JW Agat Rozdziały XL-XLI

JW Agat Rozdział XL

- Stać. - Marta rzuciła ostry rozkaz, jednocześnie przykucając wśród krzewów. Znajdowali się w niewielkim parku na przedmieściach Mińska. By dotrzeć do ministerstwa, mieli do pokonania około dwóch kilometrów. Trasa była mało bezpieczna, bowiem przebyć musieli gęsto zaludnione dzielnice, które jak przewidywali były często patrolowane przez rosyjskich żołnierzy.
Teraz gdy obserwowali teren, dostrzegli maszerujących wojskowych, którzy z odbezpieczoną bronią obserwowali mieszkańców. Co jakiś czas któryś z nich wołał do idących nieopodal kobiet. Gdy te nie reagowały, jeden z żołnierzy strzelił do nich, mierząc kilka metrów przed niewiastami.
- Interweniujemy? - Marta usłyszała w słuchawkach głos Graniera.
- Zostańcie na miejscu. To nie nasze zadanie.
- Ale to bezbronni cywile!
Kobieta z lekko niepewną miną odwróciła się do Pawłowicza. Ten również wyglądał na niezdecydowanego. Szybko nacisnął interkom, kontaktując się z bazą.
Odezwał się ponownie do reszty po dłuższej chwili.
- Mówią byśmy nie pozwalali na brutalność Rosji, lecz naszym głównym zadaniem jest wydostanie stąd głowy państwa.
Marta kiwnęła głową, ponownie zwracając uwagę na plac przed nimi. Rosjanie okrążyli już zatrwożone mieszkanki Mińska, szachując je bronią.
- Granier... Zdejmijcie ich tak, by nikt nie zorientował się, że tutaj jesteśmy.
Młody Francuz przytaknął tylko i oddalił się w lewo, jednocześnie na lufie swego karabinu wyborowego montując tłumik. Po chwili rozległo się cichutkie bzyknięcie wystrzelonego pocisku. Następnie drugie i trzecie, a za każdym razem padał jeden żołnierz. Przerażone nagłym zajściem kobiety uciekły w popłochu.
- Where are we go now? - rzekł najbliżej stojący Marty brytyjski żołnierz.
- Straight ahead. Seventy meters, second house. Ministery of justice. First floor, second door on left — odparła bez zastanowienia, przypominając sobie instrukcje dowództwa. - We'll go there hard. We take no hostages, only president and ministers... We have been an one hour to departure our transport... Go, go go!
Żołnierze niewielkimi grupkami zaczęli przemykać w podcieniach domów, uważając na odwróconych w ich stronę wartowników. Pawłowicz wydał swoim ludziom cichą komendę zlikwidowania rosyjskich żołnierzy. Dwadzieścia sekund później było już po sprawie. GROM otworzył im drogę do ministerstwa. Dzieląc się na trzy grupki, pobiegli w stronę wejścia. Forces speciales pozostali tuż za drzwiami, by w razie konieczności umożliwić swoim kolegom przedostanie się na lądowisko, z którego mieli zostać odebrani.
Starając się nie narobić hałasu, żołnierze SAS i GROM wbiegli na pierwsze piętro. Będąc już przy pierwszych drzwiach, usłyszeli zza nich podniesione głosy. Cichaczem podeszli do uchylonych drzwi, uważając, by nie skrzypnąć drewnianą podłogą. Marta przyłożyła ucho do drzwi. Wysokie tony rozmowy oraz zupełnie niezrozumiały dla niej język, nasunęły jej na myśl jedyne w tym momencie wyjaśnienie — Chińczycy! Niezwłocznie powtórzyła to najcichszym szeptem swojej załodze i dowództwu, pytając jednocześnie co mają w tym wypadku zrobić.
Odpowiedź przyszła błyskawicznie: brać głowy państwa i spieprzać stamtąd jak najprędzej. Wiadome było przecież, że jeśli zostaną złapani, Rosjanie oddadzą ich "żółtkom" na przesłuchanie, a ich metody były jednymi z najgorszych.
Spojrzała na Pawłowicza. Wymienili szybkie spojrzenia i ruszyli wprost do drugich drzwi. Podsłuchując pod nimi, zorientowali się, że w pomieszczeniu panuje śmiertelna cisza, jakby nikt z przebywających tam osób nie był już żywy!
- Otwórz te cholerne drzwi — zwróciła się do jednego z brytyjskich żołnierzy. - Tylko uważaj, mogą być zaminowane lub jakoś zaalarmowane.
Mężczyzna skinął jej głową i zabrał się do rzeczy, wyjmując niewielki zestaw do szybkiego otwierania zamków. Pozostali żołnierze ostrożnie myszkowali po pozostałych pomieszczeniach piętra oraz dyskretnie zaglądając na kolejne.
Gdy dość niecierpliwie czekali na otwarcie stawiających opór drzwi, Marta usłyszała w uchu trzeszczenie swego komunikatora.
- Co jest? - szepnęła, naciskając guzik.
- Zbliża się do nas duża grupa uzbrojonych mężczyzn. Na oko ze dwadzieścia osób. Wycofujemy się?
- Nie, zostać na pozycji. Dajcie znać naszym pilotom, że mają być gotowi do ostrzału — odparła, tylko na krótką chwilę skupiając się na Dawidzie.
Uwagę jej przykuł jednak szczęk zamka. Drzwi stanęły otworem. Ostrożnie zajrzeli do środka. Powiązani politycy leżeli pokotem na ziemi z zakneblowanymi ustami. Momentalnie spięli się, widząc wchodzących do środka żołnierzy, lecz na widok polskich flag na rękawach ich mundurów, nagła ulga rozkwitła na twarzach mężczyzn. Pawłowicz nakazał im milczenie, odkneblował najbliższego i zapytał po angielsku czy są wśród nich ranni.
- Nie — odparł krótko zagadnięty polityk. Żołnierz skinął głową.
- Zabieramy ich stąd... Forques, możemy wyjść? Gdzie ci żołnierze?... Forques?! Zgłoście się, żołnierzu!
- Tu Granier. Nie odezwą się teraz. Rosjanie stanęli tuż przed wyjściem — zgłosił się nagle francuski snajper, ulokowany na dachu przeciwległego budynku.
- Cholerny świat — mruknął pod nosem dowódca SAS. - Jest szansa by stamtąd odeszli? Kurczy nam się gwałtownie czas.
- Nie ma takiej możliwości. Rozsiedli się na chodniku.
- Co robimy? - Marta wyglądała na lekko podenerwowaną.
- Przede wszystkim zachowajmy spokój... Kleszcz jak sytuacja na korytarzu?
Żołnierz stojący przy drzwiach uchylił je lekko i wyjrzał.
- Drzwi do pierwszego pomieszczenia stoją otworem. Coś się chyba dzieje — zakomunikował.
- Kurwa... Nie wydostaniemy się stąd tak łatwo.
- Uspokójcie się żołnierzu, bo jeszcze zdradzicie wrogowi naszą pozycję! - warknęła szeptem Marta, podchodząc do zdenerwowanego młodzieńca pod angielską banderą. Ten spojrzał na nią wystraszony, ale natychmiast umilkł.
- Pewnie to jego pierwsza akcja — pomyślała pani kapitan, obrzucając go uważnym spojrzeniem.
- Jak sytuacja? - zapytała spokojnie Kleszcza.
- Bez zmian... Nie... Czekaj, wychodzą. Dwudziestu chłopa. Zmierzają ku schodom, odkryją naszych!
- Przyjąłem — odparł natychmiast brytyjski dowódca. - Caine, dasz radę nas osłaniać?
- Przecież nie przejdziecie przez tyły.
- Oczywiście... Osłonisz nas od frontu?
- Chcecie wyjść na chamca?
- Taki mam plan. - spojrzał na dwójkę pozostałych dowódców, którzy jakby odgadując jego myśli, kiwnęli mu głowami, zgadzając się na ten szaleńczy plan. - Jest nas więcej niż tamtych. Musimy przebić się, choć kawałek za centrum. Wtedy pod osłoną myśliwcy być może dotrzemy na miejsce zborne.
- Pozabijacie cywili... No ale cóż... Schodźcie, osłonimy was.
Następnie skontaktowali się ze struchlałym oddziałem na dole, informując ich o planie. Za drzwiami cały czas słyszeli ruch. Zdecydowali o puszczeniu na korytarz granatów błyskowych i jednego dymnego, by osłonić ich wyjście i liczebność grupy. Drzwi zostały otwarte trochę szerzej i w tym momencie jeden z rosyjskich oficerów ujrzał dłoń szybko znikającą za futryną, toczący się po podłodze w miarę kulisty przedmiot, a następnie został wraz z całą grupą oślepiony nagłym rozbłyskiem światła.

