Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 18

Jo miotała się po całej kuchni, próbując znaleźć sobie zajęcie. Z niepokojem co chwilę zerkała na zegarek i przygryzała wargę. Wpatrywałem się w nią w milczeniu, czekając aż wreszcie przyzna mi rację. Opierałem się o lodówkę i piłem drugie piwo, bo chociaż wątpiłem, aby Cassie była w niebezpieczeństwie, to jednak wolałem dmuchać na zimne. Jej ostatni atak trochę mnie uspokoił, bo dziewczyna chyba miała swojego anioła stróża. Fakt, to było dość niepokojące i nie zamierzałem pozwolić, żeby trwało, ale… może „to coś” chciało utrzymać ją przy życiu.

Nagle do domu wpadła zziajana Cassie. Popatrzyła najpierw na Jo, która obrzuciła ją dziwnym spojrzeniem, na koniec unosząc brew.

– Gdybym wiedziała, że moja wiadomość wyciągnie cię z jego łóżka, to bym się powstrzymała – zadrwiła.

Znieruchomiałem. Butelka akurat dotykała moich ust, gdy powędrowałem za spojrzeniem Jo, nagle zdając sobie sprawę, o co jej chodziło. Zacisnąłem szczękę, bo Cassie miała na sobie męską koszulkę. Najwyraźniej naprawdę nie groziło jej żadne niebezpieczeństwo. Zabawiała się ze swoim rycerzykiem, całkowicie zapominając o bandzie paranormalnych istot, które wysłały za nią list gończy. Świetne priorytety. Miałem ochotę zmiażdżyć butelkę w dłoni.

Dawno nie odwiedziłem żadnego baru na dłużej niż kilkanaście minut, ale czy to mogło być źródłem mojego poirytowania?

– To nie tak – szepnęła zdenerwowana Cassie, odgarniając włosy z twarzy. – Gotowaliśmy i znasz… znacie mnie. Ubrudziłam się, więc pożyczył mi koszulkę. – Dotknęła jej brzegów i mocno obciągnęła, próbując zakryć uda. Czy ona zawsze nosiła tak obcisłe spodnie? – Pójdę do siebie, bo muszę przejrzeć maile z pracy.

– Kiedy go poznamy? – wypaliłem, zanim ugryzłem się w język.

– Hmm, nigdy?

Znowu zobaczyłem ten niepokojący błysk w jej oczach. Czułem, że nie powinienem drażnić „tego czegoś”, co było w niej, ale moja irytacja okazała się silniejsza.

– Skoro to zwykły człowiek, to chyba lepiej, żebyście spędzali czas tutaj, a nie… u niego? – Z trudem powstrzymałem się od grymasu. – Tu chodzi tylko o twoje bezpieczeństwo.

– Killian świetnie sobie z tym radzi – powiedziała chłodno, świdrując mnie niezidentyfikowanym spojrzeniem. – Powinieneś być zadowolony, bo znalazł się ktoś, kto z przyjemnością przejmie twoje obowiązki. Przynajmniej nie kierują nim wyrzuty sumienia.

Zacisnąłem dłoń na butelce.

– Dobra, dobra – warknęła Jo. – Nie pozabijajcie się.

Odwróciłem się plecami do Cassie, całkowicie ignorując jej wkurzony wyraz twarzy. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu, skoro zaczęła się zmieniać. Niby nie były to ogromne zmiany, ale jej coraz wyraźniejsze stawianie się zaczynało stanowić poważny problemem. Zachodziłem w głowę, dlaczego Jo tego nie zauważała. Sam miał takie same przemyślenia jak ja.

– Wieczorem wybieramy się na polowanie – powiedziałem głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Jedziesz ze mną. Koniec i kropka.

Cassie wzruszyła ramionami.

– I przebierz się – dodałem oschle. – Ta koszulka jest stanowczo za duża, będzie tylko krępowała twoje ruchy.

– Serio? – Spojrzała na mnie krzywo. – Teraz nawet mój ubiór stanowi dla ciebie problem?

– Jakbyś miała na sobie włochaty sweterek, to powiedziałbym dokładnie to samo – odpowiedziałem. – Ciekawe, czy twojemu rycerzykowi by się spodobał – dodałem i upiłem porządny łyk piwa.

Zerknąłem kątem oka na zszokowaną Harvelle, która milczała, patrząc na nas dziwnie. Chyba nie spodziewała się takiej wymiany zdań. Niechęć ze strony Cassie stawała się silniejsza z dnia na dzień, jakby ktoś cały czas próbował zrobić wszystko, żebym stracił w jej oczach. Zaczęło się od tamtej wizyty w szpitalu. To przeze mnie tam trafiła, bo w porę jej nie uratowałem. Cały czas miała o to do mnie żal. Na nic zdały się moje tłumaczenia. Cały czas myślała, że jej nienawidziłem.

Ale to nie była nienawiść. Chciałem ją trzymać od tego z daleka. Zrobić wszystko, żeby nie podzieliła losu Lisy – jedynej kobiety, której pozwoliłem się do siebie zbliżyć, a parę miesięcy później… musiałem patrzeć, jak jej trumnę zasypuje ziemia. Sam stracił Jessicę. Ale Jo… Boże, ta dziewczyna nie poradziłaby sobie ze śmiercią przyjaciółki.

– Palant – mruknęła Cassie i wyszła wzburzona z kuchni.

– Wow – szepnęła Jo. – Nie spodziewałam się, że na tym świecie istnieje osoba, która wyprowadzi ją z równowagi – powiedziała, patrząc na mnie z podziwem. – Ale jej zalazłeś za skórę.

– Dalej obwinia mnie o… tamtą akcję – wycedziłem.

– Dziwisz się jej? – Jo uniosła wysoko brew. – Od początku jej nie lubisz. Wpadłyśmy w tarapaty, a ty… – Zamilkła i zgrzytnęła zębami. – Zamiast ratować biedną dziewczynę, wybrałeś mnie, rozumiesz? Łowczynię! Nic mi nie zrobili! To ją torturowali i próbowali zabić. – Pokręciła głową. – Resztę dopisz sobie sam, dupku.

– Szukałem was obu – sprostowałem, posyłając Jo mordercze spojrzenie. – Nie dokonałem żadnego wyboru, rozumiesz? W środku byłaś tylko ty.

– Wiesz, co? Nie mam nastroju do kolejnej kłótni – warknęła. – Po prostu postaraj się być dla niej milszy i tyle.

Potrząsnąłem głową.

– Nie mam bladego pojęcia, co tamten łowca musiał jej powiedzieć o mnie.

– Prawdę.

Zmarszczyłem brwi, a Jo zaśmiała się szyderczo.

– Jesteś wrzodem na tyłku, Dean.

– Jo – syknąłem.

– Ale to prawda! – Podniosła się z krzesła i rzuciła mi ostrożne spojrzenie. – Naprawdę sądzisz, że to dobry pomysł z tym dzisiejszym polowaniem? Może powinnam wam towarzyszyć?

– Nie – odpowiedziałem stanowczo. – Cassie musi się do mnie przekonać. – Odłożyłem z hukiem butelkę na blat. – Wy tylko to utrudniacie, a ty w szczególności. – Wycelowałem w nią palec. – Podburzasz ją i jak widać, przynosi to zajebiste efekty – stwierdziłem markotnie.

– A ja myślę, że sam to wszystko spieprzyłeś, więc nie szukaj winnych – rzuciła sarkastycznie. – Masz ją przywieźć tutaj w jednym kawałku, rozumiesz?

– Nic jej się przy mnie nie stanie – zapewniłem.

– Przysięgnij na swój samochód, że Cassie włos z głowy nie spadnie!

Przewróciłem oczami, ale po chwili pokiwałem głową.

– Przysięgam na Dziecinę, że Cassie wróci cała i zdrowa.

Harvelle odetchnęła z widoczną ulgą.

– Pozostaje mi życzyć wam powodzenia.

– To tylko nieszkodliwy demon, Jo. Zabiję go, zanim zbliży się do Cassie.

– Bobby już mówił, że powinieneś przestać ignorować swoich przeciwników, bo zawsze to się źle kończy – mruknęła rozbawiona, kierując się w stronę drzwi. – Jadę do matki. Miej oko na moją przyjaciółkę i… – Zatrzymała się i obrzuciła mnie dziwnym spojrzeniem – dokładnie takim samym, jakim obrzuciła wcześniej Cassie. – Ona ci się nie podoba, prawda?

Zamarłem.

– Oczywiście, że nie!

Pokiwała powoli głową.

– To dobrze, Dean. To bardzo dobrze. – Odwróciła się i sięgnęła dłonią do klamki. – Inaczej musiałabym strzelić ci w łeb, wiesz?

Zaśmiałem się gorzko.

– Ona nie jest w moim typie.

– Mam nadzieję – rzuciła jeszcze przez ramię i wyszła.

Wypuściłem głośno powietrze z płuc i przetarłem dłońmi twarz.

Wiedziałem, że ten wieczór okaże się katastrofą. Cassie nigdy mnie nie słuchała, ale złożyłem obietnicę Jo. Cholerną obietnicę, której dotrzymam.

۞

Rzuciłem się na łóżko i westchnąłem głośno.

– Masz coś ciekawego? – rzuciłem do Sama, który chyba od rana nie odrywał się od komputera.

– A co ty robiłeś cały dzień? – zapytał nieprzyjemnym tonem.

– Byłem u Jo – odpowiedziałem szczerze. – Trochę świrowała, bo Cassie znowu poszła na randkę i długo się nie odzywała. No i cóż… – Odchrząknąłem i usiadłem. – Chyba wyśmienicie się bawiła, skoro wróciła w jego koszulce.

Sam zamarł, a potem bardzo powoli się obrócił i spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.

– Niech zgadnę, rzuciłeś parę debilnych uwag?

Pokręciłem głową.

– Nie. Kazałem jej tylko się przebrać, bo wieczorem zabieram ją na polowanie. Dorwiemy tego demona, który wczoraj tak mnie wkurwił.

Mojemu bratu opadła szczęka.

– Zero żartów o seksie? – drążył.

Przewróciłem oczami.

– Nie jestem skończonym debilem. – Ledwo to powiedziałem, a Sam zaczął się dusić ze śmiechu. Ściągnąłem brwi. – Ona wciąż jest na mnie wściekła, Sam. Nie będę żartował z jej rycerzyka, bo wtedy chyba nigdy nie przekonam jej do siebie.

– Czyli zależy ci na tym, żeby cię polubiła?

Westchnąłem.

– Sammy, mam to w dupie – mruknąłem lodowato. – Niech uważa, co chce, ale nie będzie mi zarzucała, że nie próbowałem zrobić wszystkiego, żeby ją uratować. – Westchnąłem. – Też masz wrażenie, że nie lubi mnie bardziej niż na początku?

– Naprawdę masz to w dupie – zakpił. – Po prostu Cassie się pogarsza i musimy działać szybko, żeby zapobiec konsekwencjom.

– O czym ty mówisz?

Sam przeczesał dłonią włosy.

– Dużo czytałem na ten temat i… – Prychnął. – Jeśli faktycznie w Cassie jest wiedźma, to nie mamy zbyt dużo czasu. Jeśli dusza Cassie zniknie, to będzie koniec.

– Zniknie?

– Moc wiedźmy może ją pochłonąć – wyjaśnił mój brat. – To bardzo rzadkie zjawisko, uzależnione od długości przebywania w ciele potencjalnej ofiary. A my nie wiemy, jak długo to wszystko trwa. – Wzruszył ramionami. – Może parę tygodni, a może kilka lat.

– Kurwa.

– Nie daje mi spokoju ten jej ostatni atak, wiesz? Na pewno miała kolejną wizję, ale milczała. – Sam przyjrzał mi się uważnie. – Próbuje coś przed nami ukryć. Mam wrażenie, że to już kolejna rzecz.

– Chodzi ci o tamtego łowcę, tak?

Pokiwał głową.

– Mnie to też martwi – przyznałem. – Wszystko zaczęło się pieprzyć tamtego cholernego dnia. Gdybym nie był tak upartym osłem i od razu zaczął ją szkolić, to może byłoby inaczej. Potrafiłaby się obronić i… Nie musielibyśmy teraz siedzieć i zastanawiać się, co zrobić, żeby zaczęła mnie lubić.

Sam wybuchł śmiechem.

– No tak, zapomniałem, nie obchodzi cię jej zdanie o tobie – mruknął, uśmiechając się jeszcze szerzej niż wcześniej. – Naprawdę to cię aż tak boli?

– Ale co? – burknąłem, patrząc na niego zimno.

– Że kompletnie cię olała?

Opuściłem ramiona.

– Nie jestem zadufany w sobie, dobra? – naskoczyłem na niego. – Po prostu coś mi nie gra z tym facetem, wiesz? – Szybko wyciągnąłem komórkę z kieszeni i odpaliłem internet. – Wiesz w ogóle, co oznacza imię Killian? To imię pochodzenia celtyckiego, wiążące się ze słowem mnich, rozumiesz? MNICH!

Parsknąłem śmiechem, ale spoważniałem, gdy tylko spojrzałem na brata, który przyglądał mi się badawczo.

– Oj, Dean, żal mi ciebie.

– Mnie? – zapytałem z niedowierzaniem. – To on jest mnichem.

– Najwyraźniej nie, skoro Cassie nosi jego koszulkę – zauważył Sam.

Skrzywiłem się.

– Zepsułeś całą zabawę – mruknąłem niezadowolony. – Piszą tu też coś o wojnie i kościele. Boże, nawet zaczynam mu współczuć.

Sam pokręcił głową.

– Powiedz mi lepiej, czy na pewno chcesz zapolować na tego demona wraz z Cassie, bo jeśli coś jej się stanie…

– Spokojnie – przerwałem mu. – Jo kazała mi przysiąc na Dziecinę, że Cassie będzie przy mnie bezpieczna.

Mój brat wytrzeszczył oczy.

– I nie zrobiłeś tego, prawda?

– Oczywiście, że zrobiłem – obruszyłem się, spinając wszystkie mięsnie swojego ciała. – Potrafię zapewnić bezpieczeństwo każdemu, więc jej również.

– Naprawdę przysiągłeś na samochód? – drążył.

Wypuściłem głośno powietrze z płuc.

– Czy ty mnie słuchasz, do cholery?

– Tak, z pewnością masz w dupie, czy ona cię lubi – dodał pod nosem, zaśmiał się cicho i obrócił w stronę komputera.

Wbiłem wściekłe spojrzenie w jego ogromne plecy, ale całkowicie mnie zignorował.

Przemądrzały dupek.

۞

Wchodziliśmy właśnie do opuszczonego domu, gdy złapałem Cassie za rękę i przyciągnąłem do siebie.

– Idę pierwszy – powiedziałem, próbując nie patrzeć jej w oczy. – Masz się trzymać blisko mnie i bezwzględnie alarmować o wszystkim, rozumiesz?
Pokiwała niepewnie głową.

– O wszystkim, rozumiesz? – powtórzyłem. – Ból głowy, wizje, złe przeczucia – wyliczyłem. – Rozumiesz?

Wyszarpnęła rękę z uścisku.

– Nie jestem dzieckiem – szepnęła.

Starałem się nie myśleć o tym, że pierwszy raz nie stawiała oporu, gdy wyciągałem ją z domu. Nie rzucała żadnych głupich tekstów i ani razu nie wspomniała, że nie nadawała się na łowcę. Bardzo mnie to martwiło, ale też w jakiś sposób ucieszyło. Pogodzenie się z kiepską sytuacją mogło dać dobre efekty w treningach.

– Wiem, ale jestem za ciebie odpowiedzialny.

– Rozumiem – prychnęła. – Jo cię zabije, jeśli stanie mi się krzywda.

– Myślisz, że nie obchodzi mnie twoje życie? – warknąłem, nachylając się nad jej twarzą. Jeszcze przed chwilą była zła, ale nagle jej wyraz oczu uległ zmianie. Wyglądała na wystraszoną. Bała się mojej odpowiedzi? – Obchodzi, dlatego zrób mi przysługę i zacznij mnie słuchać, do cholery. Chcę, żebyśmy wyszli stąd bez szwanku.

– W porządku – powiedziała cicho.

– Jeśli każę ci uciekać, to masz uciekać.

– Naprawdę rozumiem. – Westchnęła cicho, wykręcając sobie palce. – Możemy mieć to już za sobą?

– Chcesz broń? – zapytałem, podsuwając jej mój pistolet. Od razu sięgnąłem za plecy i wyciągnąłem drugi. – Powinnaś być uzbrojona.

– Mówiłeś, że to tylko jeden demon – rzuciła spanikowana, drżącymi dłońmi obejmując broń. – Dlaczego mam wrażenie, że nie doceniasz wrogów?

Przewróciłem oczami.

– Idziemy dalej, więc bądź cicho. – Odwróciłem się, ale od razu zerknąłem przez ramię. – Trzymaj się blisko mnie – przypomniałem.

Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że przewróciła oczami, ale nie skupiłem się na tym, bo wolałem rozejrzeć się po wnętrzu domu. Obdrapane ściany i stęchły zapach jasno wskazywały, że dawno nikt tu nie mieszkał. Demon, który postanowił się tutaj osiedlić, musiał być bardzo zdesperowany. Jego naczyniem była miła dziewczyna z osiedlowego sklepu – tak przynajmniej o niej mówiono, gdy przepytywaliśmy mieszkańców.

Poruszaliśmy się bardzo wolno i cicho. Byłem zaskoczony, że Cassie jeszcze nie potknęła się o własne nogi i nagle zdałem sobie sprawę, że w ostatnim czasie miała coraz mniej takich wypadków. Zamrugałem i ściągnąłem brwi, bo powinienem skupić się na otoczeniu i ewentualnych zagrożeniach. Może demon był jeden, ale te skurczybyki lubiły działać wbrew jakiejkolwiek logice – pewnie dlatego Crowley miał z nimi takie problemy.

Weszliśmy do ogromnego pomieszczenia, które kiedyś musiało być przestronnym salonem. Powiodłem wzrokiem po ścianach i nagle zamarłem, wpatrując się w obłoczek powietrza, wydobywający się z moich ust. Przełknąłem ślinę i obejrzałam się przez ramię, ale Cassie wciąż tam była, rozglądając się niepewnie na boki. Nagle otworzyłem szerzej oczy, widząc za nią ducha starej kobiety. Objąłem Cassie w pasie i przyciągnąłem do siebie, żeby za chwilę zakryć ją swoim ciałem. Zjawa powoli podniosła głowę i wlepiła we mnie wzrok. W ostatniej chwili strzeliłem, a duch rozpłynął się w powietrzu.

– Jeden demon, tak? – szepnęła przerażona Cassie.

– Nie wiem, co tu jest grane – odpowiedziałem szczerze. – Trzymaj się mnie i nie panikuj.

– Dlaczego nie chciałeś zabrać ze sobą Sama i Jo?

Zacisnąłem mocno zęby.

– Po prostu trzymaj się blisko mnie, Cassie – syknąłem.

Zamilkła, więc w duchu odetchnąłem z ulgą. Miałem nadzieję, że odrzuci strach, bo przecież łowca nie może się bać.

Powoli zacząłem się obracać, gdy nagle się zatrzymałem, bo stanąłem oko w oko z demonem. Wiedziałem, że dziewczyna nazywała się Sally, ale jej ciało miało zbyt wiele ran, żeby przeżyć, dlatego nie warto było używać tego imienia.

– Kogo moje oczy widzą – powiedział demon. – Dean Winchester. – Przechylił się na bok i spojrzał na Cassie. – Nie jesteś sam.

Zgrzytnąłem zębami.

– Wczoraj chyba dostałeś już nauczkę, prawda? – warknąłem. – Co tutaj jeszcze robisz?

– Spieprzyłeś, Dean, dlatego wciąż żyję. – Rozłożył ręce. – Żyję i mam się świetnie.

Podniosłem rękę i wycelowałem w niego broń.

– Jeszcze żyjesz – sprostowałem.

Demon opuścił ręce.

– No cóż, skoro tak stawiasz sprawę – szepnął, a potem jednym ruchem wytrącił mi broń z ręki i odrzucił mnie na ścianę. – Od razu lepiej.

Upadłem z hukiem na podłogę. Próbowałem się od razu podnieść, ale demon zacisnął dłoń w pięść, a moje plecy znowu uderzyły w ścianę. Tym razem tam zostałem i zacząłem się dusić.

– Nie przypuszczałem, że będę miał tyle szczęścia – odezwał się demon, podchodząc do Cassie. – Cassandra Winwood. Najbardziej poszukiwany człowiek w tym stanie. Jestem pod ogromnym wrażeniem.

Starałem się poruszyć, ale przy każdym najdrobniejszym ruchu nieznana siła ściskała mocniej moje gardło. Mogłem tylko patrzeć, jak ten skurczybyk zbliża się do Cassie. Jeśli ją skrzywdzi… nie wybaczę sobie tego.

– Skąd… skąd znasz moje imię? – zapytała przerażona, wycofując się z pomieszczenia.

– Tak się składa, że właśnie ciebie szukałem.

Poczułem odruch wymiotny. Chciałem tylko potrenować z przyszłą łowczynią. Nie przypuszczałem, że to była pułapka. Demon przyglądał się jej uważnie, a potem spojrzał w moim kierunku.

– Bardzo miło z twojej strony, że ją tu przyprowadziłeś – powiedział, uśmiechając się złowróżbnie. – Moja Pani będzie bardzo zadowolona.

– Pani? – wychrypiałem. – Crowley… cię… zabije.

Demon roześmiał się tylko głośno, zaciskając mocniej pięść. Zacząłem się dusić, powoli tracąc kontakt z rzeczywistością.

Mój umysł próbował wrócić wspomnieniami do poprzedniego dnia. Demon słowem nie napomknął o Cassie, wręcz sprawiał wrażenie zagubionego. Czyli musiał wiedzieć, że mieliśmy kontakt z Cassie, dlatego tylko nas unieszkodliwił.

Jak mogłem być tak głupi?

– Uciekaj – szepnąłem prawie bezgłośnie.

– Cassie, pójdziesz ze mną po dobroci, czy może chciałabyś ugościć w swoim ciele jednego z moich towarzyszy? – Jego głos brzmiał okropnie, aż Cassie się wzdrygnęła. – Obstawiam, że nie jesteś tak porywcza i głupia jak ten tam. – Wskazał podbródkiem na mnie. – Moja Pani chce ci zadać tylko kilka pytań, nic więcej.

– Cassie… uciekaj – wydusiłem z trudem, a potem było już tylko gorzej. Niewidzialna siła od razu odcięła dopływ powietrza. Wierzgałem nogami w powietrzu, próbując złapać oddech, ale moje próby zdały się na nic.

Jak przez mgłę usłyszałem słowa, bardzo przypominające łacinę. Kilka sekund później wylądowałem na twardej podłodze. Odruchowo przycisnąłem dłonie do szyi. Pierwsze zaczerpnięcie powietrza przyprawiło mnie o ból. Przymknąłem na chwilę oczy i złapałem kilka spokojnych oddechów, a dopiero potem podniosłem się na rękach i spojrzałem w stronę Cassie.

Stała nad demonem, wpatrując się w bladą twarz dziewczyny.

– Taka rada na przyszłość: nigdy nie lekceważ swoich wrogów – powiedziała.

Zamrugałem, a wtedy wyraz jej twarzy się zmienił. Patrzyła na mnie łagodnie, jakby mój stan ją martwił. Akurat! Drżącymi dłońmi wyciągnąłem komórkę, ale Cassie wyrwała mi ją z rąk.

– Mam zadzwonić po Sama? – zapytała.

Pokiwałem głową, delikatnie się krzywiąc. Z ledwością usiadłem i oparłem się ramieniem o ścianę. Bolało mnie absolutnie wszystko.

– Powiedz mu, że ma sprawdzić, kto mieszkał w tym domu, znaleźć grób i spalić zwłoki.

– Czeka nas fajna zabawa – burknęła.

Otworzyłem szeroko oczy. Kim była ta dziewczyna?

– Cześć, Sam. Tak, to ja. Nie, nie, Dean żyje. Mógłbyś znaleźć informację na temat tego domu? Zaatakował nas duch… Tak, tak, żyjemy. Ale trzeba spalić jego zwłoki, zanim… – Cassie nie dokończyła, bo tym razem to jej ciało uderzyło w ścianę. Osunęła się na podłogę, ale po dwóch sekundach znowu była na nogach. Zerknęła w stronę komórki, która leżała poza jej zasięgiem. Nie poszła po nią, tylko ruszyła na ducha. – Wiesz, co? Mam dość wrażeń na dzisiaj – warknęła do niego.

Strzeliła raz, ale nie trafiła, dlatego szybko pociągnęła drugi raz za spust. Duch zniknął tylko na chwilę, więc znowu musiała strzelić.

– Przysięgam, że umrzesz w męczarniach, suko.

Oparłem się plecami o ścianę, mając wrażenie, że śnię. Cassie przeklęła? Naprawdę przeklęła?  

Nagle podbiegła do mnie i objęła mocno w pasie.

– Dobra, Dean, nie poradzę sobie z nim sama, więc uciekamy stąd – rzuciła spanikowana.

Uniosłem wysoko brew.

– Cassie, wszystko z tobą w porządku?

Zmieszana, odwróciła wzrok.

– Tak, Dean – szepnęła. – Wesprzyj się na mnie i idziemy.

– Ale…

– Mam jeszcze tylko parę naboi. Powinno wystarczyć. – Wstała, z ogromnym wysiłkiem ciągnąc mnie za sobą. – Boże, ale jesteś ciężki – westchnęła. – Mógłbyś mi pomóc i zacząć ruszać nogami?

Spełniłem jej prośbę, ale z wielkim trudem. Bolało mnie cało ciało, gardło paliło żywym ogniem. Nie miałem na nic siły. Tak bardzo chciałem, żeby była bezpieczna, że zapomniałem o sobie. Kurwa. Gdzie mnie to zaprowadziło?

Duch nie dawał za wygraną, bo nas gonił, ale Cassie świetnie posługiwała się bronią, jakby robiła to całe pierdolone życie. Doskonale wiedziałem, że miała ją drugi raz w rękach, ale i tak niczego z tego nie rozumiałem.

Cassie pchnęła drzwi wyjściowe, ale wtedy duch natarł na nas, odpychając mnie od dziewczyny. Upadłem na twarde deski werandy, zaciskając zęby z bólu. Walkę Cassie z duchem widziałem przez szarą poświatę. Wszystko mi się zamazywało przed oczami. Odgłos głuchych kliknięć wstrząsnął mną niczym dreszcz. Zabrakło naboi, a nic nie wskazywało na to, żeby Sam odnalazł grób. Chciałem wstać, ale wtedy oślepiły mnie płomienie. Cassie zakryła ramieniem twarz, cofając się w moją stronę. Ledwo utrzymywała się na nogach. Gdy duch zniknął, padła przy mnie na kolana i dotknęła mojej twarzy, obejmując ją delikatnie.

– Dean, słyszysz mnie?

Moje powieki opadły.

– Dean!

۞

Obudził mnie okropny ból głowy. Miałem wrażenie, że zaraz pęknie mi czaszka. Zmarszczyłem czoło, nagle zdając sobie sprawę, że czuję na twarzy delikatny dotyk dłoni. Niepewnie uniosłem powieki i spojrzałem prosto w zmartwione oczy Cassie.

– Przeraziłeś mnie, wiesz? – szepnęła.

– Gdzie jesteśmy? – zapytałem, starając się ignorować przyjemny skurcz w żołądku.

– U Jo.

– A…

– Nikogo nie ma. – Cassie westchnęła cicho. – Jo poluje na dwa inne demony, które towarzyszyły tamtemu, a Sam wciąż jest na cmentarzu i zaciera ślady.

– Dlaczego tu ze mną jesteś?

– Bo prawie umarłeś i chciałam mieć na ciebie oko. – Uśmiechnęła się niepewnie. – Mam nadzieję, że moje kolana są wygodne.

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

– Nie umarłem, tylko przez chwilę zabrakło mi powietrza. Wiesz… jak zazwyczaj w barze, gdy nagle wchodzi do środka ładna dziewczyna – mówiłem jak potłuczony. – Mniej więcej to była taka sama sytuacja.

Cassie zarumieniła się, co wywołało kolejny przyjemny skurcz w moim żołądku. Chyba musiałem się mocno uderzyć w głowę, skoro wygadywałem takie brednie. Fakt, była ładna. Pewna siebie, z determinacją na twarzy i bronią w ręku… była jeszcze ładniejsza. „Gdy Sam się o tym dowie, pewnie zabije mnie śmiechem” – pomyślałem.

– Niech ci będzie – wydukała, poruszając się niespokojnie.

Złapałem ją za nadgarstek, bo chciała zdjąć dłonie z mojej twarzy.

– Gdzie idziesz?

– Poszukać tabletek, pewnie bardzo cię boli.

Nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Wtedy, w tym pieprzonym gnieździe wampirów, właśnie taki powinien być finał. Miałem znaleźć Cassie i wynieść ją stamtąd, żeby potem móc się nią zaopiekować tak, jak ona mną. Ale ja to spieprzyłem.

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i fantasy, użyła 4279 słów i 24977 znaków, zaktualizowała 30 sty o 21:34.

1 komentarz

 
  • Nika

    Warto było czekać 😄

  • elorence

    @Nika to super 😍 Rozdział jest o wiele dłuższy niż wcześniejsze, więc mam nadzieję, że chociaż trochę wynagrodziłam Wam czas oczekiwania :)