Zakręty losu #48

Autobus pokonał już cztery przystanki, jadąc dość szybko. Główna ulica była bardzo długa, lecz Lilly, była tu z bratem bardzo często i dobrze znała okolicę. Nie zmieniało to jednak faktu, że do wnętrza napływało coraz więcej ludzi i małolatka z wolna przestawała skupiać się na trasie, a jej głowę zaczęli zaprzątać pasażerowie i pytanie, czy nie zwróciła jeszcze czyjejś uwagi. Na kolejnym postoju ludzi wsiadło już tak dużo, że dziewczynka zaczynała bać się wysiąść, a powodem było pytanie, jak przeciśnie się przez ten stłoczony tłum, niezauważona. Nadal nie była pewna, czy wsiadła do odpowiedniego autobusu, wiedząc jednak, że jakby co, nie może pojechać zbyt daleko, wzięła się w garść i wstała z siedzenia.
Próbowała przeciskać się przez podróżnych, przepraszając za każdym razem, lecz zmęczeni upałem dorośli niezbyt przejęli się jej chęcią wydostania się z pojazdu, do tego jakiś spocony grubas warknął sucho na dziewczynkę, żeby się zachowywała i nie rozpychała, tylko poczekała spokojnie, aż auto się zatrzyma. Facet fuknął na nią tak lodowato, że Lilly zastygła w bezruchu i nie podejmowała już kolejnej próby, nie chcąc, aby ktoś się w końcu nią zainteresował. "Jestem jeszcze niedaleko” – pomyślała i grzecznie poczekała, aż autobus stanie. Stało się to po chwili, lecz zanim jej drobniutkie ciałko przepchnęło się do środkowych drzwi, autobus ruszył ponownie. Na kolejnym przystanku udało jej się w końcu wysiąść, lecz była już spory kawał poza centrum.
Żar lał się z nieba, schowała się więc w cieniu budynku, rozglądając dookoła. Zdawało jej się, że nadal wie, gdzie się znajduje i zrozumiała, że wysiadła zdecydowanie za wcześnie, że do osiedla ciotki były jeszcze ze dwa, może trzy przystanki. Bała się wsiąść do szesnastki ponownie, ruszyła więc piechotą. Szła z uniesioną głową, starając się strugać pewną siebie i to chyba działało, gdyż nadal zdawała się być niezauważoną, poza tym wkoło kręciło się sporo innych dzieci i osobom postronnym ciężko byłoby zweryfikować, czy są one akurat pod opieką, czy też nie. Zapełniona o tej godzinie ulica była dziewczynce bardzo na rękę, podniesiona więc nieco na duchu, przyśpieszyła kroku. Doszła już do ostatnich zabudowań i była pewna, że dalej, za kilkuset metrową połacią zieleni zobaczy osiedle Lauren, lecz jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że osiedla nie ma… zniknęło.  
Przystanęła i ponownie zbadała wzrokiem wszystko wkoło. Miała nieodparte wrażenie, że jest w dobrym miejscu, że zna pobliskie kafejki i sklepy, lecz nie mogła pojąć, dlaczego nie może namierzyć białych, znajomych jej, nowych bloków.
Teraz już się wystraszyła i zastygła w miejscu, zastanawiając się, co robić. Znała drogę powrotną, lecz teraz miałaby już do pokonania dobre dziesięć, jak nie piętnaście kilometrów, a do autobusu bała się już wsiadać.
– Hej, mała! – nagle z oddali usłyszała męski głos.
Odwróciła się na pięcie, przerażona – kilkanaście metrów od niej stał starszy facet i uśmiechał się do niej ciepło.
– Hej, wszystko w porządku? Zgubiłaś się? – zapytał, ruszając w jej stronę, musiał chyba zauważyć jej zabłąkany wyraz twarzy.
– Nie! – odkrzyknęła i zaczęła się cofać.
– Hej, poczekaj – kontynuował mężczyzna, wciąż operując przyjaznym uśmiechem, lecz Lilly wiedząc, że zaraz ją zatrzyma, nie zamierzała czekać, tylko odwróciła się na pięcie i biegiem ruszyła przed siebie, chowając się między najbliższymi kamienicami.
– Hej, mała, nie uciekaj! – krzyknął facet, lecz małolatka mknęła jak krótkodystansowiec, skręcając w każdą kolejną uliczkę i oglądając się co chwila.  
