Kiedyś ci wystarczę - 26| Ze skrajności w skrajność

Moje ciało przestało być moje, a przynajmniej tak to odczułem, bo przestało mnie słuchać. Powinienem zatrzasnąć jej drzwi przed nosem. Powiedzieć, że nie za tęskniłem za nią od chwili, gdy mnie zostawiła. Zażądać, by sobie poszła i zostawiła mnie w spokoju, tak jak obiecywała. Warknąć, że wiem o jej romansie z Finnem i że jest dla mnie zwykłą szmatą.
Nie zrobiłem żadnej z tych rzeczy. Milczałem jak grób. Po prostu wpatrywałem się w nią pochmurnym wzrokiem, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę tu była. Nieco zmieniona od momentu, gdy widzieliśmy się po raz ostatni, ale to nadal była moja Ashley – ta, w której się zakochałem.
Miałem wrażenie, że zapadam się w otchłań. Słyszałem jakieś słowa, ale brzmiały tak głucho, jakbym słuchał ich pod wodą. Siłą zmusiłem się do skupienia się na tym, co mówiła.
- Słyszałam piosenkę, którą dla mnie napisałeś. Była cudowna. Wciąż oglądam nagranie z tego koncertu. – Ashley zrobiła krok w moją stronę, delikatnie kładąc dłoń na mojej klatce piersiowej. Patrzyłem na nią jak na zjawę, wciąż nie mówiąc ani słowa. Choć miałem milion pytań, nie mogłem niczego z siebie wydusić. Gardło miałem jak zablokowane. – Już od dłuższego czasu chciałam się z tobą zobaczyć, ale tchórzyłam. Dziś w końcu postanowiłam, że to zrobię. Tak myślałam, że będziesz tutaj… zawsze tu przychodziłeś, gdy chciałeś nad czymś pomyśleć albo być sam. Zaryzykowałam i opłaciło się. Jesteś tutaj, misiu. – Uśmiechnęła się swoim najśliczniejszym uśmiechem, w którym nie było ani cienia fałszu. Jak mogła udawać miłą i kochaną, skoro wiedziałem, co zrobiła?
W końcu odzyskałem głos. Delikatnie odepchnąłem ją od siebie.
- Czego ode mnie chcesz? – Nawet się nie starałem, mój głos samoistnie zabrzmiał lodowato, ale Ashley pozostała niewzruszona. Mało tego, na jej porcelanowej twarzy wykwitło zdumienie.
- Przyjechałam cię odzyskać, misiu – odpowiedziała zdziwionym tonem. Cicho parsknąłem pod nosem, nie mogąc się powstrzymać.
- Odzyskać mnie? Żartujesz sobie? – Mój głos ociekał ironią. – Zostawiłaś mnie, Ashley. Brutalnie. Miesiące temu. Złamałaś mi serce.
- Byłam po prostu wzburzona i…
- I po tylu miesiącach dopiero ochłonęłaś? Postanowiłaś tu przyjechać, jak gdyby nigdy nic i oczekujesz, że uwierzę w ten kit? – Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, intensywnie wpatrując się w jej twarz, która nagle wyrażała niepewność. Choć byłem wściekły, przez moje ciało przepływała nostalgia i dziwne dreszcze, co wcale mi się nie podobało. Nie chciałem, by Ashley widziała, jaką reakcję we mnie wywołała. – Daj spokój, Ashley. Już nie jestem tym naiwnym dzieciakiem. Owszem, napisałem dla ciebie piosenkę, bo próbowałem o tobie zapomnieć. Udało mi się. Nie mam ci już nic do powiedzenia. – Usiłowałem zamknąć drzwi, ale Ashley mocno naparła na nie ręką i odepchnęła tak, że huknęły o ścianę. Pięknie. O ile wcześniej Valentina nie zorientowała się, że coś było nie tak, teraz ten huk na pewno ją zaalarmował.  
