Zakręty losu #49

– Gdzie idziemy? – zdziwiona małolatka powtórzyła pytanie, widząc, że nieznajomy wcale nie zamierza wyjść z portu, tylko kieruje się w jego głąb.
– Nawiałaś z domu? – usłyszała.
Nie odpowiedziała.
– Nawiałaś – stwierdził.
– A ty? – odbiła piłeczkę, nadal czując się bardzo nieswojo i niepewnie, tym bardziej, że było ciemno, a nadal nie wiedziała, dokąd idą.
– Jasne, zawsze się zrywam, jak stary wraca pijany i mnie tłucze – wypalił wprost chłopak, był totalnie wyluzowany i jak na swój wiek zdawał się być dość inteligentny.
– A twoja mama? – dociekała dziewczynka, która prócz jednego incydentu z Lucy nigdy przecież nie miała do czynienia z przemocą.
– Matka? – parsknął pogardliwie Shawn. – Nawet nie wiem, gdzie jest i kiedy wróci. Oni chodzą własnymi drogami i oboje szaleją – wyjaśnił, nie patrząc na dziewczynkę, chyba było mu głupio.
– Gdzie idziemy? – zapytała po raz trzeci Lilly, zwalniając kroku.
– Już dochodzimy.
– Nie idę, jak nie mówisz – małolatka się naburmuszyła i zatrzymała, krzyżując ręce na piersiach.
– Nie to nie. Powodzenia – mruknął chłopak, lecz cień uśmiechu zabłąkał na jego ustach.
Lilly stała chwilę i widząc, że Shawn nadal idzie przed siebie, zaraz do niego podbiegła. Nie znała go, ale oczywiście wolała zostać z nim, niż sama w ciemnościach, z dala od domu. No i był w podobnym wieku, co bardzo uspokajało dziewczynkę, od samego początku zresztą nie wydawał jej się zbyt groźny.
– I co, stchórzyłaś – zaśmiał się Shawn.
– Nie! – zbuntowała się Lilly.
– Ok, niech będzie – chichotał małolat, drażniąc się z "podopieczną”.
Lilly zamilkła i nadąsana skierowała wzrok przed siebie, robiąc iście pocieszne miny. Po kilku chwilach doszli na skraj robotniczych baraków, po drugiej stronie placu i chłopak zatrzymał się przy jednym z nich.
– Przecież jest zamknięte – Lilly natychmiast zrozumiała, co zamierza zrobić, lecz Shawn nie odpowiedział, tylko odsunął stojącą przy ścianie ogromną blachę, odkrywając za nią niedużą dziurę.
– Właź, tylko uważaj, można się skaleczyć – poprosił.
– Ale przecież to jest czyjeś – zaniepokoiła się dziewczynka.
– Właź.
– A jeśli ktoś tam jest? – Lilly nie ustępowała.
– Dobra, jak chcesz – zniecierpliwił się chłopak i po chwili zniknął w środku.
Lilly stała jak posąg, lecz gdy tylko Shawn się schował, ogarnął ją lęk.  
– No chodź! – usłyszała z wewnątrz i teraz była już zmuszona usłuchać, lecz opanowana zdenerwowaniem zupełnie nie uważała i skończyło się to na tym, że zaczepiła ręka o poszarpaną blachę, drąc i koszulkę, i skórę.
– Ałłł – syknęła głośno i złapała się za piekące ramię, przysiadając na kolanach.
– Chodź – Shawn był w pogotowiu i zaraz podał dziewczynce dłoń, pomagając jej wpełznąć do środka. – Mówiłem, żebyś uważała – skarcił małolatkę, podnosząc ją do pionu.
– To nie moja wina, tu jest ciemno i mówiłam, żeby tu nie włazić – odparła pretensjonalnie Lilly.
