Kiedyś ci wystarczę - 06| Wszyscy jesteśmy pełni niespodzianek

Wróciłem padnięty do hotelu, marząc tylko o szybkim prysznicu. Pokój był spowity w ciemności, więc pstryknąłem lampkę przy łóżku, zrzuciłem z siebie ubrania i nagi poszedłem do łazienki. Szybki prysznic przerodził się w nieco dłuższy, bo gorąca woda koiła moje nerwy. Gdy w końcu wyszedłem, lustro było całe pokryte parą. Przetarłem szkło, szybko się wytarłem, mokre włosy wycisnąłem w ręcznik, nawet ich nie susząc. Wyszedłem z łazienki i mało nie dostałem zawału. Na moim łóżku leżała Sofía.
- Co ty tu, kurwa, robisz? – warknąłem wściekle, obserwując jej skąpą bieliznę. – Jak w ogóle tu weszłaś?
- Mam swoje sposoby. – Uśmiechnęła się uwodzicielsko, po czym podniosła się do pozycji siedzącej, wyginając się jak kotka. Uświadomiłem sobie, że dalej byłem nagi, w dodatku wilgotny po prysznicu. Sofía powoli oblizała wargi, obserwując mnie. Jej wzrok zjechał w okolice mojego krocza.
- Proszę, proszę, co my tu mamy… - zamruczała, wyciągając do mnie rękę.  
Odruchowo się odsunąłem.
- Wyjdź stąd. Natychmiast.
Zaśmiała się tylko.
- Nie mam takiego zamiaru.
- To sam cię wyrzucę. – Ledwo panowałem nad wściekłością. – Powiedziałem ci już, że cię nie dotknę. Jak mam ci to powiedzieć, żebyś zrozumiała?
- Jesteś pewien, że mnie nie dotkniesz? – W jej oczach pojawił się jakiś błysk.
- Powiedziałem przecież…
- A teraz?
Z wrażenia zaschło mi w gardle. Na łóżku nie było już Sofii. Siedziała przede mną Ashley. Moja Ashley, ubrana w czerwoną seksowną bieliznę i patrząca na mnie wygłodniałym wzrokiem. Przestałem myśleć. Automatycznie zrobiłem krok do przodu i dotknąłem jej ręki, by upewnić się, że jest prawdziwa.
- Ashley… - szepnąłem. – Skąd się tu wzięłaś?
- Tęskniłam za tobą – wyszeptała, zaglądając mi głęboko w oczy. Całkiem się zatraciłem. Pchnąłem ją na łóżko, by się na niej położyć. Wciąż jej dotykałem, upewniałem się, że tu była. Przytulałem ją z całych sił, czułem jej zapach. Naprawdę tu była. Wróciła do mnie.
- Ashley, tak mi ciebie brakowało… - Urwałem, bo przycisnęła palec do moich ust.
- Nic nie mów. – Uśmiechnęła się i pocałowała mnie delikatnie. – Po prostu chodź…
Dawno nie czułem się tak szczęśliwy i tak spełniony. Trzymałem ją, jakby miała zaraz odlecieć. W pewnym momencie szepnęła:
- Kocham cię, Liam. Przepraszam, że odeszłam.
Właśnie nabierałem powietrza, by powiedzieć jej, że też ją kocham, kiedy usłyszałem łomot i nagle poderwałem się gwałtownie, budząc się. Przez chwilę siedziałem zdezorientowany, po czym w końcu to do mnie dotarło: to był tylko sen. Kurwa. Tak realny, że niemal czułem łzy w oczach. Osuszyłem je szybko i próbowałem uspokoić galopujące serce, jednocześnie rozglądając się za hałasem. Coś stuknęło za ścianą i zrozumiałem, że to pewnie Finn właśnie w tej chwili posuwał jakąś laskę. Przekląłem głośno i ponownie opadłem na łóżko, rozmyślając o moim śnie. Gdyby nie Finn, jeszcze choć przez chwilę byłbym z Ashley. Potarłem oczy, nienawidząc siebie za tę nadzieję.
