły światła. Tłumy wrzeszczały. Zaczęliśmy wychodzić, jak zwykle z ukrycia: Finn i Jackson lubili nagle pojawić się między tłumem, zwłaszcza dziewczynami, które piszczały na ich widok i robiły wszystko, by choćby dotknąć ich ramienia. Zack wynurzał się z kłębu dymu na scenie, a ja byłem uwidaczniany na samym końcu: miejsce przy mikrofonie zawsze było ciemne, dopiero, kiedy wszyscy już byli na scenie, światło było kierowane na mnie. Tak było i tym razem, niemal od razu mnie oślepiło, ale wynagrodziły mi to wrzaski tłumu.
- Witaj, Los Angeles! – zawołałem, kiedy muzyka umilkła. Mikrofon rozniósł mój głos we wszystkie strony, a ludzie zaczęli klaskać. – Dzisiaj, specjalnie dla was, zagramy kawałki z naszej pierwszej płyty!  
I nagle wszystko się zaczęło. Modliłem się tylko, by chłopaki pamiętali kolejność piosenek. Zaczęliśmy tak, jak było to zaplanowane. Kiedy zacząłem śpiewać, zniknęła cała moja irytacja i zmęczenie. Ta adrenalina, endorfiny, świadomość, że ci wszyscy ludzie przyszli tu, by nas posłuchać, koiła wszystkie moje obawy niczym balsam.
Nawet nie zauważyłem, kiedy minęła godzina. Ogłosiłem krótką przerwę i poszedłem szybko do toalety. Gardło zaczynało mnie boleć, ale to był dopiero początek. Musiałem jeszcze dać radę, choć byłem już nieźle spocony.  
Po drodze minąłem się z Jamesem.
- Liam! – Jego tubalny głos zatrzymał mnie wpół drogi do łazienki. – Czołem, brachu. Wyspaliście się?
- O dziwo, tak. Dzięki za pokoje. Naprawdę zostaniemy tu dłużej?
- Jak obiecałem, tak zrobię. Załatwiłem wam około trzech dni. To chyba spoko?
- Więcej niż zwykle.
- Tak właśnie myślałem. Przerwa ci się kończy. – Zerknął na zegarek. – Wracaj na scenę, chłopaku. Pogadamy potem.
Wkrótce głowa zaczęła mnie boleć od hałasu, ale graliśmy dalej. Ludzie dobrze się bawili, kołysali w rytm muzyki i śpiewali razem z nami, a to było najważniejsze. Nigdy nie określaliśmy się jako zespół, który specjalizuje się w jednym gatunku muzycznym. Graliśmy to, na co akurat mieliśmy ochotę: czasem był to rock, czasem pop, a czasem nawet pokusiliśmy się o jakiś wolniejszy, smutniejszy kawałek. Wtedy Zack i jego pianino byli niezastąpieni.
Wkrótce już prawie całkiem ochrypłem, ale pocieszałem się, że została nam już tylko ostatnia rzecz do zrobienia. Specjalna piosenka, całkowita nowość, której nie było na płycie, a nad którą spędziliśmy kilka ładnych wieczorów, pracując w pocie czoła. Bardzo mi na tym zależało, byłem ciekawy, jak odbiorą ją fani. Odchrząknąłem, zwilżyłem wargi i powiedziałem:
- A teraz nowość, piosenka, której nie zamieściliśmy na płycie, ale w którą włożyliśmy dużo pracy i serca.  
Widziałem, jak chłopaki przygotowują się do jej zagrania, spodziewałem się od razu usłyszeć znajome dźwięki, kiedy nagle zamiast tego usłyszałem potężny zgrzyt, który przeciął mi mózg na pół. Nie wiedziałem, co się działo. Zerknąłem pytająco na chłopaków, ale mieli takie same miny. Nagle skądś popłynęła muzyka – z głośników. Kompletnie inna od naszej, prawdę mówiąc spodziewałbym się ją usłyszeć na początku jakiegoś ckliwego filmu. Co się tu, kurwa, działo?
Wtedy rozległ się też śpiew. Na scenę weszła nagle jakaś dziewczyna, trzymając w ręku błyszczący mikrofon. Byłem już tak zmęczony, że z początku myślałem, że mam jakieś halucynacje. Ale nie. Podchodziła do mnie, zachowując się, jakby to było całkiem normalne, że wparowała nam na scenę i popsuła harmonogram koncertu. Nie wiedząc, co zrobić, nieco usunąłem się w cień i z nienawiścią wpatrywałem się w tą laskę, która nagle zajęła moje miejsce i dalej śpiewała. Ja pierdolę. Skąd ona się w ogóle tu wzięła? Ktoś musiał maczać w tym palce. Wszystko było przygotowane – muzyka, idealny moment na wejście. Narastała we mnie wściekłość. Nie miałem już okazji zaprezentowania naszego nowego hitu, bo ta paniusia wszystko zepsuła.
