Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 17

Patrzyłam na Keitha, który odbezpieczył pistolet i strzelił w jedną z puszek, ustawionych na drewnianej skrzynce kilka metrów od nas. Opisał tę odległość jako „krótki dystans”. Drżały mi dłonie, bo doskonale pamiętałam, co się wydarzyło, gdy Dean zmusił mnie do trzymania broni. Prawie go zabiłam.

– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – powiedziałam niepewnie, robiąc krok do tyłu.

Keith spojrzał na mnie karcąco przez ramię, więc się zatrzymałam. Przełknęłam z trudem ślinę, próbując uspokoić wystraszone serce.

– Naprawdę nigdy nie strzelałaś?

– Samostrzał się liczy? – pytam piskliwie.

– Kto cię uczył? – Nie poczekał na odpowiedź, tylko uniósł dłoń i zamyślił się przez chwilę. – Niech zgadnę… sam Dean Winchester? – zakpił.

Pokiwałam głową.

– A teraz boisz się broni jeszcze bardziej? – dorzucił.

– Pistolet wyleciał mi z dłoni, uderzył o ziemię i wystrzelił – wyjaśniłam, obejmując się mocno ramionami. – Nie chciałam go trzymać, prosiłam go, żeby mnie nie zmuszał, ale… – Wzięłam głęboki oddech i zmarszczyłam brwi. – Nieważne.

– Nie jestem taki jak on, więc może pozwolisz mi spróbować? – Wyciągnął rękę w moim kierunku, ale zawahałam się. – No dalej, Cassandro, chodź do mnie – powiedział miękko.

Nie wiem, czy to jego urok osobisty, ton głosu, a może poczucie bezpieczeństwa, ale zmniejszyłam dzielący nas dystans, stając przy nim ramię w ramię. Odetchnęłam głęboko, gdy uniósł broń i wyprostował rękę. Przyjrzałam się uważnie jego twarzy, która zaczęła przypominać maskę. Keith wytężył wzrok, wycelował i strzelił, zrzucając jedną z puszek.

– Dobrze, a teraz ty – mruknął.

Obrócił głowę w moją stronę, złapał delikatnie za dłoń i położył ją na pistolecie. Był zimny w dotyku i od razu wzbudził we mnie niepokój. Wiedziałam, że nawet nie powinnam próbować tego robić, bo mogło się skończyć gorzej niż ostatnio.

– Cassandro – szepnął, stając za mną. Wciąż mnie dotykał, więc skupiłam się na przyjemnym cieple bijącym od jego skóry. – Złap pistolet obiema dłońmi i powoli wyprostuj ręce – poinstruował.

Zrobiłam to, chociaż moje serce biło w szalonym tempie, bo zwyczajnie się bałam. Chyba najbardziej samego faktu, że mogłabym się skompromitować. Oczywiście, Keith zdawał sobie sprawę, że brakowało mi umiejętności, byłam niezdarą i lubiłam wpadać w kłopoty, ale chciałam mu również pokazać, że nie jestem taka najgorsza.

Przez przypadek nacisnęłam spust i pocisk trafił w ziemię. Podskoczyłam ze strachu, prawie wypuszczając broń, ale w ostatniej chwili złapał ją Keith. Uniósł kącik ust, jakby naprawdę nic się nie stało i podał mi pistolet.

– No cóż, strzał roku to nie był, ale przynajmniej nie wycelowałaś w żadną żywą istotę, a to już ogromny sukces.

Chyba próbował mnie pocieszyć, ale jego słowa dały odwrotny skutek – zaczęłam się jeszcze bardziej przejmować i stresować. Uniosłam powoli ręce, zamknęłam oczy i strzeliłam.

