Kiedyś ci wystarczę - 07| Każdy ból ma swój cel

Nikomu nie mówiłem, że wieczorem wychodzę z Valentiną, bo wydawało mi się to nieznaczące. Wysłała mi adres restauracji, więc przez dłuższy czas sprawdzałem ją w Internecie. Opinie miała dobre, menu przystępne, na ceny wolałem nie zerkać. Dobrze przynajmniej, że moje dochody były całkiem spore.  
Obawiałem się tylko, że Grace poczuje się urażona, jeśli nagle zniknę i nic jej nie powiem, ale po chwili przywołałem się do porządku. Przecież nie byłem jej niańką, nie musiałem zostawać z nią wieczorami i czytać jej dobranocek. Mogła przecież sama się sobą zajmować albo znaleźć wspólny język z chłopakami. Zack był równie spokojny, co ona, Jackson też. Raczej wątpiłem, by dogadała się z Finnem. Tak czy inaczej, zaprosiłem ją na podróż w ramach trasy koncertowej, a nie do mojego łóżka. Nie byłem za nią odpowiedzialny.
Poszedłem, by wziąć prysznic, jako że byliśmy zameldowani w nowym hotelu na jeden dzień. Był trochę gorszy od poprzedniego w Los Angeles, ale w sumie co mnie to obchodziło, skoro zaraz stąd wyjeżdżaliśmy? Po prysznicu stanąłem przy walizce, zastanawiając się, co mam na siebie włożyć. Szykując się na trasę, raczej nie planowałem wozić się w eleganckich ubraniach, dlatego nie miałem nawet jednej koszuli. Kurwa. Przecież nie pójdę do restauracji w koszulce. Wciągnąłem na siebie bokserki i czarne spodnie, jednocześnie wybierając na telefonie numer Jacksona.
- Halo?  
- Jackson, pomóż mi. Masz jakąś koszulę?
- Mam, a co?
- Musisz mi pożyczyć. Byle jakąś ciemną.  
- Mogę ci pożyczyć granatową. Po co ci koszula? Chcesz robić za elegancika na koncercie?
- Nie. Wychodzę z Valentiną.  
- Co? Powtórz, bo chyba się przesłyszałem.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłem. Za drzwiami stał Jackson, właśnie kończąc połączenie i wyciągając w moją stronę rękę z granatową koszulą. Odrzuciłem telefon i wziąłem od niego ubranie.
- Dzięki. – Szybko zarzuciłem ją na siebie i zacząłem zapinać guziki. – Jak ona na mnie leży?
- Spoko. Chyba mamy ten sam rozmiar. – Jackson przyglądał mi się podejrzliwie. – Powiedz mi to jeszcze raz: naprawdę wychodzisz z Valentiną?  
- Tak. – Zapiąłem koszulę i poszedłem przejrzeć się w lustrze. Usłyszałem, że Jackson wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi.  
- Czyli jednak się polubiliście?
- Nie. Wymusiła na mnie kolację w ramach wdzięczności za to, że uratowała mnie od zagorzałego geja, który chciał się ze mną umówić.
Jackson wybuchł śmiechem, nic sobie nie robiąc z mojej skwaszonej miny.
- Żałuję, że tego nie widziałem – rzucił.
- A ja żałuję, że ci powiedziałem. Jeśli komuś o tym powiesz, obiję ci mordę. A już na pewno nie mów Sofii.
- Czemu?
- Nieważne. – Przez chwilę poczułem potrzebę, by zwierzyć się Jacksonowi ze swojego problemu, ale dałem sobie spokój. – Wyglądam ok?
- Jak na sesję zdjęciową. – Jackson uśmiechnął się złośliwie. – Wyczuwam, że dzisiaj w nocy to łóżko nie będzie tak uporządkowane. – Wskazał na moją ułożoną pościel.
- Idiota. Nie zamierzam jej przelecieć. Nie jestem Finnem.
- No, podyskutowałbym.
Zerknąłem na zegarek.
- Kurwa, muszę się zbierać. Już prawie ósma.  