W końcu skończyła śpiewać, po czym ukłoniła się z wdziękiem. Publiczność szalała. Zachowywali się tak, jakby ją znali. Pewnie uznali, że to właśnie był ten zapowiadany przeze mnie moment.
Kończył nam się czas. Razem z chłopakami pożegnaliśmy publiczność, po czym od razu przeszliśmy za kulisy. Nawet nie zerknąłem na tą dziewczynę. Musiałem znaleźć Jamesa.
Znalazłem go siedzącego na wzmacniaczu i wcinającego frytki.
- Co to, kurwa, miało być?! – warknąłem, podchodząc do niego szybko.
James westchnął ciężko i odłożył kartonik z frytkami na wzmacniacz, po czym wstał i otrzepał ręce.
- Tak myślałem, że się wkurwisz, ale uspokój się, chłopaku.
- Mam się uspokoić? Co to miało być? Ustalaliśmy przecież, że na koniec damy najnowszą piosenkę, a tu nagle wbija mi jakaś laska i rozpieprza cały harmonogram. Czemu mi nie powiedziałeś?
- Bo wiedziałem, że się nie zgodzisz.
- No raczej, że nie! – wybuchłem. – Co to w ogóle za jedna?
- Nie znasz jej?
- Jasne, kurwa, że nie znam. Mam znać każdą laskę, która wpieprza mi się na scenę?
- Uspokój się. Jak zwykle przesadzasz. To była zwykła promocja.
- Niby czego?
James skądś wytrzasnął jakąś ulotkę i podał mi ją. Wkurzony, wyrwałem papier z jego ręki. Patrzyłem na ulotkę jakiegoś filmu, który chyba niedawno wszedł do kin. Na zdjęciu znajdowała się najprawdopodobniej ta dziewczyna ze sceny.
- Nadal nic z tego nie rozumiem.
- Jej agent skontaktował się ze mną dwa dni temu, to mój stary znajomy. Potrzebowali na szybko wypromować film piosenką. Nie było sensu organizować koncertu dla pojedynczej piosenki, dlatego poprosił mnie, by dziewczyna mogła ją zaprezentować pod koniec naszego. Zgodziłem się, ale ty, oczywiście, jesteś w gorącej wodzie kąpany, dlatego nic ci nie powiedziałem. – Spokojnie wrócił do jedzenia frytek, podczas gdy ja patrzyłem się na niego z niedowierzaniem.  
- Serio, kurwa? Co ja mam do tego? Mam w dupie ten film i promujące piosenki. – Odrzuciłem od siebie ulotkę. – To nie leży w moim interesie.
- Ale leży w moim. – James przybrał srogi ton, choć z tymi frytkami wyglądał jak stary wyjadacz. – To ja jestem agentem, a nie ty. Jeśli postanawiam, że ta dziewczyna może się trochę u nas wypromować, to tak będzie.
- Ledwo co nas udało się wypromować, a ty chcesz robić za organizację dobroczynną?
- Zamknij się. Już postanowiłem.
- Mam nadzieję, że to był tylko jeden raz – rzuciłem i już miałem wyjść, kiedy James dodał:
- Na pewno był to pierwszy raz. Co do reszty, jeszcze nie jestem pewien. Ale lepiej się z nią zaprzyjaźnij.
- Nie będę zaprzyjaźniał się z jakąś cizią, która rozpieprza mi koncert swoimi ckliwymi balladami – rzuciłem ostro.
- Cizią? – Usłyszałem za sobą wysoki, rozbawiony głos. – Właściwie to wolę być nazywana po imieniu, ale jakoś zniosę i cizię.  
Odwróciłem się gwałtownie. Dziewczyna ze sceny stała za mną, wyraźnie rozbawiona, wyprostowana, z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej. Dopiero teraz mogłem ją zobaczyć w normalnym świetle. Miała długie włosy, prawie czarne, szczupłą, acz dobrze zbudowaną figurę i ciemny makijaż. Chyba też lubiła ciemne kolory. Miało to jednak dla mnie całkiem zerowe znaczenie, bo dalej byłem wściekły.
