Zakręty losu #60

Ciemnogranatowy Leksus ojca zaparkował przed jej wozem kwadrans później i mężczyzna szybko wysiadł. Polly, widząc jego minę, spanikowała, wiedziała, że będą kłopoty. Niechętnie opuściła pojazd i stanęła z facetem twarzą w twarz.
– Tato… – tylko tyle udało jej się wypchnąć z zapchanego stresem gardła.
– Co się stało? Byłaś już w środku? – mężczyzna ujął ramiona córki.
– Nie… boję się – przyznała szczerze dziewczyna.
– Chodźmy.
Gdy weszli do ogarniętego niemiłym szpitalnym zapachem wnętrza, nastolatka spięła się jeszcze bardziej. Niemiła woń wywoływała same przykre perspektywy, dziewczyna bała się iść dalej. Przez całą drogę do recepcji w głowie stało jej jedno: "A co będzie, jeśli zajdziemy, a ona nie żyje?”. Z Amy związana była najbardziej, od zawsze, wiedziały o sobie wszystko, dlatego też myśl, że może jej już nigdy jej nie zobaczyć, aż dławiła w środku.
– Pi – zaczepił ją ojciec. – Co jest?
– Nic.
– Może poczekaj tu, ja się wszystkiego dowiem? – mężczyzna wskazał rząd stojących przy recepcji krzesełek.
– Nie.
– Na pewno? Przecież widzę, co się dzieje.
– Na pewno, nic mi nie jest – mruknęła dziewczyna.
Banks zapytał w recepcji, o co miał zapytać, i kilka chwil później już stali przed salą tomograficzną, gdzie, jak się dowiedzieli, Amy miała robione badania. Zapadła cisza. Polly raz po raz spoglądała na ojca i czuła się coraz gorzej psychicznie; mężczyzna rzadko milczał, a jeśli już, musiał mieć ku temu ważny, bardzo ważny powód.
– Tato – wydusiła w końcu, nie mogąc dłużej znieść tej łamiącej duszę ciszy.
– Polly, co się stało? – zapytał facet, brzmiąc, jakby nadal nie dowierzał.  
– Nie wiem. Amy miała jechać do pracy. Wzięła jeszcze śmieci i poszła z nimi, a potem… – dziewczyna się zacięła.
Banks czekał.
– Potem… Długo jej nie było, i taksówki też jeszcze nie, więc poszłam sprawdzić, co się dzieje. I wtedy ją znalazłam… pod płotem… nieprzytomną – wystękała ciężko nastolatka.
– Ale… ale co się stało, jak? Kto to zrobił? Przecież Am jest lubiana. Polly, ja wiem, że coś ukrywasz i boisz się powiedzieć, ale należy powiedzieć, nie uważasz?  
– Tato, naprawdę nie wiem, przysięgam – broniła się dziewczyna.
Chciałaby wyjawić prawdę, bała się jednak, że może wyjść z tego jeszcze większe piekło. Dobrze znała Sylvię i jej patologiczne towarzystwo, strach był więc w pełni uzasadniony. Postanowiła jednak, że powie dopiero, gdy Amy umrze, wtedy przecież nie będzie już miała wyboru. Wizja śmierci dziewczyny tak wkręciła się nastolatce do głowy, że każda myśl bezlitośnie szła w kierunku tej przykrej opcji.
– Polly, do cholery jasnej, pobili twoją siostrę, więc przestań robić ze mnie durnia, dobrze?! Bez powodu nie napadają ludzi pod ich własnym domem! – zdenerwowany facet znacznie podniósł głos, chodząc w kółko obok córki.
Polly zamilkła. Mężczyzna widząc, że nic nie zdziała, westchnął ciężko i usiadł obok dziewczyny. Po chwili jednak poderwał się z miejsca, bo Amy na szpitalnym łóżku opuściła gabinet tomograficzny. Polly także zerwała się jak oparzona i migiem doskoczyła do siostry.
– Co z nią – zapytał lekarza Banks, idąc obok "pojazdu”, który po chwili zniknął na oddziale intensywnej terapii, gdzie ich nie wpuszczono.
– Pan jest ojcem?  
– Tak.
– Zrobiliśmy badanie głowy i prócz wstrząśnienia mózgu nie ma żadnych niepokojących objawów. Ale dziewczyna jest, niestety, w śpiączce, co czasem zdarza się przy tego rodzaju urazach.
– W śpiączce? Ale kiedy się obudzi? – wtrąciła skołowana Polly. – Obudzi się, prawda?
– Niestety, na razie możemy tylko czekać. Pańska córka ma także trzy złamane żebra, nadgarstek i lekkie otarcia twarzy. Ale nie są to na tyle poważne urazy, aby nie być dobrej myśli. Naprawdę… dziewczyna naprawdę miała szczęście, że nie bito jej po głowie i twarzy, wtedy mogłoby być znacznie gorzej. Wygląda na to, że napastnicy dobrze wiedzieli, co robią. Owszem, została dość mocno uderzona w potylicę, dlatego prawdopodobnie straciła przytomność, aczkolwiek żadnych innych śladów w okolicach twarzy nie ma, co bardzo dobrze rokuje. Teraz musimy ją tylko bacznie monitorować, czasem urazy głowy pojawiają się później. Mam jednak nadzieję, że takowych nie będzie…. jestem niemal pewny. Już zawiadomiliśmy policję – rzekł z powagą lekarz.
– Możemy do niej wejść? – wycedził załamany Banks.
– Pacjentka potrzebuje spokoju… ale dobrze, niech państwo wejdą. Ale tylko na chwilę i proszę założyć fartuchy – mężczyzna wskazał stojący w rogu wieszak i sobie poszedł.
Polly miała dość. Jeszcze nie weszła do siostry, a już chciała wyjść. Słowa kolesia nieco ją uspokoiły, jednak czarne myśli nadal okupowały podświadomość nastolatki, znęcając się nad nią nieludzko.
Stanęli przy łóżku. Lekarz mówił prawdę – prócz małego rozcięcia w kąciku ust na twarzy brunetki nie widniały żadne ślady pobicia. Amy wyglądała zupełnie normalnie, niemniej jednak zabandażowana ręka i blada skóra dziewczyny mogła wzbudzić niepokój.
Banks ucałował córkę w czoło i z ciężkim westchnięciem usiadł obok łóżka. Wyglądał na zdruzgotanego. Zapadła ponowna cisza, w czasie której w Polly w miejsce lęku zaczynała rozgaszczać się złość i, choć z lekkim niezdecydowaniem, postanowiła, że zdobędzie numer Davida, spotka się z nim i wszystko mu powie. Zdawała sobie sprawę, że Amy się wścieknie, lecz chęć wyjawienia chłopakowi prawdy była w tym momencie silniejsza niż strach przed awanturą z siostrą.
– Polly – ojciec wstał. – Muszę wracać do pracy. Ale zaraz wrócę, za godzinę, może półtorej. Jedziesz do domu?
– Tak, nic tu po mnie, zresztą i tak lekarz zaraz by mnie pewnie wygonił – dziewczyna uśmiechnęła się smutno. – Tato, powiadomisz resztę? Nie chcę dzwonić, a zwłaszcza do prokuratorki, nie zamierzam słuchać, jak wypluwa swoje żale – dodała kwaśno nastolatka.
Ojciec zrobił chmurną minę, aczkolwiek nie skomentował; znając konflikty córek wiedział, że reprymenda prawdopodobnie i tak nic nie da.
– Dobrze, zadzwonię. Będziesz w domu?
– Tak, tylko najpierw podja… – zaczęła nastolatka, lecz w porę ugryzła się w język.
Przecież ojciec nie wiedział jeszcze o sklepie, a ona o mało co właśnie się nie wygadała.
– Polly? – ponaglał mężczyzna, widząc jej zakłopotaną minę.
– Ale tato, jest coś jeszcze – wydusiła nastolatka, która po krótkim namyśle doszła jednak do wniosku, że musi powiedzieć. Przecież ojciec i tak prędzej czy później się dowie, a jak nie wyzna prawdy, będzie miała z tego tytułu jedynie gorzkie problemy.
– Pi, co się z tobą dzieje? Zaczynasz, przerywasz, o co chodzi? – zniecierpliwił się zaniepokojony facet.
– Tato… – wzięła głęboki wdech – ktoś spalił sklep Amy – wymęczyła ciężkie słowa.
Mina, jaką zrobił w tej chwili mężczyzna, była bardzo zjawiskowa.  
– Co takiego? – odparł po chwili, nie wierząc chyba w to, co słyszy. – Polly, kurwa mać, jak to "ktoś spalił”?, o czym ty mówisz? O czym się jeszcze dowiem, do ciężkiej cholery?! – facet się ostro wkurwił.
– Tato, to się stało wczoraj, nie było czasu powiedzieć – tłumaczyła się spłoszona dziewczyna.
– Nie było czasu? – brwi ojca podjechały do góry, podkreślając emanujący pretensją wzrok. – Nie było czasu? – syczał.
Polly zamilkła.
– Chodźmy, muszę jechać. Porozmawiamy później. Zajadę do sklepu za jakąś godzinę, jak będę wracał z biura – westchnął mężczyzna, ucałował Amy w czoło i wykręcił się na pięcie, ciągnąc za sobą wystraszoną, zagubioną nastolatkę.  



Pod market dojechała kilka minut po dziewiątej. Jeszcze siedząc za kółkiem zrobiła wielkie oczy, widząc zniszczenia, gdy jednak weszła do środka, aż przystanęła, szeroko otwierając usta. Nie spodziewała się chyba, że to aż tak tragicznie wygląda.
– Cindy! – krzyknęła, bojąc się wleźć w głąb lokalu.
Przyjaciółka Amy migiem wyłoniła się z kuchni i natychmiast zrobiła podobną minę, jak Polly, gdy ta zobaczyła pogorzelisko.
– Polly? Co się stało? – szybko podeszła do nastolatki, wyglądając, jakby od razu domyśliła się, że coś jest nie tak.
Znała się z dziewczynami od małego, dlatego też bez problemu trafnie odczytywała poszczególne znaki.
– Amy jest w szpitalu – oznajmiła Polly.
– W szpitalu? Co się stało?
– Ktoś ją napadł i pobił. Jest w śpiączce – wystękała nastolatka.
Cindy zbladła.
– Pobił? Kto? – nie mogła uwierzyć. – Aha, więc to tu jest pies pogrzebany – warknęła, kolistym ruchem ręki pokazując zjarane wnętrze. – To oni – zinterpretowała bezkompromisowo, wskazując głową sklep Paula.
– Nie, to nie oni.
– Nieee? Nie Polly, to oni, oni już dawno mieli problem z naszym sklepem. Amy mi wszystko po…
– To jej były – przerwała jej nastolatka.
– Były? – powtórzyła zaskoczona Cindy. – Ten były, ten skurwiel, który tu ostatnio był i się awanturował? Zdenerwował dziewczynę do maksimum i żeby nie ten cały David, nie wiem, jakby się to skończyło.
– Tak, ten sam – potwierdziła Polly, która wiedziała o awanturze pod sklepem.
– Co z Amy? W śpiączce? Co mówił lekarz? – zaniepokojona Cindy wznowiła temat.
– Że nie jest najgorzej. Ale ja czuję, że on coś ściemnia – odparła cicho Polly.
– Dlaczego miałby to robić? Młoda, wyluzuj, wszystko będzie dobrze, Amy to twarda zdzira – rzuciła z uśmiechem starsza z dziewczyn, chcąc nieco rozluźnić atmosferę.
– Jasne… – mruknęła Polly. – Muszę jechać, głowa mnie już od tego wszystkiego boli.
A ty zamykaj i też spadaj, nic tu po tobie. Zdzwonimy się, jak cokolwiek się wyjaśni, albo jak się obudzi.
– O dwunastej przyjadą robotnicy. Już byli, ale że Amy nie ma, umówiłam się z nimi po południu – oświadczyła Cindy.
– Ojciec tu przyjedzie. Zresztą zaraz zadzwonię do niego i powiem mu o robotnikach, on wszystko załatwi.
– Tu masz ich numer – Cindy podała nastolatce białą wizytówkę. – W którym szpitalu leży? – zapytała.
– W West, ale jak chcesz, to się jakoś umówimy. Samej cię nie wpuszczą, ledwo żeśmy z ojcem weszli – wyjaśniła nastolatka.  
– Ok, zadzwonię.
– Dobra, to ja spadam. Na razie – rzuciła mdło Polly i nie chcąc już dłużej przeciągać spotkania w tym ponurym miejscu, szybko udała się do samochodu.
– Polly, zadzwoń, jakbyś się wcześniej czegoś dowidziała! – krzyknęła jeszcze z progu Cindy, lecz nastolatka nie odpowiedziała, tylko szybko wskoczyła do wozu, po czym mocno wcisnęła gaz i agresywnie odjechała, widząc w lusterku coraz to mniejszą i mniejszą postać Cindy, która wciąż stała na schodkach, wzrokiem odprowadzając szaleńczo jadącą blondynkę.
Polly, widząc zatroskaną znajomą, w tym momencie już nie utrzymała łez.

434 czyt.
100%61
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1920 słów i 11323 znaków, zaktualizowała 19 gru 2018.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 19 gru 2018

    Hm eskalacja przemocy. Ciekawe jak dziewczyna sobie poradzi? ( o ile wybudzi się ze śpiączki). Pozdrawiam