O czwartej nad ranem Xavier przyjechał po nas nowym busem. Ledwo patrząc na oczy, dokończyłem się pakować, mając nadzieję, że niczego nie zapomniałem. Wymeldowałem się z pokoju i powlokłem na zewnątrz w tempie ślimaka. Było jeszcze chłodno, ale zaczynało już świtać. W półmroku widziałem, jak przy busie kłębią się chłopaki i Valentina. Mimowolnie ucieszyłem się, bo nie zobaczyłem Sofii.
- Cześć – mruknąłem, jeszcze na wpół śpiąco i rzuciłem walizką. Zamierzałem trafić nią do bagażnika, ale efekt był taki, że upuściłem sobie ją na nogę. Brawo, Liam.  
- Oho, ktoś tu jeszcze śpi – skomentował Zack.
- Przymknij się, kolego – wymamrotałem, bo to było stanowczo za rano na słowne potyczki. – Bo będę zmuszony przestawić ci nos.
- Wolałbym nie. Lubię swój nos.
- A ja swoją pięść, kiedy nie jest pokryta siniakami, więc…
- Mógłbyś chociaż udawać miłego – burknęła nagle Valentina, powodując, że trochę się rozbudziłem. W półmroku ledwo ją widziałem, dlatego przymrużyłem oczy. – Wszyscy jesteśmy niewyspani, a jednak tylko ty kłapiesz jadaczką. – Uniosła głowę do góry, wysuwając brodę i patrząc się na mnie prowokacyjnie. Jakby rzucała mi wyzwanie. – No? – Ponagliła mnie.
- Co?
- Mnie nie powiesz, żebym się przymknęła? – spytała kpiąco. Świetnie. Czyli dalej miała mnie za dupka. Zapewne Sofía jeszcze bardziej utwierdziła ją w tym przekonaniu. Gdyby teraz tu stała, chyba bym ją kopnął.  
Stwierdziłem, że bezpieczniej będzie nic nie odpowiadać.
- Dokąd się teraz udajemy? – spytałem Xaviera, który właśnie pakował nasze walizki.
- Nawet nie wiesz? – Spojrzał na mnie jak na głupka. – Jakim cudem jesteś głową zespołu, skoro w ogóle nie ogarniasz, co się dzieje wokół ciebie?
- Xavier, kurwa, jest czwarta rano. Nie wymagaj ode mnie, żebym myślał o tej porze.
- Jedziemy do San Diego.
- Super. Dobrze wiedzieć. Ładny bus – dodałem. – Dużo kosztował?
- Sprzedałem tamten, więc nie tak dużo. Nie wiedziałem jednak, że teraz organizujemy wycieczki.
- Nie organizujemy.
- Naprawdę? A więc nie czekamy na twoją Grace? – Xavier skrzyżował ręce na piersi.
- Nie jest moja – wymamrotałem, nagle zawstydzony, bo całkiem o niej zapomniałem. Pewnie gdyby Xavier mi nie przypomniał, odjechalibyśmy bez niej. Wszystko przez ten pieprzony sen. – I owszem, czekamy na nią. Niedługo powinna być.
- Już jestem! – Usłyszałem za sobą znienawidzony głos. Sofía. Zazgrzytałem zębami, kiedy znalazła się obok mnie.  
- Nie mówiłem o tobie – warknąłem.  
- Nie? – Zrobiła minę smutnego pieska. – Pewnie zapomnieliście, że jadę z wami… sprawiam wam kłopot, co?
- Nie! – zaprzeczyła gwałtownie Valentina, rzucając w moją stronę wściekłe spojrzenie, dokładnie w momencie kiedy zamierzałem odpowiedzieć Sofii „tak”. – Nie mów tak nawet. Skoro Miller może ze sobą zabierać przyjaciółki, które dyma po alkoholu, to ja mogę zabrać ciebie.
Ciężko było się spierać z tym argumentem, co nie zmieniało faktu, że najchętniej skręciłbym Sofii kark za jej podłe udawanie ofiary. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Valentina nie widzi jej fałszywości, skoro tak dobrze ją zna. Ale może ona zawsze taka była.  
- Skoro Martínez tak mówi, to zapewne ma rację – burknąłem, wsiadając do busa, by nie patrzeć już na tę wredną hiszpańską żmiję. W tym momencie odezwał się mój telefon. Zerknąłem na jasny ekran.