- Leć, Alvaro. Zrób na niej wrażenie. – Klepnął mnie po plecach i wypchnął w kierunku drzwi, zanim zdążyłem powiedzieć, że gówno mnie obchodzi, co Valentina o mnie myśli.  
W sumie, czy naprawdę gówno mnie to obchodziło?
Poszedłem pod drzwi pokoju Valentiny i zapukałem. Minęła jakaś minuta, po czym drzwi się otworzyły. Powitał mnie ten sam śliczny, szeroki uśmiech.
- Punktualny jak szwajcarski zegarek – skomentowała.
- Ładnie wyglądasz – wydukałem, bo spodziewałem się, że to właśnie chciała usłyszeć, ale nie były to jedynie czcze słowa. Tak naprawdę wyglądała zajebiście. Założyła elegancką ciemnoniebieską sukienkę, która ściśle przylegała do jej szczupłego ciała. Sukienka kończyła się za kolanem. Całości dopełniały wysokie czarne szpilki na obcasie cieńszym niż mój najmniejszy palec. Włosy miała rozpuszczone i dokładnie wyprostowane, spięte z boku jakąś srebrną klamrą. Zwykle widywałem ją w luźnych sukienkach i nieułożonej tak pieczołowicie fryzurze, ale teraz nie wiedziałem już, którą jej wersję bardziej lubiłem.
- Ty też nie najgorzej. Nie spodziewałam się, że w ogóle masz jakieś inne ciuchy poza koszulkami.
- Cieszę się, że cię zaskoczyłem – odparłem, w duchu notując sobie, by nie przyznawać się jej, że to koszula Jacksona. Valentina zamknęła drzwi i wyszła na korytarz. Stwierdziłem, że to chyba czas, by zachować się jak dżentelmen, więc wyciągnąłem w jej stronę ugięte ramię.
- Pani pozwoli.
- Jak romantycznie – stwierdziła, ujmując mnie delikatnie. Ruszyliśmy przed siebie. Na zewnątrz hotelu czekała już na nas specjalnie zamówiona taksówka. Czułem się, jakbym szedł na randkę. Otworzyłem Valentinie drzwi i już po chwili znajdowaliśmy się w korku ulicznym, między mnóstwem innych samochodów. Nagle zacząłem się zastanawiać, czy powinienem był zarezerwować stolik. W ogóle o tym nie pomyślałem, a skoro ta restauracja była tak oblegana, to raczej nie znajdziemy wolnego stolika. Super. Wyjdę na kompletnego durnia.  
W taksówce milczeliśmy. Nie wiedziałem, o czym miałem z nią rozmawiać. To był idiotyczny pomysł, równie dobrze mogłem ją zabrać na kolację do stołówki. Nic bym nie płacił, w dodatku nie musiałbym się ubierać jak na rozmowę o pracę. No i na pewno znaleźlibyśmy wolny stolik.  
W końcu dojechaliśmy. Ponownie otworzyłem Valentinie drzwi, pomogłem jej wysiąść i poprowadziłem w kierunku wejścia, zaciskając kciuki, by był jakiś wolny stolik i żebym nie musiał się afiszować ze swoim brakiem myślenia.
Oczywiście, jak łatwo można było się domyślić, nie mieli wolnego stolika. Miałem jakąś sekundę, by zareagować, a nie wiedziałem, w którą stronę mam iść. Wrócić do hotelu? Czekać, aż coś się zwolni? Zabrać Valentinę do innej restauracji, chociaż tak bardzo chciała pójść tu?
Dlatego właśnie nienawidziłem randek.
Nagle jednak podleciał do nas jakiś kelner, któremu duże okulary prawie spadły z nosa, tak gwałtownie się przed nami zatrzymał. Wzrok miał utkwiony w Valentinie. No tak, przecież ja tu byłem jedynie elementem dekoracyjnym.
- Panienka Valentina! – wymamrotał, upuszczając z wrażenia notatnik. Natychmiast się po niego schylił i jeszcze gwałtowniej się podniósł. Mógł mieć ze trzydzieści lat, ale podekscytowanie na jego twarzy czyniło z niego pięciolatka. – Nigdy w życiu bym nie pomyślał, że panienkę zobaczę akurat w naszej restauracji! Proszę, zapraszam. – Przesunął się, byśmy weszli w głąb restauracji, ale facet stojący obok nas pokręcił głową.