Shawn tylko westchnął i w otoczeniu egipskich ciemności pociągnął ją za rękę i posadził na czymś miękkim. Po chwili usłyszała pstryknięcie i wnętrze rozjaśnił wątły blask maleńkiej lampki nocnej. Rozejrzała się – siedziała na brązowej kanapie, naprzeciw stołu, spod którego wyszła. Po lewej ręce miała niewielki kran, natomiast po prawej małą lodówkę, szafkę i kolejne łóżko, stojące przy bocznej ścianie na samym końcu baraku. Shawn sięgnął za drewniany słupek, za którego wyjął po chwili duży płat sklejki i szybko zakrył nim jedyne, znajdujące się nad stołem okno.
– Tak będzie bezpieczniej – oznajmił ze spokojem i chwycił swój plecak. – Jesteś głodna?  
– Trochę – mruknęła zawstydzona Lilly.
– To czemu uciekłaś? – chłopak wznowił temat, wyciągając z torby jakieś produkty.
Nie odpowiedziała.
– No mów!
– No bo… no bo ja nie chcę do domu dziecka – naciskana jego złowrogim tonem Lilly postanowiła się przyznać.
– Do domu dziecka? Dlaczego? Uciekłaś z domu dziecka? – Shawn nic nie zrozumiał.
– Nie, ze szkoły.
– Czemu?
– Bo tak – fuknęła Lilly, wstydząc się na ten temat rozmawiać.
– Mieszkasz w domu dziecka? – chłopak nie ustępował.
– Nie.
– To czemu uciekłaś? Masz kłopoty w chacie?
Cisza.
– Ile masz lat? Przecież jesteś za mała, żeby łazić sama, tym bardziej po porcie.
– A ty?
– Dwanaście.
– Ja mam prawie dziewięć. A uciekłam, bo popchnęłam koleżankę i chyba coś jej się stało. Boję się, że mnie zabiorą – wydusiła płaczliwie Lilly.
– Nieźle – zaśmiał się Shawn. – Wyluzuj, na pewno nic jej nie jest i nikt cię nie zabierze, do domu dziecka nie zabierają ot tak sobie – uspokajał dziewczynkę. – Musimy zjeść na zimno, bo nie umiem tego włączyć – chłopak wskazał stojącą przy lodówce turystyczną kuchenkę. – To znaczy umiem, ale jest tak stara, że wolę nie ryzykować.
– Co masz? – Lilly zżerała ciekawość, gdyż emocje nieco opadły i poczuła się bardzo głodna.  
– Fasolkę i chleb. Zimna pewnie będzie niedobra, ale nic innego nie mam – odparł Shawn, grzebiąc w szufladzie. – Tylko czuję, że możemy nawet nie zjeść zimnej, bo nie wiem, gdzie jest otwieracz.  
Lilly zachichotała.
– Kurwa – syknął dyskretnie chłopak, nerwowo przewalając szafkę, lecz Lilly bardzo dobrze to słyszała.  
Nie zdenerwowało jej to, przywykła już do przekleństw, słysząc je często z ust brata, zdziwił ją jednak fakt, że przeklina Shawn, który jest przecież zdecydowanie za młody na takie wyrażenia.
– Kurczę, czy nie mogłem wziąć takiej z zawleczką? Mam – chłopak po chwili się rozchmurzył, pokazując Lilly stary otwieracz.
– Z zawleczką?  
– No… puszkę z otwarciem. Tak mówi mój stary – zawleczka, przynajmniej, jak chla piwo.
– A co będzie, jeśli ktoś tu przyjdzie? Przecież to jest czyjaś budka – Lilly znów obnażyła swoje obawy.
– To budka takiego faceta, Josha. On tu pracuje, w porcie, ale teraz go nie ma. A nawet, jakby był, na pewno nie pozwoliłby, żebyśmy błąkali się po nocy. To spoko koleś.
– Ale inni na pewno przyjdą rano – drążyła Lilly.
– Nikt nas tu nie zobaczy, wyluzuj – rzekł Shawn, umieszczając na stole dwa marnie wyglądające talerze i widelce. – Dużo chcesz?  
Nie – odparła Lilly, która nie lubiła fasoli, ale wstyd jej było zacząć marudzić.
– Nałożę ci więcej, najwyżej jak nie zjesz, ja dokończę.
Po chwili dziewczynka otrzymała plastikowy talerzyk z hojną porcją fasolki w pomidorowym sosie.
– Dziękuję – mruknęła, biorąc jedzenie.
Shawn się uśmiechnął i usiadł przy stole.
– Tu jest wygodniej – rzekł, wskazując puste krzesło obok.
Nie sprzeciwiała się, tylko zajęła miejsce i nieco łapczywie zaczęła wsuwać kolację. Zawsze buntowała się w kwestii jedzenia fasolki, ale ta była nawet smaczna, więc mimo, że chłopak nałożył jej dość dużo, zjadła wszystko, wchłaniając przy tym dwie kromki chleba.
– Dzięki – powtórzyła.
– Spoko.  
– Skąd wziąłeś jedzenie? – zapytała dziewczynka, która coraz pewniej czuła się przy nastolatku, no i jego obecność pomagała odepchnąć nieprzyjemne myśli związane z dzisiejszym dniem.
– Zawinąłem ze sklepu, dlatego nie patrzyłem, co biorę, tylko łapałem pierwsze z brzegu – rzekł dumnie.
– I jak uciekłeś?  
– Normalnie, stoi tam facet z tak wielkim brzuchem, że póki by się ruszył, jak dobiegłbym do Nowego Jorku – zaśmiał się chłopak, coraz bardziej obrastając w piórka.
– Nie można kraść – stwierdziła Lilly.
– Głodnym też być nie można – fuknął chłopak. – Z chaty po pierwsze nie zdążyłbym niczego podprowadzić, po drugie, nic nie ma. Starzy przepijają wszystkie pieniądze i żebym nie kradł, chodziłbym głodny – wyjaśnił, wydając się być podminowanym tym, że nakarmił i zaopiekował się dziewczynką, a ona go poucza.
Lilly się wyciszyła, ton jego był bardzo czytelny.
– Chcesz? – nastolatek wyciągnął do niej rękę z butelką pomarańczowego, gazowanego napoju, jednego z tych najtańszych.
Napiła się niepewnie i znowu podziękowała.
– Gdzie mieszkasz? – zapytał chłopak.
– Na Lincoln.
– Na Lincoln? To jak tu trafiłaś, przecież to kawał drogi.
– Wsiadłam do autobusu i zabłądziłam, bo uciekałam od jakiegoś faceta.
– I co chcesz zrobić? Musisz wrócić do domu.
– Nie wiem – bąknęła Lilly, która mimo, że nadal się bała, to chciałaby być już u siebie.
– Dobra, idziemy spać. Zaraz jedenasta, a ja muszę rano znowu wyskoczyć po coś do żarcia. Stary zaczął dziś znów chlać, więc będzie chlał tydzień, albo dwa. Nie wrócę, póki będzie pijany.
– A jakaś twoja babcia czy ciocia, nie możesz iść tam? – zapytała Lilly, szczerze przejąwszy się sytuacją miłego chłopaka.  
– Moja babka mieszka dwieście kilometrów stąd.
– A jak cię złapią, jak będziesz kradł?
– Nie złapią.
– Ale pójdziesz rano? A ja? – Lilly się zaniepokoiła.
– Nie wiem, zobaczymy rano.
– Ale ja tu nie zostanę! – dziewczynka spanikowała.
– Uspokój się, jestem mistrzem sztuki przetrwania – zażartował Shawn, chichocząc. – Na którym chcesz spać? – wskazał kanapę.
– Nie wiem… obojętnie – odparła monotonnie Lilly, która była już bardzo zmęczona. – Ale… ale mogę spać z tobą? Boję się – wydusiła.
– Jasne, tylko jak będziesz się rozpychać, zwalę cię na podłogę – zaśmiał się Shawn. – Chodź, tamto jest szerokie – wskazał duże łóżko za szafką i podniósł się z miejsca.
Lilly znów się nadąsała, lecz po chwili wstała i grzecznie podążyła za młodzikiem.

579 czyt.
100%81
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1692 słów i 10018 znaków, zaktualizowała 15 sie 2018

Komentarze (1)

 
  • zabka815

    zabka815 31 lip 2018

    I znowu przeciągasz   . Spoko część