Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 44

Patrzenie na Cassie flirtującą z barmanem nie sprawiało mi absolutnie żadnej radości. Wielokrotnie chciałem wymiksować się z rozmowy z Samem i Jo, aby dołączyć do dziewczyny przy barze i odwrócić jej uwagę od tego idioty. Nie podobał mi się sposób, w jaki na nią patrzył ani dotykał. Nie słyszałem, co do niej mówił, ale mowa ciała Cassie była dość wymowna. Myślałem, że gustowała w mężczyznach pokroju Ketcha. Barman był jego przeciwieństwem.

Poczułem na sobie wzrok Jo, więc udawałem zainteresowanego tarczą. Cassie wygrała z nami wszystkimi. Nie miała żadnego problemu z celowaniem. Zachowywała się tak, jakby robiła to całe swoje życie, a dobrze wiedzieliśmy, że przez większość tego swojego cudownego życia potykała się o własne nogi. Zmiana była mocno zauważalna, ale skoro był w to zamieszany medalion, to musiałem odpuścić pytania, które miałem na końcu języka. Alison powiedziała mi wystarczająco, abym zaczął go sobie wyobrażać jak jakiś starożytny, przepotężny artefakt. Sam fakt, że potwory zabijały się o niego, mówił wszystko.

– Przecież widziałam, że znowu się na nią gapiłeś – ofuknęła mnie Jo.

Uniosłem brwi i popatrzyłem na nią, udając zaskoczonego.

– Ja?

Zmrużyła oczy.

– Nie graj idioty.

– On sam nie wie czego chce – odezwał się Sam.

– Dwóch na jednego. Pięknie – mruknąłem, podnosząc butelkę do ust. Upiłem kilka łyków piwa i powiodłem spojrzeniem po całym barze. – Może powinniśmy się już zbierać?

– Cassie jeszcze nie skończyła rozmawiać z barmanem – wytknęła mi Jo.

Wywróciłem oczami.

– Nie będziemy czekać, aż nasza słodka wielbicielka włochatych sweterków zdobędzie serce jakiegoś idioty. Miała wystarczająco dużo czasu, aby okręcić go sobie wokół palca. – Na krótką chwilę spojrzałem w kierunku baru. – I jestem przekonany, że koleś jadłby jej z ręki.

Sam zakrztusił się, więc chciałem poklepać go po plecach, ale kiedy zauważyłem, że zrobił to z powodu śmiechu, to miałem ochotę rozbić mu butelkę na głowie.

– Twoje zainteresowanie życiem uczuciowym Cassie coraz mniej mi się podoba – stwierdziła Jo. Przesunęła swoje krzesło tak, aby nie mógł dalej gapić się na jej przyjaciółkę. Posłała mi wymowne spojrzenie i uśmiechnęła się złośliwie. – Skrętu karku dostaniesz.

– Jesteście zabawni – burknąłem ze sztucznym uśmiechem. – Nie obchodzi mnie Cassie.

– Za często to powtarzasz.

Jo miała rację, dlatego przekląłem w duchu. Mógłbym bardziej uważać na swoje słowa i zachowanie, żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Byłoby lepiej, gdyby Harvelle i jej strzelba trzymały się ode mnie z daleka – najbardziej od dolnej części mojego ciała.

– Możemy skupić się na naszym głównym problemie? – zapytałem, chcąc zmienić temat. – Musimy znaleźć medalion i uśpić jego moc, ale najlepiej byłoby zrobić to na odległość, aby nikt nie ucierpiał.

– Nie sądziłam, że to kiedykolwiek powiem, ale żałuję, że Ignis odeszła. – Jo westchnęła. – Teraz byłaby cholernie pomocna. Nie musiałabym się martwić, że pewnego dnia medalion zabije moją najlepszą przyjaciółkę.

– Cassie nie miała wyboru – powiedział Sam z posępną miną. – Ignis i tak zrobiła bardzo dużo, aby ją ochronić. Nawet jej moc miała pewne ograniczenia.

