Zakręty losu #47

"– Powiedziałam, że masz sprzątnąć, bo za godzinę mam gości?! – syknęła Lucy i szarpnąwszy małolatkę za ramię, agresywnie podniosła ją do pionu; gdy tylko Nick zamknął za sobą drzwi, fałszywy uśmiech zniknął z twarzy kobiety, ustępując miejsca kwaśnej minie.
Całkowicie zaskoczyło to dziewczynkę, Lucy, prócz często rzucanych, kąśliwych słów, nigdy nie użyła wobec niej siły.  
– Lilly, sprzątaj to, bo już nie mam czasu! – kobieta wydarła się ponownie, szarpiąc rękę małolatki.
Teraz poskutkowało, Lilly się wystraszyła, w okamgnieniu pozbierała kredki ze stołu i ruszyła w stronę swojego pokoju.
– Tata się o tym dowie – zagroziła, ściskając w dłoni pudełko ze swoimi malarskimi atrybutami.
– Co powiedziałaś? – Lucy natychmiast wyrosła przed dziewczynką. – I co powiesz? On i tak nie uwierzy, a nawet, jeśli, to dowie się, że byłaś bezczelna i nieposłuszna, więc trochę dyscypliny ci się należało i na pewno wyjdzie ci na dobre.
– Odczep się – odpyskowała Lilly i chciała wyminąć kobietę, lecz ta stała jak wrośnięta w ziemię.
– A wiesz, co ja powiem, co mogę powiedzieć o twojej mamusi? Co, myślisz, że o niczym nie wiem? Widziałam ją ostatnio upitą w trupa, ciekawe, jak na to wszystko zareaguje opieka społeczna. I twój ojciec, chociaż on pewnie o wszystkim wie – szantażowała dziewczynkę, gdyż mimo swojej jurnej postawy groźba Lilly chyba nieco ją zaniepokoiła.
Ośmiolatka milczała, lecz Lucy nie ustępowała, chcąc się chyba upewnić, że cała sprawa zakończy się po jej myśli.
– Wiesz, że jak się dowiedzą, zamkną matkę, a ciebie wsadzą do domu dziecka, albo do innej placówki? A wtedy ja i twój ojciec wyjedziemy i tak to się zakończy – poinformowała z soczystą złośliwością.
– Nie, bo mieszkam z Davidem, albo przeprowadzę się do taty! – krzyknęła zdenerwowana Lilly.
– Do taty? – zaśmiała się szyderczo Lucy. – A nie wiesz, że o tym decyduje sąd? A póki dojdzie do rozprawy, zapewniam cię – miną długie miesiące. A David? Ten kryminalista? Już widzę, jak pozwolą mu się tobą opiekować. W życiu nie wygra w sądzie, więc tak czy siak dom dziecka cię nie ominie – dodała dumnie.
– Ale jest tata – broniła się dzielnie Lilly.
– Ale on nie chce cię zabrać, nie rozumiesz? Jak myślisz, jeśli by chciał, czemu jeszcze tego nie zrobił? – wypaliła Lucy z grubej rury.  
– Kłamiesz, ja go zapytam!  
– Proszę bardzo, ale ostrzegam – jeśli poruszysz z nim ten temat, od razu idę do opieki i o wszystkim im mówię. Nie omieszkam też napomnieć o tym u siebie w pracy, w odpowiednim biurze. I wtedy matka pojedzie na odwyk, a ty do placówki. Tego chcesz? – kontynuowała bezlitośnie Lucy, strzelając w małolatkę olbrzymią pewnością siebie. – Żaden problem.
– Nie! – wrzasnęła protestacyjnie Lilly i biegiem ruszyła do swojego pokoju, przekonujący ton głosu i mina Lucy sprawiły, że dziewczynka zaczęła wierzyć w jej słowa i ogarnął ją strach. Na dodatek kobieta pracowała w urzędzie miasta, o czym Lilly wiedziała i mimo swojego bardzo młodego wieku, miała znikome pojęcia, czym ten urząd się zajmuje, że chodzi o jakieś sprawy obywateli. Domyślała się też, że Lucy ma znajomości, gdyż goście, którzy zawsze przychodzili do domu jej ojca wyglądali dość dostojnie i bogato, przyjeżdżając luksusowymi autami od stóp do głów obwieszeni drogą biżuterią. To wszystko dało dziewczynce do myślenia, wywołując mnóstwo pytań i nasilając lęk. Przez chwilę pomyślała, żeby jednak powiedzieć o wszystkim ojcu, jednak stanowczość i chłód w słowach Lucy sprawiła, że zaczęła się bardzo wahać, zwłaszcza, że pokryły się one ze słowami Emily, która także wspominała o domu dziecka, przez co Lilly była już przekonana, że tak faktycznie będzie."


–...a zobacz, jakie ma ciuchy, pewnie wyciągnęła je ze śmietnika – drwiny trwały nadal, wywołując w Lilly te wszystkie przykre wspomnienia z kłótni z Lucy.
– Pewnie mama jej przyniosła – zachichotała Claudia. – Ale zobacz, jakie buty ma fajne. Ciekawe, skąd ma, to drogie buty.
– Na pewno ukradła – wtrąciła Sara.
– A parzcie, jaki ma plecak, musi nosić ze sobą, bo nie ma gdzie mieszkać – chichotały.
Lilly zacisnęła zęby, lecz złość w niej rosła, a wraz z nim smutek i wstyd.
– Nie słuchaj ich, są głupie i tyle – szepnęła Wendy. – Powiedz wychowawczyni – dodała.
– Nie! – syknęła dziewczynka, która nie zamierzała się skarżyć, zresztą, nie potrafiłaby.
Zadzwonił dzwonek, więc Lilly coraz bardziej nerwowo zaczęła pakować strój, który przez natłok ciuchów ledwo mieścił się w plecaku.
– Już? – zapytała Wendy, niecierpliwiąc się. – Co ty tam masz?
– Nic – odparła Lilly, zamykając zamek, zarzuciła plecak na ramię i wyszła z koleżanką z sali gimnastycznej, zaraz za trójką rozweselonych prześladowczyń.
Emily, najzadziorniejsza z dziewczyn, szła tuż przed Lilly, śmiejąc się wesoło i drażniąc ośmiolatkę z chwili na chwilę coraz bardziej.
– Na pewno obie są bezdomne, dlatego tak wygląda, przecież mama nic jej nie kupi, bo wszystkie pieniądze wydaje na piwo… tak mówi tata – wyjechała w końcu dumna i bardzo pewna siebie Emily i tej chwili Lilly pękła, rzuciła plecak i migiem wyrosła przed twarzą koleżanki.
– Odszczekaj to! – rozkazała wściekle.
Na mającej świadomość obecności dwóch koleżanek Emily wybuch Lilly nie zrobił najmniejszego wrażenia, zachowywała stoicki spokój.
– Nie, przecież to prawda – nadąsała się arogancko. – Mój tata mówił, że twoja mama, jak już się napije, to pewnie śpi na śmietniku – rzuciła koleżance prosto w oczy.
– Ty dziwko! – zagrzmiała wyprowadzona z równowagi Lilly i mocno trzasnęła Emily po twarzy.
Ta natychmiast złapała się za piekący policzek.  
– Powiem o wszystkim pani Silvers – zagroziła rozzłoszczona, dziarsko ruszając w kierunku pokoju nauczycielskiego, lecz szarpana emocjami Lilly natychmiast do niej doskoczyła i agresywnie popchnęła dziewczynkę, która straciwszy równowagę, zrobiła kilka chwiejnych kroków przed siebie i się przewróciła, z dużym impetem uderzając głową w ścianę. Już się nie ruszyła.
Wśród stojących wkoło uczniów momentalnie zapadła grobowa cisza, stali jak zamurowani, gapiąc się to na Emily, to na Lilly. W końcu pierwsza zareagowała Sara, która strachliwie zawisła nad koleżanką.
– Emily! – krzyknęła, bojąc się dotknąć dziewczynki.
Lilly stała jak wryta, nie wiedząc, co robić, była totalnie przerażona widokiem nieprzytomnej koleżanki.
– Idę po dyrektora! – oznajmiła spanikowana Sara i biegiem ruszyła przez korytarz, wtedy Lilly widząc, że dziewczynka nadal się nie rusza, ogarnięta strachem przed pedagogiem, zerwała się z miejsca i wybiegła ze szkoły.
– Lilly! – za plecami usłyszała jeszcze wystraszony głos Wendy, lecz nie zamierzała się zatrzymywać. Chciała jak najszybciej oddalić się z miejsca "zbrodni”, była pewna, że zrobiła Emily poważną krzywdę i na pewno poniesie z tego tytułu gorzkie konsekwencje.


Biegła kilka minut i dopiero, gdy oddaliła się już spory kawałek od szkoły i dopadło ją zmęczenie, przystanęła, chowając się za wysokimi, gęstymi krzakami. Spojrzała w stronę, z której przybiegła – placówki nie było już widać, dziewczynka odbiegła dobre czterysta, jak nie pięćset metrów od budynku. Trzęsła się cała, nie wiedziała, co z Emily, czy wstała, czy nie, a może już nie żyje? W oczach małolatki od razu stanęły policyjne mundury i jacyś nieznajomi ludzie, którzy zabierają ją z domu lub ze szkoły i wiozą do domu dziecka; była pewna, że teraz już nagrabiła sobie na dobre.
Popychany osobą nieprzytomnej koleżanki strach z każdą chwilą się nasilał, lecz nie przeszkodziło to w tym, żeby dziewczynka odczuła, że bardzo chce jej się pić. Pomyślała o plecaku i wkurzyła się na siebie, że zostawiła w nim pieniądze. Sprawdziła jeszcze kieszenie spodni, jednak wszystko, co znalazła to trzy centy i gumę do żucia. Ponownie rozejrzała się po okolicy, zastanawiając się, co robić. Myśl o plecaku wywołała kolejny lęk, bała się, że znajdą ciuchy, które spakowała i będą pytać, po co jej one, poza tym na pewno David na nią nakrzyczy za to, że zostawia byle gdzie swoje rzeczy.
Stała za zaroślami dobry kwadrans, lecz gnębiona coraz większym pragnieniem, zebrała się w końcu na odwagę i ruszyła w stronę centrum, bacznie inwigilując wzrokiem otoczenie. Dobrze znała drogę ze szkoły do domu i bez problemu doszłaby tam piechotą, jednak obawa przed tym, co może się wydarzyć nakazywała jej trzymać się jak najdalej od domu; ubzdurała sobie, że jak nie wróci przez dłuższy czas i jak będą się o nią martwić, to nic jej nie zrobią, że nie poniesie żadnej kary, albo przynajmniej nie tak surową.
Szła bardzo szybko, wystraszona, starając się nie zwracać na siebie uwagi, wiedziała, że ośmiolatka sama w środku miasta od razu wzbudzi podejrzenia i że bardzo szybko mogą ją zgarnąć. Osoba Emily przeplatając się w głowie z nauczycielami, Davidem, a przede wszystkim domem dziecka kotłowała się w jej głowie, wywołując przykre myśli; dziewczynka nie wiedziała już, czego boi się najbardziej – placówki, policji, Davida i zostawionego plecaka, ucieczki czy też tego, że Emily coś się stało. Jednakże wszystkie wątki uparcie łączyły się ze sobą i Lilly ogarniała coraz większy lęk, była pewna, że będzie miała olbrzymie kłopoty.  
Pomyślała też o Lauren, o osobie, która od zawsze była dla niej ciepła, dla której była oczkiem w głowie i z wolna zaczęła się zastanawiać, czy nie iść do niej. Tu jednak dziewczynka miała problem, gdyż nie mogła sobie przypomnieć, czy w okolicę ciotki jedzie autobus numer sześć, czy szesnaście, a bała się wsiąść do nieodpowiedniego i wyjechać gdzieś w nieznane. No i znowu obcy ludzie, przecież oni od razu zauważyliby, że spaceruje sama i na pewno by ją zaczepili, a jadąc przez centrum autobusem, w których o tej godzinie zawsze był tłok, zapewne nie zwróciłaby niczyjej uwagi.
Wędrówka stawała się coraz wolniejsza. Na zewnątrz było bardzo ciepło, a pragnienie wzrastało, dziewczynka marzyła o szklance czegokolwiek mokrego. Spojrzała przed siebie – była już niedaleko głównej ulicy, na której, notabene, stała jej kamienica, ale po pierwsze, nie miała klucza, po drugie, bała się iść do domu.  
Na chodnikach zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, więc i stres wzrósł. Nikt jednak, jak do tej pory nie zwracał na nią uwagi, zabiegani pracoholicy mieli w tej chwili zapewne ważniejsze sprawy na głowie.
Im bliżej domu była, tym bardziej się bała, nie chciała, aby ktoś ją zauważył, zwłaszcza David, który na pewno nie byłby zadowolony tym, co zrobiła, tym bardziej, że pobiła koleżankę, zostawiła plecak i uciekła. No i te ubrania, teraz pożałowała, że je spakowała.
Miała coraz większy mętlik w głowie; na początku uciekła, bo bała się konsekwencji, a teraz to właśnie ucieczka stała się powodem jeszcze większej trwogi.


Dotarła do centrum, dokładnie orientując się, gdzie się znajduje. Pragnienie nasiliło się do tego stopnia, że na chwilę obecną jej celem stał się położony mniej więcej w połowie głównej ulicy miejski park, gdzie gęsto ustawione były małe kraniki z wodą pitną. Po niecałej godzinie dotarła na miejsce. Wiedząc, że pewnie już jej szukają, rozejrzała się dookoła, upewniając się, czy nie kręci się gdzieś policja i położonymi z samego brzegu parku, skrytymi pod bujnymi koronami drzew schodkami szybko zeszła na dół. W pełni szczęścia zaspokoiła w końcu pragnienie, żałując, że nie ma żadnej butelki, w którą mogłaby wziąć wody. To tylko potęgowało złość na siebie i swoją głupotę, tym bardziej, że pieniądze od zawsze nosiła w kieszeniach i jak na złość, akurat dziś musiała schować je do plecaka. Nie miała zegarka i zaczęła zastanawiać się, która godzina. W parku, prócz matek z dziećmi i staruszków, nie było zbyt wiele ludzi, wnioskowała więc, że skoro są jeszcze w pracy, nie minęła piąta.  
Zmęczona, przysiadła na zacienionej ławeczce przy samym placu zabaw. Dobrze wiedziała, co robi, przecież jeśli ktoś by ją zobaczył, na pewno pomyślałby, że należy do grupki bawiących się tam dzieci.
Zamyśliła się, nie miała pojęcia, co robić. Powoli zaczęła żałować, że uciekła, lecz obawa przed konsekwencjami nie dawała za wygraną. Znów przypomniała jej się Lucy i jej groźby. Lilly znała jej zawziętość i była pewna, że gdyby się wkurzyła, dotrzymałaby słowa i narobiła, a przynajmniej próbowała narobić jej rodzinie kłopotów. Oczywiście był też ojciec, ale ten prawie zawsze ustępował kobiecie, doszła więc do wniosku, że gdy dojdzie co do czego, mężczyzna nie będzie zbyt długo stawiał oporu. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje, bo przecież to dorosły, duży facet, ale tak było i nic nie mogła na to poradzić.
Wstała niechętnie, aby znowu zaczerpnąć wody i wtedy stwierdziła, że plac zabaw opustoszał, została na nim tylko dwójka dzieci. Spojrzała przed siebie – na przeciwległej ławce siedziała młoda kobieta i wpatrywała się w nią dziwnie. To natychmiast dało jej do myślenia i pchnęło do działania – dziewczynka w okamgnieniu oddaliła się od feralnego miejsca. Obejrzała się jeszcze po drodze – kobieta już jej nie obserwowała, zajęta była swoją pociechą, która właśnie się przewróciła i chyba coś sobie zrobiła, o czym świadczył głośny płacz.


Doszła już do końca parku, lecz nie była zbyt chętna do powrotu na główną ulicę. Tu, skryta pod drzewami, odczuwała miły chłód, gdzie tam, na górze, znów zaatakuje ją palące słońce, do tego ludzie, których z minuty na minutę wypełzało z budynków coraz więcej – to już poważne zagrożenie. Po dość długim spacerze nieco ochłonęła, lecz strach nie zniknął, nie wiedząc, co z Emily, nie była w stanie do końca się uspokoić. Znów przypomniała sobie Lauren i doszła do wniosku, że chyba warto spróbować. Do domu bała się wracać, a u ciotki to jednak u ciotki, ona na pewno nie pozwoli zrobić jej krzywdy. Wiedziała, że nie ma sensu się błąkać, co jest, notabene, niebezpieczne i że nie ma innego pomysłu, jak tylko jechać do Lauren. Nie znała nazwy ulicy ani numeru bloku, pamiętała jednak dokładnie okolicę i wygląd budynków, nabrała więc pewności, że gdy wsiądzie do odpowiedniego autobusu, trafi na miejsce.
Ruszyła dziarsko na najbliższy przystanek, pilnie wertując w głowie trasę od nich do ciotki i miała coraz większe przekonanie, że należy wsiąść do szesnastki, gdyż ta właśnie liczba wygrawerowała się bezwzględnie w jej podświadomości. Pokonała już wszystkie schodki i zmęczona, starając się nie rzucać w oczy, szybko doszła na najbliższy postój. Znajdował się zaledwie kilkanaście metrów dalej i tu w końcu dziewczynka dowiedziała się, że wybiła 15:02. Spacerowała prawie cztery godziny, na co zupełnie nie zwróciła uwagi, czas jakby zatrzymał się w miejscu.
Rozejrzała się po przechodniach, którzy się wkoło niej kręcili, ale ci nie byli zainteresowani jej osobą. Odetchnęła i spojrzała na tablicę świetlną, która podawała godziny odjazdów i trasę, ale nadal nie mogła przypomnieć sobie nazwy dzielnicy czy chociażby jednej z ulic.  
Naszły ją wątpliwości, aczkolwiek perspektywa obecności ciotki i tego, że będzie przy niej bezpieczna przeważyła, więc gdy podjechała szesnastka, nie zastanawiała się długo, tylko wskoczyła do autobusu i skryła się na siedzeniu w rogu, na samym końcu pojazdu.

***

Wcięcia akapitowe to istna masakra, kiedyś były, teraz spłyły. Nerwicy można dostać. Pozdrawiam

630 czyt.
100%83
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2978 słów i 16299 znaków, zaktualizowała 14 lip 2018.

3 komentarze

 
  • Black

    Black · 19 lip 2018

    Jak miło znowu czytać twoje dzieła Łapa i buzi

  • zabka815

    zabka815 · 14 lip 2018

    Fajna.... 😁

  • AnonimS

    AnonimS · 14 lip 2018

    Zestaw na tak