Kiedyś ci wystarczę - 22| To były dobre dni

Otwierając rano oczy, poczułem, jak przeszył mnie dziwny dreszcz. To dzisiaj. Ostatni koncert. Ta trasa zleciała jednocześnie bardzo wolno i niesamowicie szybko. Choć chciałem wracać już do domu, nie pytałem jeszcze Valentiny, co z nami będzie. Musiałem to dzisiaj załatwić. Wcześniej nie chciałem psuć nastroju – w końcu to początek, a początki zawsze są piękne i wydaje się, że nigdy nie będzie żadnej kłótni ani żadnego problemu. Oczywiście, później czar pryska – ale u nas pryskał już wiele razy wcześniej, więc może faktycznie czekał nas spokój.
Miałem wilczy apetyt, więc pochłaniałem właściwie wszystko – jajecznicę, omleta z szynką, kanapki, jeszcze jakieś owoce. Valentina patrzyła na mnie z uniesionymi brwiami, jakby nie wierzyła, że mój żołądek mieści tyle jedzenia. Ona sama zjadła tyle, że na jej miejscu pewnie od razu byłbym głodny, ale może nie potrzebowała aż tyle energii co ja.
- Smakuje? – zapytałem, patrząc, jak pochłaniała kanapkę z szynką, serem, sałatą i pomidorem.
- Bardzo – wymamrotała nieco niewyraźnie, na co zaśmiałem się i lekko ścisnąłem ją za odsłonięte kolano.
- Łakomczuch z ciebie.
- Ze mnie? – Przełknęła kęs i spojrzała na mnie zdumiona. – To ty właśnie wyjadłeś pół stołówki.
- Żeby mieć siłę śpiewać.
- Dałbyś radę i bez tej masy jedzenia, którą nakarmiłbyś afrykańskie dzieci. – Uśmiechała się, ale nagle spoważniała. – Zaśpiewasz dziś piosenkę?
Nie musiała mówić, o którą konkretnie jej chodziło – oboje to wiedzieliśmy.
- Tak. Chyba że masz coś przeciwko?
- Nie. Chciałabym ją usłyszeć.
- W takim razie oczywiście zaśpiewam. Obiecałem ci, że skończę ten rozdział. Potem powiem chłopakom, że mają ją zagrać na koniec.
- A co z Finnem? – Zmieniła nagle temat.
- Po tym koncercie już nie będzie częścią naszego zespołu – odparłem bezbarwnym tonem.
Valentina przyglądała mi się uważnie.
- Żałujesz tej decyzji?
- Nie – odpowiedziałem automatycznie, choć prawdę mówiąc, trochę żałowałem. W głowie kołatały mi się słowa Jacksona o drugiej szansie. Nie byłem na to gotowy, ale wiedziałem, że nowy perkusista na pewno zmieni postrzeganie nas przez fanów – o ile w ogóle znajdę jakiegoś perkusistę. Poszukiwania szły gorzej niż zakładałem, ale nie chciałem o tym mówić Valentinie. Chyba i tak mi nie uwierzyła, ale nie chciałem wychodzić na nieporadnego.
- Skoro tak mówisz… – mruknęła powątepiewająco.
Postanowiłem zmienić temat:
- Marcus O’Reilly – rzuciłem.
Valentina tylko uniosła brwi.
- Słucham?
- Oglądałem twój film – rzuciłem. – W którym występowałaś razem z Marcusem.
- I jak ci się podobał?
- Fabuła była dosyć… – skrzywiłem się, a Valentina parsknęła śmiechem.
- Śmiało, możesz to powiedzieć – rzuciła, odchylając się na oparcie krzesła i zakładając nogę na nogę. – Mnie też średnio się podobała.
- A jak ci się podobał pocałunek z Marcusem? – wypaliłem, nie mogąc się powstrzymać. – Bo wyglądaliście na bardzo zżytych.
- To Lana i Dean wyglądają na zżytych – poprawiła mnie, wymieniając imiona bohaterów filmu. – A nie my. Jesteś zazdrosny? – uśmiechnęła się słodko, powoli sunąc nogą po mojej łydce.
- Zastanawiałem się po prostu… – Wzruszyłem ramionami, za wszelką cenę próbując nie dać po sobie poznać, że owszem, byłem wściekle zazdrosny. – Wyglądaliście jak dwie ośmiornice, obmacujące się nawzajem. To dość niepokojące.
- To gra aktorska. Całkiem inna od całowania kogoś naprawdę. Kiedy ledwo znasz tę osobę, to jest jak całowanie z manekinem. Nic nie czujesz, skupiasz się tylko, by dobrze to zrobić i nie musieć powtarzać sceny.
Już miałem mówić, że w tej całuśnej scenie wcale nie wyglądała, jakby musiała całować manekina, ale nagle na krzesła obok nas opadli Jackson i Zack, więc nic nie odpowiedziałem, bo nie chciałem ciągnąć tego tematu przy nich. Tak jak sądziłem, Valentina nie powiedziała mi niczego, czego sam bym nie wiedział. Nie pociągnęła tematu i wiedziałem, że sama do niego nie wróci, bo pewnie nie widziała ku temu powodu. Może faktycznie przesadzałem? Wielu ludzi całowało się z kimś innym na planie, będąc w szczęśliwym związku bądź małżeństwie. Postanowiłem nie dać się zwariować, choć obiecałem sobie, że będę się bacznie przyglądał Valentinie – na wypadek, gdyby miała powtórzyć się historia z Ashley. Tego moje serce by już chyba nie wytrzymało. Nie chciałem się z tym zdradzać, ale byłem bardzo niepewny tego, w co wchodziłem.