GRACE: Będę za pięć minut.
Odpisałem szybko:
LIAM: W porządku, czekamy.
Chyba przysnąłem, obudziło mnie pukanie w szybę. Jak przez mgłę zobaczyłem, że Jackson do mnie machał, dając znak, że przyszła Grace. Ile minęło minut? Dwie? Trzy? Czułem się jeszcze bardziej zmęczony niż przed chwilą.  
Wygramoliłem się na zewnątrz, gdzie Grace właśnie witała się z chłopakami.
- Cześć – powiedziałem, próbując się uśmiechnąć. Grace wyglądała zadziwiająco świeżo jak na tę nieludzką godzinę. Kręcone włosy miała związane w wysoki kok, ubrana była w dres, jakby szła biegać. – Fajnie, że jesteś.
- O tak, bardzo się cieszymy – wtrąciła Sofía. – To ty jesteś tą dziewczyną, którą Liam wywalił z pokoju? – dodała niewinnie, a ja zamarłem. Nawet Valentina spojrzała niepewnie na przyjaciółkę.  
Grace zachowała jednak zimną krew, choć lekko ściągnęła brwi.
- Tak – odparła krótko. – Za to ja nie mam pojęcia, kim ty jesteś.
Powiedziała to tak zblazowanym tonem, że z miejsca poczułem do niej większą sympatię. Na twarzy Sofii wymalowało się lekkie niezadowolenie.
Szybko chwyciłem Grace, zanim Sofía zdążyła jej coś odpowiedzieć i wszedłem z nią do busa.  
- Bardzo ci dziękuję za to, co jej powiedziałaś – powiedziałem całkowicie szczerze, po czym krótko uścisnąłem Grace. Była wyraźnie zaskoczona, ale na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Czemu? Nie lubicie się?
- Nie, dlatego cieszę się, że sobie z nią poradziłaś – odparłem, po czym zmieniłem temat: - I jak, nie zmieniłaś zdania? Dalej chcesz z nami jechać?
- Gdybym zmieniła zdanie, chyba nie zwlekałabym się o trzeciej rano, by tu dotrzeć, no nie? – Rozglądała się po busie.
- Fakt. Rozgość się – dodałem. – Może być trochę dziwnie, bo się właściwie nie znamy… - Urwałem, bo dotarł do mnie komizm tej sytuacji. Uprawiałem z tą dziewczyną seks, ale tak naprawdę nic o niej nie wiedziałem. – Ale jakoś to naprawimy, jeśli tylko będziesz chciała.
Przyjrzała mi się uważnie, jakby mnie oceniając. Tym razem mówiłem szczerze. Cieszyłem się, że tu była. Po jej błyskotliwej ripoście poczułem do niej większy szacunek i sympatię. Odrobinę za późno, ale zawsze.  
- No pewnie – odparła po chwili. – Czasem drugie wrażenie jest lepsze niż pierwsze.
- Właściwie to trzecie. Drugie też nie było za dobre – zauważyłem.
Nie do wiary. Grace się roześmiała. Brzmiało to szczerze.
- Faktycznie. Ale może jakoś to nadrobisz.
- Postaram się – obiecałem. Usłyszałem równocześnie, że cała reszta też wsiadła do busa. Czułem na sobie wymowny wzrok Valentiny, ale nie odwróciłem się.



Tym razem koncert przebiegł już lepiej – ominęliśmy poprzedni element zaskoczenia. Razem z chłopakami wykonaliśmy nasz standardowy repertuar, a później wkroczyła Valentina. Dałem sobie na razie spokój z moją piosenką. Nagle straciłem ochotę na jej wykonywanie. Tylko rozdrapałaby moje rany, a próbowałem przecież zapomnieć o Ashley.
Załatwiłem Grace miejsce w pierwszym rzędzie. Co jakiś czas rzucałem jej uśmiech ze sceny. Cieszyłem się, że tu była. Widziałem, że świetnie się bawiła, tańcząc pod sceną. Może jednak lubiła nasze piosenki, tylko wcześniej skłamała, by mi dopiec. Nie zamierzałem o to pytać, ale chciałem myśleć, że mam rację.
