Zakręty losu #38

Nie przejechał nawet dwustu metrów, kiedy piknął sms. Zatrzymał się i odczytał: "Bądź o 16:00 i wejdź od zaplecza, możliwe oko”. Natychmiast domyślił się, że to ktoś z knajpy, nie wiedział tylko, kto. Od razu pomyślał o Judy, bo przecież Tyrone dzwonił, więc posiada jego numer, aczkolwiek wątpił, aby to ona napisała. Po swoim dzisiejszym wybryku?”  
Z drugiej strony jednak przypominając sobie, jak była agresywna i chamska wywnioskował, że osoba z takim charakterkiem na pewno nie miałaby wyrzutów sumienia i nie wstydziła się wysłać wiadomości. Był pewien, że w dupie ma to, co zrobiła i że wyszła na kompletną idiotkę, do tego na pewno już o tym zapomniała.
Zaśmiał się ironicznie pod nosem i ruszył w dalszą drogę, postanawiając nie zawracać sobie tym głowy. Spojrzał na deskę rozdzielczą – 10:12. Docisnął mocniej wiedząc, że jest już spóźniony, tym bardziej, że nie jechał jeszcze do domu Betty. W centrum zastał korek, więc zanim przy ogromie przekleństw, które ciężką chmurą wulgarności zawisły we wnętrzu pojazdu dojechał do domu ukochanej, dochodziła za piętnaście jedenasta. Nie był wściekły, ale zły i owszem, do tego tym razem wziął za mało, bo już po pół godzinie poczuł lekki niedosyt. Wtedy bał się przegiąć, a teraz chętnie by sobie podbił.
Zatrzymał się dokładnie pod samą bramą i wysiadł. Posiadłość nie wyróżniała się niczym szczególnym, wyglądała tak samo jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. Brama była zamknięta, ale i samochodu Amy nie wypatrzył, doszedł więc do wniosku, że chyba pojechała do sklepu. Zadzwonił na jej numer, lecz komórka nadal była wyłączona. Zupełnie nie rozumiał, co się stało. Zadumał się chwilę, po czym podszedł do domofonu i nacisnął guzik. Czekał dziesięć, dwadzieścia sekund i wcisnął ponownie. W rezultacie nie doczekał się na odzew, wsiadł więc do wozu, podbił znowu, zażywając taką samą ilość i odjechał.  
Wjeżdżając na osiedle, na którym mieszkała staruszka, zrobił jej zakupy w znajdującym się niedaleko jej domu sklepie i równiutko o 11: 10 pukał do jej drzwi. Otworzyła mu z szerokim, ciepłym uśmiechem.
– Cześć – mruknął niewyraźnie, wszedł do środka i bez cienia skrępowania od razu udał się do kuchni.
– David, co się stało? – zapytała bezzwłocznie widząc, że David nie wygląda normalnie.
Postawił torbę na stole i usiadł na pierwszym z brzegu krześle. Wciąż myślał o Lilly i Amy, o obu tak samo zażarcie.
– David! – rzuciła nieco głośniej, gdyż zamyślił się przez chwilę. – Co ci jest, źle się czujesz?  
– Nie, wszystko ok. Czy mógłbym napić się kawy?
– Pewnie.
Gospodyni postawiła wodę i usiadła naprzeciw gościa. Czuł się dziwnie, raz naćpany, raz nie. Efekt prochu pojawiał się w kratkę, raz mocniej, raz słabiej, zaczynając coraz mocniej drażnić chłopaka. Ale wiedział, czemu tak się dzieje. Nie spał całą noc, nic nie jadł, do tego doszły złe wiadomości i rozmyślanie. Osłabiony organizm, do tego nerwy – to wszystko skumulowało się w nim, powodując skoki ciśnienia, a co najważniejsze – teraz już potrzebował o wiele, wiele więcej, a wciąż brał praktycznie tyle samo, co fakt – dawało pożądany efekt, ale na bardzo krótko.
Miał ogromną chęć przywalić porządnie, ze dwie, nawet dwie i pół działki, wiedząc, że to mu pomoże, wstrzymywał się jednak, nie chcąc potem zdychać. Wiedział, że po tym, co już zażył i tak będzie źle się czuł, dlatego też nie chciał jeszcze bardziej się wymóżdżać. Już przed przyjazdem do Betty dogłębnie przemyślał sprawę i postanowił, że będzie podbijał lekko, aby tylko wytrwać do wieczora, a potem, już w domu, po prostu napije się wódki, może zapali trawy i w końcu postara się trochę zdrzemnąć.

Amfa przestawała nieść ukojenie. Amy szczypała jego spokój, lecz siostra już szarpała i mimo, że usilnie próbował odgonić od siebie parszywe myśli, nie dał rady.  
I że nic nie zauważył? Przecież zna siostrę na wylot, jak siebie samego, więc o czym ta dziewczyna, do cholery, do niego mówiła? Przecież gdyby coś było nie tak, gdyby dała mu jakikolwiek, chociażby najmniejszy znak, od razu by to wyłapał, a nie było nic, dosłownie – NIC! Poza tym dlaczego Lilly w domu zachowuje się normalnie, a w szkole rzekomo tak dziwnie? Czyżby coś tam? Ale gdyby nawet, czy to w szkole, czy poza nią, działo się coś, co Lilly próbowałaby ukryć, czy umiałaby zrobić to aż tak perfekcyjnie? Nie, niemożliwe, zauważyłby, zauważyłby cokolwiek.  
Po chwili dotarło jednak do niego, że przecież ostatnio spędzał z nią o wiele mniej czasu, więc może dlatego mu coś umknęło? "Kurwa, a jeśli naprawdę coś w szkole? Może ją prześladują?” – pomyślał i ciarki go przeszły. "Ale Lilly? Przecież, odkąd pamięta, każdy ją lubił, jej nie da się nie lubić, poza tym, gdyby jej dokuczali, stałaby się cicha i płochliwa, a nie agresywna i chamska, więc to zupełnie nie pasuje. "A może jednak coś u starego, lub koło domu?”.
Myślał i dumał, lecz nic nie wydumał, nagromadził tylko w mózgownicy niepotrzebnych, do tego zupełnie sprzecznych ze sobą spekulacji, przez co teraz miał już w głowie tak paranoiczny kołowrotek, że nie wiedział, co jest czarne, a co białe. Jedna interpretacja poganiała drugą, walcząc zażarcie, która jest zgodna z prawdą, i każda po chwili okazywała się nie do przyjęcia, aby ustąpić miejsca tej poprzedniej, i tak w kółko.

I nagle, ni z tego, ni z owego zrobiło mu się słabo. Uszy dziwnie mu się zatkały i zaszumiało w głowie, miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Spojrzał na Betty – stała do niego plecami i coś kroiła. Wstał, lecz od razu machnęło nim w bok, czuł się, jakby był pijany, lub jakby go wybudzili po jakiejś ostrej narkozie. Oparł się o stół, żeby nie zaliczyć podłogi i uspokoić nogi, które zaczęły drżeć. Ponownie spojrzał na kobietę – nie słyszała go chyba, bo nie odrywała się od zajęć.
– Bettu, wyjdę na chwilę – mruknął i nie czekając na jej odpowiedź, najszybciej, jak mógł, wyszedł na powietrze i usiadł na schodkach.
Odrobinę kręciło mu się w głowie, ale nie panikował, wiedział, że to z głodu oraz braku snu i że nic mu nie będzie, a zasłabnięcie wytłumaczył po prostu wzrostem ciśnienia. Brał amfetaminę zaledwie dwa razy i tylko po jednej, dwóch kreskach, a teraz zjadł już ponad pół grama, nie dziwił się wiec, że serce wariuje mimo, że fizycznie nie czuje już takiego kopa.
– David, co ci jest? – staruszka stanęła naprzeciwko, na najniższym schodku. – Boże, dziecko, przecież ty jesteś calutki blady! – oznajmiła, przestraszona, biorąc w dłonie jego twarz.
– Nie mi nie jest, tylko trochę mi słabo – odparł uczciwie.
– Jadłeś śniadanie?  
– Tak.
– Na pewno? Bo mam wrażenie, że kręcisz – uśmiechnęła się.  
– Naprawdę, jadłem, po prostu jestem trochę zmęczony – tłumaczył się mając nadzieję, że nie przyjdzie jej do głowy, żeby go karmić.
No bo jak zje, no jak?
– Chcesz tu posiedzieć, czy pójdziemy do domu? – zapytała, wciąż wyglądając na zaniepokojoną.
– Jeszcze chwila.
Nie naciskała, tylko w milczeniu usiadła obok.
– Jak twoja noga? – spytał widząc, że staruszka chodzi o wiele lepiej, no i chciał odwrócić trochę uwagę od tego niemiłego stanu.
– Dobrze.
– A jak ten frajer, dalej szuka guza? – warknął, lecz zaraz się uśmiechnął.
– David…
– No co? Pytam tylko – wyszczerz się powiększył.
– Chodź do domu, napijemy się czegoś i cosśzjemy.
Nie sprzeciwiał się, tylko ruszył z kobietą. Gdy usiadł przy stole, stało już na nim jakieś jasne ciasto, kawa, cukier i mleko. Nie był pewien, czy w tym momencie kawa to dobry pomysł, posłodził jednak, dolał trochę mleka i po chwili upił mały łyk, a raczej łyczek.
Dolegliwości jakby mijały, ucieszył się więc i odrobinę uspokoił.
– Davidku, ciasto bananowe, takiego na pewno jeszcze nie jadłeś – oznajmiła przyjaźnie Betty, wskazując stojący na stole talerz.
– Nie gniewaj się, ale może potem, teraz na pewno nic nie wcisnę – odparł miło. – Popracuję trochę i zjem.
"Kurwa, i jak ja to zjem? A pierdolę, powiem, że nie nie chcę i tyle, zmuszać mnie przecież nie będzie” – wykombinował w duchu i zaraz upił kolejny, lecz nadal malutki łyk.
– David, chcesz pracować? Zobacz, jak ty wyglądasz, chcesz pracować? – wzburzyła się Betty.
– Nic mi nie będzie – mruknął.
– Nie, dziś nie będzie żadnej pracy, przyjedziesz jutro, to zobaczymy. I bez dyskusji, powiedziałam i zdania nie zmienię! – oświadczył surowo staruszka.
David uśmiechnął się pod nosem, ale nie przeciwstawiał się kobiecie, poza tym mimo resztek kopa, absolutnie nie chciało mu się dziś cokolwiek robić.
Zadzwonił telefon i chłopak od razu się ożywił. Spojrzał na wyświetlacz, lecz nie była to Amy, tylko jakiś nieznany mu numer. Nie zastanawiał się długo, tylko szybko odebrał.  
– David…? Znaczy przepraszam, pan Brooks? – odezwała się jakaś kobieta.
– Tak, kto mówi? – zapytał, kompletnie nie poznając tego głosu.
– Tu Annie Silvers, nauczycielka Lilly, rozmawialiśmy dziś.
David natychmiast zgłuszyło, jakby ktoś przywalił mu baseballem w łeb.
– Tak? Co się stało – wydukał, przewidując już, że coś jest nie tak.  
– Czy mógłbyś… czy mógłby pan przyjechać do szkoły? To bardzo pilne – wydusiła pośpiesznie i dość dziwnie, brzmiała, jakby była przerażona.
Chłopak zamarł!

883 czyt.
100%133
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1716 słów i 9840 znaków, zaktualizowała 20 gru 2017.

3 komentarze

 
  • zabka815

    zabka815 · 20 gru 2017

    Super część, hehehe i teraz David w gacie robi z niewiedzy  

  • Majla

    Majla · 19 gru 2017

    O kurcze, co to będzie! Czekam na kolejny!

  • Fanka

    Fanka · 19 gru 2017

    Tak,tak,tak    
    Teraz będzie się działo     
    A część świetna i należą Ci się ogromne