– Może powinniśmy poszukać Dorothy? Rowena ciągle o niej wspominała, więc może…

– Nie wiem, czy powinniśmy słuchać Roweny – przerwałem Jo. – Doświadczenie nauczyło mnie, że ona zawsze dąży do celu po trupach. Lubi zawierać sojusze, a później zrywać je w trybie natychmiastowym. Niejednokrotnie zostaliśmy z Samem na lodzie.

– Może nie powinniśmy przekreślać Roweny – wtrącił się mój brat. – Może po prostu powinniśmy pojechać do Bobby’ego i wymyślić wspólny plan? Może Bobby będzie potrafił pomóc nam w znalezieniu odpowiedniego zaklęcia?

– Nie sądzę, żeby ktokolwiek z nas mógł je wypowiedzieć – odpowiedziałem, sprowadzając go na ziemię. – Mogłaby zrobić to tylko prawdziwa wiedźma.

– Wszystko sprowadza nas do Roweny.

Obrzuciłem Jo niezadowolonym spojrzeniem. Nienawidziłem, gdy miała rację.

– Zobaczymy, co powie Bobby.

– A co z Alison? – zapytał Sam.

Popatrzyłem na niego jak na idiotę. Pamiętałam, co mówiła o niej Cassie. Pomagała Ketchowi, bo kierowały nią jej własne uczucia – nic więcej. Chłód ze strony dziewczyny nie był jednak spowodowany zazdrością, ale czymś jeszcze, co bardzo umiejętnie przemilczała. Z pewnością wiedziała więcej niż chciała mówić. Nie mogłem jej za to winić, chociaż było to niebywale frustrujące.

– Alison wypadła ze wszystkich list – mruknąłem niechętnie w odpowiedzi. – Nie pomoże nam, bo to by oznaczało pomoc Cassie.

– Pomogła ostatnim razem – przypomniała Jo.

– Pomogła – powtórzyłem drwiąco. – Cassie pewnie mnie zabije, ale nie ma sensu niczego ukrywać. Alison miała swoje powody, aby pomóc. Jeden z nich to ten pieprzony dupek, Ketch. Zadurzyła się w nim, co jest bardzo dziwne, bo przecież suki nie mają serca.

Sam zgromił mnie spojrzeniem.

– To prawda czy tylko twoje wnioski?

– Prawda – odpowiedziała za mnie Cassie, która niespodziewanie pojawiła się przy stoliku z nową butelką piwa. Jej zarumienione policzki zmusiły mnie do odwrócenia wzroku. – Nie szukałabym u niej żadnej pomocy.

– A inne powody? – zainteresowała się Jo. Odpowiedziała jej cisza. – No słuchamy.

– Dean może wam opowiedzieć. – Cassie popatrzyła na mnie znacząco. – Nie mam najmniejszej ochoty na kolejny wysiłek emocjonalny.

– W takim razie powinniśmy jak najszybciej udać się do Bobby’ego – stwierdził Sam. – Tam opowiecie nam o wszystkim.

– Ale wcześniej zrobię ci porządną awanturę – syknęła Jo, wbijając ostre spojrzenie w przyjaciółkę. – Od kiedy przyjaźnisz się z Deanem? Dlaczego on wie więcej? Co to ma być, do cholery?

Cassie wzruszyła ramionami.

– Akurat był pod ręką.

Zamrugałem, bo miałem nadzieję, że się przesłyszałem.

– Akurat?

– Miałam gorszy moment – tłumaczyła się Cassie, patrząc na mnie zupełnie inaczej niż zawsze. W jej oczach dostrzegłem niemą prośbę. – Każdemu może się zdarzyć.

Podniosłem się z krzesła.

– Nie traćmy czasu, tylko jedźmy od razu – mruknąłem. – Im szybciej dojedziemy, tym szybciej będziemy mieli z głowy kazania staruszka.

Sam parsknął.

– Bobby zabiłby cię za tego staruszka.

Przewróciłem oczami, a następnie popatrzyłem na Cassie, która również przewróciła oczami, ale z o wiele większą gracją niż ja.

– Nie odpuszczę wam, rozumiecie? – zapytała wzburzonym tonem Jo.

Oboje z Cassie spojrzeliśmy na nią. Blondynka miała założone ręce i wpatrywała się w nas, nie ukrywając oburzenia. Nie chciałem dać jej więcej powodów do złości, dlatego rzuciłem szybkie spojrzenie w kierunku Cassie i jako pierwszy wyszedłem z baru.

۞

Bobby stał oparty o szafkę kuchenną i wpatrywał się w nas z kamiennym wyrazem twarzy. Znałem go wystarczająco długo, aby wiedzieć, że gotował się z gniewu. Oparłem się ramieniem o framugę drzwi i ściskając w dłoniach butelkę piwa, czekałem na wybuch.

– Idioci – mruknął tylko po kilkunastu minutach milczenia. – Długo zwlekaliście.

– Już bez przesady – odezwała się Cassie, przestępując z jednej nogi na drugą. – Mieliśmy ważniejsze rzeczy na głowie niż tłumaczenie się komukolwiek z naszych działań.

– Ostatnio byłaś mniej pyskata.

– Dużo rzeczy się zmieniło.

Cassie była nieobliczalna, bo była zmuszona do zestawiania swoich wspomnień z tymi od Chloe. Wiedziałem, że bardzo to ją męczyło. Nie skarżyła się jakoś specjalnie, ale tamta noc w jej łóżku… Była taka bezbronna i spokojna. Przez chwilę miałem wrażenie, że powoli żegnała się ze swoim życiem. Nie chciałem wcześniej dopuszczać do siebie tej myśli, ale skoro Chloe zostawiła u Caroline list skierowany właśnie do Cassie, coś musiało być na rzeczy.

Nie czułem się dobrze z myślą, że pozwoliłem zabrać go Ketchowi. Co prawda, nękałem go pytaniami, ale bezskutecznie. Nie odpowiedział, a u Alison zachowywał się co najmniej dziwnie. Nikt normalny nie kochałby przez tyle lat dziewczyny, która nie żyła. Rozumiałem jego nadzieję, bo spotkał Cassie i wymyślił sobie, że odseparuje ją od innych łowców, aby móc zrobić jej pranie mózgu. Strategia okazała się nieskuteczna, dlatego musiał mieć w zanadrzu plan B.

Wzdrygnąłem się, bo Brytyjscy Ludzie Pisma byli znani z mało ludzkich działań.

– Dean – zagrzmiał Bobby. – O czym tak gorączkowo myślisz?

– Umknęło mi coś? – zapytałem durnowato.

Bobby uniósł wysoko brwi.

– Żarty sobie stroisz, dzieciaku?!

Odbiłem się ramieniem od framugi i podszedłem bliżej, stając obok Cassie. Popatrzyłem z góry na jej profil. Nie wyglądała na zdenerwowaną.

– Na czym stanęło? – zapytałem ją.

– Sam podsunął pomysł z Roweną, który uznałam za idiotyczny. Nie będę wchodziła w żadne układy z kimś, kto wielokrotnie działał przeciwko Warrenom.

– Ale przecież mówiłaś…

– Jestem ich Dziedziczką, Jo. Nawet jeśli nie ma już Ignis i jej mocy. Jestem odpowiedzialna za ród Warrenów, a Rowena chce tylko władzy.

– Ma rację – mruknąłem. – Rowena nie jest odpowiednią osobą do spółkowania.

– A od kiedy ty jesteś taki mądry? – zadrwił Bobby.

Sam zaśmiał się cicho, więc obrzuciłem go lodowatym spojrzeniem.

– Serio, Sam?

Mój brat wzruszył ramionami. Na twarzy miał głupi uśmiech. Znowu miałem ogromną ochotę rozbić mu butelkę na głowie.

Wróciłem spojrzeniem do Bobby’ego i zauważyłem, że przyglądał się nam – mnie i Cassie – z niepokojem. W pewnym momencie zacisnął usta. Po śmierci ojca, Bobby otoczył mnie i Sama opieką. Z czasem zaczęliśmy go traktować jak przybranego ojca. Ojca, który bardziej o nas dbał niż ten biologiczny. Przełknąłem z trudem ślinę, bo sam zacząłem odczuwać niepokój. Miałem jedynie nadzieję, że Bobby nie podzieli się swoimi myślami z resztą towarzystwa.

– Sypiacie ze sobą?

Nadzieja umarła.

Zacisnąłem szczękę, a Cassie wybuchnęła śmiechem. Przymknęła oczy i złapała się za brzuch, nie potrafiąc się uspokoić. Nie rozumiałam, co tak cholernie ją rozbawiło. Seks ze mną? Naprawdę?

Bobby wydawał się skonsternowany. Sam i Jo również.

– Ja mu się nawet nie podobam – powiedziała Cassie, odgarniając włosy z twarzy. – I nie sypiam z łowcami.

– Ale z barmanami z podrzędnych barów już tak? – wymsknęło mi się, czego szybko pożałowałem.

Wszyscy na mnie spojrzeli, łącznie z Cassie.

– Masz problem, bo barman nie jest tobą, czy po prostu wkurza cię, że nie wyrywam sobie włosów z głowy z powodu medalionu?

Zacisnąłem zęby.

– Oczywiście, że to drugie!

Westchnęła z udawanym przejęciem.

– A już myślałem, że to pierwsze. – Wzruszyła ramionami. – No cóż, trudno.

Miałem ochotę ją udusić.

– Skończyliście już? – warknął Bobby.

– Dean zaczął pierwszy – mruknęła urażona Cassie. – Nie będę grzecznie stała i udawała, że nie słyszę bzdur, które wygaduje.

– Jakoś niespecjalnie przeszkadzało ci leżenie przy mnie w łóżku ani tamten pocałunek.

Jo wciągnęła gwałtownie powietrze do płuc, ale zignorowałem ją. Cassie pochłonęła całą moją uwagę. Wreszcie odwróciła się przodem do mnie i uniosła prowokująco brew. Przez jej twarz przeszedł cień zawodu.

– Twoje ego jest większe niż sądziłam – prychnęła. – Biedny Dean.

Oddychałem ciężko przez nos, bo ta dziewczyna wiedziała, co powiedzieć, żeby mnie wkurzyć.

– Dean, Cassie – zaczęła Jo upiornie spokojnym tonem. – Nie sądzicie, że wasza wymiana zdań wymknęła się spod kontroli?

Cassie rzuciła mi ostatnie spojrzenie pełne smutku i odwróciła się do mnie bokiem. Miałem cholerne wyrzuty sumienia, bo pragnęła, abym przy niej został z powodu problemów ze snem. Bała się, że gdy zamknie oczy, to znowu stanie w płomieniach. A z Ketchem… nie chciała się całować. Inicjatywa wyszła ode mnie. Mogła zaprotestować, a jednak tego nie zrobiła.

Już chciałem się odezwać, ale uprzedził mnie Bobby:

– Udam, że nie słyszałem tej idiotycznej rozmowy – mruknął, posyłając mi wymowne spojrzenie. – Nie musimy szukać żadnej wiedźmy. Istnieje szkatułka, która mogłaby zneutralizować moc medalionu.

– Puszka Pandory? – zapytał Sam.

– Prawie.

Bobby minął nas i wszedł do ogromnego pokoju. Poszliśmy za nim. Stanąłem za Cassie. Nie rozumiałem, dlaczego czułem silną potrzebę bycia przy niej. Zacisnąłem zęby i skupiłem się na moim przybranym ojcu. Przeszukał kilka półek z książkami, aż wreszcie wyciągnął jedną i szybko przekartkował. Z daleka zauważyłem, że bardziej przypominała notes niż książkę.

– Szkatułka…

Urwał i spojrzał na Cassie. Pierwszy raz widziałem na własne oczy, że Bobby był przerażony. Wpatrywał się w dziewczynę, prawie w ogóle nie mrugając.

– Co się dzieje? – zapytałem.

Cassie nie dała po sobie niczego poznać. Oddychała miarowo i milczała.

– Bobby? – rzucił zmartwiony Sam. – Co to za szkatułka?

– Szkatułka Waltersa – wydusił i wrócił spojrzeniem do książki. – Wykonana w 1630 roku przez łowcę czarownic, Jamesa George’a Waltersa, odbierała czarownicom zakazane moce. Pierwszą, która stała się jej ofiarą, była szesnastoletnia Emily Davies. Rodzina posądziła ją o paktowanie z demonami. Z obawy przed procesem, skontaktowali się z Jamesem. Zmagania łowcy trwały cały dzień za zamkniętymi drzwiami. Słyszano krzyki, wyzwiska i groźby śmierci z ust młodej dziewczyny. W okolicach północy zapadła cisza. James wyszedł kilka minut później cały spocony i zmęczony, ściskając w dłoniach szkatułkę. Zapytany o klucz, odpowiedział, że szkatułki nie można otworzyć, a zakazana moc czarownicy jest bezpieczna. Po wszystkim przeszukano pokój i znaleziono jedynie dziwne znaki narysowane na podłodze. James odpowiedział, że to święte symbole. – Bobby ciężko westchnął. – Dziewczyna wydobrzała po kilku dniach. Magia opuściła ją na dobre.

Zerknąłem ponownie na Cassie i czekałem. Wokół nas panowała cisza.

– Łowca czarownic – mruknęła z goryczą. – Cholerny łowca czarownic – powtórzyła głośniej z jeszcze większą dozą goryczy. – Dlaczego nie jestem zaskoczona?

– Nie mamy pewności, że to ktoś z twojej rodziny – odezwał się Sam. – Takie samo nazwisko tak naprawdę nic nie znaczy.

– Używał run, Sam. A skoro używał run, to musiał zostać przeszkolony przez bardzo starą i doświadczoną wiedźmę. – Zmarszczyła brwi. – Nie rozumiem tylko, dlaczego odebrał moc innej czarownicy.

– To nie ma sensu – stwierdziła Jo. – Jeśli należał do twojej rodziny, to z pewnością spółkował z wiedźmami. Dlaczego miałby chcieć krzywdzić jedną z nich?

– Napisano z czego wykonano tę szkatułkę? – zapytałem.

Bobby już otwierał usta, ale uprzedziła go Cassie:

– Święte drzewo z XVII wieku, kwarc i długa lista run.

– Skąd wiesz? – wydusił Bobby, zamykając powoli książkę.

Cassie zbladła.

– Mój ojciec nosił przy sobie drewniany nóż, którego używał tylko w kontaktach z morderczymi wiedźmami – odpowiedziała nieswoim głosem. – Miałam na myśli ojca Chloe – dodała szybko.

– Czy wiesz, gdzie znajduje się ten nóż?

Zgromiłem wzrokiem Bobby’ego, bo widziałem, że Cassie miała już dość. Próbowała udawać, że było inaczej, dlatego odpowiedziała:

– Obdarto go ze skóry i spalono. – Jej głos był wyprany z emocji. – Z matką postąpiono dokładnie tak samo. – Potarła palcami skronie. – Wspomnienia Chloe z tamtego dnia są niewyraźne, głośne i gorące. Mogę spróbować jeszcze raz…

– Nie.

Wszyscy na mnie spojrzeli.

– Nie będziesz wracała do tamtego dnia – zarządziłem.

Obróciła gwałtownie głowę w moją stronę.

– Ta wiedza może okazać się bardzo przydatna – mruknął Bobby. – Mieliśmy wzór, który moglibyśmy odtworzyć.

– Nie pozwolę jej płonąć – powiedziałem, nie odrywając od niej oczu.

To, co zobaczyłem w brązowych tęczówkach Cassie ujęło mnie za serce. Była mi wdzięczna, że nie musiała znowu katować się wspomnieniem swojej śmierci.

– Dean…

Postąpiłem krok do przodu i przeniosłem wzrok na Bobby’ego.

– Chloe tamtej nocy umarła – przypomniałem. – Spalono ją. Naprawdę chcesz zmusić dziewczynę do przeżywania tego koszmaru na nowo? Wiedźmy, demony i wampiry, które depczą jej po piętach, za każdym razem jej o tym przypominają. Chcesz być taki jak oni? Chcesz zmusić nas, żebyśmy byli takimi potworami jak oni?

– Nic nie jest czarne ani białe, dzieciaku – odpowiedział wkurzony. – Każdy z nas przeżył własne piekło.

– To nie ma nic wspólnego…

– Oczywiście, że ma! Sam wiesz to najlepiej! – Zatrzasnął z hukiem notes. – Spędziłeś w Piekle długie lata, a teraz zachowujesz się, jakbyś niczego nie pamiętał!

Zgrzytnąłem zębami ze złości i zasłoniłem Cassie swoim ciałem. Kłótnia z Bobby’m zaczęła wymykać się spod kontroli. Tak naprawdę nie dotyczyła Cassie, wiedźm, wampirów, demonów czy jakiegokolwiek innego stwora. Dotyczyła mnie.

– Wściekaj się na nas jak długo zechcesz, ale nie mieszaj w to niewinnych osób! Wiem, że nie spodobało ci wiele rzeczy, które zrobiłem przez ostatnie miesiące. Mnie również one się nie spodobały, ale przynajmniej potrafię przyjąć to na klatę i…

– Potrafisz to przyjąć?! – powtórzył, a następnie wymownie się skrzywił. – Nic się nie zmieniłeś, dzieciaku. – Odłożył notes na stos zakurzonych książek, leżących na starym, odrapanym biurku. – Cały czas próbujesz kontrolować wszystko wokół. – Uniósł dłonie i zaczął energicznie gestykulować. – Uważasz, że nie popełniasz błędów, ale popełniasz je na każdym cholernym kroku. Coraz więcej! Kiedy wreszcie zrozumiesz, że proszenie o pomoc to nie dowód słabości czy tchórzostwa, ale odwagi i mądrości, idioto?!

Gotowałem się ze złości.

– Dean, Bobby ma rację.

Zamknąłem oczy i odetchnąłem głęboko, bo jedyne czego jeszcze brakowało to wtrąceń Sama, który jak zawsze stał po stronie Bobby’ego. Nie rozumiał mnie i mogłem to jeszcze jakoś przełknąć, bo nasze drogi rozeszły się w pewnym momencie naszego życia. Ja polowałem i próbowałem przeżyć, on studiował i planował przyszłość z Jessicą. Pochodziliśmy z różnych światów, chociaż płynęła w nas ta sama krew. A jednak jego słowa cholernie bolały.

– Nie wtrącaj się, Sammy.

Specjalnie użyłem zdrobnienia jego imienia, aby odpuścił.

– Nie wkurzaj się, Dean, ale oni naprawdę mają rację – odezwała się Jo, a jej słowa były niczym gwóźdź do trumny. – Rozmawialiśmy o tym już kilkukrotnie, ale jak widać nic do ciebie nie dotarło. Nie zbawisz całego świata. Wiem, że chcesz i doceniam… Wszyscy to doceniamy, ale czasami trzeba odpuścić i ocenić siły na zamiary. – Uśmiechnęła się do mnie ciepło. – Jesteś niesamowitym łowcą, Dean, ale musisz nauczyć się odpuszczać.

– Odpuszczać?! Mam nie chronić niewinnych ludzi i pozwalać im umierać?! Tego właśnie ode mnie oczekujecie?!

Bobby chciał mi odpowiedzieć, ale znowu ubiegła go Cassie:

– Nie uważacie, że trzech na jednego to trochę nie fair?

Nie stała już za mną, ale obok mnie.

– Chloe była taka sama – burknął pod nosem Bobby, kręcąc z niezadowoleniem głową. – Damska wersja Deana.

– To ma być komplement? – zapytałem, marszcząc czoło, bo nie do końca rozumiałem jego słowa.

– Nie, to ma być przestroga, bo Chloe zginęła.

– Na każdego czeka śmierć – prychnęła Cassie. – Nie sądzę, żeby ktokolwiek z was był wyjątkiem.

Bobby ponownie pokręcił głową.

– Brakuje mi sił do tej dziewczyny.

– Ze wzajemnością – odpyskowała, po czym westchnęła cicho. Nagle jej wyraz twarzy uległ zmianie. – Skontaktuję się z Ketchem w sprawie noża. Jeśli ktokolwiek jest w jego posiadaniu, to tylko i wyłącznie on. A jeśli nie on, to z pewnością pomoże mi znaleźć osobę, która go sobie niesłusznie przywłaszczyła.

Miałem zamiaru wywrócić oczami. Na samą wzmiankę o tym dupku, odzywała się we mnie chęć mordu. Nie chciałem znowu się z nią kłócić, bo wiedziałem, że nie puszczę jej samej. Nie ma nawet takiej opcji.

– Czyli teraz mu ufamy, tak? – rzuciła drwiąco Jo.

– Nikt mu nie ufa – warknęła Cassie, obracając głowę w kierunku przyjaciółki. – Znał Chloe lepiej niż ktokolwiek inny. Znał jej rodziców. Przysięgał im, że odda za nią życie. – Prychnęła pogardliwie. – Zachował się jak dupek w stosunku do mnie, ale było minęło. Żyje się dalej. – Wzruszyła niedbale ramionami. – Nie możemy szukać wrogów wśród potencjalnych sojuszników.

– Ma list – przypomniałem. – List, którego nie oddał, chociaż miał trafić w twoje ręce.

Bobby skrzywił się i westchnął ciężko. Za to Cassie nie wyglądała na poruszoną, jakby zapomniała, że prawie straciła nad sobą panowanie kilka godzin temu.

– Odzyskam list, a potem porozmawiam z nim o nożu – powiedziała lekkim tonem.

– Jadę z tobą.

Cassie obróciła się całą sobą w moją stronę i uśmiechnęła się zawadiacko.

– Oczywiście, że pojedziesz, ale do bunkra. – Gwałtownie spoważniała. – Muszę porozmawiać z Ketchem na osobności.

– Jadę z tobą – powtórzyłem, robiąc krok do przodu. – Nie przyjmuję innej wersji do wiadomości. Albo wracasz do domu z Jo, albo jedziesz ze mną do Ketcha. Wybieraj.

Opuściła nisko ramiona i pokręciła głową.

– Jesteś uparty jak osioł, ale niech ci będzie. – Przewróciła oczami. – Pieprzony Winchester – mruknęła pod nosem na tyle głośno, abym tylko ja to usłyszał.

Uniosłem kącik ust, który szybko opadł, gdy zdałem sobie sprawę, że wszyscy nam się przyglądali i przysłuchiwali. Jo miała minę, jakby chciała pobiec do Dzieciny po swoją strzelbę i podziurawić mnie jak ser szwajcarski. Sam nie wyglądał na zadowolonego, a Bobby… Jego mina mówiła wszystko i dziękowałem Bogu, że powstrzymał się od komentarzy.

Cassie nie była Lisą. Nie czekała na nią śmierć.

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użyła 3901 słów i 22859 znaków, zaktualizowała 17 wrz o 20:17.

Dodaj komentarz