Kiedyś ci wystarczę - 28| Rozbijam się, uderzam o mur, potrzebuję cudu

Wróciliśmy do sali, gdy oboje trochę ochłonęliśmy na świeżym powietrzu. Kupiłem Alexii w automacie czekoladę, która tym razem była maksymalnie gorąca. Czułem falę wściekłości, ilekroć patrzyłem na jej zaczerwieniony policzek, ale starałem się już nie tracić nad sobą panowania. Widziałem, że się mnie trochę bała, a nie chciałem tego.
Gdy weszliśmy, tata najpierw zerknął dość pobieżnie w naszą stronę. Dopiero po chwili zmarszczył brwi i przyjrzał się nam uważniej. Dostrzegł policzek Alexii i moją rękę, która zaczęła już sinieć.
- Boże, co wam się stało? – Gwałtownie podniósł się z krzesła. – Biliście się z kimś?
- Tylko Liam się bił – mruknęła Alexia, siadając z powrotem na swoim fotelu i obejmując kubek czekolady tak, jakby był jej jedynym ratunkiem. Tata spojrzał na mnie pytająco. Nie chciałem mówić wszystkiego na głos, więc po prostu pokazałem na Alexię i bezgłośnie powiedziałem: Christopher. Tacie lekko rozszerzyły się oczy. Mógł się tylko domyślać, co dokładnie się stało, ale od razu podszedł do Alexii, by ją przytulić. Ja w międzyczasie wyszedłem, by znaleźć jakieś kostki lodu, bo dłoń piekła mnie niemiłosiernie.  
Straciłem rachubę, która była godzina. Gdy przywieźli mamę na salę pooperacyjną, był już wieczór. Nawet tego nie zanotowałem, bo gdy wyszedłem za Alexią i Christopherem, wokół świeciło tyle latarni, że właściwie było całkiem jasno. Zresztą, skupiłem się na czym innym, a nie na godzinie. Musiało być już cholernie późno. Czułem piasek pod powiekami i marzyłem o śnie, ale wiedziałem też, że nie będę w stanie zasnąć. Na samą myśl, że mama mogła umrzeć w momencie, gdy ja słodko spałem, przechodziły mnie ciarki.
Pomyślałem o Valentinie. Siedziała sama w pustym mieszkaniu. Jednocześnie chciałem i nie chciałem być obok niej. Pragnąłem ją przytulić, poczuć jej ciało i obecność, ale z drugiej strony nie chciałem myśleć o moich sprawach, kiedy mama wciąż leżała nieprzytomna. Szczęście w nieszczęściu, że przynajmniej odkryłem prawdziwą twarz Christophera. Szkoda tylko, że w taki, a nie inny sposób.  
Właśnie wyciągałem komórkę z kieszeni, by zobaczyć, czy Valentina była dostępna, kiedy usłyszałem gwałtowne kroki w moją stronę. Przez chwilę byłem przekonany, że to Christopher wrócił, by oddać mi pięknym za nadobne, ale okazało się, że to byli tylko dziadkowie ze strony mamy. Babcia była przerażona, aż ledwo ją poznałem – nigdy nie widziałem, by tak wyglądała.
- Liam – wydyszała, podchodząc do mnie szybko i przytulając mnie. Uścisnąłem ją krótko. – Boże. Nie mogę w to uwierzyć. Co z mamą?
- Nadal nieprzytomna.
- W której sali leży?
Machnąłem ręką w odpowiednim kierunku i wymamrotałem, że muszę się przewietrzyć. Dziadkowie odeszli we wskazanym kierunku, a ja ruszyłem do głównego wyjścia. Zatrzymałem się jednak gwałtownie, bo nagle zobaczyłem przed sobą Valentinę. Musiałem zamrugać, by upewnić się, że dobrze widziałem, ale ona naprawdę tu była. Zbliżała się do mnie ze zmartwioną miną.
- Cześć – rzuciłem zdziwiony, podchodząc do niej i przytulając ją. – Co ty tu robisz? Jest środek nocy. Powinnaś spać.
- Nie mogłam. Musiałam tu przyjechać i zobaczyć twoją mamę. – Jej wielkie oczy były przepełnione smutkiem.
- Byłaś u niej?
- Tak, przed chwilą, chociaż z początku nie chcieli mnie wpuścić, ale twój tata powiedział, że mogę wejść. Rozmawiałam chwilę z nim i z Alexią. Nie chciałam przeszkadzać. – Zawahała się chwilę, po czym spuściła wzrok na moją posiniaczoną dłoń. – Alexia powiedziała mi, co się stało.