Denerwowałem się przed koncertem, co samo w sobie było dość śmieszne – to był już przecież koniec trasy, już niedługo miałem być w domu z rodziną, gdzie mogłem w końcu przystopować nieco mój tryb życia. Denerwowałem się piosenką. Przywykłem do myśli, że nie ujrzy ona światła dziennego, ale wszystko się zmieniło. Gdy powiedziałem chłopakom, że mają ją zagrać przed wejściem Valentiny, spojrzeli się na mnie dziwnie, zwłaszcza Finn. Miałem w dupie, co sobie myślał. Chciałem zaśpiewać, poświęcić Ashley ten ostatni moment i później już nie myśleć o niej nigdy więcej.
Przed wejściem na scenę Valentina ścisnęła krótko moją rękę i zniknęła za kotarą, a ja przez chwilę stałem sam, próbując doprowadzić do porządku moje tętno. Zastanawiałem się, czy Ashley w ogóle śledziła naszą karierę i koncerty. Cóż, jeśli tak, to zapewne tylko dla Finna. Albo nie przejmowała się ani mną, ani nim. Być może nigdy nie usłyszy tej piosenki, ale w końcu nie to było moim celem.
Wyszedłem na scenę w blasku świateł i przywitałem się. Dodałem, że to ostatni koncert, więc z tej okazji zagramy coś jeszcze. Przez chwilę poczułem się jak na tym pierwszym koncercie, gdzie na scenę wkroczyła nagle Valentina, kompletnie zbijając mnie z pantałyku. Uśmiechnąłem się sam do siebie na to wspomnienie. Tym razem jednak naprawdę miałem zaśpiewać to, co obiecałem i wiedziałem, że nikt mi nie przerwie.
Wszystkie planowe piosenki strasznie mi się dłużyły, miałem wrażenie, że sterczę na scenie od kilkunastu dobrych godzin. W końcu jednak dotarliśmy do końca piosenek z płyty i na chwilę zapadła cisza, która boleśnie dzwoniła mi w uszach. Później popłynęła muzyka. Nie słyszałem tej melodii od bardzo dawna. Przez chwilę bałem się nawet, że zapomniałem tekstu, ale nie – był wyryty w mojej głowie niczym napis w kamieniu. W końcu zacząłem śpiewać.  
Nagle wszystko wokół mnie zniknęło – widziałem tylko Ashley, która stała przede mną w milczeniu i patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Śpiewałem, próbując pokazać jej, jak bardzo mnie zraniła i że nie spodziewałem się tego po niej. Byłem z nią szczęśliwy, po czym okazało się, że żyłem w kłamstwie, a ona pragnęła kogoś innego. Przechodziłem od smutku do złości, później znów cichłem, by wyrazić mój żal.  

