Zakręty losu #55

– David, ale jak pojedziemy? Wypiliśmy, no i nie mam dokumentów. Musimy wziąć taksówkę. – rzekła Lauren. – Jest też pies, nie wiem, czy kierowca nie będzie dupkiem. I jeszcze jedna sprawa – jak pobiorę gotówkę, skoro nie mam karty? Wszystko zostało w portfelu. Musimy jechać do banku, ale tu też jest problem, nie mam przecież żadnego dowodu tożsamości. Gdyby to było w Chicago, nie byłoby problemu, mam w banku znajomą, która wypłaciła by mi bez dowodu, a tak?
David milczał, przeliczając swoje banknoty, do tej pory dziwił się i zadawał sobie pytanie, dlaczego nie zabrali wszystkiego? Doliczył się trochę ponad stu dolarów.
– Mam jeszcze parę groszy, więc nie ma biedy – poinformował mdło, nie był zadowolony perspektywą wydawania ostatniej kasy.
Musiał ponownie zapełnić lodówkę, kupić ciuchy siostrze no i zbliżał się przecież koniec miesiąca, więc zaraz pojawią się też rachunki.  
Znów zaczynał się wściekać, nie wierząc w swojego pecha i podłość napastników, którzy go okradli.  
Ale czy złodzieje mogą być podli? W czasie, gdy okradał innych, nie myślał o tym w ten sposób, więc chyba się myli, lub jest po prostu hipokrytą.
Spojrzał na Lauren – gapiła się na niego z uśmiechem na twarzy.
– O czym tak rozmyślasz? Nie przerywałam ci, bo cholernie śmiesznie wyglądałeś, mogłam cyknąć fotę – zadrwiła, szczerząc zęby.
– Idziemy? – odwarknął sucho, nie będąc w nastroju do durnych żartów.
– Tak.  



Podróż windą upłynęła w ciszy. Lilly ze spuszczoną głową jak cień stała przy ciotce, widząc, że David pała złością, Lauren bacznie go obserwowała, czuwając nad siostrzenicą, jedynie Daisy kręciła zabawne piruety, uszczęśliwiona, że idzie na spacer.
Po wyjściu na ulicę Lilly nadal nie podnosiła wzroku, chyba czuła się winna; w końcu Lauren zareagowała i przystanęła, kucając przed małolatką.
– Lilly, co się dzieje? Uspokój się, to nie twoja wina – objęła dziewczynkę rękoma.
Ośmiolatka milczała.
– Lilly, wszystko się wyjaśni, zobaczysz, nie przejmuj się – przekonywała brunetka, zmartwiona zachowaniem dziewczynki.
– A jak się nie znajdzie? – wydusiła Lilly.
– Znajdzie się…
– Idziemy, czy będziemy tu nocować? – fuknął w końcu David, stresując siostrę jeszcze bardziej.
Lauren natychmiast wstała i dyskretnie uszczypnęła go w ramię, po czym chwyciła rękę siostrzenicy.
– Kur… – syknął chłopak, dziewczyna rzetelnie przyłożyła się do upomnienia.
– Chodźmy – uśmiechnęła się, zadowolona i przeszła na drugą stronę chodnika, izolując dziewczynkę od brata.
– A może pojedziemy autobusem? Będzie taniej – rzuciła niespodziewanie Lilly, nie patrząc na najbliższych.
– A wiesz, gdzie wysiąść? – odparła łagodnie Lauren.
– Tak… chyba tak.
– David? – brunetka spojrzała na chłopaka.
– Obojętnie – mruknął, było mu już wszystko jedno.  
I nagle sobie przypomniał! Od razu wyjął telefon i wykręcił numer Annie. Ta jednak nie odbierała, domyślił się więc, że jest na zajęciach. Zdziwił go też fakt, że już południe, a ona jeszcze nie zadzwoniła, po chwili doszedł jednak do wniosku, że przez natłok obowiązków na pewno nie miała kiedy, albo z tej samej przyczyny po prostu zapomniała. Ale czy po jej wczorajszej reakcji mogłaby zapomnieć?
Nie rozmyślał długo, bo komórka właśnie zagrała.
– David? Dzwoniłeś? – wypaplała zasapana, brzmiała, jakby dopiero co przebiegła maraton.
– Tak. Lilly jest ze mną – bąknął.  
Bardzo polubił sympatyczną nauczycielkę, ale że w tej chwili nie miał najmniejszej ochoty na pogaduszki, jego ton głosu nie był zbyt ciepły.
– Dzięki Bogu. Wszystko z nią ok? – zapytała, zaniepokojona tonem głosu chłopaka.
– Tak.
– David, mówisz mi prawdę? Dziwnie rozmawiasz – Annie nie odpuszczała.
– Tak, jestem tylko trochę zmęczony. Powiadomisz dyrektora?
– Oczywiście. A kiedy się odnalazła?
– Dziś.
– Dziś?! – z głosu kobiety niemal powiało zgrozą. – A gdzie była całą noc? Na pewno wszystko w porządku?
– Opowiem ci, jak się spotkamy, to nie jest rozmowa na telefon.
– No dobrze, zresztą ja też zaraz muszę wracać na lekcje. I może niech Lilly zostanie przez dzień lub dwa w domu, ochłonie? – zaproponowała Annie.
– Nie wiem, zobaczymy. A co z tą małolatą?
– Wszystko dobrze. Też dziś nie przyszła, ale jutro już będzie. Aha, i David, chciałabym się z tobą spotkać, porozmawiać o Lilly, dobrze? Była dziś u nas kobieta z opieki, pytała o nią. Prawdopodobnie policja ich poinformowała.
Davida z miejsca przytkało olbrzymią, dławiącą gulą.
– Z opieki? O której? – wystękał, jego niedawna złość natychmiast zmieniła się w przerażenie.
– Jakąś godzinę temu. Byłam kompletnie zaskoczona, nie wiedziałam, że trzymają nad wami pieczę. Czy wszystko u was w porządku?
– Tak, to po tym rozwodzie – skłamał.
– Aha, rozumiem… – mruknęła Annie, chyba czuła się nieco skrępowana obecnym tematem.
Zadzwonił dzwonek, który chłopak usłyszał z oddali.
– W porządku, jak przywiozę Lilly do szkoły, zajdę do ciebie – rzekł.
– Dobrze, dziękuję. Muszę uciekać. To do zobaczenia – rzuciła kobieta i się rozłączyła.
David schował telefon i rozgorączkowany, potarł twarz ręką. Wieści o opiece społecznej zupełnie podcięły mu skrzydła, czuł, że teraz wynikną z tego poważne kłopoty. Wiedział, że zaraz będą wypytywać o niepokojące zachowanie Lilly, przez co nie wykluczone, że przez to dowiedzą się, że matka pije, a wtedy to już tylko grube problemy. Na pewno dojdą do wniosku, że zmiany zachowania dziewczynki są tylko i wyłącznie wynikiem sytuacji w domu i teraz już na pewno podejmą odpowiednie kroki.
Te myśli do tego stopnia zdołowały chłopaka, że zrobiło mu się słabo.  
– David – szturchnęła go w końcu Lauren. – Co się stało, jesteś blady, jak trup? – wgapiała się w niego, zaniepokojona.
– Muszę jechać do domu, i to na biegu, bo będzie przypał – wyjęczał zdenerwowany.
Oczami wyobraźni widział już, jak baby z urzędu wchodzą do niezamkniętego mieszkania i zastają kompletnie pijaną, leżącą na kanapie i wyglądającą jak wrak człowieka Sophie.
– Przypał?  
– Z opieki… byli w szkole. Jak wpadną do domu i zobaczą, co zobaczą, sama wiesz. Ale twój portfel…
– Dobra, jedźmy, portfel, jeśli ma się znaleźć, znajdzie się czy teraz, czy później – rzekła Lauren i machnęła ręką, widząc jadącą nieopodal taksówkę.


Sophie już wygrzebała się z pieleszy i klęcząc na dywanie, usuwała czerwoną plamę. Musiała słyszeć wchodzącą do domu rodzinę, aczkolwiek strach powodował, że nie spojrzała nawet na nich, udając bardzo zajętą.
– Mamo! – wrzasnęła Lilly i natychmiast uwiesiła się na plecach kobiety.
– O Boże, dziecko – Sophie natychmiast oderwała się od pracy i mocno uściskała córkę.
Podpuchnięta, z podkrążonymi, zaczerwienionymi oczami i blada jak ściana kobieta wyglądała strasznie. David spojrzał na Lauren, kwaśnym wyrazem twarzy komentując ten przykry widok.
– Chcesz kawę? – zapytał.
– Tak.
Nie czekając, aż emocje wezmą nad nim górę, uciekł do kuchni i wstawił wodę. Nerwy nosiły go jeszcze bardziej, alkohol w żadnym stopniu nie pomógł, wręcz przeciwnie – chłopak znowu miał ochotę na więcej. Nie martwił się tym na razie, aczkolwiek wiedząc, że jego ostatnie wybryki mogą mieć niemiłe konsekwencje postanowił, że dziś ulży sobie ostatni raz i od jutra, jakby się nie czuł, bierze się w garść i jedzie do pracy. Zdawał sobie sprawę, że złość i tak w niczym nie pomoże, nie zatrzyma matki w jej irracjonalnym postępowaniu, zdecydował więc, że postara się sam ułożyć ich życie w jakikolwiek normalny sposób, nawet, jeśli miałby zabrać Lilly i się wyprowadzić.
– W porządku? – Lauren założyła rękę na jego ramię.
– Nie.
– Wyluzuj, plamy już nie ma – zaśmiała się brunetka, chcąc żartem rozluźnić wkurwionego chłopaka.
– A plama na jej mózgu? Też usunięta? Zresztą, co ja pierdolę, jakiego mózgu? –warknął, uśmiechnąwszy się głupkowato.
– David, trzeba trochę sprzątnąć i pojedziemy do biura na West Side, wezmę pieniądze.  
– Mam pieniądze – burknął, w dalszym ciągu nie patrząc na dziewczynę.
– Słyszałam, że miałeś kupić młodej jakieś ciuchy, więc może ja? Dawno niczego jej nie kupowałam.
Cisza.
– David, nie wykręcaj się, dobrze? To moja chrześniaczka, nie rób scen i nie wal tu fochów – warknęła Lauren.
– Dobra, jak sobie chcesz – bąknął.
– Ok, to wypijemy kawę i bierzemy się do roboty, bo jak naprawdę wpadną lepiej, żeby było czysto. I nie zaczepiaj jej, dobrze? Porozmawiam z nią jeszcze raz, tym razem już konkretnie i zobaczymy, co z tego wyjdzie, ok? – Lauren mocniej ścisnęła siostrzeńca.
– Walę to.


Kawa zniknęła po niecałych dziesięciu minutach, podczas których ani Sophie, ani Lilly nie pojawiły się w kuchni. Rozdrażnienie powoli uchodziło z chłopaka i zaczął zastanawiać się nad propozycją Lauren. Nie miał nic przeciwko, aby kupiła małej parę rzeczy, w końcu to jej ciotka, wiedział jednak, że na ciuchach się nie skończy i przez to właśnie czuł się odrobinę zakłopotany. Po dłuższym przemyśleniu sprawy postanowił jednak, że zgodzi się na wszystko, co wymyśli Lauren, lecz od razu zastrzeże, że będzie to pożyczka i że odda jej choć część pieniędzy.  
Ciotka wciąż inwigilowała chłopaka czujnym wzrokiem i gdy już zaczerpnął ostatni łyk, chwyciła kubki i wstawiła do zlewu.
– Sprzątnijmy – poprosiła. – I David! Uszanuj moją prośbę, dobrze?
Nie odpowiedział, w ciszy ruszając za brunetką do salonu.
– I co, uważasz, że jest już czysto? – syknęła Lauren, stając nad głową siostry.
Sophie, co było do przewidzenia, nabrała wody w usta. Lilly już zdążyła schować się swoim pokoju.
– Idź, doprowadź się do porządku, a my tu posprzątamy. Zobacz, jak ty wyglądasz? Wiesz, że opieka była w szkole i lada chwila mogą tu wpaść? Tak, kurwa, ty wiesz, a co cię to obchodzi!
Wyraźnie speszona Sophie bez słowa wstała, wyjęła z szafki jakieś ciuchy i już chciała znikać rodzinie z oczu.
– Poczekaj – Lauren zagrodziła jej drogę. – Kto tu wczoraj był?
– Nikt – wystękała Sophie.
– Nikt? Sama wypiłaś trzy butle? No i widzę, że masz niezły apetyt. Ja, jak piłam, nie byłam zbyt skora do żarcia, ty, jak widzę, nie masz z tym problemu. Oczyszczenie lodówki w jedną noc zalicza się do wręczenia ci jakiejś nagrody. Naprawdę, kurwa, TO SIĘ BARDZO CHWALI – drwiła brunetka, gromiąc siostrę diabolicznym spojrzeniem.
Sophie zamilkła.
– No co? – Lauren nie dawała za wygraną.
– A odwal się – warknęła Sophie i chciała wyminąć dziewczynę, została jednak mocno odepchnięta w tył.
– Posłuchaj, kretynko, bo powiem to tylko raz! – albo się w końcu ogarniesz, albo podejmę odpowiednie kroki, rozumiesz?
Sophie nie próbowała już uciekać, zestresowana, zastygła w progu jak posag, unikając wzroku wkurzonej brunetki.
– No kurwa, tylko tyle masz do powiedzenia? – kontynuowała Lauren.
– Daj mi się wykąpać, skoro sama prosiłaś – wycedziła ze złością Sophie, która zupełnie się już pogubiła.
David stał obok i oparty o ścianę, w spokoju czekał na rozwój wypadków. Cieszył się pod nosem z takiego obrotu spraw, należało się matce.
– Zejdź mi z oczu – Lauren odsunęła się na bok i Sophie w okamgnieniu schowała się w łazience. – A ty idź zrób może jakieś zakupy? – spojrzała na Davida. – Nie kupuj dużo, tak, aby było co pokazać, potem pojedziemy do sklepu, zrobimy porzą…
Przerwało jej pukanie do drzwi. Spojrzeli po sobie, zastygając w bezruchu, wystraszeni. Zapukano ponownie, tym razem jednak o wiele agresywniej.
– Tak pukają psy – szepnął przerażony David.
– Kurwa, a ostrzegałam?! – syknęła rozgniewana Lauren. – Idź, otwórz, nie ma innego wyjścia.
Spętany paniką chłopak na sztywnych nogach przekręcił zamek i cały rozdygotany, niepewnie uchylił drzwi. Przewidywania były słuszne, stało przed nimi dwóch policjantów i, co bardzo zdziwiło chłopaka, w cywilnych ubraniach.
– Dzień dobry. Śledczy Irons i Flyng. Pan Brooks? – zapytał wyższy z mężczyzn, chwaląc się odznaką.  
Jego oschła mina od razu zasugerowała Davidowi, że sprawa jest poważna i że będą kłopoty. Z miejsca obleciał go strach.
– Tak – wydusił.
– Czy zna pan Amy Banks?
– Tak – bąknął struchlały; strach na wieść, że chodzi o ukochaną, natychmiast zamienił się w zgrozę.
– Proszę się ubrać, pojedzie pan z nami na komisariat. Musimy zadać panu kilka pytań.

388 czyt.
100%61
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2213 słów i 13061 znaków, zaktualizowała 21 lis 2018.

1 komentarz

 
  • Fanka

    Fanka · 19 lis 2018

    I w końcu powraca też Amy