Przebiegła spory odcinek i gdy budynki zostały hen, hen za jej plecami, a uliczny gwar już dawno umilkł, przystanęła. Odwróciła się – faceta nie było, lecz i znajomych rzeczy, które widziała jeszcze pięć minut temu też już nie było. Rozejrzała się – stała przy jakichś magazynach lub fabrykach, gdzieś w okolicy doków. W oddali błyszczał ocean, a najbliższe mieszkalne zabudowania znajdowały się około pół kilometra od niej. Uciekając i chcąc pozbyć się intruza nie zwracała uwagi, że odbiega bardzo daleko, a teraz, gdy nieznajomy zniknął, ogarnął ją lęk. Pogubiła się zupełnie, a jej rezygnację pogłębiał fakt, że znowu bardzo chciało jej się pić. Wiedziała mniej więcej, gdzie jest, ponieważ tu także kiedyś była, ale że jest jeszcze młoda i była tu raz lub dwa z Davidem, zupełnie nie wiedziała, jak się tu poruszać.  
Przysiadała na zniszczonym murku, aby chwilę odetchnąć, i starając się nie wpadać w panikę, zaczęła układać plan. Był on krótki – ruszyć po prostu w stronę budynków, z których przybiegła. Pragnienie wzrastało, a z nim złość i kolejne wyrzuty za ucieczkę, zaczęła się zastanawiać, czy dobrze zrobiła.
"A jeśli się zgubię?... już się chyba zgubiłam” – zaczęła dochodzić do przykrych wniosków, nakręcając się lękiem coraz bardziej. Była odważnym, pewnym siebie dzieciakiem, ale obecna sytuacja powodowała, że zaczęło zbierać jej się na płacz. Przez chwilę pomyślała, żeby może jednak znaleźć jakąkolwiek osobę i przyznać się, że zabłądziła, lecz strach przed konsekwencjami stał na równi z tą decyzją, a Emily, która ani w autobusie, ani na ulicy, ani nawet teraz nie dawała młodziutkiej brunetce spokoju, tylko dopełniała dzieła.
Wstała. Pomyślawszy, że jest w dokach, a zawsze przy oceanie były małe fontanny z wodą pitną, ruszyła w kierunku brzegu. Bardzo szybko dotarła do końca betonowego placu, lecz zastała tam tylko ogrom słonego błękitu poniżej i żadnego kraniku czy czegokolwiek innego. Nie mając wyjścia, skierowała się w stronę, z której, jak myślała, przybiegła. Nie była już tak spięta, gdyż okolica była całkowicie opustoszała; prócz zniszczonych budek, stosów palet, jakichś starych skrzyń i porzuconych gdzieniegdzie dziwnych, żółtych pojazdów nie było niczego ani nikogo.  
Szła już kilka minut, w dalszym ciągu okrążona niewielkimi barakami i innymi, dziwnymi, sypiącymi się ruderami, gdy z naprzeciwka doszły ja hałasy. Schowała się za jedną z nich i wyjrzała, aby zweryfikować dźwięk – niedaleko, przy kilku autach stała grupka młodych chłopaków, którzy coś pili i zachowywali się dość głośno. Ogarnął ją żal, bo jak miała się teraz stąd wydostać, skoro jedyną drogę zatarasowali jej ci niezbyt przyjaźnie wyglądający przybysze. Odniosła wrażenie, że wszystko to, co się teraz dzieje, to ewidentna kara za jej ucieczkę i była już zupełnie zrezygnowana.
Cofnęła się i skryła w miejscu, gdzie budki słały się coraz gęściej, wyglądając jak małe osiedle na wysypisku śmieci. Usiadła na znajdującej się tam, podartej kanapie i w tym momencie opanowało ją nieopisane szczęście – ze ściany jednego z baraków sterczał duży kran, z jego koleżanką, stojącą poniżej, zardzewiałą beczką. Ogarnięta nadzieją migiem się przy nim znalazła i odetchnęła z ulgą – z kranu leciała przejrzyście czysta woda.  
Napiła się tak dużo, jak tylko mógł pomieścić jej żołądek i wróciła na siedzisko dumając, jak wrócić do centrum. Zdawała sobie sprawę, że jest już na pewno po piątej i że około ósmej zacznie się ściemniać, modliła się więc, aby imprezowicze szybko zniknęli.
Siedziała i nie zapominając o ostrożności, kombinowała, biorąc wszystkie za i przeciw i w końcu zdecydowała, że jak tylko chłopcy znikną, pójdzie i znajdzie kogoś, kto jej pomoże. Nie trwało to jednak długo, gdyż zmęczona mozolnym, długim spacerem i palącym słońcem, mimowolnie zasnęła.


– Ej – usłyszała, ale że nie kontaktowała jeszcze, nie zareagowała. – Ej, obudź się – ktoś poruszał jej ramieniem i dziewczynka w okamgnieniu się obudziła.
Natychmiast się przeraziła – było już ciemno, a przed nią stał jakiś chłopak, na oko niewiele od niej starszy.
– Ej – powtórzył chudy jak patyk koleś i Lilly jak oparzona zerwała się z miejsca.  
Nie uciekła jednak, gdyż przybysz szybko ją zatrzymał, łapiąc jej ramiona i stając przed nią twarzą w twarz.
– Puszczaj! – zaprotestowała, wyrywając się; widząc, że chłopak nie jest dużo starszy, nieco ochłonęła i strach nie był już tak duży.
– Nie puszczę. Co tu robisz? – zapytał.
– Nic – odparła butnie Lilly. – Puszczaj!
– Ej, uspokój się, dobra? Jesteś bokserem, żeby skakać do chłopaka? – odpyskował nieznajomy.
– Nie twoja sprawa – wyrywała się Lilly, lecz wciąż nic nie osiągnęła, rozbawiła tylko małolata.
– Jestem Shawn. Puszę cię, jak obiecasz, że nie uciekniesz – rzekł chłopak.
Lilly milczała, gapiła się tylko na nieznajomego. Było dość ciemno, lecz wystarczająco jasno, aby dziewczynka dostrzegła, że nie dość, że jest bardzo chudy, to jeszcze niezbyt szykownie ubrany i ma rozciętą wargę, która ukazywała wszystkie swe wdzięki, gdy się uśmiechał.  
– Jak masz na imię? – Shawn nie ustępował.
– Lilly, ok? – warknęła dla świętego spokoju.
– Coś taka nadęta? – zaśmiał się jasnowłosy chłopak.
– Puść mnie już – małolatka ponowiła próbę, tym razem grzecznie.
– Co tu robisz, nie wiesz, że to okolica ćpunów, pijaków i złodziei? Tu nie jest bezpiecznie – oznajmił Shawn, poważniejąc.
– A ty?
– Ja to ja – odparł, strugając ważniaka. – Chodź ze mną, nie możesz tu siedzieć – skinął głową i delikatnie pociągnął ją za ramię.
– Nie, nie znam cię.
– Wiesz, która godzina? Po dziewiątej. Zaraz będzie tu kupa ludzi z okolicy i radzę ci – lepiej, żebyśmy się na nich nie natknęli. Chodź, nie zjem cię – nalegał Shawn, ciągnąc rękę małolatki.
– Dokąd? – dopytywała, zaniepokojona.
– Tu, niedaleko. I nie gadaj tyle, dobra, tylko chodź, bo nie mamy już czasu – syknął młodzik i Lilly, bardzo niepewna tego, co robi, chcąc nie chcąc, strachliwie ruszyła za chłopakiem.

676 czyt.
91%112
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1849 słów i 10367 znaków, zaktualizowała 23 lip 2018

Komentarze (2)

 
  • zaczarowanaK

    zaczarowanaK 23 lip 2018

    Jest super! Dodaj coś szybko bo już nie mogę się doczekać kolejnej części  

  • zabka815

    zabka815 23 lip 2018

    Fajna część tylko jak zwykle przeciągasz