Miałem rację. Odwróciłem się, gdy usłyszałem gwałtowne kroki, gorączkowo myśląc, co ja właściwie powiem Valentinie. Czy w ogóle uwierzy mi, że Ashley zjawiła się tu przypadkiem? Zobaczyłem, jak Valentina wychodzi z kuchni, blada jak ściana. Musiała już wcześniej podejrzewać, że to jednak nie był dostawca pizzy. Podeszła do mnie i pobladła jeszcze bardziej, kiedy zobaczyła Ashley.
- To ona? – zapytała chłodnym głosem, który jakby lekko się łamał. Nie miałem pojęcia, skąd wiedziała. Może to kobieca intuicja, a może ona też widziała te przeklęte artykuły w Internecie. Zerknąłem na Ashley, która wyprostowała się gwałtownie i obrzuciła Valentinę oburzonym spojrzeniem.
- Tak – przyznałem cicho, całkiem bezradny. Nie miałem pojęcia, co powinienem w tej chwili zrobić. W głowie miałem pustkę. – Ale, Valentina…
- Och, opowiadałeś o mnie? – wtrąciła Ashley, zanim zdążyłem dokończyć zdanie. Jej głos był dziwnie piskliwy, irytował mnie, wwiercał mi się w mózg niczym głośny hałas na kacu. Choć część mnie podświadomie pragnęła na nią spojrzeć, jeszcze raz zauważyć, co się w niej zmieniło, to jednak znacznie większa druga część chciała, by Ashley stąd zniknęła. Dopiero co wszystko sobie ułożyłem z Valentiną, a teraz pojawiła się kolejna przeszkoda, całkiem niezależnie ode mnie. To prawda, często tu bywałem, a Ashley dobrze mnie znała, więc wiedziała, gdzie ma mnie szukać. Nie sądziłem jednak, że to zrobi – po naszej burzliwej historii i po naszym zerwaniu. Przecież nie chciała mnie więcej widzieć. Wolała Finna. Co się zmieniło?
- Same złe rzeczy – syknąłem w jej stronę, usiłując przekazać jej spojrzeniem, by w końcu się stąd zabrała. Ona jednak nie patrzyła na mnie, tylko na Valentinę. Oczy miała zwężone w szparki, jak u polującego kota. Obejrzała Valentinę od stóp do głów, jakby była jej ofiarą. Poczułem, jak Valentina zesztywniała. Miałem wrażenie, że lada moment się na siebie rzucą.  
W tym momencie zadzwonił mój telefon.
Wydawało mi się to tak dziwne, że w momencie, gdy mój świat obracał się do góry nogami, mój telefon tak po prostu sobie dzwonił. Szybko wcisnąłem przycisk odrzucający połączenie i wyciszyłem go, nawet nie patrząc, kto dzwonił. Miałem już dość niespodzianek na dzisiaj.
Ponownie spojrzałem na dziewczyny. Bił od nich niesamowity kontrast – Valentina, smukła, z pięknymi ciemnobrązowymi włosami i Ashley, krągła blondynka, niższa, choć równie urocza, choćby ze względu na te niebieskie oczy, w których kiedyś potrafiłem utonąć. Kiedyś – dzisiaj już nie. Przeżyłem wstrząs, gdy ją zobaczyłem, ale nie chciałem zapraszać jej z powrotem do mojego życia. Nie po tym, co mi zrobiła. Nie miałem najmniejszej ochoty na jej szalone pomysły.
Już otwierałem usta, by coś powiedzieć, gdy nagle usłyszałem Valentinę:
- Wyjdź stąd – syknęła, wpatrując się w Ashley z nienawiścią. Poczułem, jak łapie mnie za rękę i splata nasze palce, mocno mnie ściskając. – Zmarnowałaś swoją szansę i to już dawno temu. Teraz on jest mój.  