You can never say I wasn’t there for you
Cause I stayed when I knew I should’ve left...

Byłem dla niej za dobry. Zawsze ją kochałem i szanowałem, podczas gdy ona nie traktowała mnie jak człowieka; bardziej jak punkt do odhaczenia na liście. Byłem na nią wściekły za to, co ze mną zrobiła. Jednocześnie czułem satysfakcję, że mnie nie złamała, że mimo wszystko otworzyłem się na Valentinę i miałem drugą szansę na szczęście. W głębi duszy czułem jednak ten strach, że wszystko znowu się powtórzy. Ashley zbyt długo miała nade mną władzę. Teraz, gdy w końcu byłem wolny, nie zamierzałem wracać, bo wiedziałem, że nic na mnie tam nie czekało. W miarę jak śpiewałem piosenkę, postać Ashley bladła, odchodziła gdzieś w tył. Przymknąłem oczy, śpiewając ostatnie słowa aż do końca brzmienia dźwięku, a gdy ponownie spojrzałem przed siebie, jej już nie było. Wokół mnie wybuchły brawa, a ja czułem ulgę. To był jednak dobry pomysł – nie miałem już niedokończonej sprawy, która przypominałaby mi o poprzednim związku.  
Moja rola była już tu skończona. Razem z chłopakami zaczęliśmy żegnać się niezliczoną ilość razy, po czym zapowiedziałem jeszcze piosenkę Valentiny. Nie zeszliśmy jednak ze sceny, gdy ona na nią weszła. Kiwaliśmy się za jej plecami w rytm jej piosenki, gdy ją śpiewała; prawdę mówiąc, zachowywaliśmy się jak małe dzieci, ale publiczności chyba się podobało, bo zaczęli się kołysać razem z nami. Valentina, widząc co wyprawiamy, wyjęła mikrofon ze statywu i podeszła do nas z szerokim uśmiechem na twarzy, dalej śpiewając. Wcisnęła się pomiędzy nas, a my wszyscy objęliśmy się ramionami i dalej bujaliśmy się w każdą stronę świata. Wyjątkowo nie przeszkadzało mi nawet to, że byłem obok Finna. Rozpierała mnie ulga i szczęście. Kiedy ostatnia nuta piosenki zabrzmiała w powietrzu, wybuchły gromkie brawa, a my zaczęliśmy się kłaniać. Pożegnaniom nie było końca – na tyle, że nie potrafiliśmy zejść ze sceny. Publiczność dalej coś krzyczała i tańczyła. Ktoś nagle puścił jakąś taneczną piosenkę, by chyba jeszcze ładniej zakończyć ten ostatni koncert. Zanim Valentina zdążyła zareagować, porwałem ją do tańca i zacząłem obracać w szalonym tempie. Kątem oka zauważyłem, że chłopaki też sobie kogoś znaleźli – jakieś dziewczyny z pierwszych rzędów wchodziły na scenę, niemal płacząc ze szczęścia. Przez chwilę obawiałem się jakiegoś wybuchu zazdrości innych zakochanych nastolatek i już miałem przed oczami moment, kiedy nagle wszystkie będą chciały wejść i tańczyć – ale nic takiego się nie stało. Na scenie były tylko cztery pary, a publiczność tańczyła po nią razem z nami. Wirowaliśmy dookoła, starając się nie wpaść na siebie nawzajem. Byłem pod wrażeniem tego, z jaką lekkością Valentina się poruszała, ale w sumie nie powinno mnie to dziwić – przecież jej wychodziło dosłownie wszystko. Raz za razem ją obracałem, jej sukienka wirowała, odsłaniając jej piękne nogi. Powoli brakowało mi tchu, ale byłem tak szczęśliwy, że nawet nie zwracałem na to uwagi. Na naszej scenie po raz pierwszy zapanowała taka spontaniczność, ale byłem z niej bardzo zadowolony – to był całkiem niezły sposób zakończenia trasy koncertowej.