- Spokojnie – dodała. – Może jednak jakoś się zaprzyjaźnimy.
- Nie sądzę – burknąłem i wyminąłem ją gwałtownie. Słyszałem, jak jeszcze coś mówiła do Jamesa. Potem rozległ się stukot jej obcasów i dziewczyna mnie dogoniła.
- Ale jesteś nerwowy. Widzę, że twój agent o niczym ci nie powiedział – zagaiła.
- Nie powiedział. – Pchnąłem drzwi prowadzące na zewnątrz, na tył sceny. Musiałem odetchnąć świeżym powietrzem. Liczyłem, że dziewczyna zostanie w środku, ale poszła za mną. – Jakoś zapomniał wspomnieć o tak ważnym szczególe.
- Właściwie to wcale mnie to nie dziwi, patrząc na twój charakter.
- Masz jakiś problem? – Wbiłem w nią ostre spojrzenie. – Bo to ja mam prawo się wściekać, a nie ty. Wbiłaś w wyjątkowo nietrafionym momencie. Mieliśmy zagrać naszą najnowszą piosenkę, nad którą ślęczałem przez wiele nocy i naprawdę mi na niej zależało. Przez ciebie nie ujrzała światła dziennego.
- Przepraszam – powiedziała, ale nie wyglądała na skruszoną. – Ale wiesz, to nie była moja wina. Twój agent kazał mi wejść w tym momencie.
- Dobra. Super. Wszystko jasne. Możesz już sobie iść?
- Zawsze jesteś taki niemiły?
- A ty zawsze jesteś taka natrętna? – Spojrzałem na nią wściekle.
- Zwykle nie, ale ty jesteś prawdziwym wrzodem na dupie. – Patrzyła na mnie z góry. – W sumie to nie wiem, czy mam ochotę promować się akurat u was.
- Naprawdę nie musisz. Droga wolna.  
Już się odwracała, by wrócić do środka, kiedy ponownie odwróciła się w moją stronę.
- Dlaczego tak ci zależało na tej piosence?
Przymknąłem oczy, pocierając je.
- Nie widzę powodu, dla którego miałbym ci się zwierzać, kobieto.
- Kobieto? Najpierw byłam cizią, a teraz nagle przechodzimy do formalności? – prychnęła i podeszła do mnie bliżej. Poczułem zapach jej perfum. Jej długie włosy otarły się o moje nagie ramiona, co odczułem jako mrowienie. – Masz jakieś imię?
- Z tego co wiem, każdy ma.
- Zdradzisz mi chociaż to?
- Liam – powiedziałem, pragnąc, by sobie już poszła.
- Świetnie. Bardzo ładne imię. Żeby ułatwić ci nazywanie mnie, podam ci swoje, jeśli raczysz się do mnie odwrócić.
Westchnąłem ze znużeniem i posłusznie się do niej odwróciłem.
- Tak lepiej – uśmiechnęła się, choć w ciemności ledwo ją widziałem. Podała mi delikatną dłoń. – Jestem Valentina. Valentina Martínez.
- Martínez? – powtórzyłem, ściskając jej rękę. – Nie jesteś stąd.
- Brawo. Może jednak nie jesteś tak głupi, na jakiego wyglądasz. – Puściła mnie, wyraźnie zadowolona. – Jestem w połowie hiszpanką, w połowie włoszką.  
To by wyjaśniało jej akcent, na który dopiero teraz zwróciłem uwagę.
- Super. Fajnie cię poznać – mruknąłem. – A teraz, mogłabyś zostawić mnie samego?
W końcu mnie posłuchała. Zostałem sam. Kopnąłem mocno kamień leżący na drodze, bo dalej byłem wściekły. Ta piosenka wiele dla mnie znaczyła. Dużo mnie kosztowało, by ją napisać tak, jak tego chciałem. Włożyłem w nią serce i cały mój ból. Piosenka była o dziewczynie, która złamała mi serce.

2 161 czyt.
93%154
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 5453 słów i 30128 znaków.

4 komentarze

 
  • Wiki♡♧

    Wiki♡♧ · 22 marca · 211637633

    No i jest nareszcie cudo ❤❤

  • agnes1709

    agnes1709 · 20 marca

    Kto się czubi...

  • Speker

    Speker · 19 marca

    Supper. Fajnie, że nas nie zostawiłaś
    Zapowiada się super opowiadanie. Wieczory z candy!
    Czekam na następne części

  • Lolissss

    Lolissss · 19 marca · 193629815

    No to już nie mogę się doczekać aby poznać te cizie co mu serce zniszczyła!