Na jakiś czas zapomniałem o Valentinie. Praktycznie nie zwracałem na nią uwagi. Byłem zbyt zajęty nagłym polubieniem Grace oraz myśleniem, jak nie dać się Sofii i jej szantażom. Przez całą drogę do San Diego usiłowałem unikać jej wzroku i zachowywać się tak, jakby wcale jej tam nie było. Nie była szczególnie zadowolona, ale zaraz zajął się nią Finn w sposób, który sugerował, że to właśnie ich słyszałem w nocy przez ścianę. Nie mogłem powstrzymać prychnięcia. Skoro Sofía zadowalała się Finnem, po co byłem jej ja?
Tak więc nie myślałem teraz za dużo o Valentinie. Nie wiedziałem nawet, jaki obecnie miałem wobec niej stosunek. Przyzwyczaiłem się do myśli, że wiecznie była obok. Zaakceptowałem fakt, że część koncertu należy do niej. Właściwie minęła mi złość na nią i na Jamesa.  
Ale potem wyszła na scenę. Schowany z boku, obserwowałem ją ukradkiem. Ostatnio wystąpiła w ciemnym stroju, prawie nieprzykuwającym uwagi. Tym razem miała na sobie sukienkę na grubych ramiączkach, ciemnoczerwoną, do kolan, rozszerzającą się z tyłu. Coś mi się kojarzyło, że dokładnie ta sama sukienka znajdowała się na okładce promowanego przez nią filmu, wywołała więc niemałe poruszenie. Wsłuchiwałem się w jej śpiew i musiałem przyznać, że choć nie śpiewała zawodowo, to miała potencjał. Jej głos był delikatny, a zarazem mocny. Niektóre nuty wyciągała tak wysoko, jak tylko się dało. W tej sukience wyglądała obłędnie. Tak się na nią zapatrzyłem, że prawie zapomniałem o wszystkim, co działo się wokół mnie: o Sofii, o Grace, o Ashley, o tym całym pieprzonym bałaganie.  
Jackson chyba miał rację. Sofía była ładna – pomijając jej charakter – ale nie była Valentiną. Nie miała tej charyzmy, a jednocześnie tego zadziornego spojrzenia. Przez głowę przemknęła mi myśl, że gdybym tylko ją lubił, mógłbym coś do niej poczuć. Coś nowego, przerażającego, zupełnie innego niż to, co czułem do Ashley.
Ale potem Valentina przestała śpiewać, muzyka ucichła, a ja otrząsnąłem się z tych myśli. Nie szukałem nowej miłości. Właściwie niczego nie szukałem. I nie było mi potrzebne kolejne miłosne rozczarowanie.
Po raz kolejny moje gardło było cholernie zdarte. Poszedłem za kulisy, gdzie czekała na mnie Grace.
- Było niesamowicie! – powiedziała z zachwytem, ledwie mnie zobaczyła.
- Dzięki – wychrypiałem, chwytając butelkę wody. Wypiłem całą niemal jednym łykiem.  
- Oj… biedaku. Nieźle cię wymęczyli.
- Da się przywyknąć – stwierdziłem, ocierając usta. Zakręciłem butelkę i wyrzuciłem ją, już pustą, do kosza. – Przepraszam, wyjdę na chwilę na powietrze, ok? Powiedz chłopakom, że zaraz przyjdę.  
- W porządku. – Grace odprowadziła mnie wzrokiem, kiedy otwierałem drzwi prowadzące za scenę.
Jak po poprzednim koncercie, głęboko odetchnąłem świeżym powietrzem. Tym razem jednak nie czułem wściekłości, jedynie zadowolenie. I nie było przy mnie Valentiny. Zabawne, dopiero co się na nią wściekałem. Teraz właściwie mi już nie przeszkadzała. Jedyny problem stanowiła Sofía.
Nagle usłyszałem ruch, jakiś szelest. Niemal od razu pomyślałem, że to Sofía przyszła się na mnie zaczaić w ciemnościach. Już miałem warknąć, żeby sobie poszła, kiedy ten ktoś wyszedł z cienia i okazało się, że to jakiś chłopak. Przyjrzałem mu się uważnie. Nie znałem go i nie miałem pojęcia, czego ode mnie chciał, jak się tu dostał.