Westchnąłem, dotykając obolałych kostek.
- Musiałem to zrobić. Nie mogłem wytrzymać. Uderzył ją na moich oczach. Wyobrażasz to sobie?
- Dobrze, że cię powstrzymała. – Spojrzała na mnie lekko nagannym spojrzeniem. – Mogło się to dla ciebie tragicznie skończyć.
- Nie obchodzi mnie to – warknąłem, nagle poddenerwowany. – To moja siostra. Ten skurwiel ją uderzył. W tamtej chwili tylko to mnie obchodziło.
- Wiem. Nie obwiniam cię. Po prostu mówię, że…
- Wiem, co chcesz powiedzieć – warknąłem znowu, ale poczułem, że niepotrzebnie przelewałem na nią mój stres, więc wziąłem głęboki oddech i przetarłem oczy. – Przepraszam. Nie jestem na ciebie zły. Jestem tylko cholernie wykończony i…
- I twoja mama może umrzeć – powiedziała cicho, dotykając mojego przedramienia. – Rozumiem. Nie musisz mnie przepraszać.
Nagle jakieś dziwne uczucie ogarnęło moje ciało. Jakby za chwilę miało znowu stać się coś złego. Myślałem, że limit pecha się już wyczerpał, ale przeczucie, które mnie ogarnęło, nie zwiastowało niczego dobrego. Spojrzałem na Valentinę poważnym wzrokiem, marszcząc brwi.
- Po co naprawdę przyjechałaś? – spytałem, odsuwając się nieco od Valentiny. Przez jej twarz przebiegł jakiś cień. Wzięła głęboki oddech.
- Chciałam z tobą porozmawiać.
- Uważasz, że to dobry moment na rozmowy?
- Nie, dlatego chcę załatwić to szybko. – Patrzyła na mnie błagalnie. – Proszę, nie utrudniaj mi tego.
- Czego mam nie utrudniać? – Zmarszczyłem brwi jeszcze bardziej i poczułem, jak przenika mnie gwałtowny chłód. Nie podobał mi się ten obrót spraw.
Ponownie wzięła głęboki oddech i zrobiła krok do tyłu.
- Odchodzę – wymamrotała.  
Przez chwilę miałem wrażenie, że się przesłyszałem.
- Powtórz to, bo chyba źle słyszę – powiedziałem głosem wyprutym z emocji. – Właśnie mieliśmy rozpocząć wspólne życie, a ty mówisz, że odchodzisz?  
- Nasze wspólne życie nie uwzględniało Ashley – odparła chłodno Valentina, prostując się i patrząc na mnie z żalem.
Poczułem nagłą falę bólu głowy, która zaatakowała moje skronie. Nie miałem najmniejszej ochoty na dobitne tłumaczenie Valentinie tego, co się stało, ale wyglądało na to, że musiałem.
- Ashley już nie ma – powiedziałem dobitnie. – Coś sobie ubzdurała, że chce mnie odzyskać. Nie udało jej się. Powiedziałem jej, że jej nie chcę, że o niej zapomniałem. Już zniknęła sprzed drzwi mieszkania i mojego życia. Błagam, nie szukaj problemów na siłę.  
- Nie będę ryzykować – syknęła, a w jej oczach zamajaczyły się łzy. – Teraz, gdy się znowu pojawiła, ty znowu będziesz o niej myślał. Widziałam, jak trudno przychodziło ci zapomnienie o niej. Widziałeś ją w każdej napotkanej dziewczynie i to się nie zmieniło. To po prostu się nie uda.
Zacisnąłem mocno szczęki, z całych sił starając się nie wybuchnąć. Nie wierzyłem, że to naprawdę się działo. Ashley musiała naprawdę mocno zawrócić Valentinie w głowie, bo wiedziałem, że normalnie by tu nie przyjechała w takiej sytuacji i nie postanowiłaby tego, co mi właśnie oznajmiała. Była na to zbyt rozsądna. Wziąłem parę głębokich oddechów, by przypadkiem znowu nie stracić nad sobą kontroli, po czym powiedziałem powoli i wyraźnie:
- Valentina, proszę cię… posłuchaj mnie teraz uważnie. – Chwyciłem ją za rękę i zmusiłem, by na mnie spojrzała, bo wzrok wbiła w szpitalną podłogę. – Nie siedzisz w mojej głowie. Nie wiesz, o kim myślę i co myślę. Naprawdę uważasz, że chciałbym być z Ashley po tym wszystkim, co mi zrobiła? Z kobietą, która mnie zdradziła i okłamywała? Mając wybór między nią a tobą? – To wszystko wydawało się mi tak oczywiste, że aż czułem się głupio, mówiąc to na głos, ale chyba nie miałem innego wyjścia.  
Z jej oczu popłynęły łzy, gdy zaczęła mówić łamiącym się głosem:
- Nie, Liam, to tak nie działa. Działają uczucia i tęsknota. Nie musisz z nią być, wystarczy, że wróciła. Już wprowadziła zamęt. Widziałam twoje spojrzenie, gdy na nią patrzyłeś. Nie chcę wchodzić w związek, w którym będę na drugim miejscu.
Po jej słowach coś we mnie pękło. Puściłem ją, jakby mnie oparzyła. To już był kres moich nerwów. Nie byłem w stanie być spokojny, gdy wszystko wokół się pieprzyło. Nie chciała mnie. Czułem od początku, że nie traktowała mnie poważnie. Najpierw mnie przyciągała, w końcu odpychała. Gdy mnie zdobyła, od początku szukała pretekstu, by odejść. Miałem serdecznie dosyć zatrzymywania jej na siłę.
- Dobrze – powiedziałem lodowatym tonem, a Valentina otarła ukradkiem łzy. – Skoro tak chcesz, to zrób, co postanowiłaś. Odejdź. Skoro boisz się prawdziwego związku i prawdziwych uczuć, skoro wolisz ciągle uciekać, zamiast zaryzykować…
- Nazywasz mnie tchórzem? – przerwała mi.
- A jak ci się wydaje? – prychnąłem.
Staliśmy chwilę w milczeniu. Valentina ponownie wbiła wzrok w podłogę, ja czułem, jak moje serce rozdziera się na kawałki. Nie wiedziałem, w którą stronę mam pójść. Walczyć? Czy pozwolić jej odejść?
- Nie będę cię zatrzymywał – odezwałem się po dłuższej chwili. – Od początku dawałaś mi do zrozumienia, że nie traktujesz mnie poważnie. Nie będę tracił czasu na bycie czyjąś kolejną zabawką. Mogłem ci dużo dać. Chciałem to zrobić. Nie wiem, co takiego zobaczyłaś w moim spojrzeniu, że robisz mi coś takiego. Owszem, jesteś tchórzem – mówiłem dalej, dając upust swojemu zmęczeniu, strachu i gniewie. Już nawet nie obchodziło mnie, czy ją raniłem. Ona właśnie zraniła mnie. Nie słuchała. Nigdy mnie nie słuchała. – Mogłaś mieć prawdziwy związek z kimś, kto cię… – Nie dokończyłem, urwałem nagle, bo dobiegł mnie dźwięk szybko pikających maszyn. Dźwięk był głośny, ostry i irytujący. Nie od razu zorientowałem się, co to oznaczało. Dopiero, gdy ludzie wokół zaczęli wołać o defibrylator i pobiegli do sali, w której leżała mama, wszystko stało się jasne. Patrzyłem, jak tata i Alexia zostają niemal wyrzuceni na korytarz. Serce prawie mi stanęło. Nawet nie spojrzałem na Valentinę, tylko puściłem się biegiem. Usiłowałem wejść do sali, ale mi nie pozwolili. Patrzyłem przez szybę, jak przykładają do klatki piersiowej elektrody i oddają strzał. Na monitorze widniał płaski zapis. Nie, do cholery, to nie mogło się dziać naprawdę…
- Tachykardia komorowa. Podajcie epinefrynę! – usłyszałem ostry krzyk lekarza, który trzymał elektrody. – Odsunąć się!
W zwolnionym tempie widziałem, jak po raz kolejny przyłożył elektrody do ciała mamy, które po chwili gwałtownie podskoczyło. Monitor dalej pokazywał asystolię. Uświadomiłem sobie, że mam na twarzy łzy. Jeszcze wczoraj w życiu nie pomyślałbym, że będę musiał być świadkiem takiej chwili. Moja mama, zawsze silna, nagle leżała bezwładna jak szmaciana lalka, a jej serce się zatrzymało i nie reagowało na defibrylację. Jeszcze wczoraj była zdrową osobą. Jeszcze wczoraj nic jej nie groziło. Była w domu z tatą i była szczęśliwa. A teraz?
Zobaczyłem, jak lekarz po raz trzeci próbuje przywrócić ją do życia. Po raz kolejny nic to nie dało. W końcu krzyki ucichły. Mężczyzna zwiesił głowę, odstawił elektrody na miejsce i westchnął ciężko.
