Zakręty losu #59

– Czemu sok? – zapytał niezadowolony Jack, widząc na stole szklankę z jasnoróżową cieczą.
– Przecież lubisz grapefruitowy. Nie ma kakao – odparła Polly.
– Jak to nie ma? Zawsze było. To czemu nie kupiłyście? – młodzik nie odpuszczał.
– Jack, jedz i nie denerwuj mnie, dobrze? Zaraz będzie zimne.
– Al…
– Kurde, żadnego ale! Jesz, czy nie?! – krzyknęła Polly, zmęczona marudzeniem brata.
Amy nie dawała jej spokoju, najchętniej już teraz wskoczyłaby do samochodu i pojechała do szpitala. Myśl, że jak zajedzie i dowie się najgorszego, bezlitośnie zawładnęła myślami nastolatki, nie chcąc odejść. W głowie najpierw stał jej obraz demonicznych słów lekarza, potem przykrywanego białym prześcieradłem ciała siostry, a na końcu pustego łóżka, i tak na przemian.
Szarpana monstrualnym niepokojem chwyciła telefon Amy i wyszła do ogrodu zapalić. Nie wiedziała, czy dobrze postępuje, ale zamierzała zadzwonić do Davida i wszystko mu opowiedzieć. Uruchomiła urządzenie, ale zaraz ukazało jej się żądanie kodu PIN.
– Kurwa – syknęła pod nosem i wyłączyła komórkę.
– Polly – usłyszała brata.
– Za chwilę.
Szybko dopaliła i ruszyła do domu, mając nadzieję, że młodzik nie zacznie denerwować jej jeszcze bardziej.
– Już nie dam rady – Jack wskazał talerz z resztkami śniadania.
Dziewczyna sprzątnęła i nalała sobie kolejną porcję kawy, jakby ręce za mało jej się jeszcze trzęsły.
– Polly, czemu palisz papierosy? – zapytał młodzik.
Nie odpowiedziała.
– Co się stało Amy? – Jack ponowił pytanie.
– Mówiłam chyba – warknęła Polly, nie mając pojęcia, jak odciągnąć brata od tematu.  
Znała jego upartość i że wszystko musi wiedzieć, zdając sobie jednak sprawę, jak uwielbia siostrę, musiała coś wymyślić.
– Kłamiesz! – chłopak podniósł głos. – Coś jej jest, a ty nie chcesz mi powiedzieć, bo jestem mały, tak? A co się stało z samochodem? Amy miała wypadek?
– Nie, nie miała wypadku, i przestań już, ok? Amy zemdlała i tyle, koniec tematu! – rzekła zdecydowanie Polly.
– Rodzice będą źli za samochód – Jack nie dawał za wygraną.
Polly tylko westchnęła ciężko i spojrzała na zegar – 07:30, więc do wyjazdu do szkoły zostało ponad półtorej godziny.
– Jak chcesz jechać do szpitala, to możesz zawieźć mnie do Sandry i jej mama zawiezie nas do szkoły – rzekł nagle dojrzale młodzik.
Dobrze odczytał poszczególne zachowania siostry i dlatego też chyba postanowił nie podburzać już atmosfery.
– Tak? A skąd wiesz, że jej mama się zgodzi? Poza tym jest bardzo wcześnie – w Polly natychmiast zakiełkowała nadzieja, ale i wątpliwości.
Wiedziała, o jakiej dziewczynce mówi brat, aczkolwiek głupio jej było zadzwonić tak wcześnie.
– Jest wpół do ósmej, to nie wcześnie. Zresztą u taty w zeszycie jest do niej numer, możesz zadzwonić i zapytać – poinformował chłopak.
Polly szybciej niż torpeda znalazła się w gabinecie ojca i zaraz miała w dłoni gruby, purpurowy brulion z numerami.
– Marry Price – oznajmił Jack, stając obok nastolatki.
Polly, choć niepewnie, po chwili wykręciła numer, lecz gdy tylko usłyszała damskie: "halo”, serce podeszło jej do gardła.
– Halo – powtórzyła kobieta, głos miała spokojny i miły.
– Dzień dobry, mówi Polly Banks, siostra Jacka. Czy pani Price?
– Tak. Słucham.
– Wie pani… mam do pani ogromną prośbę – wydusiła nastolatka, co cna zawstydzona tym telefonem.
Była odważną i nazbyt często też dość krnąbrną dziewczyną, aczkolwiek ta trwająca w tej chwili, dość niezręczna rozmowa, wyssała z niej całą pewność siebie.
– Tak, o co chodzi? – zapytała łagodnie pani Price, wyczuwając chyba przez słuchawkę skrępowanie dzwoniącej.
– Czy Jack mógłby pojechać dziś z Sandrą do szkoły? Moja siostra miała wypadek i chciałabym jak najszybciej pojechać do szpitala. Ale jeśli to kłopot, to…
– Nie ma sprawy, niech go pani przywiezie – odparła kobieta, Polly wręcz czuła przez słuchawkę jej szeroki uśmiech.
– Ale pani Price, jest dość wcześnie, czy Jack nie będzie przeszkadzał? – tłumaczyła się dziewczyna, chcąc choć trochę wyprostować obecną sytuację.
– Skąd. Sandra na pewno się ucieszy, bardzo się lubią – uspokajała kobieta.
– No dobrze, to będziemy niedługo. I… dziękuję pani – wystękała Polly, odetchnąwszy z ulgą, głos kobiety wydawał się być szczery.
– Więc czekamy – rzekła przyjaźnie pani Price i Polly nie zdążyła już nic powiedzieć, bo kobieta odłożyła słuchawkę.
– I co? – Jack szarpnął ją za nogawkę.
– Wszystko spakowałeś? – zapytała dziewczyna.
– Tak.
– To wskakuj w buty, jedziemy.
Jack aż klasnął w dłonie i pędem wybiegł z gabinetu. Polly uśmiechnęła się pod nosem, zapisała adres Sandry i ruszyła do pokoju po kluczyki.




– Mogę z przodu? – zapytał Jack, pakując się na przednie siedzenie żółtego garbusa cabrio.
– Tylko nie skacz – odparła Polly.
Oczywiście dla bezpieczeństwa wolałaby, aby usiadł z tyłu, wiedząc jednak, że będzie się upierał, ustąpiła. Nie chciała kolejnego przekomarzania się, miała serdecznie dość.
– Samochód Amy jest ładniejszy, ale teraz rozbity. Twój jest taki gruby, jak gruszka – zaśmiał się małolat, podnosząc siostrze ciśnienie.
– Zawsze możesz iść piechotą – syknęła Polly. – Pas. I spokój ma być – nakazała i po chwili mknęła już obok domów sąsiadów.
– Za szybko jedziesz – pouczył Jack, który miał ewidentny problem z utrzymaniem przez chociażby minutę języka za zębami.
Polly milczała, koncentrując się na drodze.
– Czemu nie otworzyłaś dachu? – zapytał chłopak.
– Jack, czy możesz zamknąć się na pięć minut? Na dwie? Na minutę? Proszę – warknęła nastolatka, usiłując nie dać się ponieść emocjom.
– Ale ja tylko zapytałem – tłumaczył się młodzik.
– Jack, mam inne zmartwienia na głowie niż twoje zachcianki, rozumiesz? Proszę cię, nie odzywaj się chociaż przez minutę, dobrze? Prowadzę, a ty mnie rozpraszasz, chcesz, żebym, spowodowała wypadek?
Młodzik spuścił głowę i w końcu uszczęśliwiona do granic nastolatka, w spokoju dojechała do miejsca docelowego. Matka Sandry chyba czekała, bo gdy tylko Polly zatrzymała się pod bramą, wyszła na próg.
Blondynka się zmieszała, nie bardzo chciała rozmawiać z kobietą, z drugiej strony jednak wiedziała, że jak wysadzi brata i odjedzie, zachowa się bardzo niekulturalnie.
Pani Price szybko rozwiała jej wątpliwości, bo po chwili ruszyła w stronę furtki, uśmiechając się od ucha do ucha. Polly wysiadła i niezbyt chętnie podeszła do bramki.
– Dzień dobry – wygięła usta, starając się wyglądać naturalnie.
– Cześć – kobieta podała rękę Jackowi. – Biegnij do domu, Sandra już czeka – poprosiła i młodzik zniknął. – Witaj. Co się stało? Czy to coś poważnego? – zwróciła się do nastolatki, szczerze zmartwiona.
– Amy miała wypadek, ale na razie nic dokładnie nie wiem i wolałabym nie wyciągać pochopnych wniosków – skłamała Polly, nie zamierzając wtajemniczać kobiety w ich prywatne sprawy.
Fakt, pani Price wykazała się zrozumieniem, okazując to swoim podejściem, aczkolwiek Polly nie miała ochoty na zwierzenia.
– Rozumiem.  
– Pojadę już, dobrze? Chcę się dowiedzieć, co z nią – rzekła nastolatka.
– Dobrze – odparła matka Sandry, jednakże odprowadziła dziewczynę do samochodu i nachyliła się jeszcze do otwartej, przedniej szyby. – Polly, i jeszcze jedno. Jakby potrzebna wam była pomoc, dzwoń śmiało. Jack może u nas pobyć, może też przenocować, jakby zaszła taka potrzeba. I nie krępuj się, tylko dzwoń, On i Sandra to nierozłączni kumple – zaśmiała się kobieta.
– W porządku, dziękuję bardzo.
– Życzę Amy zdrowia – rzekła pani Price i w końcu pozwoliła dziewczynie odjechać.




Siedziała pod kliniką już dobre kilka minut, nerwowo ściskając telefon. Świadomość o konieczności poinformowania najbliższych, zwłaszcza Victorii o napadzie, budziła w niej lęk. Do tego ten przeklęty samochód, wiedziała, że tłumaczenia się nie będzie końca. Po dłuższej zadumie postanowiła, że najlepiej będzie, jak zadzwoni do ojca i nich on pchnie wieści dalej.
Czekała kilka sygnałów, lecz mężczyzna nie odbierał, rozłączyła się więc i zadzwoniła ponownie. Chciała mieć to już za sobą. Kolejny raz spotkało ją niepowodzenie, lecz dziewczyna się nie poddawała i zadzwoniła po raz trzeci. Tym razem ojciec odebrał i od razu zbeształ córkę:
– Halo? Polly, mam spotkanie, dlaczego wydzwaniasz? Skoro widzisz, że nie odbieram, widocznie mam ku temu powody.
– Tato, pobili Amy – oświadczyła na jednym tchu, uznając, że wywalenie wszystkiego prosto z mostu będzie najlepszym, oszczędzającym stresu wyjściem.
– Co? Polly, o czym ty mówisz? – mężczyzna chyba nie wiedział, czy dobrze zrozumiał.
– Tato, pobili Amy, ktoś ją napadł pod domem.
– Poczekaj chwilę – poprosił pan Banks i zapadła cisza.
Trwała bardzo krótko, lecz dla nastolatki zdawała ciągnąć się godzinami; mimo, że ojciec od zawsze był bardzo wyrozumiały w stosunku do córek, chciałaby jak najszybciej skończyć tą rozmowę.
– Polly? – usłyszała, tym razem zdenerwowany już głos. – Co się stało, ktoś pobił Amy? – facet chyba nadal nie rozumiał.
– Tak, zabrali ją do West.  
– Ale jak to pobili, kto?
– Nie wiem. No i… zniszczyli auto, chyba jacyś wandale – rzekła spłoszona nastolatka.
– Zniszczyli? Aha, więc zniszczyli wóz i pobili Amy? Polly, coś kręcisz, ty coś wiesz – rzekł srogo mężczyzna.
– Tato, nie wiem – wydusiła dziewczyna, coraz bardziej bojąc się tej rozmowy.
– Gdzie jesteś?
– Pod szpitalem.
– A Jack?
– U koleżanki.
– Dobrze, nie ruszaj się stamtąd, już jadę – rzekł pan Banks i się rozłączył.
Ogarnięta mieszającą się z niepokojem, zachwianą ulga dziewczyna wysiadła i prosząc losu o litość dla siostry, ruszyła do budynku. Była przerażona.

374 czyt.
100%51
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1733 słów i 10316 znaków, zaktualizowała 2 gru 2018

Komentarze (1)

 
  • AnonimS

    AnonimS 19 gru 2018

    No i na młodą spada najgorsze. Zawiadomić ojca, opieka nad bratem. I strach o siostrę. Pozdrawiam