Poczułem autentyczne ciepło, słysząc jej słowa. Valentina tyle czasu była niezależna, odpychała mnie. Można by pomyśleć, że w takiej chwili mogłaby znowu machnąć włosami i odejść, nie oglądając się za siebie. Jej słowa sugerowały, że jednak jej na mnie zależało, bo poczuła się zagrożona przez Ashley. Nie miała ku temu powodów, ale i tak poczułem się mile połechtany – choć nie za bardzo, biorąc pod uwagę sytuację.
Mój telefon ponownie zaczął wibrować, ale nawet nie zareagowałem.
Choć Ashley była sporo niższa od Valentiny i ogólnie znajdowała się w gorszym położeniu niż ona, to nie sprawiała wrażenia, jakby jej to przeszkadzało, bo prychnęła donośnie i spojrzała na Valentinę zblazowanym wzrokiem.
- Nie znam cię, koleżanko, więc nie mów do mnie – rzuciła głosem pełnym obojętności. – A to mieszkanie jest bardziej moje, niż twoje, więc znikaj stąd.
- Jak mnie nazwałaś? – warknęła groźnie Valentina, puszczając mnie i robiąc krok do przodu. – Nie jestem twoją koleżanką, żebyś się tak do mnie zwracała. Nie masz prawa mnie stąd wyrzucać. Zostawiłaś Liama, więc teraz bądź na tyle łaskawa, by dać nam spokój, bo on już cię nie chce. Jesteś tylko niewdzięczną hipokrytką.
Valentina całkiem nieźle radziła sobie z Ashley, która aż się zapowietrzyła i wyraźnie szykowała się do ataku, ale musiałem ukrócić tę wymianę zdań, bo zaczynała się robić nudna. Nie miałem pojęcia, co przyszło Ashley do głowy, by tu wracać, ale właściwie mnie to nie interesowało. Chciałem mieć spokojne życie z Valentiną, bez wiecznych dramatów i problemów. Czy, do cholery, to wreszcie mogło się udać?
- Liam! – Ashley spojrzała na mnie znacząco, wyraźnie oczekując wsparcia. – Pozwolisz, by się tak do mnie zwracała?
- Nie mam nic przeciwko temu – rzuciłem.
- Co? – Pisnęła jeszcze głośniej niż poprzednio, aż promień bólu przeszył moją głowę. W kieszeni czułem wibrujący telefon. Co, do cholery się tu działo? – Liam, nie możesz przecież pozwolić, żeby ona mnie tak nazywała!
- Może, a ja mogę mówić, co chcę – rzuciła Valentina drwiąco. – Zwłaszcza, jeśli mówię prawdę.
- Ty… – zaczęła mówić Ashley, już nawet robiła krok w stronę Valentiny, by zapewne szarpnąć ją za włosy, czy coś podobnego – to było w stylu Ashley – ale krzyknąłem:
- Uciszcie się obie!
Z niepokojem patrzyłem na telefon, który właśnie wyciągnąłem z kieszeni. Miałem już kilka nieodebranych połączeń od taty, co było dziwne. Kolejne połączenie właśnie się kończyło. Zacząłem się lekko denerwować. Mój tata nigdy do mnie tak nie wydzwaniał, o ile to nie było coś naprawdę ważnego.  
- Uciszcie się – powiedziałem ponownie, wpatrując się w komórkę, a mój głos brzmiał jak nie mój. Czym prędzej oddzwoniłem do taty, czując we mnie utkwione spojrzenia Valentiny i Ashley. Ta druga dyszała jeszcze z oburzenia, ale Valentina wpatrywała się we mnie z niepokojem.  
Tata odebrał natychmiast.
- Co się dzieje? – zapytałem od razu. – Coś się stało? Bo wiesz, to dość kiepski moment…
- Synu… – Jego głos drżał tak, że prawie go nie poznałem. – Przyjedź do szpitala. Coś się stało mamie.



Chyba jeszcze nigdy nie spieszyłem się nigdzie tak, jak po telefonie taty. Zdążył tylko powiedzieć, że coś się stało mamie i podał mi adres szpitala. Po chwili się rozłączył, a ja powoli opuściłem rękę z telefonem, mając wrażenie, że wszystkie moje narządy w jednej chwili zamieniły się w galaretę. Nie wiedziałem nawet dokładnie, o co chodziło, ale moje ciało momentalnie zdrętwiało. Podniosłem do góry zdesperowany wzrok.
- Muszę jechać – wymamrotałem.
- Co?
- Muszę jechać – powtórzyłem. – Natychmiast.
- Jak to: jechać? – Ashley skrzywiła się potwornie. – Czyś ty zgłupiał do reszty? Nie dość, że przyjeżdżam do naszego mieszkania i zastaję cię z jakąś dzidą…
- Chcesz oberwać? – przerwała jej Valentina, którą wyraźnie świerzbiła ręka. – Chodziłam kiedyś na kick boxing. Jeszcze sporo pamiętam.
- …to jeszcze oznajmiasz mi, że gdzieś sobie jedziesz? Nie. Nie zgadzam się. Masz ze mną porozmawiać! – Ashley tupnęła mocno nogą o podłogę, jak mała dziewczynka. Nie miałem siły się z nią szarpać. Przeniosłem udręczony wzrok na Valentinę. Nie musiałem nic mówić. Po jej wyrazie twarzy od razu było widać, że zrozumiała, że stało się coś poważnego. Dalej była okropnie blada, ale skinęła głową.
- Jedź – powiedziała lekko zduszonym głosem. Zalała mnie fala wdzięczności, tak wielka, że miałem ochotę ją przytulić. Ona rozumiała mnie bez słów. Tylko ona. – Jedź i niczym się nie przejmuj.
Wypadłem z mieszkania jak burza, słysząc jeszcze za plecami jakieś piski Ashley. Nie zawracałem sobie nawet nimi głowy, wiedziałem, że Valentina sobie z nią poradzi. Wszedłem do samochodu tak szybko, że przy okazji walnąłem się głową o sufit i potrzebowałem chwili, by włożyć kluczyki do stacyjki, ale już minutę później jechałem jak wariat do szpitala. Znałem go, urodziłem się tam ja, a potem Alexia. Nigdy później nie musiałem w nim przebywać. Po głowie tłukło mi się milion pytań. Co takiego mogło się stać? Przecież mama dopiero co była w domu z tatą. Nie rozumiałem, co się stało, cały ten dzień był cholernie popieprzony. W jednej chwili zjebało się dosłownie wszystko.  
Jak na złość przed szpitalem nie było wolnego miejsca. Musiałem okrążyć parking dwa razy, dopiero wtedy coś się zwolniło. Miejsce było tragicznie małe, ledwie się wcisnąłem, ale nie zamierzałem zawracać sobie głowy ewentualnymi rysami na lakierze. Wysiadłem równie szybko, co wcześniej wsiadałem, zamknąłem samochód i pognałem do wejścia.  
W poczekalni od razu zauważyłem Alexię i tatę. Nie było to trudne, bo tata chodził dookoła, wyraźnie mocno zdenerwowany, a Alexia siedziała na fotelu i cicho łkała. Obok niej siedział Christopher, co na chwilę zbiło mnie z tropu. Sztywny jak zwykle, trzymał sztywną dłoń na kolanie Alexii, ale oprócz tego wyglądał jak posąg. Nie miałem ochoty na analizę jego dziwnych zachowań. Od razu zwróciłem się do taty:
- Co się stało, do cholery? Gdzie mama?
- Potrącił ją samochód – mruknął tata, wyglądając jak człowiek kompletnie bezradny. Widać było, że płakał, bo oczy miał wilgotne i zaczerwienione. – Gdy szła kupić coś do jedzenia. Chciała zrobić ci obiad. Musiała iść na zakupy, bo ja niczego nie kupiłem.
Poczułem palący wstyd – tak jakbym to ja siedział za kierownicą samochodu, który potrącił mamę. Poszła na zakupy, bo chciała zrobić jedzenie dla mnie i dla Valentiny. Poszła na zakupy, bo tata nie kupił tego, o co go prosiła. Pewnie on czuł się tak samo.  
- Ale jak to możliwe? – wydusiłem po chwili. – Przechodziła przez ulicę w złym miejscu, czy co? Kierowca był pijany? No tak – dorzuciłem gorzko, zanim tata zdążył odpowiedzieć. – To pewnie jakiś cholerny gówniarz, który się upił i postanowił, że wsiądzie do samochodu, bo przecież jest całkiem trzeźwy! – Już chciałem szukać wokół nas winnego, gdy tata złapał mnie za przedramię.
- Nie, Liam, to nie tak. Sprawca wypadku też jest poszkodowany. Nie wiem za wiele, ale ponoć miał atak drgawkowy. Jest teraz operowany. Pewnie ma jakiegoś guza, może nawet raka. – Tata westchnął ciężko, po czym usiadł i wbił wzrok w podłogę. – Aż ciężko mi go winić. To mogło zdarzyć się każdemu.  
- A gdzie mama? – spytałem ze ściśniętym gardłem.
- Też jest operowana. Nie powiedzieli za dużo, od razu poszli na blok. – Pociągnął gwałtownie nosem. – Ale mówili, że nie wygląda to za dobrze.
Coś mocno zakłuło mnie w sercu. Nagle usiłowałem wyobrazić sobie życie bez mamy. Nie potrafiłem. Choć wiele tygodni spędzałem z dala od domu, nawet z nią nie rozmawiając, nagle poczułem się jak dziecko, które zgubiło się mamie w parku. Słyszałem pochlipywanie Alexii, ale nie byłem w stanie się ruszyć. Nie mogłem w to wszystko uwierzyć. Dopiero byłem szczęśliwy z Valentiną, Ashley tu nie było, a mama była w domu, cała i zdrowa. Chciała tylko zrobić coś do jedzenia, a teraz walczyła o życie.  
Ten cholerny dzień był coraz gorszy.

633 czyt.
100%144
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 2760 słów i 14929 znaków.

4 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 14 maja

    Za kudły niech ją wytarmosi, to będzie czad     

  • Lifeisbrutal2

    Lifeisbrutal2 · 14 maja · 381258638

    No nie ta Ashley musi zniknąć wnerwia mnie ona strasznie 😖 mam nadzieję że Valentina da jej popalić i jak najsZybciej zjawi się w szpitalu aby być blisko Liana w tej ciężkiej chwili

  • Lula

    Lula · 14 maja

    Ooo przykro z powodu mamy Liama, 😪ale z ashley glupia suka myślała że przyjdzie i nakrzyczy to będzie jak dawniej no i jestem dumna z Valentiny

  • Speker

    Speker · 13 maja

    !