W końcu muzyka zaczęła cichnąć. Spojrzałem na Valentinę, uśmiechniętą, całą zaróżowioną od tańca i nie mogłem się powstrzymać, by jej nie pocałować. Nie był to żaden pocałunek na pokaz, raczej ukradkowy, szybki buziak, by po prostu wyrazić, co czułem w tej chwili. Gdy jednak w końcu udało mi się skraść jej ten pocałunek, rozpierało mnie takie szczęście, jakiego nie czułem od dawna. Uśmiechałem się jak wariat. Miałem wrażenie, że nic już nigdy nie pójdzie źle. Pewnie był to wpływ zwykłych endorfin, ale w tym momencie uściskałbym nawet Finna.
Pożegnaliśmy się ostatni raz, wykonaliśmy ostatni ukłon, po czym w końcu zeszliśmy ze sceny. Wokół mnie ciągle rozbrzmiewały jakieś rozmowy i śmiechy, miałem wrażenie, że ogłuchłem na jedno ucho i bardzo chciało mi się pić, ale i tak nie wypuszczałem Valentiny z ramion. Jej samej chyba to nie przeszkadzało, bo dalej się uśmiechała. Była wyraźnie zmęczona, ale i tak nie mogłem się na nią napatrzeć. Policzki miała zaróżowione, oczy jej błyszczały, włosy miała rozwiane. Wyglądała pięknie i po raz kolejny schyliłem się, by szybko ją pocałować.
- Ktoś tu się całuśny zrobił, co? – mruknęła rozkosznie i leciutko się ode mnie odsunęła ze śmiechem, ale dla mnie liczyło się tylko to, że teraz to ja ją całowałem, a nie jakiś Marcus O’Reilly. – Poczekaj, muszę się napić.
Złapała butelkę wody i zaczęła łapczywie pić, wyrywając się z mojego uścisku, więc zrobiłem to samo, czując nieznośną suchość w gardle. Kątem oka zobaczyłem Xaviera, który przyszedł zabrać sprzęt. Mieliśmy jechać do hotelu jeszcze na jedną noc, a następnego dnia miałem już być w domu. Musiałem koniecznie porozmawiać z Valentiną.
Gdy tylko wokół nas trochę się uspokoiło, już nabierałem powietrza, by zacząć temat, ale ona mnie uprzedziła:
- Piękna piosenka – powiedziała, wyjmując z torebki gumkę do włosów i wiążąc je w kucyka. Była nieco poważna, piękne rumieńce już zniknęły. – Naprawdę piękna. I wyszła ci wspaniale.
- Dziękuję. Miałaś rację – przyznałem. – Poczułem się lepiej, gdy ją zaśpiewałem. Zamknąłem ten rozdział. Ashley już się nie liczy. Liczysz się tylko ty. – Chciałem złapać ją za rękę, ale ona nagle odskoczyła w tył, jak zwierzę, które się spłoszyło. Zamrugałem z zaskoczeniem.
- O co chodzi?
- Liam, ja… – Gwałtownie zaczerpnęła powietrza. – Ja nadal nie mogę ci nic obiecać.
Poczułem nagle, jakby całe ciało mi zdrętwiało. Po moich endorfinach nie było już śladu.
- Co? Dlaczego? Myślałem, że wszystko się układa.
- Bo tak jest, Liam, ja po prostu… – Kręciła się w miejscu, szukając słów. – Na razie nie jestem gotowa na poważny związek. Wiem, że po tej całej sprawie z Ashley chciałbyś w końcu mieć coś prawdziwego, ale ja póki co nie dam rady. – Patrzyła na mnie lekko zrozpaczona, a ja milczałem, próbując sobie to jakoś poukładać w głowie. – Chcę z tobą być, tylko…
- Nie za szybko – dokończyłem. – I nie za poważnie. Rozumiem.
Mój nastrój dość szybko się zmienił i chyba Valentina to zauważyła, bo wzięła mnie za rękę i delikatnie się do mnie przytuliła.
- Przepraszam – wymamrotała z ustami wciśniętymi w moją koszulkę. – Po prostu nie chcę tym razem popełnić żadnego błędu.
W jej głosie usłyszałem nagle tyle bólu, że postanowiłem nie pytać, o jaki błąd jej chodzi. Pewnie przeżyła z Connorem coś podobnego, co ja przeżyłem z Ashley. Nie chciałem rozdrapywać jej ran, więc jedynie pocałowałem ją we włosy i pogładziłem. W porządku. Jeśli tylko chciała ze mną być, byłem w stanie wytrzymać wszystko inne.
Chwilę tak trwaliśmy w ciszy, po czym zacząłem mówić, nie odsuwając jej do siebie:
- Chciałem się ciebie zapytać o kwestię mieszkania. Ja mieszkam tutaj, a ty… sam nie wiem gdzie. W Hiszpanii? We Włoszech? Nie chcę, żebyś była tak daleko ode mnie, ale skoro nie jesteś gotowa, nie chcę cię też zmuszać, byś od razu zamieszkała ze mną.  
Valentina odsunęła się nieco i spojrzała na mnie niepewnie. Dalej głaskałem ją po włosach.
- Ale chciałbym, żebyś choć poznała moją rodzinę, póki tu jesteśmy – mówiłem dalej, starając się nie brzmieć, jakbym na nią naciskał. – Niezobowiązujące spotkanie, bez żadnych formalności czy przedstawiania cię jako mojej dziewczyny. Moja siostra cię uwielbia. Jak was ze sobą nie poznam, pewnie mnie udusi. – Uśmiechnąłem się blado, Valentina też. – Po prostu zostań ze mną trochę. Poznaj moją rodzinę. Później sama zdecydujesz, co zrobimy. W porządku?
Z zapartym tchem czekałem na jej odpowiedź, ale ona niemal natychmiast skinęła głową i uśmiechnęła się. Odetchnąłem z ulgą.
- Cieszę się. Przygotuj się na wybuch radości mojej siostry, bo gdy cię pozna, zapewne nie da ci żyć. – Objąłem Valentinę ramieniem i skierowaliśmy się w stronę busa.
- Jakoś sobie z tym poradzę – stwierdziła wesoło.  
- Wiem. Radzisz sobie ze wszystkim – odparłem, mając nadzieję, że wkrótce poradzi sobie też z uczuciami do mnie.  
- Wy, gołąbki, ruszcie swoje powolne tyłeczki! – Usłyszałem wołanie Jacksona, który już siedział w busie i machał do nas gwałtownie. – Chcę spać!
- Finn znacznie przycichł – zauważyła Valentina, sunąc powoli w stronę chłopaków.
- I bardzo dobrze. Znajdę nowego perkusistę i wtedy ucichnie już całkiem.
Wsiedliśmy do busa, dalej trzymając się za ręce. Gdy Xavier ruszył z piskiem opon, Valentina oparła się nieco na moim ramieniu i chyba przysypiała. Przykryłem ją jakąś moją bluzą, żeby nie zmarzła i wpatrzyłem się w jej długie czarne rzęsy, które lekko drgały. Z jej ust wydobywały się cichutkie westchnienia.
Sam jeszcze nie byłem tego pewien, ale chyba mógłbym tak na nią patrzeć przez całe życie.

631 czyt.
100%123
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 3094 słów i 16592 znaków, zaktualizowała 2 maj o 13:45.

3 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 2 maja

    Och, jaka sielanka   

  • Wiki♡♧

    Wiki♡♧ · 2 maja · 211637633

    Piękne ciekawe co będzie dalej 😊

  • Lula

    Lula · 2 maja

    😁😍😍 gołąbeczki takie nie bardzo 😛😂