JW Agat Rodział XLI

Huk i błysk na korytarzu sprawiły, że oficerów ogarnęła panika. Kto śmiał włamać się niepostrzeżenie do ich siedziby, skoro w mieście krążyło tyle patroli?! Oślepieni nagłym światłem, jak przez gęstą mgłę spostrzegli zarysy kilku biegnących koło nich osób, lecz nie byli w stanie zidentyfikować ani ich liczby, ani przynależności do oddziału. Po chwili, gdy zaczęli coś widzieć, do wcześniejszego granatu dołączyły dwa kolejne: hukowy i błyskowy.
Tymczasem żołnierze uczestniczący w bezpośredniej akcji odbicia zakładników, jak i oni sami zbiegali właśnie po schodach ku czekającej tam na nich grupie francuskich sił specjalnych. Forces specialés ukryci już byli za ścianami, odpowiadając ostrym ogniem na ogień nieprzyjaciela, którzy gdzieś od góry szachowani byli ostrzałem snajperów.
- Jak sytuacja? - zapytała Marta, kucając obok pułkownika Mertau.
- Nie bardzo chcą oddać pola, ale z waszym wsparciem myślę, że uda nam się przebić — wyjaśnił sucho.
- Rozumiem — odparła i szybko zrepetowała broń. Z góry dobiegły ich jakieś gniewne okrzyki oślepionych jeszcze oficerów, więc czym prędzej żołnierze pozostałych dwóch jednostek dołączyli się do ostrego ostrzału. Sprawił on, że Rosjanie wycofali się szybko ze swych pozycji, co pozwoliło Europejczykom na szybkie wyjście na ulicę. Osłaniając cywili, podążyli najpierw w tę samą stronę, z której przyszli. Jednakże huk wystrzałów ściągnął im na kark liczne oddziałki rosyjsko- chińskie, które teraz deptały im po piętach. Spotkanie z własnym transportem nie wchodziło teraz w rachubę, bo ruscy dysponowali wyrzutniami ziemia-powietrze i z łatwością mogli strącić lądujący śmigłowiec, nawet gdyby osłaniany był przez polskie lotnictwo. Pawłowicz obawiając się utraty helikoptera, chwilowo odwołał ewakuację, mając nadzieję na zgubienie ogona wśród krętych uliczek Mińska.
  
Dwukrotnie musieli zmieniać już kierunek, by nie angażować się w niepotrzebną i narażającą życie cywilów walkę bezpośrednią.
W końcu znaleźli się w mniej zabudowanej dzielnicy Mińska. Marta cały czas koncentrowała się na wykonaniu misji, choć od czasu do czasu nie mogła powstrzymać przerażonych myśli, które biegły w stronę Dawida i ich dzieci. Za każdym razem otrząsała się z niepotrzebnych w tej sytuacji myśli i parła naprzód.
W pewnej chwili jednak, gdy oddech wszyscy mieli już wielce nieregularny, a politycy gonili resztką sił, gdzieś za nimi odezwała się salwa karabinowa. Kule świsnęły im nad głowami. Trzech towarzyszy broni padło bez życia, Granier otrzymał postrzał w nogę poniżej kolana, biegnący koło Marty Anglik złapał się za ramię, a reszta skryła się pomiędzy budynkami, schodząc z placu boju. Na ziemi pozostali jeno martwi żołnierze i leżący Elias z przestrzeloną nogą.
Patrząc na rannego kolegę, Marta otworzyła ogień w stronę nadbiegających przeciwników. Z wściekłości, celowała głównie w głowy. Udało jej się powalić jednego.
- Idziemy po Graniera! - zakomenderowała w końcu, odważnie wychodząc spoza muru. Wraz z czwórką kolegów, dobiegła do rannego, odciągając go za winkiel. Następnie w ten sam sposób, tyle że jeszcze szybciej ściągnęli martwych z ulicy. Rana na nodze Francuza była duża i wyjątkowo paskudna, tracił szybko dużo krwi. Przyglądając się jej, Marta czuła tępe pulsowanie w lewej ręce, tak tuż poniżej ramienia. Po tylu latach od tamtych przykrych wydarzeń przypomniała sobie ten ból. Mimochodem spojrzała na swój brzuch...
Kula świsnęła jej blisko lewego ucha i rozprysła się o kamień sto metrów dalej. Mimowolnie odchyliła głowę w prawo i oniemiała dostrzegła uchylające się drzwi jednej z piwnic w pobliskim domu. Jakby spod ziemi wyłoniła się siwa głowa starszego mężczyzny, który przyjaznym gestem nakazywał żołnierzom zejście do jego kryjówki. Marta wymieniła szybkie spojrzenie z Pawłowiczem i francuskim oraz brytyjskim dowódcą. Bez słów zgodzili się na przenosiny do piwnicy. Używając kilku granatów dymnych wysłanych w stronę nadciągających rusków, zdołali niemal w ostatniej chwili schronić się we włazie, zamykając go szczelnie za sobą.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda, użyła 2070 słów i 11895 znaków.

3 komentarze

 
  • juliq07

    Liczę na to, że on im da radę pomóc.

  • elenawest

    @juliq07 mówisz o tym starcu? No powinien dać radę :-P

  • juliq07

    @elenawest no właśnie o nim :P

  • elenawest

    @juliq07 w kolejnym rozdziale się o tym przekonasz :-D

  • NIEjestemBARBIE

    Jakoś mi zniknęłaś z obserwowanych ;D Dodaję jeszcze raz:)

  • elenawest

    @NIEjestemBARBIE ok :-D

  • igor

    Tempo, opisy, wartka akcja, aż żal że trzeba czekać kolejnej części

  • elenawest

    @igor :-P akcja to się dopiero się rozwinie :-P