– Nie wiem, gdzie poleciał pocisk, ale chyba w niebo – rzucił rozbawiony Keith. – Oj Cassie, Cassie… – wymruczał, znowu stając za mną. Objął swoimi dłońmi moje i wycelował. – Uspokój oddech – polecił, przysuwając się bliżej. – Skup się na puszce, na niczym innym. Wycisz myśli i posłuchaj intuicji. Broń jest tylko narzędziem, a to ty decydujesz o wystrzale. – Unosi nasze dłonie wyżej. – Jeśli ustawisz się w ten sposób, to pocisk prawdopodobnie trafi w korę tego najbliższego drzewa, między trzecią a czwartą gałąź, licząc od dołu. – Opuścił delikatnie nasze dłonie. – Teraz trafiłabyś w korzenie tego drzewa. – Ustawił mnie z pozycji wyjściowej, przyłożył swój policzek do mojego, wstrzymał na chwilę oddech, a potem nacisnął mój palec, który kurczowo przytrzymywał spust. Czułam siłę odrzutu, ale Keith wzmocnił uścisk, więc tylko naparłam plecami na jego twardą klatkę piersiową. – Następnym razem ugnij lekko nogi, stań w lekkim rozkroku i, pod żadnym pozorem, nie odrywaj stóp od ziemi.

– O Boże – szepnęłam, biorąc głęboki wdech. Miałam wrażenie, że sama wstrzymałam oddech – jak Keith. Puszki, do której celowaliśmy, nigdzie nie było, więc prawdopodobnie leżała za skrzynią. – Kiedy sama się tego nauczę?

– Myślę, że już to potrafisz – odpowiedział poważnie.

Uniosłam wysoko brwi i spojrzałam na niego przez ramię.

– Potrafię? – powtórzyłam bardzo wolno. – Trzymam pistolet drugi raz w życiu!

Przez twarz Keitha przemknął cień uśmiechu.

– Chcesz teraz sama spróbować?

Przeniosłam wzrok na broń i uważnie się jej przyjrzałam. Zauważyłam każdą najdrobniejszą rysę, stwierdzając, że to chyba ulubiony pistolet Keitha. Dotknęłam głębokiego wyżłobienia niedaleko spustu, a przez moje ciało przetoczyła się potężna dawka adrenaliny. Chwilę później zadziały się dziwne rzeczy. Uniosłam broń, ciało przygotowało się do strzału, nacisnęłam spust, a z mojego pola widzenia zniknęła kolejna puszka. Głos uwiązł mi w gardle, bo nie czułam żadnego odrzutu – kompletnie nic. Odwróciłam się w stronę Keitha, ale on nie wyglądał na zaskoczonego. Długo wpatrywał się w moją twarz, a w jego oczach dostrzegłam niepokojący błysk.

– To było całkiem niezłe – skomentował, unosząc kącik ust.

Byłam zbyt przerażona, żeby zaprzeczyć. Ponownie opuściłam wzrok na pistolet, ale tym razem nic się nie stało. Czułam się normalnie i… pusto, jakby odebrano mi część siebie, co było nieprawdą. Nie mogło nią być. Zerknęłam jeszcze raz na Keitha, mającego dość jednoznaczny wyraz twarzy – wiedział, co się wydarzyło. Szybko odrzuciłam od siebie idiotyczną myśl. Nie mógł wiedzieć.

„Co to było, do diabła?” – pomyślałam, ściskając w dłoni broń.

۞

Siedziałam długo w samochodzie i zastanawiałam się, co się ze mną działo.

Rowena twierdziła, że miałam coś wspólnego z niejaką Dorothy Warren, a dom Warrenów wyrzucił mnie, gdy tylko przekroczyłam jego próg. Przed oczami stanęła mi wizja z medalionem, szybko zastąpiona wspomnieniem obrazów bez oczu. Niemal natychmiast poczułam pulsujący ból w samym środku głowy. Promieniował na wszystkie strony i był tak silny, że musiałam zamknąć oczy. Wzięłam kilka głębszych wdechów, więc po kilku chwilach mogłam odetchnąć z ulgą. Zamrugałam i od razu przypomniałam sobie o Naczelnym, który próbował mnie zabić, bo uważał, że byłam łowczynią, która kiedyś groziła mu śmiercią. Potem była wizyta u Bobby’ego, a po nieszczęśliwym finale obudziłam się w bunkrze i miałam kolejne wizje.

Jednak gdy rozmawiałam z Deanem o fikcyjnej randce z Keithem poczułam coś innego. To nie była żadna wizja. Miałam wrażenie, że znam Keitha od zawsze i wiedziałam, że nigdy nie próbowałby mnie skrzywdzić. Pamiętałam dokładnie miny Winchesterów, gdy mi się przyglądali. Od razu wyczuli zmianę. Ja też ją wyczułam. To samo wydarzyło się, gdy chwyciłam za broń. Idealnie leżała w mojej dłoni, nie miałam problemu, żeby wycelować i strzelić – nawet trafiłam.

Trafiłam.

Naprawdę trafiłam.

Przetarłam twarz dłońmi, a potem wplotłam je we włosy. Nie byłam do końca pewna, ale chyba potrzebowałam pomocy, bo działo się ze mną coś złego. I wszystko, jak na złość, miało coś wspólnego z łowcami i ich światem rządzonym przez nadprzyrodzone siły.

Opuściłam ręce i westchnęłam. Musiałam wracać do domu, zanim Jo zaczęłaby coś podejrzewać i wysłałaby za mną szpiegów – Winchesterów.

۞

Kilka dni później przyłapałam Winchesterów na rozmawianiu o jednej z wiedźm, którą mieli zamiar uprowadzić. Na stole porozkładali potrzebne materiały. Znudzona Jo znowu czyściła broń, a Sam co chwilę stukał palcami w klawiaturę. Stałam w progu i patrzyłam na to wszystko, mając mieszane uczucia. Pamiętałam, co powtarzał mi Keith. Rozumiałam jego nienawiść do Deana, bo chociaż w teorii mu wybaczyłam, to nie chciałam zapomnieć, że tamtego dnia mnie nie uratował. Chciał pozwolić mi umrzeć.

– Długo tam stoisz? – zapytał niemiło, spoglądając na mnie spode łba.

Wzruszyłam ramionami i weszłam do kuchni.

– Po co chcecie złapać wiedźmę?

Dean prychnął.

– Kiedy ty sobie randkujesz, ktoś musi ratować twój upośledzony tyłek – zakpił.

„Gdyby tylko wiedział… Gdyby tylko…” – przeleciało mi przez głowę.

– Nie potrzebuję ratunku – odpysknęłam.

– Bo twój opiekuńczy, silny rycerz cię uratuje? – zapytał drwiąco, a potem pokręcił głową i zaśmiał się sztucznie. – Czasami jesteś zabawna. – Gwałtownie spoważniał. – I głupia.

Znowu to poczułam. Rozprostowałam palce i od razu mocno je zacisnęłam, żeby to powstrzymać. Nie wiedziałam, czym to było, więc wolałam uważać. Kątem oka zauważyłam, że Sam i Jo przyglądali mi się uważnie.

– I ty się dziwisz, że nikt cię nie lubi? – warknęłam, ale po chwili dodałam jadowitym tonem: – Trzeba było bardziej się postarać, gdy planowałeś moją śmierć.

Przy stole zapadła cisza. Dean automatycznie wstał i wbił we mnie lodowate spojrzenie. Uniosłam wysoko podbródek, ani przez chwilę nie okazując swojego strachu. To on powinien się bać. Zmrużyłam oczy, bo poziom adrenaliny niebezpiecznie wzrastał. Nie zamierzałam wybuchnąć. Nie tutaj i nie przy nich.

– Cassie – szepnęła Jo, ale nie zareagowałam. – Cassie!

Niechętnie spojrzałam w jej kierunku.

– Co jest z tobą? – zapytała. – Przecież…

– Jego poczucie winy jest związane z waszymi oskarżeniami – syknęłam. – Nie przejąłby się mną, gdybyście nie wywarli na nim presji.

Opuściłam wzrok, bo musiałam zerwać kontakt wzrokowy. Zmiana nie chciała odejść. Nagle spojrzałam na rysunek medalionu.

– Cassie… – odezwał się Dean, ale słyszałam go jak przez mgłę.

Podniosłam kartkę i przyjrzałam się uważnie inicjałom. Dokładnie w tym samym momencie niespodziewany ból głowy ściął mnie z nóg.

Czyjeś ręce trzymały mnie za ramiona, a na mojej piersi błyszczał złoty medalion. Piękny, przepełniony mocą i siłą całego rodu Warrenów. Obracałam go w dłoni, nie potrafiąc uwierzyć, że należał do mnie. Czarne inicjały C.M.W. wywoływały ciepło w moim zlodowaciałym sercu. Udowodniłam swoją wartość i…

Ocknęłam się, a nad sobą zobaczyłam trzy zmartwione twarze. Jo była blada jak ściana. Sam wyciągnął kartkę z mojej dłoni i złożył ją na pół, a potem schował do kieszeni spodni. Dean za to nie odrywał ode mnie wzroku.

– Co znaczy: velisim? – zapytał.

Zamrugałam i powoli usiadłam na podłodze. Postanowiłam nie wstawać, bo wciąż czułam w głowie resztki nieznośnego bólu.

– Zemdlałam? – szepnęłam, dotykając palcami skroni.

– Co znaczy: velisim? – powtórzył Dean, ale tym razem ostrzej.

– Dean – warknęła Jo, zabijając go wzrokiem.

– Odpowiedz – nalegał.

Sam podniósł się gwałtownie z podłogi i podbiegł do swoich notatek. Gorączkowo je przekartkowywał, aż nagle otworzył szeroko oczy i omiótł nas zszokowanym spojrzeniem.

– Velisim oznacza „wróć”.

Uniosłam brwi.

– Co to ma wspólnego ze mną?

– Posłuchajcie – mruknął podekscytowany Sam, wstając. – Velisim to coś w rodzaju przywołania. Wiedźma używa go do sprowadzenia innej wiedźmy.

Zakręciło mi się w głowie.

– I? – mruknął Dean. – Wyjaśnij!

– Przywołanie dotyczy duszy – powiedział cicho, patrząc na mnie z niedowierzaniem. – Twoja dusza oderwała się od ciała, Cassie, a inna wiedźma postanowiła sprowadzić się z powrotem.

Moje serce zaczęło bić tak mocno, że przymknęłam na chwilę powieki i wzięłam głęboki oddech. Musiałam się koniecznie uspokoić. Sam nie mógł mieć racji!

– Teraz to pamiętam. – Podniosłam wzrok na Deana, wślizgując się na krzesło. – Gdy byliśmy w bunkrze, pamiętasz? Miałaś wizje, a potem zemdlałaś. Myślałem, że gorączkujesz, czy coś w tym rodzaju, dlatego nie skupiłem się na tym, co szeptałaś. Ale to musiało być to. Velisim. Powtórzyłaś to z tysiąc razy, a potem niespodziewanie się uspokoiłaś.

Z trudem przełknęłam ślinę.

– Nic takiego nie pamiętam – wydukałam. – Nie ma we mnie wiedźmy.

Dean ściągnął groźnie brwi.

– Przekonamy się o tym – powiedział stanowczo. – Złapiemy wiedźmę i wypytamy o twój przypadek. Nie planuj randki na sobotni wieczór, bo będziesz nam potrzeba. Wiedźma musi cię zobaczyć.

– Nikt nie będzie grzebał w głowie Cassie, rozumiecie? – zarządziła Jo, ale nikt jej nie odpowiedział. – Nie zgadzam się na to!

– Nie masz nic do gadania. Musimy dowiedzieć się, co siedzi w Cassie – zawyrokował Dean, wbijając we mnie lodowate spojrzenie. – A potem to zabić.

Zadrżałam.

– Ona nie jest opętana, Dean!

Jo była naprawdę wściekła.

– Nie możemy nic wykluczyć. – Zacisnął zęby. – Co widziałaś tym razem?

Obiecałam, że nigdy go nie okłamię, ale czułam, że prawda mogła mnie jedynie pogrążyć, dlatego uciekłam wzrokiem w bok i westchnęłam.

– Ból głowy był potworny… Nie potrafiłam zebrać myśli… Naprawdę nie wiem, co się stało. – Znowu westchnęłam. – Róbcie, co chcecie. Chcę tylko, żeby to się wreszcie skończyło.

Sam pokiwał głową, Jo patrzyła na mnie z troską, a Dean stał jak posąg. Jego oczy mówiły, że mi nie wierzył. Nigdy nie twierdziłam, że byłaby ze mnie dobra aktorka, ale mimo to dzielnie wytrzymałam jego spojrzenie.

– Mamy plan – mruknął. – Mam nadzieję, że do soboty nie wpadniesz w kłopoty.

– Dean – syknęła Jo.

– Odpocznij, a wieczorem wybierz się do swojego księcia – powiedział obojętnym tonem. – Może dotyk jego cudownych rąk sprawi, że wrócą ci kolory.

Jeśli to miał być żart, wyszło bardzo kiepsko. Twarz Winchestera przypominała maskę, ale szybko dodałam dwa do dwóch – chciał się mnie pozbyć. Musiał istnieć drugi plan, o którym jeszcze nie miałam pojęcia. Wystraszyłam się.

Nie, nie ja, ta zmiana we mnie to zrobiła.

۞

Wściekłość kierowała moim ciałem, gdy próbowałam dosięgnąć pięścią twarzy Keitha, wyobrażając sobie, że ścieram złośliwy uśmieszek z ładnej buźki Winchestera. Nie byłam zbyt szybka ani zwinna, więc często lądowałam na zabłoconej ziemi. Moja mokra, brudna koszulka przylegała do skóry, ale to wcale nie przeszkodziło mi w serii niezdarnych ciosów, którymi obdarzyłam zadowolonego Keitha. Nagle złapał mnie mocno za nadgarstki i uniósł je nad moją głową. Chciałam go kopnąć, ale wtedy niespodziewanie znalazł się za moimi plecami i objął mnie ramieniem.

– Wystarczy – szepnął prosto do mojego ucha.

Ciężko dyszałam.

Ani razu nie go nie trafiłam, do cholery! Potrafił przewidzieć każdy mój ruch, robiąc perfekcyjne uniki. Nie próbował mnie skrzywdzić, więc z zewnątrz pewnie musiało to ładnie wyglądać – wkurzona, niezdarna laska macha pięściami na prawo i lewo. Gdybym nie była taka zła, to pewnie zaśmiałabym się z samej siebie.

– Oddychaj – polecił.

Łatwo mu się mówiło. To nie jego klatkę piersiową obejmowało ogromne ramię, które uniemożliwiało zaczerpnięcie oddechu.

– Witaj, Ketch!

Serce podeszło mi do gardła. Keith cofnął się, więc od razu się odwróciłam i spojrzałam na nieznajomego, który nie odrywał ode mnie oczu.

– I witaj… Cassandro – powiedział, posyłając mi firmowy uśmiech. Omiótł moją koszulkę wzrokiem, a jego uśmiech się poszerzył. – Widzę, Ketch, że nie próżnujesz i ostro zabrałeś się do treningów naszej słodkiej, grzecznej… Cassandry.

Dlaczego robił takie długie przerwy? Przez jego brytyjski akcent moje imię brzmiało dziwnie obco.

– Co ty tutaj robisz, Mick? – zapytał ostro Keith.

Mrugnęłam, bo przypomniałam sobie, że nieznajomy zwrócił się do niego inaczej.

– Nie złość się, Ketch. – Mick machnął dłonią.

Ketch? Jaki Ketch?

– Keith? – szepnęłam, czując się podwójnie zdezorientowani.

Obydwaj spojrzeli na mnie. Mick zaśmiał się krótko.

– Naprawdę? Keith? – Pokręcił głową. – Bałeś się, że nasza słodka… Cassandra powie Winchesterom, kim jesteś?

On okłamał mnie, ja – Deana i resztę. Wiedziałam, że powinnam być oburzona, ale nie potrafiłam.

– Nazwałam cię Killian – wypaliłam, doskonale wiedząc, jak idiotycznie zabrzmiało to imię.

Mick parsknął głośnym śmiechem.

– Cała… Cassandra – mruknął.

Te przerwy naprawdę były denerwujące.