- Już państwu mówiłem, że niestety nie mamy wolnego stolika.
- Nie mamy? Ależ ja zaraz znajdę! – zadeklarował się kelner, wciąż zerkając na Valentinę, która usilnie powstrzymywała śmiech. – Proszę tu chwileczkę poczekać, zaraz wrócę! – Oddalił się pędem, rozglądając się na boki.
- To się nazywa pasja do swojej pracy – stwierdziła Valentina po chwili.
- Raczej pasja do ślicznych aktorek – sprostowałem, nie zastanawiając się nad tym, co mówię. Valentina spojrzała na mnie z ukosa.
- Uważasz, że jestem śliczna?
Odchrząknąłem, lekko zakłopotany.  
- No wiesz… te kobiece wgłębienia i w ogóle…
- Spokojnie. – Uśmiechnęła się zadziornie. – Możesz powiedzieć, że jestem śliczna. To nie wpłynie na fakt, że nadal się nie lubimy.
- Tak? W porządku. W takim razie, owszem, jesteś śliczna.
Dziwnie się czułem, wypowiadając takie słowa skierowane do tej specyficznej kobiety, ale przecież mówiłem prawdę. Skinęła powoli głową, uśmiechając się lekko pod nosem.
- Dziękuję. Ty też nie jesteś najbrzydszy.
- Nie jestem najbrzydszy… - powtórzyłem, wywracając oczami. – Łał, dziękuję. To komplement roku.
- Na nic więcej mnie nie stać. Jeszcze ci się w głowie poprzestawia.
W tej samej chwili przybiegł do nas zziajany kelner.
- Załatwiłem państwu stolik – wysapał. – Proszę za mną!
Zadowolony, że jednak jakoś się rozwiązała sprawa z miejscem, puściłem Valentinę przodem i szedłem za nią. Kelner poprowadził nas w głąb sali do przyjemnie wyglądającego stolika, nakrytego czerwonym obrusem i z palącą się na środku zapachową świeczką. Leżały tam już przygotowane menu.
- Super, dziękujemy – powiedziałem, a Valentina uraczyła kelnera jednym ze swoich uśmiechów, na którego widok biedak niechybnie dostał palpitacji.
Odsunąłem jej krzesło, by mogła usiąść, i dopiero wtedy sam usiadłem, biorąc do ręki menu. Chwilę studiowałem karty, ale większość dań brzmiała dziwacznie i nie zachęcała mnie do ich spróbowania, dlatego ucieszyłem się, widząc moje ulubione danie: carbonarę. Wątpiłem, że się tym najem, ale w końcu w hotelu też było jedzenie, i to takie, za które nie musiałem przepłacać.  
Valentina przeglądała menu znacznie dłużej, aż w końcu zagadnąłem ją:
- Wybrałaś już coś?
- Tak. – Zamknęła menu z uśmiechem. Nagle obok nas zjawił się kelner, jakby tylko na to czekał.
- Czy mogę przyjąć zamówienia?
- Tak. Poproszę comber z jelenia na musie winno-owocowym, do tego pieczone ziemniaki i buraki. Do picia poproszę kieliszek wina Sauvignon Blanc, a na przystawkę pucharek z owocami.  
Kelner wybałuszył na nią oczy.
- Ale… panienko Valentino...
- Tak?
- Jest po osiemnastej. Po osiemnastej nie można jeść owoców – oświadczył z przerażoną miną.
Chciałem się roześmiać, ale to chyba byłoby niegrzeczne, dlatego się powstrzymałem. Valentina nie. Zaśmiała się i spojrzała na kelnera z uniesioną brwią.
- A niby dlaczego? Czy owoce wiedzą, która jest godzina? Po osiemnastej zamieniają się w tłuste węglowodany z milionem kalorii? – zapytała niewinnym tonem, w którym dało się jednak wyczuć jakąś stanowczość. Kelner umilkł. – Pucharek z owocami, comber z jelenia – dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Dziękuję.
- Ja poproszę carbonarę i wodę – rzuciłem.  
Kelner znikł, a ja spojrzałem na Valentinę z uniesionymi brwiami. Odgarnęła włosy do tyłu, odstawiła menu i zerknęła na mnie z uśmiechem.
- Co? – zapytała.
- Nic. Jesteś… zabawna – powiedziałem prawie zdziwionym tonem. – Wcześniej tego nie zauważyłem.
- Może dlatego, że byłeś zbyt zajęty wściekaniem się na mnie o rzeczy, na które nie miałam wpływu.
- Wiem. Przepraszam cię za to. Swoją drogą… comber z jelenia?
- Tak, a co?
- Ja bym po tym zwymiotował.
- A ja lubię próbować nowych rzeczy. Za to moje włoskie korzenie cieszą się z twojego wyboru.
- Uwielbiam carbonarę, mógłbym ją jeść codziennie – przyznałem się.  
Nagle jakoś łatwiej mi się z nią rozmawiało. Prawie znowu wkurzyłem się na Jamesa, że nie powiedział mi o niej na samym początku. To przez te jego robienie tajemnic wszystko fatalnie wyszło, a ja od razu na starcie byłem negatywnie nastawiony do Valentiny. Ostatecznie nie była taka zła.
- Słuchaj… - powiedziała nagle, przybierając łagodny ton. – Chciałam cię przeprosić za Sofíę.
O, a to coś nowego.
- Serio?
- Tak. Zwykle nie czepiam się jej zachowania, ale wczoraj rano przesadziła. Nie powinna tak mówić do Grace – mówiła przepraszającym tonem, jakby to ona była winna. – Trochę to moja wina, bo jej o tym powiedziałam…
- No właśnie – rzuciłem. – Dlaczego jej powiedziałaś?
- Zrozum. To moja najlepsza przyjaciółka. Mówię jej o wszystkim.
No dobra, byłem w stanie to zrozumieć. Gdy jesteś z kimś mocno zaprzyjaźniony, czasem nawet nie kontrolujesz wypowiadanych przez siebie rzeczy – po prostu opowiadasz o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu dnia. Pokiwałem powoli głową.
- Nie rozumiem tylko, czemu za nią przepraszasz.
- Ktoś musi, a ona nie ma zahamowań.
O tak, o tym już sam zdążyłem się przekonać. Przez chwilę myślałem, czy nie powiedzieć Valentinie o szantażu Sofii, ale doszedłem do wniosku, że pewnie i tak by mi nie uwierzyła. Jeszcze nie byliśmy w tak dobrych stosunkach. Ostatecznie wciąż byłem dla niej nieznajomym.
- Skoro tak, to dlaczego w ogóle się z nią przyjaźnisz? – zapytałem, bo byłem naprawdę ciekawy.
- Sofía jest… specyficzna. – Valentina skrzywiła się nieznacznie. – Ale dawno temu bardzo mi pomogła. Wyciągnęła z ogromnego dołka, w którym siedziałam długi czas. Wtedy byłam na nią wściekła, bo nigdy nie zostawiała mnie samej, wyciągała mnie z domu, kiedy chciałam tylko leżeć pod kołdrą i płakać. Gdyby nie ona, pewnie nadal bym tam leżała. Dużo jej zawdzięczam.
Ciężko mi było wyobrazić sobie tę żmiję jako pomocną przyjaciółkę, ale niech jej będzie.
Kelner zjawił się z pucharkiem owoców dla Valentiny, pewnie dalej uważając, że popełnia zbrodnię, jedząc je po osiemnastej. Valentina jednak zdawała się tym absolutnie nie przejmować. Przyciągnęła do siebie pucharek, ciesząc się jak małe dziecko i rzuciła się na te owoce, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.  
- Teraz ty coś powiedz mi o sobie – powiedziała nagle, przeżuwając kawałek truskawki.
- Niby co?
- Sama nie wiem. Uchyl rąbka tajemnicy. – Patrzyła się na mnie intensywnie. Gdybym się kiedykolwiek rumienił, pewnie właśnie moja twarz pokolorowałaby się na czerwono. – Na przykład powiedz mi, o kim jest piosenka, której przeze mnie nie zaśpiewałeś – dodała delikatnie. Serce podeszło mi do gardła. – Bo mam przeczucie, że ktoś kiedyś bardzo cię zranił.
Cały zesztywniałem, mimo jej delikatnego tonu.
Z nikim nie rozmawiam o Ashley.
- Masz rację – odpowiedziałem powoli, ważąc słowa. – Ktoś mnie zranił. Jakiś czas temu. Ale nie chcę o tym rozmawiać. – Uciekłem wzrokiem w bok.
- Czyli jesteś dupkiem z wyboru.
- Słucham? – Ponownie na nią spojrzałem.
Valentina odłożyła widelczyk i spojrzała na mnie poważnym wzrokiem.
- Coś mi mówi, że kiedyś byłeś inny. Ale ktoś cię zranił i twoja obecna postawa to mechanizm obronny.  
- A może po prostu jestem dupkiem i to się już nie zmieni. – Usłyszałem własne słowa jakby z oddali.
Pokręciła lekko głową.
- Nie sądzę. Widzę w tobie coś więcej. Za to Finn… jego nie da się zranić. No chyba że nożem, skierowanym w jego krocze – zażartowała, by rozluźnić atmosferę. Uśmiechnąłem się blado. – Ale ty jesteś wrażliwy.  
- Nieprawda.
- To nie jest zła cecha.
- Słuchaj… - Urwałem na chwilę, kiedy kelner pojawił się z moim makaronem. Gdy odszedł, kontynuowałem: - Dziękuję za tę psychoanalizę, ale nie chcę o tym rozmawiać. To przeszłość, o której próbuję zapomnieć. Myślę, że… - Wziąłem widelec i wbiłem go w makaron. – Że może umówię się z Grace.
Te słowa wypłynęły ze mnie pod wpływem chwili, w ogóle ich nie planowałem. Gapiłem się w moje jedzenie, ale niemal czułem, jak brwi Valentiny podjeżdżają do góry.
- Z Grace?
- Tak. Jest miła.
- A ty chcesz zatuszować złe pierwsze wrażenie?
- Coś w tym rodzaju.
- W takim razie życzę powodzenia.
Wkrótce do stolika przybył też jeleni comber i oboje zajęliśmy się jedzeniem. Tak jak podejrzewałem, nie najadłem się, ale przynajmniej Valentina wyglądała na zadowoloną. Namawiała mnie, bym spróbował tego jelenia, ale stanowczo odmówiłem. W końcu zapłaciłem, Valentina dopiła wino i mogliśmy wychodzić. Chciałem dzwonić po taksówkę, ale Valentina uprzedziła mnie:
- Poczekaj, nie dzwoń. Przejdźmy się.
- To trochę daleko – zauważyłem.
- Przynajmniej spalę tę kolację. No wiesz, w końcu zjadłam owoce po osiemnastej – dodała. – Komórki tłuszczowe pewnie tworzą mi się teraz w zatrważającym tempie.
Parsknąłem śmiechem.
- W porządku, jak chcesz. O ile jesteś w stanie iść na tych szczudłach. – Wskazałem na jej szpilki.
Zerknęła w dół, jakby dopiero się zorientowała, że ma na sobie obcasy.
- To żaden problem – stwierdziła i jednym ruchem zdjęła je ze stóp. Przytrzymała obie szpilki ręką i stanęła boso na chodniku. – Uff… - odetchnęła. – Dużo lepiej.
- I masz zamiar tak iść?
- A czemu nie?
- Bo… chodniki są brudne? Może leżeć na nich szkło? – zasugerowałem.
- Zawsze możesz mnie ponieść – stwierdziła wesoło i zanim zdążyłem ją powstrzymać, pruła już do przodu chodnikiem. Pobiegłem za nią, nie mogąc się nadziwić, że może jednak nie jest zawsze taka pyskata. Chciało mi się śmiać, gdy patrzyłem na nią, skaczącą jak mała dziewczynka po chodniku.  
Szliśmy w ciszy, wokół nas było ciemno, światło dawały jedynie latarnie. Zerknąłem na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia. No ładnie. Nie zostało nam za wiele snu, tym bardziej, że rano ponownie wyruszaliśmy w trasę.
- Cholera, tu chyba leży jakieś gówno! – usłyszałem nagle wystraszony pisk Valentiny i parsknąłem śmiechem. Ona za to podskoczyła śmiesznie, chcąc ominąć wyżej wspomniane fekalia, ale chyba jej nie wyszło. Nagle usłyszałem jakieś stłumione „kurwa!” i dopiero wtedy ogarnąłem, że Valentina zdążyła się przewrócić i właśnie klęczała na chodniku.
- O cholera – mruknąłem, pochylając się szybko, by ją podnieść.  
Podniosła się z głośnym sykiem, podnosząc do góry rękę, na której w świetle latarni błysnęła krew. Pochyliłem się, by zobaczyć ranę z bliska.  
- Rozcięta – stwierdziłem. – Chyba nie obędzie się bez szycia. Jak ty to zrobiłaś?
Valentina z cichym jękiem wskazała na ostrą krawędź rynny wystającą ze ściany budynku.
- Nieciekawie to wygląda – mruknąłem, wyjmując z kieszeni chusteczkę i wycierając krew z jej przedramienia, kiedy Valentina ciężko sapała. – Boli? – zapytałem głupio.
Spojrzała na mnie, jakbym ją zapytał, czy ptaki latają.
- Nie, skądże – odparła ironicznie. – Tak sobie tu jęczę, żeby wzbudzić twoje zainteresowanie moją osobą. No jasne, że boli! – Zerknęła na swoje przedramię i zrobiła nieszczęśliwą minę.
- Poczekaj, zaraz ci znajdę najbliższy szpital – rzuciłem, wyjmując z kieszeni komórkę i wchodząc w Google.
- Swoją drogą, przepraszam za moje słownictwo – wymamrotała Valentina, podczas gdy ja szukałem szpitala. – Zwykle nie przeklinam, ale przy was ciężko się do tego nie przyzwyczaić.
- Całkowicie to rozumiem.
Parę minut później prowadziłem Valentinę na wyszukaną w Internecie ulicę. Jakiś lekarz na dyżurze zszył jej rękę, przy okazji prosząc o autograf. Podpisała mu się chwiejącą ręką na kartce do wypisywania recept, po czym założyła buty i wyszliśmy na zewnątrz. Dochodziła pierwsza.
- Wyślę Xavierowi wiadomość, żeby przyjechał po nas trochę później niż zwykle – powiedziałem, wyjmując komórkę.
- To tak można? – Valentina zmarszczyła brwi. – To czemu zawsze przyjeżdża o tak nieludzkie porze?
- Zawsze warto wyjechać wcześniej. No wiesz, mogą po drodze być korki, wypadki… tłumy fanów…
- Ahaś, jasne.
Do hotelu mieliśmy już blisko, więc ruszyliśmy w drogę, a gdy dotarliśmy, było już wpół do drugiej. Odprowadziłem Valentinę aż po same drzwi, po czym oparłem się o framugę, nie bardzo wiedząc, jak zakończyć ten wieczór.
- Było… zaskakująco – stwierdziłem. – Chyba jeszcze nie wracałem tak późno ze zwykłej kolacji.
- Bo była niezwykła. – Valentina uniosła do góry rękę pokrytą szwami. – Chyba jeszcze nigdy nie poszłam na kolację, by wrócić z niej z rozciętą ręką.
- A wszystko przez jedno głupie gówno na chodniku – rzuciłem, a Valentina zachichotała.  
- Fakt. Muszę szybko oddać sukienkę do prania. W dodatku czuję, że się dzisiaj nie wyśpię.
- My nigdy się nie wysypiamy.  
- Prawda.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie niepewnie, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu rzuciłem:
- W takim razie życzę ci dobrej nocy. Do zobaczenia rano.
- Dziękuję za kolację. – Uśmiechnęła się, po czym skrzywiła. – Chyba znieczulenie przestaje działać.
- Uważaj, nie śpij na tej ręce. Cieszę się, że ci się podobało, bo milszy już nie będę – dodałem z uśmiechem.
- Dobrze wiedzieć – parsknęła Valentina ze śmiechem. – Dobranoc, Liam – dodała, zamykając delikatnie drzwi.
- Dobranoc – powiedziałem cicho, właściwie już do siebie. Odepchnąłem się od ściany, by wrócić do pokoju. Otworzyłem drzwi kartą, wszedłem do środka i od razu chciałem je zatrzasnąć, kiedy zorientowałem się, że coś je blokowało. Zapaliłem światło i zmrużonymi oczami zobaczyłem, że tym czymś była Sofía. Stała w drzwiach.
O nie.
- Boże, idź sobie – stęknąłem, kiedy wślizgnęła się do pokoju, wykorzystując moje zdziwienie.  
- Nie.
Czemu to nie mogło być kolejnym snem?
- To cię wyrzucę. – Wzruszyłem ramionami. Zamierzałem ściągnąć koszulę i walnąć się na łóżko, nie zważając na jej obecność, ale po zastanowieniu się stwierdziłem, że to niezbyt dobry pomysł, bo Sofía pewnie jeszcze by to wykorzystała. – Tak właściwie, to co ty tu robisz? Jest prawie pieprzona druga w nocy. Czego chcesz?
- Pogadać – syknęła, idąc ku mnie gwałtownie. Zerknąłem na nią przelotnie. Spodziewałem się, że będzie w piżamie, ale miała na sobie normalny, codzienny strój i pełny makijaż. Ale może właśnie tak chodziła spać. Taka pieprzona księżniczka pewnie nigdy nie zmywała tapety z twarzy.  
- Zajebistą godzinę sobie wybrałaś. – Usiadłem na łóżku, przecierając oczy i mając nadzieję, że gdy ponownie je otworzę, to Sofía zniknie. – O czym chcesz gadać? Masz sucho między nogami? Potrzebujesz, żeby cię ktoś sponiewierał? Źle trafiłaś. Pokój Finna jest gdzie indziej.  
- Głupek z ciebie. – Stanęła tuż przede mną, prowokacyjnie rozstawiając nogi i krzyżując ręce na klatce piersiowej. – A wiesz dlaczego?
- Nie wiem, ale pewnie chętnie mi powiesz.
- Wyszedłeś z Valentiną? – syknęła. – Naprawdę?  
- Ach… tu cię boli. – Uśmiechnąłem się złośliwie. – Że wyszedłem gdzieś z nią, a nie z tobą?
- Mydliłeś wszystkim oczy, że się nie lubicie, a teraz proszę, jakieś potajemne randki… zapomniałeś o naszej umowie?
- Tylko ty uważasz, że to umowa. Nie przypominam sobie, żebym się na nią zgadzał.
- Czyli nie będziesz miał nic przeciwko temu, że poopowiadam dziennikarzom parę ciekawostek? – Uniosła do góry brew.
- Rób co chcesz – rzuciłem. Zabrzmiało to o wiele pewniej, niż się w rzeczywistości czułem. – Znudziły mi się twoje szantaże. A teraz, z łaski swojej, wyjdź stąd, zanim zawołam ochronę.
- Pożałujesz tego – syknęła, po czym obróciła się na pięcie i wyszła z pokoju, trzaskając mocno drzwiami. Kompletnie wyczerpany, opadłem na łóżko. Miałem naprawdę wielką nadzieję, że Sofía da sobie spokój.

1 507 czyt.
92%124
candy

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 4178 słów i 23379 znaków.

4 komentarze

 
  • Lifeisbrutal2

    Lifeisbrutal2 · 30 marca · 193143510

    Wkurza mnie ta sofi. Myślę że Liam powinien ją jakoś pod puscic i nagrać to i oczywiście puścić swoim przyjaciołom

  • Lula

    Lula · 30 marca

    Sofii powinni kupić bilet w jedna stronę na księżyc

  • agnes1709

    agnes1709 · 29 marca

    Co za laska...

  • Speker

    Speker · 29 marca

    Tak coś od początku się zapowiadało, że Liam i Valentina coś ten tego. Ta Sofia będzie trudnym elementem. No i do tego jest jeszcze Grace. Świetnie skomplikowane