Zza szyby usłyszałem jego znużony głos:
- Zgon o godzinie trzeciej czterdzieści trzy.
Nawet nie zauważyłem, kiedy wszedłem do środka. Tym razem nikt już mnie nie powstrzymał. Wpatrywałem się w ciało, które jeszcze przed chwilą było moją mamą. Nie potrafiłem opisać tego, co czułem. Zniknęła. Jej serce przestało bić. Moje ciało powoli ogarniał ból, którego jeszcze nigdy nie czułem. Gdzieś w oddali słyszałem rozdzierający szloch Alexii i słowa lekarza:
- Zrobiliśmy wszystko, co było możliwe… niestety, pomimo naszych wysiłków, pani Miller zmarła… serce nie podjęło ponownej pracy… możecie się z nią pożegnać.
Możemy? Pozwalał nam? Miałem ochotę przycisnąć tego człowieka do ściany i dusić go za te słowa. Pozwalał nam pożegnać się z mamą, żoną, najwspanialszą kobietą na świecie? Dlaczego to on wydawał tu rozkazy lub pozwolenia?  
Alexia weszła do sali i stanęła obok mnie, dygocząc na całym ciele. Po chwili ruszyła w stronę łóżka, łkając cicho. Ja nie byłem nawet w stanie się ruszyć. Wpatrywałem się w bladą twarz i myślałem o tym, że w tej chwili to już nie była mama, tylko ciało, w którym rozpoczynały się zmiany pośmiertne, procesy gnilne. Alexia ściskała rękę mamy i coś do niej mówiła, a ja stałem bez ruchu. Tata dalej był za szybą, a po jego zszokowanej twarzy spływały milczące łzy.  
Stałem tak, aż nagle coś się zmieniło. Choć wzrok miałem utkwiony w mamie, moje oko wyłapało jakąś subtelną zmianę w otoczeniu. Przez dłuższą chwilę nie mogłem zrozumieć, co właściwie zobaczyłem. Cokolwiek to było, może mi się przywidziało. Potem jednak spojrzałem do góry i prawie się przewróciłem.
Choć monitory były wyciszone, dalej działały. Nagle płaska linia zmieniła się w jakiś zapis. Nie byłem kardiologiem, ale to, do cholery, był najprawdziwszy, pieprzony zapis pracy serca. Zamrugałem parę razy, by się upewnić, że to nie zwidy. Potem wrzasnąłem:
- Hej!  
Nie wiedziałem, do kogo właściwie wołałem ani co. Alexia podskoczyła, słysząc mój krzyk i spojrzała na mnie z wściekłością, że przerywam jej pożegnanie z mamą. Nie powiedziałem nic konkretnego, ale mój podniesiony głos zaalarmował lekarza, który wszedł z powrotem do środka. Nie byłem w stanie powiedzieć nic więcej, więc po prostu wskazałem na monitor. Facet podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, a na jego twarzy odmalowało się zdumienie. W następnej chwili już był przy mamie, zdejmował z szyi stetoskop i słuchał bicia jej serca.  
- Co się dzieje? – pisnęła Alexia, wstając gwałtownie. – Przecież umarła… co pan robi?
- Nie jestem jeszcze pewien, ale chyba właśnie nastąpił powrót funkcji życiowych – mruknął z podziwem lekarz, dalej wisząc ze stetoskopem nad klatką piersiową mamy. – Czasem się tak zdarza. Nie zawsze występuje to od razu po defibrylacji. Zrobimy jej badania, by to potwierdzić i wykluczyć ubytki neurologiczne, ale… – Wyprostował się i spojrzał na nas z bladym uśmiechem. – Wyglądało na to, że odzyskali państwo mamę.
Gardło miałem kompletnie suche, a serce szalało mi tak, że przez chwilę obawiałem się, że i ja zaraz padnę tu trupem na ziemię. Ścisnąłem mocno Alexię za rękę i spojrzałem na tatę, który ukrył twarz w dłoniach. Wyciągnąłem rękę i chwyciłem mamę za przedramię. Wciąż była nieprzytomna, ale przynajmniej wciąż była z nami. Walczyła. Nie odeszła na tamtą stronę. Wciąż była tą samą silną kobietą, którą była przez całe moje życie.
Gdy po chwili wyszedłem na korytarz, by złapać oddech i uspokoić moje łomoczące serce, Valentiny już nigdzie nie było.



Chyba jeszcze nigdy w swoim życiu nie byłem tak wykończony. Wielogodzinny stres wcale nie ułatwiał mi czuwania przy mamie, więc co chwila zasypiałem na siedząco, aż w końcu tata powiedział, że mam jechać z Alexią do domu.
- Nigdzie nie jadę – zaprotestowałem, ale on był stanowczy.
- Musisz odpocząć, inaczej wszyscy wkrótce padniemy na twarz. Posiedzę z nią trochę. Wy się prześpijcie i potem się zmienimy.
Wizja odpoczynku bardzo mnie kusiła. Na wszelki wypadek włączyłem dźwięk w komórce, gdyby tata miał do mnie dzwonić, po czym zgarnąłem Alexię i wsiedliśmy do samochodu. Chwilę siedzieliśmy w milczeniu, oboje zmęczeni i wciąż przerażeni. Nie miałem ochoty jechać do domu, ale wiedziałem, że tata miał rację. Takiego dnia dawno nie przeżyliśmy – oboje potrzebowaliśmy snu. W końcu odpaliłem silnik i powoli wysunąłem się na główną drogę.
- Co teraz zrobisz? – Wyrwało mnie z zamyślenia pytanie Alexii.  
- O czym mówisz? – Byłem zbyt zmęczony, by nadążać za jej skrótami myślowymi.
- O Valentinie. Opowiedziała mi o wszystkim. – Głos Alexii był całkiem bezbarwny.
Nagle wróciły do mnie słowa Valentiny sprzed kilku godzin. Na chwilę całkiem o tym zapomniałem. Zbyt dużo się działo. Dopiero teraz w pełni to do mnie dotarło – zostawiła mnie. Powiedziała, że odchodzi i zrobiła, co chciała, w ogóle nie biorąc pod uwagę moich uczuć. Poczułem w środku ostre ukłucie, ale starałem się nie dać tego po sobie poznać.
- Nic nie zrobię – odparłem równie obojętnym głosem. – Zerwała ze mną. Nie chciała mnie. Mam ją błagać?
- Nie wiem, co masz zamiar zrobić, dlatego pytam.
- Mam dosyć biegania za nią i proszenia, by ze mną została. Skoro samo pojawienie się Ashley wystarczyło, by zmieniła zdanie co do związku ze mną, niech tak będzie. – Na nowo poczułem wściekłość. Automatycznie mocniej wdepnąłem pedał gazu. – Może to nawet lepiej. Pewnie i tak by odeszła, gdyby pojawił się pierwszy prawdziwy problem.
- Więc co? Po prostu puścisz ją wolno? Będziesz siedział sam, zamknięty w czterech ścianach? – zakpiła Alexia.
- Nie powiedziałem, że będę sam – rzuciłem.  
- Ach, tak. Znaczy z kim będziesz?
- Boże, Alexia, z nikim, po prostu tak mi się powiedziało…
- Pytam, co zrobisz, by nie spieprzyć sobie życia, tak jak ja spieprzyłam swoje.
Wpatrzyłem się w jaśniejące powoli niebo. Nadchodził ranek. Niebo miało delikatny kolor różu. Przypomniałem sobie, jak spędziłem kiedyś całą noc z Valentiną na huśtawce przed hotelem. Wydawało się to cholernie odległe.
- Valentina odeszła. Mama omal nie umarła. Wszystko i tak już się spieprzyło. Myślę, że…
- Że co?
Pustym wzrokiem patrzyłem przed siebie, mocno ściskając kierownicę. Myśli błądziły mi samowolnie w różnych kierunkach, a ja byłem zbyt zmęczony, by je łapać. Wybrałem pierwsze, co przyszło mi do głowy.
- Zabawię się Ashley. – Mój głos był jak nie mój, kompletnie wypruty z emocji, tak jakbym i ja sam całkiem się zmienił podczas tego cholernego dnia. Nie czułem się sobą bez niej. Co teraz miałem do stracenia? – Tak jak ona bawiła się mną.  

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 3365 słów i 18335 znaków.

3 komentarze

 
  • Iga21

    O i ciekawie się zapowiada. On zna ją jak on jego może niech zabawi się z jej jakąś przyjaciółką.  
    Co do Val wydaje mi się, że ona niebyla calkiem pewna tej miłość. A moze przeszla juz cos podobnego i bala sie powtórki. Caly czas byla skryta, niechciala wogole o sobie rozmawiac jak np te dziwne rozmowy przez telefon. Przy tematach dzieci też byla jakaś spięta. To też mialo coś wspolnego w jej zyciu.  
    I teraz nasuwaja sie pytania: czy ona wroci do Twojego opowiadania? Czy wszystkie tajemnice z nią się ujawnią??

  • candy

    @Iga21 tak, pewnie. Tylko że ono jest rozbite na 2 części i w tej drugiej się dopiero wyjaśni ;)

  • Agaaa

    Nie no niewierze, że tak szybko odpuściła sobie Liama.
    A może jakieś złe wspomnienia z przeszlości Valentiny na to miały wpływ...

  • candy

    @Agaaa podpowiem, że tak ;)

  • agnes1709

    Słabo jej zależało, jednak same torby wkoło.:smh: Nie mordować mi Camilli! :nunu:

  • candy

    @agnes1709 no i nie zamordowałam, posłuszna jestem xd

  • agnes1709

    @candy Zawsze jest druga szansa:D

  • candy

    @agnes1709 nie no, nie będę taka okrutna xD

  • agnes1709

    @candy :kiss: