Zakręty losu #8

„ Kurwa, za co tym razem?” – myślał, ale nic nie wydedukował, to mogło być wszystko.
      Po dziesięciu minutach dojechali na komisariat i zaprowadzili chłopaka do pokoju, na początku korytarza. Facet posadził go przy stole, rozkuł i wyszedł. Za chwilę do pomieszczenia wszedł gliniarz w cywilnych ciuchach i usiadł po drugiej stronie stołu.
      – Więc znowu się spotykamy, panie Brooks – wyjechał z powagą na twarzy. – Wie pan, za co pana zatrzymaliśmy?
      – Nie wiem.
      – Trzy godziny temu zgłoszono napaść i pobicie. Pani Preston zawiadomiła nas, że wtargnąłeś do jej domu i dopuściłeś się rękoczynów. Co powiesz na ten temat?
      – Nic. Nie znam laski.
      – Nie znasz...? To czemu ona zna ciebie i podała dokładny rysopis?
      – Przysługuje mi jeden telefon – wyjechał David.
      Gliniarz podał mu sprzęt i chłopak wykręcił numer matki. Odebrała po chwili.
      – Mamo, odbierz małą. Zgarnęli mnie – poinformował.
      – Boże, David, co znowu zrobiłeś?! – spanikowała.
      – Muszę kończyć – rzucił 22-latek i odłożył słuchawkę.
      Policjant zabrał telefon.
      – No to jak z tą napaścią? Za co pobiłeś tą kobietę? – wznowił wątek.
      – Nikogo nie pobiłem.
      – Czyli się nie przyznajesz, tak?
      – Tak.
      – Jesteś na warunku i odpieprzasz takie cyrki? Chcesz iść na trzy lata?
      – Nie mam nic więcej do powiedzenia – oznajmił chłopak, patrząc gliniarzowi prosto w oczy.
      – Dobra, jak chcesz... – facet wstał i wyszedł.  
      Po chwili przyszedł wysoki jak żyrafa mundurowy, zakuł go i wyprowadził z pokoju. Zaprowadził młodzika do aresztu, rozkuł i zamknął w celi. Siedział w niej szczupły, czarnoskóry chłopak, w wieku zbliżonym do Davida. Gdy zobaczył "gościa", usiadł na pryczy.
      – Cześć. Tyrone – wyciągnął rękę.
      – David – 22-latek podał mu dłoń i lgnął na drugim łóżku (a dokładniej rzecz biorąc na tkwiącym na metalowym tworze, zwiędłym materacu).
      – W końcu jakieś towarzystwo. Za co cię zgarnęli? – zapytał Tyrone.
      – A czy to ważne?
      – Ważne. Nie lubię frajerów.
      – Naprawdę? A ja nie lubię pytań.
      – Ktoś cię chyba nieźle wkurwił, co? – typek był wyraźnie zadowolony.
      – Nie twoja sprawa. I nie mam ochoty na pogaduszki – mruknął David, odwrócił się do ściany i opuścił powieki.
      Od razu stanęła mu przed oczami twarz zdezorientowanej Amy, był pewien, że po tym incydencie więcej się z nim nie spotka. W końcu pochodziła  z porządnego domu. Pomyślał także o przyjacielu, mając najczarniejsze myśli. Nie mógł darować, że nie jest w domu, ze względu na Lilly i opiekę społeczną. Bał się, żeby ktoś od nich nie wpadł, kiedy matka się napije. Jakby był na miejscu, mógłby cokolwiek zrobić, albo przynajmniej wytłumaczyć sytuację, a tak...?
     Leżał i wkurzał się coraz bardziej. Był wściekły na laskę ojca, że podała go na psy. Do tego o 15:00 miał odebrać broń, a siedzi tu. Spojrzał na zegarek – 15:34. Nie chciało mu się spać, więc przewrócił się na plecy i wgapił w sufit.  
      – Podbiłem oko suce ojca – wyjechał nagle, śmiejąc się.
      – A ja wpadłem z Lexusem, jebany złom musiał mieć akurat resztki paliwa. Do tego miałem przy sobie dziesięć gram zielska.
      – Waliłeś brykę w biały dzień?! – nie dowierzał David.
      – Tylko wtedy mogłem. Koleś ma chatę jak twierdza. Podjechał pod swój sklep, przystawiłem mu gnata do głowy i sam oddał kluczyki – poinformował z dumą koleś.
      – Ile można dostać za taki wózek?
      – Ja dostałem dziesięć procent, czyli siedemnaście kawałków. Jest koleś, który chętnie bierze luksusowe auta, ale to niebezpieczny typ, rządzi połową tego miasta. Wolałbym nie wchodzić z nim w biznes, ale na gwałt potrzebowałem kasy i widzisz, gdzie zaprowadziło mnie pochopne działanie...
      – Zdarza się – podsumował David.      
      – Czemu pytasz? Też robisz w wózkach?
      – Zdarzyło mi się. A propos: Czemu siedzimy w jednej celi? To nieco dziwne – zapytał 22-latek.
      – Areszt jest przepełniony, ostatnio robią sporo nalotów na handlarzy. Żebym teraz przemaszerował po tym korytarzu, miałbym namiary na wszystko – od cukierka poczynając, na heroinie kończąc – zaśmiał się współwięzień.
      

      Gadali około godziny i David dowiedział się, że chłopak ma dwadzieścia trzy lata i może załatwić różne przydatne rzeczy. Typek miał jeszcze gorszą sytuację, chlało oboje rodziców, do tego brali prochy. Teraz miał spokój, bo wyprowadził się trzy miesiące temu, ale nie miał pracy, więc zarabiał, jak mógł.  
    Gość, o którym wspominał Tyrone, to szef jakiejś lokalnej mafii, i jak twierdził, bardzo groźny. Miał ksywę „Bokser” i trząsł całym miastem.
      Davida po tej rozmowie nieco przymuliło, więc znów przekręcił się na bok i zamknął oczy.
      – Jakbyś czegoś potrzebował, udaj się do baru „Red Sun” – oświadczył 23-latek. – Pracuje tam ładna, ciemna blondynka, ma na imię Samantha i jest zawsze. Powiedz, skąd mnie znasz, ona cię ze mną skontaktuje. Jak coś, jestem w tym barze w każdą sobotę, po 20:00...  
      Monolog przerwał brzęk zamka w drzwiach i po chwili pojawił się w nich gliniarz.
      – Rivers, kaucja. Wychodzisz!  
      Tyrone ruszył się leniwie.
      – „Red Sun” – powtórzył, przechodząc obok Davida i zniknął z celi.
      22-latek nie nudził się długo, po kilku minutach zasnął.  

      
    Przebudził go okrzyk: „kolacja!” i do celi wjechało jakieś mięso, gotowana marchewka i chleb. Nie ruszył posiłku. Położył się na drugim boku, chcąc jak najszybciej zasnąć, gdyż dołujące myśli nie dawały mu spokoju. Czuł się trochę osłabiony, ponieważ poro czasu nic nie jadł, lecz jakoś nie mógł zmusić się do kolacji, zwłaszcza takiej. Wiedział, jak karmią w więzieniu, wywnioskował więc, że tu będzie podobnie. Usnął dopiero po 21:00.
      Spał jak zabity, chyba przez złe samopoczucie. Obudził go ponowny okrzyk.
      – Śniadanie!
      Był otępiały i apatyczny, do tego przybity wydarzeniami ostatnich dni. Spojrzał na talerz stojący na półce w drzwiach – nieciekawa jajecznica, w której figurowały nawet dwa kawałki zdechłego bekonu, kawa, pokrojony pomidor i dwie grube kromki chleba. Olał również śniadanie i wrócił do pozycji leżącej. Egzystował tak do 17:00, drzemiąc w międzyczasie i ignorując po drodze też obiad. Kilka minut po piątej gliniarz otworzył celę.
      – Brooks, wstawaj! – rozkazał i chłopak ciężko ruszył się z miejsca.
      – Chyba już wszystko powiedziałem – mruknął.
      – Wychodzisz. Wycofano skargę – oznajmił mężczyzna i poprowadził go pod okienko na końcu aresztu.
      Stojący za szyba facet oddał mu rzeczy zabrane po przeszukaniu i kazał się podpisać. Policjant zaprowadził go na górę i zostawił przed wyjściowymi drzwiami. Chłopak chciał już iść, ale usłyszał:
      – Brooks!
      Obejrzał się.
      – Mam nadzieję, że się więcej nie spotkamy – rzucił gliniarz, który go przesłuchiwał.
      Davida w tej chwili najmniej obchodziła jego gadka. Pchnął podwójne drzwi, zszedł po kilku stopniach i wyszedł przez kolejne drzwi na ulicę. Od razu włączył telefon, machając na taxi. Od razu ukazało mu się dziewięć nieodebranych połączeń i dwa sms-y. Pierwszy od Amy o godzinie 16:00: „David, co się stało? Odezwij się”. Drugi też od niej, o 11:30: „David, co się dzieje? Jeszcze cię nie wypuścili? Jak już będziesz mógł, zadzwoń albo napisz”.
      Podjechała taksówka i chłopak kazał jechać do szpitala. W aucie odpisał: „Wszystko w porządku”, lecz nie zdążył nawet schować telefonu, bo ten po chwili zadzwonił. Nacisnął guzik, przykładając słuchawkę do ucha.
      – David!? Wypuścili cię? Gdzie jesteś? – usłyszał zdenerwowany głos ukochanej.
      – Cześć, księżniczko. Jadę do szpitala, ale tylko na chwilę, jestem wykończony.
      – Co się stało? Za co cię zatrzymali?
      – Długa historia.
      – Mogę przyjechać?
      – Amy, nie dziś, jutro do ciebie zajdę.
      – Wszystko w porządku? – dopytywała się.
      – Tak, muszę już kończyć.
      – David...! Na pewno zajdziesz?
      – Tak, obiecuję. Cześć.
      22-latek właśnie utwierdził się w przekonaniu, że nie jest dziewczynie obojętny. Za chwilę dojechali pod szpital i po paru minutach był już w sali przyjaciela.
      – Dobry wieczór. Co u niego? – zapytał siedzącą przy łóżku matkę chłopaka.
      – Jak widać – mruknęła.
      – Czy w domu wszystko w porządku?
      – Tak. Bill siedzi i stanie przed sądem za dwa pobicia. Nie wiem tylko, co będzie, jak dostanie wyrok w zawieszeniu. Boję się – uderzyła w płacz.  
     – Wszystko będzie dobrze, nikt cię nie skrzywdzi, obiecuję. Miał już dwa wyroki, nie zawieszą mu kary. Pójdzie siedzieć.
      – Mam nadzieję, że masz rację.
      Zapadła cisza. Po pół godzinie gapienia się na Chrisa 22-latek ruszył się z krzesła.
      – Muszę spadać, przyjadę jutro. Od której tu jesteś? – zapytał Ann.
      – Od rana.
      – Chodź, jadę taksówką, podrzucę cię.
      – Zostanę.
      – Nie ma mowy, idziemy – pociągnął ją delikatnie za ramię.
      Kobieta znała Davida od czternastu lat i wiedząc, że nie ustąpi,  opuściła z nim szpital.
      – Chodź, mam samochód – oznajmiła, udając się w stronę srebrnej, podniszczonej Hondy kombi.
      Podwiozła go pod miejsce zamieszkania, chłopak ją uściskał i udał do pobliskiego sklepu. Kupił dużą wódkę, chipsy serowe i butelkę Pepsi. Po kilku minutach przekręcał  klucz w mieszkaniu. Gdy tylko zamknął za sobą drzwi, od razu przybiegła do niego Lilly.
      – Gdzie byłeś?! – przytuliła się mocno.
      – Nocowałem u kolegi.
      – Boże, David, dobrze, że cię wypuścili – uścisnęła go matka, która pojawiła się za córką.  
      Chłopak się wykręcił, schował zakupy w drzwiach lodówki i klapnął na łóżku w swoim pokoju. Małolatka nie odstępowała go na krok. Czuł się coraz gorzej. Wiedział, że musi w końcu coś zjeść, gdyż od prawie trzech dni nie miał nic w ustach. Lecz apetytu nie było, za to chęć na alkohol i owszem.  
      Sophie weszła do sypialni.
      – David, chodź. Zjesz kurczaka z ziemniakami – pociągnęła go za dłoń.
      – Nie chcę.
      – Synu, chodź. Ile dni już chodzisz głodny?
      Ciągnęła go uparcie, więc wstał  ospale i poszedł z nią do kuchni. Nagrzała mu obiad, ale ledwo wcisnął pół. Lilly siedziała obok, nie odrywając od niego wzroku. Po kilku minutach odsunął talerz i wstał od stołu. Małolatka w mig się podniosła.
      – Mała, nie łaź za mną. Muszę się wykąpać – powiedział w końcu, wręczając jej chrupki.
      Wziął butelkę i zamknął się w łazience. Wlazł do wanny, opuszczając ciało do przyjemnej, letniej wody i odkręcił flaszkę. Siedział tam ponad pół godziny, myśląc ciągle o tym samym. Z butelki ubyła już połowa i chłopaka zaczęło powoli ścinać.
      – David, co tam robisz?! – krzyknęła nagle przez drzwi zaniepokojona matka.
      – Już wychodzę!
      Po chwili, ubrany tylko w szare, dresowe spodenki, opuścił łazienkę. Spoczął na swoim łóżku i tam kontynuował upijanie się.
      – David...! – rzuciła pretensjonalnie Sophie, widząc go z wódką.
      – Ty będziesz mnie pouczać?! Ty...?! Idź stąd! – wstał niezgrabnie i wypchnął ją z pokoju.
      Na zegarku figurowała 18:56. Wypił następne ćwierć, kiedy rozbrzmiał dzwonek do mieszkania. Zatrzasnął nogą drzwi, nie ruszając się z łóżka, lecz po chwili usłyszał głos ojca:
      – ...ledwo ją przekonałem, rozumiesz...?! On podbił jej oko!
      David uśmiechnął się po nosem.
      – To wszystko twoja wina! – wrzasnęła Sophie.
      – Przestańcie! – usłyszał wystraszoną siostrę i dopiero teraz ruszył się z miejsca.        
      Z butelką w dłoni wyszedł z pokoju, opierając się o framugę – był już pijany. Chwiejnym krokiem wszedł do salonu i popchnął ojca do tyłu.
      – Wypierdalaj z mojego domu! – wybełkotał.
      – Widzisz...?! Sama pijesz i wychowałaś pijaka! – wydarł się Nick i w tej chwili oberwał od Sophie z liścia w twarz. – Masz szczęście, że przekonałem Lucy do wycofania skargi. Ale pamiętaj: drugi raz ci się nie upiecze! – ryknął do stojącego przed nim, kiwającego się na boki syna.  
      – Gówno mnie obchodzą jej skargi! Jeśli jeszcze raz dotknie Lilly, skopię ją jak psa, rozumiesz?!
      – Zapamiętaj: Lilly nie będzie mieszkać w tym chlewie! – krzyknął mężczyzna.
      Rozdrażniony David chciał uderzyć ojca w twarz, ale gdy tylko się zamachnął, stracił równowagę i wyłożył jak długi na podłodze. Butelka wyleciała mu z dłoni i potoczyła się na koniec pokoju.
      – No właśnie... o tym mówię! Żeby nie było zaskoczenia! – huknął facet i wyszedł z mieszkania, trzasnąwszy drzwiami.
      – David, wstawaj –  rzuciła Sophie, chwyciwszy ramię syna. – Chodź, musisz się przespać – podniosła go z ziemi i poprowadziła w stronę sypialni.  
       Z trudem go utrzymywała, gdyż rzucało nim na lewo i prawo. Położyła 22-latka na łóżku i przykryła cienkim kocem. Bełkotał pod nosem jakieś niezrozumiałe żale, lecz kobieta nie zwracała na nie uwagi. Po chwili się jednak wyciszył i zamknął oczy. Sophie opuściła pokój, nie zamykając drzwi, a chłopak powoli odpływał.

      
      Wyrwał go ze snu głośny, trwający sekundę, może dwie, krzyk dziecka. Czuł się, jakby ktoś przepuścił go przez maszynkę do mięsa. Głowa nie bolała, ale była okropnie ciężka, do tego miał niesmak w ustach i było w nich sucho, jak na pustyni. Wstał ospale, szybko przemył zęby miętową pastą i udał się do lodówki. Spojrzał na zegar ścienny – 2:57. Przykleił się do kartonu z jabłkowym sokiem, wypijając prawie połowę. Z opakowaniem w ręku ruszył ociężale do pokoju siostry. Siedziała pod kołdrą i chlipała. Klapnął obok.
      – Co się stało? – wydobył małolatkę spod nakrycia.
      – Śniło mi się, że Coco ożył, zaatakował mnie i zaczął gryźć. Miał zielone, świecące oczy – wybąkała, głośno łapiąc powietrze.
      
      Coco – pluszowa, 30-centymetrowa, brązowa małpka, z którą spała dziewczynka i która w chwili obecnej poszła w zapomnienie na rzecz Pana Cooka, stała na regale, obok innych pluszaków.
      – Daj mi się napić – poprosiła dziewczynka, widząc sok w jego dłoni.
      Przytrzymał jej karton i Lilly wykonała kilka porządnych łyków, pociągając nosem od płaczu.
      – Nie płacz, to tylko sen. Już wszystko ok – przytulił siostrę.  – Śpij już – nakrył ją pod szyję i wstał, ale złapała go za rękę.
      – Zostań ze mną, dopóki nie zasnę – wydusiła.
      – Nie zmieszczę się, Cook zajmuje całą przestrzeń – rzucił wesoło.
      – To odłóż go na biurko.
      David pozbył się zabawki i położył obok małolatki. Jej łóżko przeznaczone było dla dorosłego człowieka, więc zmieścili się bez problemu. Wcisnęła głowę pod szyję brata, który leżał i czekał, aż mała zaśnie. Po chwili jednak sam usnął.
      
      
      – David, wstawaj, już prawie dziewiąta – poczuł ciągnięcie za bark.
      Nie zareagował, tylko odwrócił się na bok.
      – David, spóźnisz się do pracy. Chodź, zjesz śniadanie – stojaca nad nim matka namiętnie próbowała przywrócić go do życia.
      Wylazł w końcu z pieleszy i spojrzał przez okno. Po kilku chłodnych dniach, co w Kalifornii we wrześniu graniczyło z cudem, znów było gorąco. Od razu poczuł zapach smażonego bekonu. Wziął szybki, zimny prysznic, po czym nałożył jasnoszare, kończące się powyżej kolan spodenki, na górę  białą koszulkę i poszedł do kuchni. Kawa stała już zaparzona. Od razu przytulił do niej usta, lecz nie smakowała mu dziś za dobrze. Siorbał napar bardzo wolno, czuł się jak zbity pies. Upijał się bardzo rzadko, dlatego dziś męczył go diabelski kac.  
      – Więcej ze mną nie śpisz, bo się rozpychasz – wyskoczyła Lilly, z zapchaną jajkiem buzią.
      – Tak...? Zobaczymy. Czemu w nocy nie byłaś taka odważna?  
      – David, muszę mieć pieniądze do szkoły. Idziemy na lody – małolatka nagle zmieniła temat.
      Matka nie dawała tak łatwo podpuszczać się córce, więc ta zawsze przekabacała chłopaka. Ten często ją rozpieszczał, więc wiedziała, że zawsze coś od niego wyciągnie.  
      – Przecież dałem ci dychę, z której jedzenie kupiłaś tylko raz. Wszystko już wydałaś?
      – Kupowałam soki w szkole.
      Chłopak poszedł do pokoju i wyciągnął z brudnych od padania na chodnik spodni pogniecione banknoty, w ilości trzystu dziesięciu dolców, kluczyki do pickupa i dokumenty. Wrócił do kuchni.
      – Z drobnych mam tylko piątkę. Wystarczy?
      – Tak.
      Dał jej pieniądze i zaraz podziękowała. Pod nosem chłopaka pojawił się talerz z jajecznicą, pięcioma plastrami boczku i pokrojonym pomidorem.
      – Nie chcę jeść, marnie się czuję – oznajmił matce.
      – David, musisz coś zjeść. Ostatnio nic nie jesz, wczorajszej kolacji też nie skończyłeś. Zjedz, chociaż trochę.
      Wziął widelec i zaczął skubać potrawę, ale po pierwszym kęsie miał już dość. Mdliło go od kaca i pustego od trzech dni żołądka. Sprawdził godzinę – 9:27.  
      – Musisz odprowadzić Lilly, nie mam samochodu – poinformował kobietę.
      – Dobrze.
      Wskoczył w buty, sprawdził zawartość skrytki, w której zostało około sześciu tysięcy i wyszedł z domu. Szkoda mu było wydawać na taksówkę, ale był tak zmarnowany, że nie miał siły ciągnąć się autobusem. Wykręcił numer taxi i poszedł do sklepu po półlitrową, zimną colę. Transport przyjechał dopiero po kwadransie, dojazd zajął następne tyle, więc dotarł do sklepu po 10:00. Ponownie zastał Johna, nie Paula, który od razu wyjechał:
      – David. Zatrudniłem cię, bo obiecałeś nie pakować się już w kłopoty. Nie dotrzymałeś słowa, do tego nie przyszedłeś wczoraj do pracy i Paul na dwie godziny musiał zamknąć sklep, żeby dostarczyć zakupy. Poza tym spóźniasz się coraz częściej, nie mogę tego dłużej tolerować.
      – Zwalniasz mnie?! –zapytał zaskoczony chłopak, stawiając oczy w słup.
      – David, potrzebuję odpowiedzialnego pracownika. Nie mogę  pozwolić sobie na stratę klientów, sklep i tak ledwo ciągnie.
      – Nie wpakowałem się w żadne kłopoty, sprawa się wyjaśniła. Widzisz, że mnie wypuścili.
      – Przykro mi – oznajmił facet i dał mu wypłatę za cały miesiąc, choć minęło tylko siedemnaście dni.
      – W ciągu pół roku nie pojawiłem się w pracy tylko raz... wczoraj. Czy tu naprawdę chodzi o te kilka marnych minut spóźnienia i moją nieobecność, czy o coś innego?! – rzucił wkurzony 22-latek, wskazując palcem na sklep Amy.  
      – Nie, tu nie chodzi o nią, po prostu muszę mieć pewność, że nie będzie więcej niespodzianek.
      – Kurwa! Moja stara straciła robotę, a teraz ty wywalasz mnie? I co mam teraz zrobić...?! Bank?! – chłopak był wściekły. Nie spodziewał się takiego rozpoczęcia i tak już zjebanego samopoczuciem dnia.
     – David, nie przekonuj mnie, zdania nie zmienię. Auta możesz używać, Paul zadzwoni, jak będzie go potrzebował.
      – I co...?! Zatankuje je wodą?! – krzyknął i rzucił w faceta kluczykami.
      – David! Jeśli przez jakiś czas nie narozrabiasz, zatrudnię cię z powrotem – rzucił mężczyzna, nie całkiem sensownie.
      – I do tego czasu będę karmił rodzinę powietrzem, tak?! Wiesz co...? Pierdol się! – wrzasnął chłopak i wyszedł z marketu.
      Poszedł na tyły budynku, usiadł na schodkach i się rozpłakał – facet dobił go totalnie. Chciał zaczerpnąć napju, ale liznął tylko – w butelce został łyk.
      – Kurwaaa! Wszystko jak na złość! – huknął, rzucając opakowaniem.
      Kac go rąbał, nie miał pracy, Chris w szpitalu... miał wszystkiego dość. Siedział i wył za sklepem dobry kwadrans, w końcu się uspokoił, poczekał, aż czerwień oczu zniknie  i ciężkim krokiem udał się do sklepu ukochanej. W środku zajął miejsce na tym samym, co zawsze krześle i panna zaraz pojawiła się po drugiej stronie.
      – Cześć – dostał buziaka i zaraz poprosił:
      – Daj mi podwójną wódkę z colą.
      – Jest wpół do jedenastej, chcesz alkohol? Przecież będziesz prowadził.
      – Nie będę – mruknął.
      – Co się stało?
      – Wywalił mnie. Dasz mi tego drinka?
      Amy zrobiła mu trunek i zapytała:
      – Za co cię wywalił? Przecież byłeś dobrym pracownikiem.
      – Nie wiem i szczerze mówiąc... mam to w dupie.
      – Mizernie wyglądasz. Jadłeś śniadanie?
      – Nie i nie mam ochoty – zlepił usta z literatką.
      – Usmażę ci stek. Nieduży, zjedz.
      – Ty usmażysz..?! – chłopak natychmiast rozpromieniał.
      – Tak. Cindy będzie dopiero za pół godziny.
      – Dobrze, to zjem – oznajmił i 22-latka zniknęła w kuchni.
      Na stek zawsze miał ochotę, no i wiedział, że musi w końcu coś przegryźć. Czuł się coraz bardziej osłabiony, a żar na zewnątrz rozbrajał go jeszcze bardziej. Wyszedł z knajpy, stanął pod witryną z napisem: „Lunch Market” i wykręcił numer Nicka. Gdy ten odebrał, powiedział:
      – Cześć stary. Masz jeszcze tą broń? Nie mogłem wczoraj zajechać, psy mnie zgarnęły.
      – Mam.
      – Jesteś w chacie? To zjem śniadanie i przyjadę.
      – Jestem, wpadaj.
      – To do zobaczenia – rzucił krótko i się wyłączył.
      Wrócił do baru i jednym haustem wypił drinka. W lokalu dało się już wyczuć zapach smażonej wołowiny, który chłopak go uwielbiał. Amy wyszła z kuchni.
      – Jeszcze kilka minut – uśmiechnęła się.
      – Daj mi kawy z mlekiem – poprosił i pbrunetka dała mu kubek jasnobrązowej, parującej  cieczy.
      Ponownie zniknęła w kuchni i po kilkunastu sekundach przed 22-latkiem wylądował talerz z pachnącym, przypieczonym stekiem, sałatka, oraz grzanki czosnkowe.  
      – Oszukałaś mnie – rzucił do znajdującej się już za barem dziewczyny. – To nie jest mała porcja.
      Amy się uśmiechnęła.
      – Mniejszego nie miałam. Nie marudź, tylko wcinaj – przysiadła na stołku po swojej stronie lady.
      David ukroił kawałek i momentalnie wyszczerzył zęby.
      – Skąd wiedziałaś, że lubię krwiste?
      – Żadna filozofia, większość facetów takie jada.
      Stek był przepyszny. David rozprawił się z nim w kilka minut, podobnie z zieleniną i chrupiącym pieczywem.
      – Twoja koleżanka nie ma racji co do twojego gotowania. To było pyszne, dzięki –  
– oświadczył, dopijając kawę.
      Wyjął dwudziestkę i położył na ladzie.
      – David...! Zabieraj to!
      – Nie możesz cały czas mnie sponsorować, chcę zapłacić – oznajmił.
      – Przestań, nie rób jaj – wzburzyła się, odsuwając pieniądze.
      – Dobra, ale to już ostatni raz. Więcej mnie nie podpuścisz – zaśmiał się.
      – Zobaczymy... – spojrzała na niego kątem oka, wycierając którąś z kolei, umytą szklankę.
       Davida od dawna męczyła jedna kwestia i kilka razy już się zastanawiał, czy zahaczyć o nią Amy, czy to wypada? W końcu dziś zdobył się na odwagę i wyjechał:
      – Księżniczko, muszę cię o coś zapytać... tylko nie zrozum mnie źle... – mruknął niepewnie, co rzadko mu się zdarza.
      – Słucham.
      – Przecież masz kasę, czemu więc pół dnia siedzisz w sklepie? Przecież w tym czasie mogłabyś robić wiele ciekawszych rzeczy – zaczerwienił się nieco.
      Amy się roześmiała, ze śmiechu którego jednak dało się wyczuć cień zażenowania.
      – Po pierwsze, to nie ja mam kasę, tylko moi starzy; po drugie, na przykład jakich rzeczy? – odparła.
      – Nie wiem. Plaża, zakupy... lub leniuchować w domu.
      – Nie wysiedziałabym w chacie, a sklep otworzyłam, bo lubię mieć kontakt z ludźmi. No i mam swoje pieniądze i przy okazji dałam pracę przyjaciółce...  
      Zadzwonił telefon chłopaka.
      – Halo.
      – David, muszę pojechać w trzy miejsca w sprawie pracy, już się umówiłam. Możesz odebrać małą? Ja nie zdążę, ostatnie spotkanie mam na 15:30.
     – Dobra, odbiorę.  
     – To cześć – Sophie urwała połączenie, a młody facet spojrzał na zegarek – 11:16.
     – Amy, rozmienisz mi dwudziestkę? Potrzebuję drobnych – poprosił, dając jej banknot.
      Po chwili otrzymał garść monet.
      – Inaczej nie mam. Jest wcześnie, nie było klientów – powiedziała dziewczyna.
      – Jest ok, dzięki. A teraz mi powiedz, gdzie tu jest przystanek? Zawsze jeździłem samochodem, więc nie mam pojęcia.
      – Jakieś sto metrów w stronę plaży – odparła i wyszła ze ścierką zza lady.
      – Zaraz muszę spadać – oznajmił chłopak, odkręcając się na krześle.
      – Gdzie twój samochód? – zapytała.
      – To nie był mój samochód.
      – Przyjedziesz jeszcze? Zjesz lunch. Grillowaną kanapkę z warzywami i ostrym sosem, sama je uwielbiam.
      – Nie wiem, ile mi to zajmie. Poza tym marnie się czuję, nachlałem się wczoraj jak świnia – objął  stojącą obok jego siedziska dziewczynę.
      Natychmiast go ucałowała.
      – No tak...!!! Trzeba uprzyjemniać sobie pracę! – rozradowała się wchodząca do lokalu Cindy. – Cześć, przystojniaku! – rzuciła do Davida i zniknęła w wejściu za barem.
      – Podobasz jej się – wyjechała Amy z uśmiechem na twarzy i chłopak się roześmiał, gdyż powiało nutką zazdrości. Po chwili jednak wstał.
      – Muszę już jechać.
      – Poczekaj... – rozkazała i udała się na zaplecze. Po chwili była z powrotem.  
      – Trzymaj – przeszyła chłopaka wzrokiem, wyciągając do niego rękę z kluczykami.
      Zaskoczyła go, więc na chwilę zamilkł.
     – No bierz, szybciej wszystko załatwisz. Jest gorąco, w autobusie nie będzie zbyt przyjemnie – wcisnęła mu w dłoń breloczek z okrągłym logo BMW. – Przecież ja i tak na razie go nie potrzebuję.
      – Amy, to daleko, pójdzie dużo paliwa – zawstydził się.
      – Nie martw się paliwem, ok?
      – Dobra, dzięki. Postaram się wyrobić do dwóch godzin – złożył całusa na jej ustach i zniknął.

1 501 czyt.
100%32
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 4324 słów i 26046 znaków

Komentarze (2)

 
  • Suptelna

    Suptelna 25 sie 2017 ip:195130197

    Fajne ????

  • Misiaa14

    Misiaa14 17 cze 2016

    Cudeńko