– Przepraszam, Cassie – mruknął Keith… Ketch. – Po prostu musiałem być ostrożny.

Powinnam czuć złość, ale nie poczułam nic. Chyba go rozumiałam. Winchester potrafił dać w kość, a ja nie miałam zielonego pojęcia o byciu łowcą.

– Ketch to też nie jest jego imię – odezwał się Mick, wsuwając dłonie do kieszeni eleganckich spodni. – Tak naprawdę nazywa się Arthur, ale woli, gdy zwracamy się do niego Ketch. – Uniósł kącik ust. – Ty pewnie będziesz miała wybór.

Ketch przewrócił oczami.

– Czego chcesz?

– Podobno ktoś otworzył skrytkę – odpowiedział zimno Mick, a uśmiech nagle zniknął z jego twarzy. – Podejrzewam, że to twoja sprawka, ale wolałem się upewnić i… – Obrócił głowę w moją stronę. – Nie mogłem sobie odmówić poznania twojej uroczej towarzyszki.

– Zgadłeś – rzucił kwaśno Ketch. – Możesz już iść.

– Powiedziałeś jej o Wielkim Wieczorze?

Ketch przymknął powieki i wziął głęboki oddech.

– Nic się nie stanie, jeśli ten jeden raz nie weźmie w tym udziału. Dopiero uczy się bycia łowcą. Jeszcze przyjdzie czas na poznanie… reszty łowców.

Mick nie wyglądał na przekonanego.

– Doskonale wiesz, co o tym sądzę – rzucił cierpko.

– Wiem i mam to w dupie.

– Wiedziałem, że tak to się skończy. – Mick uniósł wysoko podbródek. – Ketch, pamiętaj, że to nie ty rozdajesz tu karty. Musisz się podporządkować. Teraz reaguję ja, ale jeśli o wszystkim dowie się Toni, to nie będzie już tak miło.

Rysy twarzy Ketcha się wyostrzyły.

– Toni nie ma z tym nic wspólnego, to nie jest jej obszar – wycedził przez zaciśnięte zęby.

– Jeszcze – sprostował Mick. – Nie przyszedłem tutaj, żeby ci grozić. Chciałem tylko pokazać… pewne możliwości, którą pomogą ci szybciej i łatwiej osiągnąć cel.

Przysłuchiwałam się tej rozmowie z rosnącym przerażeniem, bo powoli dochodziło do mnie, że byłam tylko pionkiem. Ten cały Mick o mnie wiedział. Co to mogło oznaczać? Przełknęłam z trudem ślinę i zrobiłam krok do tyłu, ale Ketch złapał mnie za nadgarstek i przytrzymał w miejscu spojrzeniem.

– Chyba pora na mnie – mruknął Mick. – Miło było cię poznać… Cassandro.

Pokiwałam głową, bo nie byłam zdolna wydusić z siebie ani jednego słowa. Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam – Mick zniknął. Odetchnęłam pełną piersią, a potem spojrzałam na Ketcha.

– Chyba należą mi się wyjaśnienia – powiedziałam, krzyżując ramionami. Pewnie wyglądałam jak obrażone dziecko, ale miałam to gdzieś. – Kto to był? Dlaczego o mnie wiedział? Co to za Wielki Wieczór? – Prychnęłam. – O co w tym wszystkim chodzi, Keith… Ketch… Kimkolwiek jesteś.

– Masz prawo się wściec.

– Dziękuję za pozwolenie – syknęłam, obejmując się mocniej.

Ketch pokiwał głową.

– Mick ma chyba rację.

Zmarszczyłam brwi.

– Słucham?

– Mick ma rację – powtórzył. – Powinnaś zjawić się na Wielkim Wieczorze i poznać innych łowców oraz nasze sposoby działania.

– I to ma być odpowiedzią na wszystkie moje pytania? – zapytałam z wyrzutem. – Nigdzie nie pojadę, dopóki nie poznam prawdy.

Zauważyłam, że Ketch się zawahał. Bardzo powoli podszedł do mnie i położył dłonie na moich ramionach.

– Lepiej będzie, jeśli ci pokażę parę rzeczy – szepnął. - Wtedy istnieje większa szansa, że mi uwierzysz.

To było ryzykowne zagranie.

– Imię ci wybaczę, ale całej reszty już nie – powiedziałam cicho. – Miałam prawo wiedzieć od samego początku.

– Wiem i przepraszam cię za to.

Westchnęłam cicho.

– Pojadę.

Odpowiedziałam, zanim dokładnie przemyślałam ten idiotyczny pomysł. Wiedziałam, że Winchester mnie zabije, gdy dowie się, że wybieram się na jakąś dziwną imprezę.

– Czym jest Wielki Wieczór? – zapytałam zaintrygowana.

Ketch uniósł kącik ust, a jego oczy zabłysły.

– Będziesz potrzebowała wieczorowej sukni – mruknął wymijająco.

– I wystąpię w roli twojej osoby towarzyszącej?

Pokiwał głową.

– Powiedz Deanowi, że wybierasz się na imprezę pracowniczą.

Chciałam go wyśmiać. W mojej firmie nie chodziło się na takie imprezy w sukniach wieczorowych. To, co miały moje koleżanki na sobie trudno było nazwać czymś eleganckim.

– Nie sądzę, aby uwierzył, ale spróbuję.

Odsunął się ode mnie.

– A co do mojego prawdziwego imienia… możesz mówić do mnie Arthur. – Opuścił wzrok na moją koszulkę. – Wejdźmy do środka, żeby się przebrać.

– Nie mam nic na zmianę – burknęłam, idąc za nim. – Musisz mnie informować o takich treningach, żebym mogła się odpowiednio przygotować.

– Dam ci swoją koszulkę.

Dobrze, że był odwrócony do mnie plecami, bo moja twarz w sekundę zrobiła się cała czerwona. Jak Dean mnie zobaczy… Wypuściłam cicho powietrze z płuc.

Uwierzy, że byłam na randce, ale czy to nie będzie przegięcie?

Zamrugałam, bo nagle przede mną pojawił się Ketch, trzymając w dłoni koszulkę.

– Z pewnością nie będzie pasować, ale jest czysta. – Popatrzył na moje zarumienione policzki i się uśmiechnął. – Jeśli Dean ma jeszcze wątpliwości, to teraz całkowicie się ich pozbędzie.

Pokiwałam głową, zabrałam koszulkę i uciekłam do łazienki.

Miałam uczyć się, jak zostać łowcą, a nie naprawdę randkować…

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i fantasy, użyła 3824 słów i 22423 znaków.

2 komentarze

 
  • Nika

    Możemy się spodziewać w tym tygodniu kolejnego rozdziału? Od kilku dni codziennie wchodzę aby sprawdzić czy coś się pojawiło. Z niecierpliwością wyczekuje kolejnego rozdziału ☺️

  • elorence

    @Nika mam nadzieję, że do jutra się wyrobię z nowym rozdziałem ❤ Ale maksymalnie do niedzieli się pojawi!

  • Nika

    @elorence Bardzo się cieszę i dziękuję za informację 😘

  • elorence

    @Nika to ja dziękuję za cierpliwość ❤, bo zdaję sobie sprawę, że minęły już dwa tygodnie :(

  • Convallaria

    Ja też cichutko czekam. Wierna fanka wszystkich twoich opowiadań 🙂🙂🙂🙂

  • elorence

    @Convallaria cieszę się ❤❤❤

  • Virginia

    Po co takie duże odstępy miedzy wersami?
    Naciśnij shift i guzik enter. W normalnej klawiaturze PC jest tym dużym guzikiem, jeśli piszesz na laptopie, to ten mniejszy nad ENTER.
    Darmowa lekcja informatyki. Proszę bardzo.

  • elorence

    Nie mam zamiaru odpowiadać na Twój jakże „błyskotliwy” komentarz.  
    Najpierw zapytaj, czy ktoś w ogóle chce, żebyś udzielała mu rad.  
    Darmowa lekcja kultury. Proszę bardzo.

  • agnes1709

    @elorence   :lol2: