Zakręty losu #52

– Stał jak słup, przetrawiając to, co usłyszał, po chwili jednak, wypowiadając krótkie: – dobrze, dziękuję, że zadzwoniłeś – chłopak odłożył słuchawkę i ponownie spojrzał na ciotkę z zagubionym, niezrozumiałym wyrazem twarzy.
Daisy już plątała się pod nogami. Od wczoraj zachowywała się, jakby jej nie było, co mogło być dużą zasługą nieobecności Lilly, dziś jednak odżyła.
– Zaraz wyjdziemy – chłopak ją pogłaskał.
– David – ponaglała Lauren.
– Ubieraj się, musimy jechać – wydusił, ruszając do sypialni.
– David, co się stało? Dopiero dziewiąta, kto dzwonił tak wcześnie? – naciskała Lauren, przyczłapawszy za nim, jeszcze zaspana.
– Coś się dzieje w domu. Mówiłem! – warknął David, biorąc w dłoń spodnie.
– W domu?
– Dzwonił Henry, właściciel kamienicy. Mówi, że pół nocy było głośno i ucichło dopiero około drugiej, trzeciej. Pukał, dzwonił, ale nikt nie otwierał, mimo że słyszał rozmowę z wnętrza. Zatłukę ją, kurwa, po prostu zajebię, teraz już nie daruję! – zagroził David, gromiąc ciotkę wzrokiem.
– No to ładnie. Już się ubieram – rzekła Lauren i wyszła.
Chłopak był wściekły, co podkręcała tylko osoba Lilly, która właśnie wlazła do jego głowy. Już wiedział, że matka znów sprowadziła sobie towarzystwo, ciekaw był tylko, czy tych samych ludzi. Miał wielką nadzieję, że tak, że może jedno będzie w tym całym syfie na plus – że może uda mu się odzyskać pieniądze… chociaż część pieniędzy.
– Już? – ubrany chłopak zawisł w progu salonu.
– Mały, chwila, tak? Daj mi dziesięć minut, dopiero wstałam. Jak będę lecieć na łeb, na szyję, to i tak już niczego nie zmieni. A ty zamiast stać i mnie poganiać, weź lepiej kasę i idź na dół do "Rose”, kup dwie kawy. Bez kawy jestem nieprzytomna. Tylko dla mnie mocną – poprosiła dziewczyna, wskazując głową swój portfel. – I weź kluczyki, poczekasz w wozie. Ja prowadzę! – dodała bezkompromisowo.
– Ruchy – syknął David i ignorując fundusze ciotki, szybko wyszedł z mieszkania.
Nosiło go całego. Nie wiedział, co dzieje się w domu, czy czasem nie wynieśli mu już wszystkiego. Tylko co tam wynosić?
Ruszył do położonego nieopodal sklepu, kupił dwie duże kawy na wynos i dwie minuty później siedział w samochodzie. "To, kurwa, ona tak martwi się o dziecko? Tylko wylazła, już się nachlała. Ale za co, za dychę? I co znowu za menele?” – dumał wkurwiony, popijając smaczną, słodką kawę.
Nie wyspał się ani trochę, czując przy okazji efekty uboczne prochu i wódki, pochłaniał więc trunek jak szalony mimo że był bardzo gorący. Raz po raz zerkał na drzwi wejściowe, lecz Lauren nie kwapiła się, aby wyjść. Czas mu się wlókł, zatrąbił końcu kilka razy w nadziei, że ciotka usłyszy i się pośpieszy. Za moment dziewczyna wreszcie wyłoniła się z budynku i od razu zganiła chłopaka ostrym spojrzeniem.
– Nie trąb, jest dziewiąta rano – natychmiast go opieprzyła, wsiadając za kółko.
– Kurwa, brandzlowałaś się tam? Ja bym przez ten czas zdążył zrobić kawę, śniadanie, wyjść z psem i jeszcze zwalić konia. Spałaś tam? – fuknął chamko chłopak.
– Jak ty się odzywasz, gówniarzu? – zniesmaczona Lauren znienacka sięgnęła dłonią i tak mocno wykręciła mu ucho, że aż głośno jęknął.
– Pojebało cię?! – zagrzmiał, łapiąc się za bolące miejsce.
Dziewczyna się roześmiała i przekręciła kluczyk.
– Wariatka, lecz się – burknął chłopak, trzymając się za palące żarem ucho.
– Bądź grzeczny – Lauren szeroko się uśmiechnęła i delikatnie wyjechała spod bloku.
– Co mówił? – zapytała.
– Przecież mówiłem.
– I to wszystko?
– Tak. I widzisz? Ona, kurwa, szuka dzieciaka, ona się martwi, ja już naprawdę nie mam siły. Do tego miałem być rano w robocie i nie jestem. Znów mam dzwonić, że nie przyjadę, kolejny raz? Betty się w końcu wkurwi – poskarżył się pasażer.
– Zadzwoń i wyjaśnij, skoro mówiłeś, że babka jest luz.
– I tak muszę zrobić.
– Jak się czujesz? – Lauren poczochrała go po głowie. – W ogóle to nie powinnam prowadzić, mam cholernego kaca. I po co nam to było? Kurwa, mały, litr gorzały i cztery cyby, ładnie. Już dawno tak nie zabalowałam, ale  nie żałuję. Tego było mi trzeba, a nie tylko praca i praca. Chujowo się czuję, powiem ci szczerze. Żeby to było dziesięć lat temu, już byłabym poleczona... od ósmej rano – zachichotała dziewczyna. – Ale to nic, piwko mnie dziś nie na pewno nie ominie, tylko najpierw musimy zobaczyć, co z tą kretynką, potem wypiję małego drinka, bo chyba nie zdzierżę i pojedziemy jeszcze raz poszukać młodej. David, to już stało się poważną sprawą, nie było jej na noc. A może poszła do jakiejś koleżanki?
– Do koleżanki? I co, myślisz, że jej matka nie zadzwoniłaby? – głos Davida wypełniła ostra pretensja.
– No tak, masz rację… I David! Spokojnie – nakazała dziewczyna, zatrzymując się pod kamienicą chłopaka.
Milczał, nabuzowany.
– Młody, ja nie żartuję. Tu nerwy i, niech ci nie przyjdzie do łba, bicie nic nie pomoże, rozumiesz? Ma być spokój! – rzuciła szorstko brunetka, gromiąc bratanka zimnym jak głaz wzrokiem.
– Spoko.
– Spoko, spoko, już ja znam te twoje spoko. A może pójdę sama?
– Idziemy – rzucił chłopak i w mig opuścił pojazd.


Otwarte drzwi, trzy puste butelki po wódce, ogrom niedopałków w popielniczce, rozlane na dywanie, czerwone "coś” i śpiąca w ubraniu Sophie – taki widok zastali po wejściu do mieszkania. David z milionem pytań i kompletną rezygnacją spojrzał na ciotkę, trzymał jednak nerwy na wodzy. Daisy wskoczyła na łóżko i dopadła do śpiącej Sophie, lecz David natychmiast chwycił ją na ręce.
– Zostaw, nabawisz się jeszcze jakiejś choroby – fuknął, głaszcząc suczkę, którą po chwili uwolnił.  
Znów podjęła próbę dostania się na kanapę, jednakże po krótkiej, nieudanej walce z chłopakiem zrezygnowała i poczłapała do pokoju Lilly.
– Pootwieraj okna, ja tu ogarnę – poprosił mdło David, gdyż powoli zbierało mu się na płacz złości.
Lauren przewietrzyła mieszkanie, chłopak sprzątnął na szybkiego, plamę na dywanie zostawił, po czym wyszedł na balkon, gdzie brunetka paliła papierosa.
– Idę po wódkę – oznajmił cierpko.
– Co?  
– Przecież chciałaś drinka.
– David, co ty kombinujesz? Zamierzasz iść w jej ślady? – dziewczyna z pogardą wskazał siostrę.
– Tak.
– Miałeś zadzwonić.
Z Betty dogadał się równie szybko, migiem też przeliczył resztki funduszy i trzymając w dłoni klucze od domu, zawisł w progu kuchni, gdzie Lauren oglądała zawartość lodówki,  
– Długo jeszcze?! – zagrzmiał po dłuższym oczekiwaniu, strasząc młodą kobietę; zachowywał się co najmniej dziwnie.
– Mały, tyle wjebali? Przecież ostatnio była masa żarcia – rzekła spokojnie Lauren.
– Nie wiem i gówno mnie to obchodzi. Idziemy?
– A co z nią?
– Też mnie nie obchodzi. Idziemy? – powtórzył gorzko.
– Dobrze, chodźmy – Lauren nie dyskutowała, widząc, że zdziczał. – Teraz pojeździmy, a potem na drinka, może nie umrę przez kilkadziesiąt minut – postanowiła.
Wycieczka trwała ponad godzinę, w ciągu której przejechali chyba wszystkie miejsca, które mogli przejechać, lecz Lilly wciąż nie namierzyli. David był już kompletnie wypompowany psychicznie i coraz bardziej wkurwiony.
– Dochodzi jedenasta, co robimy? Jedziemy do mnie? A może jednak do ciebie, a jak mała wróci? – zapytała dziewczyna, równie zdruzgotana, co bratanek.
– Nie wiem, kurwa, nic już nie wiem. Kupmy wódkę…  


– Lej całą szklankę – rozkazał David trzymającej w dłoni butelkę ciotce.
Lauren go nie posłuchała i nalała jedynie dwie trzecie, dopełniając po brzegi porzeczkowym sokiem.
David już nie warczał, tylko chwycił literatkę i zachłannie opróżnił zawartość.
– Mały, spokojnie, na pewno nic się nie stało – pocieszała go Lauren, niezbyt jednak przekonana.
– Wypiję jeszcze jednego i jadę na psy. Co oni, kurwa, robią tyle czasu? No tak, grzebią się po dupach, jebane pedały – rzucił zjadliwie coraz bardziej zniecierpliwiony i wściekły chłopak.
– A co myślałeś? Przecież to normalne – potwierdziła Lauren, dobitnie sugerując, jakie ma zdanie o policji.
– Kurwa, no nie mogę – David zerwał się z miejsca i w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi.
– O tej godzinie? – zdziwiła się Lauren. – Młoda! – krzyknęła nagle i biegiem ruszyła do korytarza.
David wzruszył ramionami, lecz poszedł w ślad za ciotką, która otworzyła drzwi i zastygła w bezruchu, kompletnie zaskoczona...

268 czyt.
100%41
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1515 słów i 8934 znaków, zaktualizowała 29 wrz 2018

Komentarze (1)

 
  • Fanka

    Fanka 29 wrz 2018

    No nie w takim momencie? Kochana dawaj kolejna część!