- Cześć – powiedział, zbliżając się do mnie.
- Cześć – odparłem niepewnie. – Kim jesteś?
- Fanem. Chciałem prosić o autograf. – Wyciągnął w moją stronę jakąś kartkę i mazak.
- Nie ma sprawy. – Wziąłem od niego papier i zamaszystym ruchem złożyłem swój podpis. Wyciągnąłem kartkę w stronę chłopaka. – Proszę.
- Dzięki. – Złożył kartkę na pół i schował ją do kieszeni, po czym zerknął na mnie z ukosa.
- Czegoś jeszcze potrzebujesz? – spytałem uprzejmie, choć chciałem zostać sam.
- Umówisz się ze mną? – wypalił nagle chłopak, a ja zbaraniałem.
- Yyy… - Po raz pierwszy w życiu przytrafiło mi się coś takiego. Nie miałem pojęcia, jak grzecznie mu odmówić. – Słuchaj, schlebiasz mi, ale ja nie jestem gejem.
- Ja też tak mówiłem. – Wpatrywał się we mnie tak intensywnie, jakby chciał mi wypalić dziurę w twarzy. – Powtarzałem to sobie i rodzicom, i znajomym. Wszyscy mi wierzyli, ale ja sam sobie nie. W końcu odkryłem prawdziwego siebie. Życie stało się łatwiejsze.
- Stary, rozumiem, ale ja naprawdę… - zacząłem.  
- Jestem lepszy niż te wszystkie baby – przerwał mi. – Nie obrażam się o byle co, nie stroję się pięć godzin i zawsze jasno mówię, o co mi chodzi.
O tak, nie dało się ukryć.
- Słuchaj… - Zaczynało brakować mi cierpliwości. – Rozumiem, że odkryłeś siebie i tak dalej, ale ja naprawdę jestem stuprocentowym heterykiem.  
- Ale możemy się przecież przyjaźnić. – Dalej się we mnie wpatrywał. W ogóle nie poruszał gałkami ocznymi, co zaczynało być trochę niepokojące.
- Moglibyśmy – przyznałem niechętnie. – Ale…
- Ciągle to „ale”. Nawet na przyjaźń cię nie stać?
- Człowieku… - Zaczynałem się wkurzać, ale nagle trzasnęły drzwi i ktoś do mnie podbiegł.
- Kochanie, tutaj jesteś!  
Zbaraniałem jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłem Valentinę, która podeszła do mnie raźnym krokiem i pocałowała w policzek, obejmując mnie.  
- Nie mogłam cię znaleźć – kontynuowała, opierając się na moim ramieniu. – Świetny koncert, skarbie, jak zwykle zresztą. A teraz jedźmy do hotelu, bo mam na ciebie wielką ochotę. – Głos miała przesłodzony, ale jej oczy wyraźnie mówiły, żebym przestał mieć tak idiotyczną minę, więc czym prędzej się zreflektowałem i objąłem ją w pasie.
- No jasne, kociaku – mruknąłem, a Valentina lekko wybałuszyła oczy. Pewnie nigdy nie sądziła, że z moich ust wyjdzie takie słowo. Prawdę mówiąc, ja też nie. – Już jedziemy. Wybacz, kolego – rzuciłem do chłopaka, który w milczeniu przyglądał się tej scenie. Nadal obejmując Valentinę w pasie, wszedłem z nią do środka, gdzie natychmiast mnie puściła.
- Dzięki – powiedziałem, uśmiechając się do niej lekko. – Uratowałaś mnie, koleś w ogóle nie przyjmował odmowy do wiadomości. Już zacząłem się bać, że zaraz mnie przekabaci na swoją stronę. Uparty typ.
- Byłby z ciebie uroczy gej – stwierdziła Valentina, otrzepując sukienkę, jakbym był pokryty kurzem i ją ubrudził. – Ale chyba nieszczęśliwy.
- Tak uważasz?
- Co faceci mają do zaprezentowania oprócz penisów? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Jesteście prości jak budowa cepa, zarówno w budowie, jak i w psychice. Kobiety są zgrabne, miękkie, mają piękne wgłębienia w ciałach… - Przesunęła ręką po swojej talii, niejako zmuszając mnie, bym tam spojrzał. Cóż, z tymi pięknymi wgłębieniami niezaprzeczalnie miała rację. – No i te piersi… - kontynuowała, a mój wzrok automatycznie podążył w tę stronę. – Nie powiesz mi chyba, że wolałbyś taką twardą klatkę faceta zamiast pięknych, miękkich piersi? – Zmarszczyła delikatnie brwi, a ja z wrażenia aż zapomniałem jej odpowiedzieć.  
- Hej! – Pstryknęła mi palcami przed twarzą.
- No co? – Podniosłem wzrok na jej oczy. – Nie możesz opowiadać o pięknie kobiet i jednocześnie wymagać ode mnie, bym o tym nie myślał.
- Fakt – przyznała mi rację.
Już chciałem się odwrócić i odnaleźć chłopaków, kiedy zatrzymał mnie głos Valentiny:
- Halo, halo. – Podeszła do mnie stanowczym krokiem, stukając wysokimi obcasami. Stanęła przede mną uśmiechając się prowokacyjnie. – Uważasz, że wystarczy mi tylko „dziękuję”? Chyba należy mi się jakaś wdzięczność.
Podrapałem się po głowie, przekrzywiając ją lekko.
- Właśnie to wyraża „dziękuję”. Wdzięczność.  
- Nie o to mi chodzi, młotku. Lepiej przemyśl, czy zwykłe słówko mi wystarczy. Gdyby nie ja, dalej byś tam stał i właśnie przechodził na ciemną stronę mocy. – Jej uśmiech się poszerzał.
- Może powiedz, czego ode mnie oczekujesz – zasugerowałem. – Będzie łatwiej.
- Fakt. Wobec tego, powiem ci. Jutro wieczorem zabierasz mnie na kolację. Będziemy w San Diego jeszcze jeden dzień. Znam tu świetną restaurację.
Aż uniosłem brwi.  
- Czemu masz minę jak głupek? – spytała, marszcząc czoło.
- Chcesz iść ze mną na kolację?
- Chcę, żebyś mnie zabrał. – Poprawiła mnie.  
- Ok. Chcesz, żebym cię zabrał na kolację? Dlaczego?
- A dlaczego nie?
Zaczynało mnie męczyć to odbijanie pałeczki, odpowiadanie pytaniem na pytanie.
- Bo… bo cię nie lubię – palnąłem, zanim zdążyłem się zastanowić nad tym, co wyłazi z mojej gęby. Spodziewałem się, że Valentina lekko się obrazi, ale ona tylko roześmiała się krótko.
- Ja też cię nie lubię – odpowiedziała, prychając. – Ale lubię jeść.  
Trafna uwaga.
- W takim razie w porządku – powiedziałem, uśmiechając się lekko. – Jutro wieczorem, punktualnie o ósmej, pukam do drzwi twojego pokoju i zabieram cię do restauracji, byś mogła się najeść po wsze czasy. Tylko jak potem urośnie ci tyłek, to nie zwalaj winy na mnie.
- Na to właśnie liczyłam. – Uśmiechnęła się. Chyba miało wyjść to ironicznie, ale ten uśmiech był tak piękny, że aż zaparło mi dech w piersiach. Poważnie, jak ktoś mógł się aż tak ślicznie uśmiechać? Miała białe, równiutkie zęby i mocno różowe usta. Przez chwilę mój mózg był w stanie skupić się tylko na nich.
- Gapisz się na mnie – usłyszałem.  
- To twoja wina. Namieszałaś mi w głowie tymi kobiecymi kształtami.
- Biedny Liam – zironizowała, po czym machnęła włosami i odeszła. Już prawie zniknęła mi z oczu, kiedy dobiegło mnie jej pytanie: - Gapisz się teraz na mój tyłek, prawda?
- To nie to samo, co tyłek faceta! – zawołałem, mimowolnie szeroko się uśmiechając. Nie spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale byłem z niego całkiem zadowolony.

870 czyt.
93%151
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3728 słów i 20500 znaków, zaktualizowała 9 cze o 18:48.

1 komentarz

 
  • Lula

    Lula · 27 marca

    Biedny Liam 😂 jak nie Valentina to jakis chłopak robi z niego barana 😄