Kiedyś ci wystarczę - 16| Zemsta jest jedynie wyrazem słabości

Z samego rana dostałem MMS-em zdjęcie Alexii i jej chłopaka. Skutecznie wiedziała, jak popsuć mi poranek. Jeszcze nawet nie zdążyłem wypić kawy, a już miałem przed oczami buca, który zbałamucił moją siostrę. Różnicę między nimi było widać gołym okiem: ona roześmiana, z wesołymi iskierkami w oczach, obejmująca chłopaka z całej siły. On, choć elegancki, to jednak widać, że starszy, zdystansowany, z ledwo widocznym uśmiechem. Aż ciarki przechodziły. Moja siostra była stanowczo zbyt młoda duchem i zbyt naiwna, by zbudować z kimś takim prawdziwy związek. Wiedziałem, że chciała mojego poparcia, chciała, bym podzielił jej szczęście. Ale nie potrafiłem. Ten facet nie był dla niej dobry. Nie zasługiwał na nią. Miałem wrażenie, że moja siostra skończy przez niego ze złamanym sercem.
Odesłałem jej uśmiechniętą buźkę i nic więcej. Nie chciałem wylewać jej swoich żali, ale też nie zamierzałem udawać, że ten cały Chistopher mi się nie podobał.
Gdy w końcu zwlokłem się na śniadanie, znowu usiłowałem pogadać z Grace o naszej sytuacji, ale ponownie mnie zbyła. Stwierdziła, że ma „te dni” i koniecznie musi poleżeć w łóżku.  
- To znaczy, że nie przyjdziesz na koncert?
Wywróciła oczami.
- A co się takiego stanie, jeśli nie pójdę? W końcu jestem prawie na każdym. Znam już wasze piosenki na pamięć. Ile można w kółko słuchać tego samego?
W sumie miała trochę racji. Kiedy odeszła, zastanowiłem się, czy wiadomość o jej nieobecności raczej mnie ucieszyła, czy zmartwiła. Chyba ani jedno, ani drugie. Ani mnie to ziębiło ani grzało. Wkurzało mnie jednak to, że gdy w końcu zbierałem się na poważną rozmowę, to ona uciekała. I jeszcze miała czelność zarzucać mi, że to ja ją zbywam. Te baby były niereformowalne.
- Ile Grace właściwie miała z nami zostać? – Wyrwało mnie z zamyślenia pytanie Jacksona.
- Hm… – Musiałem się mocno skupić, by być w stanie mu odpowiedzieć. – A bo ja wiem? Chyba mówiła coś o jakichś trzech tygodniach. Nie pamiętam.
- Minęły już na pewno ponad trzy. Dostała aż tak długi urlop?
- Dobre pytanie. Nie zastanawiałem się nad tym – przyznałem. – Prawdę mówiąc, zaczęła mnie trochę męczyć. Chciałem z nią o tym pogadać, ale zwiała do pokoju.
- Zawsze możesz iść z nią.
- Daruję to sobie. – Wzruszyłem ramionami. – Wolałbym skupić się na innych rzeczach.
- Na przykład?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo zobaczyłem Valentinę, zbliżającą się do nas powolnym krokiem. Serce zabiło mi mocniej. Nie zeszła na śniadanie, więc zacząłem się zastanawiać, gdzie się podziewała. Do głowy wpadła mi nawet myśl, że może coś się jej stało, ale nie chciałem być nachalny i sprawiać wrażenia, jakbym się tym przejmował. Mimo wszystko ulżyło mi, gdy ją zobaczyłem.
- Cześć – rzuciła, jakby nieśmiało, zbliżając się do nas. – Chciałam was zaprosić na kolację. Dzisiaj, po koncercie. – Lekko się zarumieniła. W sumie brzmiało to tak, jakby zapraszała nas wszystkich na randkę.
- Kolację?  
- Tak. Ja stawiam.
- Z jakiej to okazji? – zainteresował się Finn, wpychając do ust resztki kanapki i wstając od stołu. – Poczekaj, nie mów. – Uniósł palec do góry. – Nieważne. Skoro stawiasz, będę tam.
Zapewne miał to być żart, ale i tak miałem ochotę go zabić. Było jasne, że Valentina chciała spędzić z nami swoje urodziny, najwyraźniej uznawała nas za przyjaciół, a tego głupka interesowało tylko, co będzie mógł wrzucić do swojego żołądka.  
Valentinie chyba zrobiło się trochę przykro, ale niezrażona, dodała:
- Cieszę się, że będziesz. Okazja jest taka, że mam urodziny. Chciałabym je z wami spędzić.
- Czujemy się zaszczyceni – wtrącił Zack.
- No jasne, przyjdziemy – odezwał się Jackson. – Kto by chciał marnować czas na jakieś autografy, kiedy można spędzić wieczór z tobą, w dodatku świętując twoje urodziny. – Złapał jej rękę i delikatnie ją pocałował. – Wszystkiego najlepszego.
Gdyby zrobił to Finn, prawdopodobnie urwałbym mu rękę, ale wiedziałem, że ze strony Jacksona nie miałem się o co obawiać. Zresztą, Valentina nie była moja. Nie powinienem w ogóle być zazdrosny.
Tylko, kurwa, i tak byłem. I nic nie mogłem na to poradzić.
- Dziękuję. – Valentina zarumieniła się lekko, po czym zwróciła się do mnie: – Liam, oczywiście, ciebie zapraszam razem z Grace.
Cholerna Grace. Zdążyłem już o niej zapomnieć. Momentalnie skrzywiłem się w duchu na myśl, że będę musiał jej powiedzieć o kolacji z Valentiną. Wiedziałem, że była na nią cięta, a nie zamierzałem dokładać oliwy do ognia.  
Myślałem, że skoro Grace zobaczyła mnie z Valentiną w ogrodzie, zaraz będzie wszczynała kłótnię, ale ona milczała. Nie odezwała się ani słowem na ten temat, więc sam już nie byłem pewien, co tak naprawdę widziała. Wolałem założyć, że widziała raczej niewiele, bo nie miałem głowy do następnych kłótni.
Skinąłem szybko głową.  
- Źle się dziś czuje, więc nie jestem pewien, czy przyjdzie, ale ja na pewno się pojawię – powiedziałem, nie wyobrażając sobie, że mogłoby mnie tam nie być.
- Świetnie. W takim razie, do wieczora. Wyślę wam adres smsem – dodała, po czym odwróciła się na pięcie i zaczęła wychodzić ze stołówki. Gapiłem się na nią, dopóki Jackson nie klepnął mnie w plecy.
- Uważaj, bo ci ślinka pocieknie.
- Bardzo śmieszne – skwitowałem, odwracając wzrok od Valentiny. – Wcale się na nią nie gapiłem.
- Ahaś. A ja jestem kurczakiem.



Na koncercie byłem w stanie myśleć tylko o kolacji. Wysłałem Grace smsa z informacją, że Valentina nas zaprosiła, ale jeśli źle się czuje, to nie musi iść. Pilnowałem się, żeby nie napisać „nie musimy iść”, żeby nie pomyślała, że zostanę z nią wieczorem. Musiała w końcu zrozumieć, że nie łączyło nas nic poza okazjonalnym seksem. Skoro nie chciała ze mną rozmawiać, musiała to pojąć po cichu.  
Wszyscy wróciliśmy jeszcze na chwilę do hotelu, by się umyć i przebrać. Zrobiłem to w ekspresowym tempie, nie mogąc się doczekać tej kolacji. Sam nie wiedziałem, co się ze mną działo. W końcu nie była to kolacja sam na sam z Valentiną, a i tak się cieszyłem. Nie mogłem pojąć, jakim cudem nagle stała się dla mnie taka ważna. Gdy poszliśmy na kolację sami, w ogóle tego nie doceniłem. Uczepiłem się Grace, tak jakby była moją ostatnią deską ratunku.  
Właśnie, Grace. Nie odpisała na moją wiadomość, więc musiałem pofatygować się do niej osobiście, by spytać, czy zamierza z nami iść. Chyba po cichu liczyłem na odmowę. W końcu źle się czuła. Oczywiście, nie życzyłem jej źle, ale potrzebowałem jakiegoś oddechu, chwili bez niej.  
Zapukałem mocno w drzwi.
- Grace? Mogę wejść?
Nie otwierała, nie słyszałem żadnego dźwięku dochodzącego zza drzwi, więc uznałem, że pewnie śpi. Już miałem się odwrócić i odejść, kiedy drzwi nagle się otworzyły. Ze środka wyszła nagle Grace, ubrana w obcisłą różową sukienkę. Prawie opadła mi szczęka, tym bardziej, że nigdy nie widziałem jej w takim stroju – nawet na naszą randkę przyszła w spodniach – ale głównie nie spodziewałem się jej w ogóle zobaczyć.
- Widzę, że czujesz się lepiej – mruknąłem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Owszem. – Była jakaś wyniosła. – Miło ze strony Valentiny, że nas zaprosiła. Ma urodziny?
- Mhm.
- Cudownie.
Jej zaciśnięte w kreskę usta świadczyły, że chyba jednak nie było to tak cudowne, jak mówiła. Zastanawiałem się, po jaką cholerę się tak odstroiła. W końcu to był dzień należący do Valentiny, a nie do niej. Zresztą, podobno źle się czuła. Słabo się znałem na tych kobiecych dniach, ale podobno dolegliwości były dość intensywne. Nie powinna przypadkiem założyć na siebie czegoś luźniejszego?
Naprawdę nie ogarniałem kobiet.
Cóż, postanowiłem w milczeniu zaakceptować fakt, że Grace jednak wybierała się razem ze mną na kolację. Nie wiedziałem tylko, co jej powiedzieć. Może w ogóle nie należało nic mówić? Przestałem już orientować się w sytuacji. Grace bardzo lubiła się na mnie obrażać, nic mi o tym uprzednio nie mówiąc. Może to była kolejna z tych sytuacji, kiedy łapała focha cholera wie o co.
Zerknąłem na komórkę, która właśnie zawibrowała:
VALENTINA: Czekamy na Was pod hotelem.
W milczeniu zeszliśmy z Grace na dół. Zdążyłem już zauważyć, że miała na sobie szpilki, w których chyba niekoniecznie umiała chodzić, bo kołysała się na nich jak nowonarodzona łania. W końcu wyszliśmy na zewnątrz. Spodziewałem się jakiejś taksówki, ale zamiast niej ujrzałem naszego busa oraz Xaviera.
- No, jesteście – mruknął Finn, jak tylko wsiedliśmy do środka. – Ile można na was czekać? Co, pewnie jeszcze musieliście coś załatwić przed kolacją? – Uśmiechnął się zbereźnie. – O tak, Finn rozumie…
- Przymknij się – poradziłem mu, mając nadzieję, że się zamknie.
- Co, powiedziałem coś nieodpowiedniego? Daj spokój, przecież wszyscy jesteśmy tu jedną wielką rodziną. Co nie? – Szturchnął Valentinę łokciem niczym dobrego kumpla. – Nie miałbym nic przeciwko wielkiemu rodzinnemu spotkaniu, jeśli wiecie, o co mi chodzi…
- Finn, zamknij się, brachu, o ile ci życie miłe – wtrącił się, o dziwo, Xavier, zatrzaskując drzwi od strony kierowcy. – Jesteś wśród dam. Zachowuj się.
- Jak ci się udało namówić Xaviera, by nas zawiózł? – Zwróciłem się do Valentiny, nie kryjąc podziwu. – Nas nigdy nie chciał wozić, gdy nie chodziło o koncert.
- On też idzie z nami na kolację – powiedziała łagodnie. – Nie jest tylko szoferem, ale poniekąd częścią zespołu. Zasługuje na to.
W sumie miała rację i aż głupio mi się zrobiło, że dotąd myślałem o Xavierze tylko w charakterze osoby, która woziła wszędzie nasze leniwe dupy. Skinąłem powoli głową i wykorzystałem fakt, że Grace wypatrywała przez okno, by przyjrzeć się Valentinie. W ogóle nie było widać po niej, że dziś postarzała się o rok. Jej twarz wyglądała świeżo i rześko, włosy miała delikatnie pofalowane. Ubrana była w nieco luźną, zwiewną, białą sukienkę w kwiaty. Do twarzy jej było w bieli. Ładnie kontrastowała z jej ciemnymi włosami. Jej powieki błyszczały, chyba nałożyła na nie jakiś połyskujący cień. Zawsze wyglądała pięknie, ale dziś wyglądała też jednocześnie niewinnie i kobieco. Zerknąłem na Grace i jej ostentacyjną sukienkę. Trochę przypominała mi w niej Sofíę, a to automatycznie mnie odrzucało. Róż raził mnie po oczach, podobnie jak jej kaczy chód na tych szpilkach. Wyglądała, jakby za wszelką cenę starała się wyglądać pociągająco i pewnie tak było – dla takiego na przykład Finna nie robiło to żadnej różnicy. Gdybym to jednak ja miał wybierać, bez chwili wahania wybrałbym Valentinę, a nie kobietę odzianą w coś takiego, niemal podaną mi na tacy, prawie rozebraną, taką, która po jednej nocy nie ma już nic do zaoferowania, bo wszystko oddała ci od razu.
Valentina była niepowtarzalna i tyle.
Mimowolnie podłapałem wzrok Finna, który zatrzymał się na odsłoniętych nogach Valeniny, zakończonych czarnymi obcasami. Obserwowałem go przez chwilę, licząc, że zaraz zacznie się gapić na coś innego, ale on – kurwa, no nie wierzę – nagle się oblizał. Prawie niezauważalnie, ale jednak. Bezczelnie gapił się na nią i oblizywał się jak zwierzę.
Kurwa. Zmieniłem zdanie. Zabiję go dwa razy.
Upewniłem się, że pudełeczko od jubilera dalej tkwiło w mojej kieszeni.
W końcu dojechaliśmy na miejsce i razem z Xavierem weszliśmy do restauracji. Mieliśmy już zarezerwowany stolik. Pomieszczenie było bardzo ładne, utrzymane w beżowo-czarnych kolorach, z sufitem pokrytym niezliczoną ilością drobnych światełek. Usiedliśmy na zaokrąglonej kanapie przy stoliku i niemal od razu zjawiła się przy nas kelnerka, rozdając nam karty. Chciałem usiąść blisko Valentiny, ale wylądowałem nieco dalej. Nawet Grace siedziała bliżej niej. No trudno. Mogłem przynajmniej obserwować, jak ślicznie się uśmiechała, rozmawiając z Xavierem. Akurat o niego nie musiałem się martwić.  
Później nagle, całkiem nieoczekiwanie, do rozmowy wtrąciła się Grace. Gdy tylko złożyliśmy zamówienia i poprosiliśmy o butelkę czerwonego wina, nagle zaczęła trajkotać jak katarynka. Nigdy za bardzo nie udzielała się w naszych rozmowach, więc zdziwiła mnie po raz kolejny. Gdy Xavier opowiadał Valentinie o swoim psie, nagle wtrąciła, że i ona ma psa. Dziesięć minut później znaliśmy już jego rasę, imię, historię narodzin oraz przebytych chorób. Patrzyłem na nią ze zmarszczonymi brwiami i nie mogłem pojąć, dlaczego streszczała nam historię życia swojego psa, kiedy wyraźnie nikogo to nie interesowało. Finn ostentacyjnie ziewał, Zack miał dość zakłopotaną minę, Jackson grzebał w swoim jedzeniu, a Valentina była jakaś zgaszona. Uprzejmie słuchała Grace, ale widziałem, że pod maską skrywała irytację. Prawdę mówiąc, ja też. Gówno mnie obchodziła historia jej Buddy’ego. Gdy w końcu skończyła, niemal odetchnąłem z ulgą, ale wtedy przeszła do opowieści o swoim kocie. Posłałem Jacksonowi zrozpaczone spojrzenie, a on spojrzał na mnie wzrokiem, który wyraźnie mówił „zaknebluj ją”. Grace jednak nalała sobie pełen kieliszek wina i nie wyglądała, jakby miała zamiar kończyć opowieść.
Ostatkiem sił dobrnęliśmy do końca dań. Gdy kelnerka zabrała nasze talerze, nagle skądś pojawił się tort – duży, biały, z kremowymi dekoracjami, obłożony owocami. Na spodzie tortu był ogromny czerwony napis „Valentina” i poniżej dwie cyferki. Wszyscy wstaliśmy. Reszta gości w restauracji zorientowała się w sytuacji i oni również wstali, podchodząc do nas z zaciekawieniem. Ktoś przygasił światło. Valentina uśmiechnęła się szeroko, kiedy wsadzone w ciasto fontanny tortowe zaczęły buchać płomieniami. Wszyscy wokół zaczęli śpiewać „sto lat”. Mimowolnie uśmiechałem się szeroko, widząc, jak Valentina cieszyła się z tego tortu i z faktu, że wszyscy goście przyłączyli się do świętowania choć na krótką chwilę. Wyciągnąłem z kieszeni komórkę, by uwiecznić ten moment. Wyglądała pięknie, gdy jej twarz oświetlały złote promienie. Pomyślałem, że będzie chciała to pamiętać. Pstrykałem zdjęcia jedno za drugim, kiedy płomienie się wypaliły i na torcie zostały już tylko palące się świeczki w kształcie cyferek. Valentina pochyliła się, by je zdmuchnąć. Przygotowywałem się właśnie do kolejnego ujęcia aparatem, kiedy nagle rozległ się cichy brzdęk. Przez chwilę nie miałem pojęcia, skąd się wziął, zwłaszcza, że Valentina zdążyła zdmuchnąć świeczki, a wokół rozległy się brawa. Po chwili jednak cały czar prysł. Nagle na jej sukience wykwitła czerwona plama. Zerknąłem na stół, na którym leżał przewrócony kieliszek, którego cała zawartość wylała się na sukienkę Valentiny. To był kieliszek Grace.
Posłałem jej zdumione spojrzenie, a ona sama nie wyglądała, jakby przewróciła kieliszek przypadkiem. Jej usta dalej były zawistnie zaciśnięte, ale przybrała niewinny głosik i rzuciła:
- Och… przepraszam.
Ludzie zaczęli chrząkać, niepewni, co dalej robić. Stałem bezradnie, podzielając ich uczucia. Valentina rzuciła Grace rozżalone spojrzenie, po czym wymamrotała przeprosiny i wymknęła się do łazienki. Ludzie zaczęli wracać do swoich stolików. Zakłopotana kelnerka miała kroić tort, ale mruknęła, że może lepiej poczeka, aż solenizantka wróci i wycofała się. Finn gapił się na tort maślanym wzrokiem, ale ja byłem wściekły. Tak wściekły, że ledwo panowałem nad sobą.
- Musiałaś to zrobić? – warknąłem w stronę Grace. – Musiałaś zepsuć jej urodziny?
Wyprostowała się dumnie i spojrzała na mnie, urażona.
- To był wypadek. Przecież nie zamierzałam wylać na nią wina.
- Naprawdę? Coś mi się zdaje, że jednak zamierzałaś – syknąłem. Grace aż poczerwieniała, ale nie wyglądała na skruszoną. Dopiero teraz wszystko zaczęło do mnie docierać. Ubiór Grace, jej gadanina, i jeszcze to. Chciała zepsuć Valentinie wieczór, który powinien należeć tylko do niej. Miała w końcu urodziny, na litość boską. Grace idealnie to zepsuła. Chyba jednak w ogrodzie widziała więcej niż mi się wydawało i postanowiła się zemścić. Pięknie, kurwa, pięknie.
Kątem oka zobaczyłem, jak Valentina wychodzi z łazienki, ale zamiast wrócić do stolika, kieruje się na zewnątrz. Rzuciłem komórkę na stolik i nie mówiąc już nic, wstałem i wyszedłem za nią. Tym razem Grace mocno przesadziła.
Znalazłem Valentinę opartą o ścianę restauracji. Jej sukienka dalej była nasiąknięta winem, choć plama była nieco bledsza.
- Przepraszam za Grace – powiedziałem, stając przed nią. Nie wiedziałem, co jej powiedzieć. – Myślę, że zrobiła to specjalnie.  
- Też tak myślę. – Podniosła na mnie smutny wzrok.
- Nie sądziłem, że mogłaby zrobić coś takiego. – Dalej ją usprawiedliwiałem. Właściwie, po co? – Ale jak widać, jest inna, niż sądziłem. Może rzeczywiście powinienem z nią skończyć.
- Zrób, co uważasz za słuszne. Z mojej strony nie musisz się obawiać żadnych nacisków ani szantaży. – Była tak smutna, że aż serce mi się ścisnęło.
- Na pewno chodzi tylko o Grace? – zapytałem, przypatrując się jej uważnie.
Valentina westchnęła.
- Sofía dziś dzwoniła. – Uśmiechnęła się kwaśno. – Złożyła mi życzenia. Tak jakby spodziewała się, że jeszcze się ucieszę i jej podziękuję.
- Zgaduję, że się nie ucieszyłaś.
- Powiedziałam, żeby wsadziła sobie te życzenia w jej wielki tyłek.
Parsknąłem urywanym śmiechem, bo dziwnie mi było słyszeć takie słowo z ust Valentiny.
- Tak czy inaczej, chyba nie jestem lubiana. – Zerknęła na swoją poplamioną sukienkę. – A sukienka pójdzie na śmietnik. Szkoda. Lubiłam ją.
- Grace powinna ci zapłacić…
- Nie zrobi tego. Zresztą, przecież nie oskarżymy jej, że zrobiła to celowo. Może rzeczywiście to był przypadek.
Tym razem ja prychnąłem.
- Nie sądzę. Była na ciebie cięta od początku. Widziała nas w ogrodzie. Chyba chciała się zemścić.
- Niby za co? – Zajrzała mi głęboko w oczy. – Przecież nie robiliśmy nic szczególnego.
Nic szczególnego? Dla niej było to nic? Naprawdę nie widziała, że moje serce biło szybciej, gdy byłem przy niej? Nie widziała, jak się na nią patrzyłem?
Nie chciałem dłużej ciągnąć tego tematu, więc jedynie odchrząknąłem i wyciągnąłem z kieszeni pudełko.
- Nie wiedziałem, czy będziesz chciała przyjąć ode mnie cokolwiek… – zacząłem, wyciągając pudełeczko w jej stronę. – Ale chciałem ci coś podarować, choć kompletnie nie wiem, czy ci się spodobają. Tak czy inaczej, gdy je zobaczyłem, od razu pomyślałem o tobie.
Mówiłem prawdę. Nie miałem pojęcia, co jej kupić, więc łaziłem bez celu po centrum handlowym, zaglądając do różnych sklepów. Bez skutku. W końcu na wystawie u jubilera zobaczyłem te kolczyki. Były srebrne, a na ozdobnej zawieszce kołysał się kolorowy kamień. Sprzedawczyni pokazała mi, jak mienił się kolorami w zależności od kątu, pod jakim się na niego patrzyło. Zmieniał też kolor w zależności od światła. Od razu skojarzyło mi się to z Valentiną i jej kolorowymi sukienkami. Też zawsze się mieniła, tak jak ten kamyk, więc nie myśląc długo, od razu kupiłem te kolczyki.  
Powoli wzięła ode mnie pudełko i otworzyła wieczko. Kamień nie był dobrze widoczny w świetle latarni, ale dało się go zauważyć. Z niepokojem obserwowałem twarz Valentiny. Uśmiechnęła się lekko.
- Są piękne. Dziękuję. – Założyła z powrotem wieczko. – Nie musiałeś mi ich kupować.
- Chciałem.
- Naprawdę ci dziękuję. To chyba… – urwała. – To na pewno najmilszy akcent tego dnia.
Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem jej pocałować, jeszcze nigdy nie myślałem o tym tak poważnie. Sytuacja właściwie była idealna – kompletnie odciąłem się od Grace, Valentina miała urodziny, właśnie podarowałem jej prezent, a ona stwierdziła, że poprawiłem jej ten dzień. Może powinienem zakończyć to pocałunkiem. Może powinienem wreszcie przestać tyle myśleć, a zacząć robić. Ile jeszcze miałem się powstrzymywać? Z Valentiną było po prostu tak cholernie inaczej. Bałem się, że zepsuję to, co się działo między nami, więc nie robiłem nic. Czy to na pewno był dobry pomysł?
Dość tego, Miller. Zacznij działać.
Dokładnie w momencie, gdy pochylałem się, by w końcu posmakować jej ust, ona nagle odepchnęła się od ściany.
- Powinnam wracać do środka. Ty też. Spróbujmy w końcu tego tortu.
Nie czekając na mnie, odeszła w kierunku drzwi, a ja byłem tak zły, że zacisnąłem dłoń w pięść i w przypływie irytacji rąbnąłem nią w ścianę budynku. Tak to właśnie, kurwa, jest, jak się ma opóźniony mechanizm działania. Brawo, Liam, możesz oficjalnie przybić sobie piątkę.  
Zrezygnowany, powlokłem się za Valentiną. Wróciliśmy do stolika, ona z powrotem się uśmiechała. Pokroiła tort, rozdała każdemu po kawałku. Ja na jej miejscu rzuciłbym Grace tym tortem w twarz.
Prawie nie jadłem swojej porcji, bo byłem zbyt zajęty wpatrywaniem się w nieprzeniknioną twarz Valentiny. Czy kiedykolwiek się przede mną otworzysz i dasz mi się poznać?
Chyba nie znałem odpowiedzi na to pytanie.

548 czyt.
100%143
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 4023 słów i 22059 znaków.

3 komentarze

 
  • Lula

    Lula 17 kwietnia

    Valentinie podoba się Liam ale to dumna kobieta 😁😄

  • agnes1709

    agnes1709 17 kwietnia

    Cudownie. Chcę jeszcze!

  • Speker

    Speker 17 kwietnia

    Perfidność kobiet jest nieodgadniona. Ja bym sieknął Grace tym tortem przez jape. Małpa
    Liam, chłopie weź się w garść i zacznij działać. Od razu widać, że ciągnie go do niej
    Superancko