Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 32

W Dziecinie panowała cisza. Nie miałem odwagi puścić muzyki. Nie miałem odwagi mówić głośno o tym, co wydarzyło się kilka minut wcześniej. Nie miałem nawet odwagi odwrócić się i spojrzeć na bladą, zapłakaną Cassie. Nie byłem nawet pewien, czy dziewczyna w ogóle zdawała sobie sprawę, że z jej oczu płynęły łzy. Odkąd wróciła do żywych... nie była już sobą. Coś w jej spojrzeniu się zmieniło i była to niepokojąca zmiana. Znałem ją wystarczająco długo, żeby mieć świadomość, że tego wieczoru coś straciła.

Potrząsnąłem głową, bo chociaż powtarzała w kółko, że Ignis naprawdę zniknęła, to kompletnie nie rozumiałem związku. Przecież była intruzem w jej ciele, więc skąd ta nagła zażyłość? Bez problemu wpuściła ją, gdy sprawy przybrały zły obrót. Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie o głębokim nacięciu na jej przedramieniu. Ignis z pewnością miała moc, ale nie potrafiła uzdrawiać. Zacisnąłem dłonie w pięści, żeby nie odwrócić się i nie złapać Cassie za rękę, aby przypatrzeć się ranie.

Zerknąłem przez szybę w kierunku rozdroża, na którym stał Sam. Rozmawiał z Crowleyem, który nie krył irytacji. Najwyraźniej nie spodobało mu się, że ta suka, Riley, spiknęła się z demonami. Może i był wrzodem na dupie, ale lepszy taki wrzód niż jakaś przemądrzała suka. Mój brat spojrzał przez ramię w naszym kierunku i wskazał podbródkiem na tył samochodu. Pokręciłem głową. Sam przejechał dłonią po włosach, a następnie szybko pożegnał się z Crowleyem. Miałem wrażenie, że droga do samochodu zajęła mu wieki.

Wstrzymałem oddech, gdy obrócił głowę i spojrzał na Cassie. Gdy wrócił do mnie spojrzeniem, poczułem bolesne ukłucie w sercu. Zatroskany wyraz twarzy Sama powiedział mi więcej niż słowa.

Z Cassie było bardzo źle.

W innych okolicznościach zrobiłbym jej awanturę, bo przecież miała być ze mną szczera, podczas gdy spiskowała za moimi plecami z Ketchem. Idiotą, który przy pierwszej nadarzającej się okazji, oddałby życie za inną dziewczynę.

Wyjąłem komórkę z kieszeni kurtki i napisałem wiadomość do Jo, ostrzegając ją i prosząc o spokój. Byłem pewien, że całkowicie o tym zapomni, gdy zobaczy swoją przyjaciółkę, ale musiałem przynajmniej spróbować.

Objąłem dłonią kierownicę, ale nie ruszyłem. Nawet nie przekręciłem kluczyka w stacyjce. Czułem na sobie spojrzenie Sama, więc niechętnie zwróciłem na niego swój wzrok. Uniósł pytająco brwi i nagle westchnął, spuszczając głowę. Chyba zrozumiał moją wewnętrzną walkę. Wziąłem głęboki wdech i obejrzałem się przez ramię.

Cassie siedziała sztywno na fotelu i wydawała się nieobecna. Niby patrzyła przez okno, ale pustka w jej oczach była jednoznaczna. Pragnąłem jej dotknąć, chcąc, aby przez chwilę skupiła wzrok na mnie. Chciałem się upewnić, że jest dobrze, chociaż doskonale znałem prawdę. Cassie była rozbita. Rozbita, złamana i... pusta. Tego ostatniego określenia sama użyła. Mówiła też wiele innych rzeczy, jeszcze mniej zrozumiałych. Nie drążyłem, bo wiedziałem, że na zadawanie pytań przyjdzie jeszcze czas.

– Dean – szepnął ponaglająco Sam.

Westchnąłem cicho i ponownie spojrzałem na drogę.

Czułem ciężar na żołądku. Spieprzyłem sprawę. Miałem zrobić wszystko, żeby Cassie była bezpieczna.

Reszty myśli nie dopuściłem do siebie, bo to nie było ani odpowiednie miejsce, ani odpowiedni czas na takie rozmyślania.

۞

Cassie zamknęła się w swoim pokoju, chociaż nie byłem przekonany co do tego pomysłu, ale wzrok Sama kazał mi ugryźć się w język, więc to zrobiłem. Jo za to nie odpuszczała, wisząc nade mnie jak pieprzony cień.

– Dean! – warknęła wkurzona, mierząc mnie ostrzegawczym spojrzeniem.

Wiedziała, że wydarzyło się coś złego. Cassie miała to wypisane na twarzy. Zerknąłem na brata, który wzruszył ramionami. Żadne z nas nie wiedziało, co powiedzieć.

– Jeśli zaraz nie zaczniesz gadać, to wyjdę z siebie!

Pokręciłem głową i wskazałem dłonią na stół w kuchni.

– Lepiej usiądźmy.

– Dlaczego? – zapytała wojowniczo Jo, krzyżując ręce na piersiach. – Cassie miała mieć randkę z Killianem. Jakim cudem wróciła z wami? Szpiegowałeś ją? Już całkowicie ci odbiło?! – naskoczyła na mnie. – Musisz mieć na tym wszystkim pieprzoną kontrolę, bo inaczej świrujesz?

– Nie ma żadnego Killiana – odpowiedział spokojnie Sam.

Jo opadła szczęka.

– Co się stało?

۞

Piłem drugie piwo, wciąż nie mogąc się uspokoić. Cassie nie zeszła na dół, a mnie cholernie kusiło, żeby zajrzeć do jej pokoju. Powstrzymałem się, bo z pewnością byłem ostatnią osobą, którą chciała zobaczyć. Sam milczał, pijąc swoje pierwsze piwo, a Jo... naprawdę wychodziła z siebie, chociaż obiecała, że zostanie z nami i nie pójdzie do przyjaciółki, aby zasypać ją setkami pytań. Okłamała nas wszystkich, ale tylko Jo to zabolało, co dostrzegłem w jej spojrzeniu. Unikała mojego wzroku, jednak nie potrafiła panować nad reakcjami swojego ciała. Zaciskała mocno szczękę, morderczym wzrokiem zerkając w stronę schodów. Szykowała się porządna awantura, dlatego postanowiłem, że nie wrócimy z Samem do bunkra, póki sytuacja się nie ustabilizuje. Miałem w nosie, co uważała Jo. Nie zamierzałem zostawiać ich samych – już nigdy więcej. Czułem się odpowiedzialny za to wszystko, co się wydarzyło i nie zamierzałem ukrywać się za kiepskimi usprawiedliwianiami.

Cassie nas okłamała – owszem, ale jakim cudem mogłem się na to nabrać, do cholery? Nie byłem do końca pewien, co odwróciło mogą uwagę od problemów tej dziewczyny. Tak bardzo chciałem zapewnić jej bezpieczeństwo, że całkowicie zapomniałem o środkach ostrożności. Może i nie zapomniałem, ale pozwoliłem, żeby Sam i Jo wpływali na moje decyzje. Oni również byli winni. Wszyscy byliśmy – łącznie z Cassie.

– Co z nią zrobimy? – zapytała cicho Jo. – Nie możemy jej teraz spuścić z oka. Myślałam, że ją znam, ale najwidoczniej się myliłam. – Westchnęła głośno. – Ta sytuacja nie może się powtórzyć.

– I już nigdy się nie powtórzy – powiedziałem dosadnie. – Nigdy.

Sam przewrócił oczami.

– Nie możesz się obwiniać, bo to były decyzje Cassie, dobra?

– Decyzje, na które mogłem wpłynąć, nie wypuszczając jej z domu – odpowiedziałem warknięciem. – Doskonale zdawałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa!

– I znowu bierzesz wszystko na siebie – jęknął Sam, nachylając się nad stołem. – Kiedy wreszcie dotrze do ciebie, że nie możesz brać odpowiedzialności za decyzje innych ludzi?

– Sam, skończ – mruknąłem ostrzegawczo, a następnie upiłem porządny łyk piwa. – Cassie jest początkującym łowcą i nie zna naszego świata, dlatego była tak bardzo podatna na sztuczki Ketcha. Gdybym jej tak nie odsuwał... Gdybym od początku...

– Gdybanie – syknęła Jo. – Ja również mogłam być ostrożniejsza i nie pchać jej w ramiona faceta, którego nigdy nie widziałam na oczy, a jednak to zrobiłam. Olałam podstawową zasadę: nie ufać obcym!

– Nawaliliśmy – podsumował Sam. – Wszyscy, bez wyjątku. – dodał, patrząc na mnie wymownie. – Teraz musimy tylko dać Cassie trochę przestrzeni, aby mogła dojść do siebie, a dopiero potem zacząć zadawać pytania.

– Nie jestem pewna, czy to taki dobry pomysł – zawahała się Jo. – Powinniśmy wiedzieć, na czym stoimy.

– Możliwe – zgodził się Sam. – Ale teraz musimy grać na czas. – Odłożył pustą butelkę na bok i splótł palce na stole. – Cassie ma złamane serce. Dusza Ignis z pewnością wywołała spustoszenie w jej ciele. Pewnie są też inne rzeczy, które będą miały wpływ na jej obecny stan, dlatego musimy uzbroić się w cierpliwość.

– Jo ma rację – przyznałem niechętnie. – To nie jest dobry pomysł. Dawanie przestrzeni Cassie ostatnim razem nie zadziałało. Ketch owinął ją sobie wokół palca, a potem dostaliśmy to, co dostaliśmy. – Odchrząknąłem. – Zawsze powtarzałeś, że metoda małych kroczków jest najlepsza, więc może powinniśmy właśnie ją zastosować – zwróciłem się do brata.

Sam mrugał, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia.

– Naprawdę musiałeś mocno uderzyć się dzisiaj w głowę, skoro najpierw zgodziłeś się z Jo, a teraz ze mną. – Pokręcił głową z niedowierzaniem, a potem przeczesał włosy palcami. – Też uważam, że metoda małych kroczków będzie najodpowiedniejsza. No i oczywiście, Cassie nie może zostać sama, bo nigdy nie wiadomo, czy nie postanowi pojechać do Ketcha po wyjaśnienia.

– Zabiorę jej kluczyki do samochodu – powiedziała szybko Jo.

Uniosłem wysoko brwi.

– Proszę, proszę... Ktoś tutaj zmądrzał.

Jo rzuciła mi jedynie piorunujące spojrzenie.

– Nie możemy sobie skakać do gardeł – przypomniał Sam. – Musimy być drużyną.

Udałem odruch wymiotny, na co Sam również posłał mi piorunujące spojrzenie.

Jo niespodziewanie wstała z krzesła, podeszła do jednej z szafek i oparła się o nią biodrem. Nie potrafiła usiedzieć na miejscu.

– Mnie zastanawia jedna rzecz: jakim cudem w ciele Cassie tkwiła dusza Ignis?

Zadawałem sobie to pytanie, odkąd Ignis przejęła władzę nad ciałem tej biednej dziewczyny. Żadne logiczne wytłumaczenie nie przychodziło mi do głowy. Cassie nie była spokrewniona z rodem Warrenów. Fakt, w jej głowie tkwiły strzępki wspomnień, ale założyliśmy, że to wina Dorothy.

Było tyle niewiadomych, że głowa zaczynała mi pękać od myślenia.

– Nie tylko ciebie – mruknąłem w odpowiedzi. – Ale na to pytanie może odpowiedzieć tylko Cassie. Zanim pojawiła się Ignis, wycięła nożem znak na swoich przedramieniu, czyli musiała z nią porozmawiać. Tym razem Ignis przejęła władzę za zgodą właścicielki.

– Tym razem?

– Przecież to już zdarzało się wcześniej, ale Ignis nigdy nie miała pełnej kontroli.

Jo zmarszczyła brwi. Wyglądała, jakby gorączkowo się nad tym zastanawiała.

– Wtedy, gdy ją dusiłeś... – urwała, przygryzając wargę. – To była ona?

– Chyba tak, bo wiedziała, kim jestem. Znała mnie, chociaż ja nigdy o niej nie słyszałem.

– Bo Cassie nie istnieje – wtrącił się Sam, powołując się na słowa Castiela. – Pamiętasz, co nam powiedział Cass? Cassie nie jest kompletna. – Sięgnął dłonią po swój tablet. – Przeszukałem bazę łowców i nikogo nie znalazłem o tym imieniu. Mogę jeszcze podzwonić i popytać, ale nie spodziewam się, żeby ktokolwiek znał Cassandrę Winwood.

– I nie znamy prawdziwego imienia Ignis – przypomniała Jo.

Potarłem dłonią skroń, bo nie mieliśmy żadnych konkretów. Naszą wiedzę opieraliśmy na poszlakach i domysłach. Byliśmy doświadczonymi łowcami, do cholery, a zostaliśmy oszukani niczym małe dzieci.

– Ale poznamy je – obiecałem. – Naprostujemy sytuację.

– Naprostujemy – prychnęła Jo, przewracając oczami. – Nie potrafisz pogodzić się z porażką, prawda?

Udałem, że nie usłyszałem pytania, wstałem i podszedłem do lodówki, żeby wyciągnąć kolejną butelkę piwa. Potrzebowałem dużo alkoholu, aby móc się wreszcie uspokoić. I jednocześnie powstrzymać się przed zrobieniem głupstw, bo usilnie pragnąłem sprawdzić co u Cassie, chociaż z pewnością nie miała ochoty mnie widzieć – w przeciwieństwie do mnie.

۞

Picie piwa i wpatrywanie się tępym wzrokiem w telewizor zazwyczaj sprawiało mi jakąś przyjemność, ale tego dnia nie potrafiłem skupić uwagi na głupim sitcomie. Słyszałem podkładany śmiech publiczności, co cholernie kontrastowało z upiorną ciszą, która towarzyszyła naszej trójce. Jo od godziny chodziła po kuchni, rozważając przyniesienie Cassie czegoś do jedzenia. Sam niby robił to samo co ja, ale co chwilę czułem na sobie jego spojrzenie. Pewnie zastanawiał się, w jaki sposób ma mi przypomnieć, że jest Castiel, który w mniejszej lub większej mierze może nam pomóc. Cassie odmówiła uleczenia rany na przedramieniu. Wiedziałem, że zostanie jej blizna, ale ona tym się nie przejmowała.

Niczym się nie przejmowała.

Pewnie wiedziała, że siedzimy na dole i wychodzimy z siebie, ale nie wyściubiła nosa ze swojego pokoju. Nie chciałem dawać jej przestrzeni, o której wspominał mój brat, bo za każdym razem gdy na to pozwalałem, sprawy przybierały chujowy obrót. Byłem bliski wstania i wspięcia się po schodach, jednak zatrzymało mnie pukanie.

Popatrzyliśmy na siebie z Samem. Podświadomie wiedziałem, że musieliśmy pomyśleć o tym samym, a raczej o kimś...

– Ketch – warknąłem, podnosząc się na równe nogi.

Ominąłem zdezorientowaną Jo i otworzyłem drzwi, prawie wyrywają je z zawiasów.

– Hello, boys – mruknęła uśmiechnięta Rowena, odrzucając długie, rude włosy na plecy. – Dean, co to za mina? – Zmarszczyła brwi i spojrzała na swój strój. – Źle wyglądam?

Przewróciłem oczami.

– Czego chcesz?

– Muszę porozmawiać z Cassie.

– Nie ma mowy – powiedział stanowczo, zabijając ją wzrokiem. – Masz trzymać się od niej z daleka, zrozumiano? – zagrzmiałem.

Ruda uniosła brew.

– Nawet jeśli posiadam pewne informacje? – zapytała słodko.

Zacisnąłem dłoń na klamce. Prowadziłem wewnętrzną walkę, bo nie chciałem znowu narażać Cassie na niebezpieczeństwo. Rowenie nie można było ufać.

– Mów, a potem spadaj.

Wiedźma się roześmiała.

– Jesteś doprawdy zabawny, Dean. – Nagle spoważniała. – Skończ te gierki i wpuść mnie wreszcie do środka, zanim będzie za późno.

– Że co?

Rowena westchnęła ciężko, kręcąc wymownie głową.

– Znałam Ignis.

Coś ciężkiego spadło mi na żebra. Nie spodziewałem się takiej rewelacji.

۞

Rowena siedziała na kanapie pomiędzy Jo i Samem ze względów bezpieczeństwa. Nie wyglądała na zadowoloną, ale nie skusiła się na kąśliwe uwagi. Stałem blisko schodów, chociaż zdawałem sobie sprawę, że nie mam szans z wiedźmą – nawet z odpowiednią bronią.

– W trupiarni jest weselej – mruknęła sarkastycznie Ruda.

– Mówiłaś, że masz informacje – przypomniałem jej niechętnie. – Nie marnuj naszego czasu, tylko od razu przejdź do rzeczy, tak z łaski swojej.

Prychnęła, udając obrażoną.

– Z wiekiem stajesz się coraz gorszy. Wybrukujesz sobie drogę do piekła tą swoją nieuzasadnioną złośliwością.

Samowi zadrgał kącik ust, więc zmroziłem go wzrokiem.

– Będę szczera – wtrąciła się Jo – nie lubię cię i nigdy nie wybaczę ci, że porwałaś moją przyjaciółkę i namieszałaś jej w głowie, ale najwidoczniej jesteś jedyną osobą, która może nam pomóc, więc... – Odchrząknęła, gorączkowo pocierając dłońmi uda. – Mów, co masz do powiedzenia, zanim nasza cierpliwość się skończy.

– No dobrze – stwierdziła Rowena, wzdychając. – Rozumiem, że Ignis tym razem naprawdę odeszła?

– Ignis, Ignis, Ignis – warczałem pod nosem. – Oświecisz nas i powiesz, jak ona ma na imię?

– Chloe. – Potrząsnęła głową. – Chloe Walters.

– Walters? – wydusił z siebie Sam. – Od tych Waltersów?

Ruda pokiwała głową.

– Moment, chcesz mi powiedzieć, że ktoś z Waltersów był w ciele Cassie? – zapytałem głośno, chociaż doskonale znałem odpowiedź.

Rowena nie kryła frustracji.

– To takie dziwne? Waltersi zawsze spółkowali z wiedźmami. Głównie z Warrenami, ale jednak nie traktowaliśmy ich jak zagrożenia. – Machnęła dłonią w moim kierunku. – Nie tak jak Winchesterów – wypluła z odrazą.

– Uważaj, bo jeszcze mnie to zaboli – zadrwiłem.

Mój brat spiorunował mnie wzrokiem, ale zignorowałem to.

– Dobra, wiemy już, kim jest Ignis, ale co mogła mieć wspólnego z Cassie?

Ruda powoli wstała i obróciła się w taki sposób, żeby móc objąć całą naszą trójkę wzrokiem.

– Bardzo dużo – wydusiła z siebie. – Dean, myślę, że powinieneś usiąść – powiedziała, wskazując dłonią wolne miejsce na kanapie.

Prychnąłem z pogardą.

– Nie ma rzeczy, która ścięłaby mnie z nóg.

– W porządku. – Rowena uśmiechnęła się sztucznie. – Nie ma żadnej Cassandry Winwood. Pod waszym dachem mieszka Chloe Walters.

Zamarłem – Jo i Sam również.

– Co? – szepnęła Harvelle. – Jak to?

Oparłem się ramieniem o ścianę, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa.

Waltersi byli legendą. Zorganizowani, dobrze wyszkoleni, nieustraszeni i wykształceni. Nic dziwnego, że ich córka szybko stała się równie sławna, a może nawet sławniejsza. Trzymali się z daleka od terenów, na których polowaliśmy, ale ojciec kilka razy spotkał ich podczas wypraw łowieckich. Kilkukrotnie uratowali mu nawet tyłek. Mogło się wydawać, że ich śmierć przekreśliła pamięć o ich zasługach, jednak wielu łowców pamiętało.

– To niemożliwe – mruknąłem pod nosem. – Cassie nie może być Chloe, ona...

– Przerwę ci, zanim zaczniesz wygadywać wyssane z palca bzdury – syknęła Ruda. – Cassie jest połową duszy Chloe, a przynajmniej była nią jeszcze dzisiaj rano, nim to wszystko się wydarzyło. – Zamrugała kilkakrotnie. – Ignis nie miała wystarczająco dużo mocy, aby pokonać Riley oraz zapewnić bezpieczeństwo sobie i Cassie, dlatego musiała dokonać wyboru. Żeby uratować Cassie, spaliła swoją duszę... doszczętnie.  

Poczułem suchość w gardle.

– Ketch wiedział – powiedziałem głośno.

– Oczywiście, że wiedział. Ta głupia krowa, Alison, również.

Spojrzałem na Jo, która wciąż nie otrząsnęła się z szoku. Wpatrywała się w dywan i zdawała się nie reagować na otaczający ją świat.

– Ale dalej nic nie trzyma się kupy – odezwał się Sam. – Jakim cudem dusza Chloe została podzielona? Dlaczego nie mogła się połączyć, skoro w jednym ciele tkwiły dwie części? Dlaczego Cassie nic nie pamiętała?

– Tak dużo pytań i tak mało odpowiedzi – odpowiedziała wymijająco Ruda. – Tylko sama Cassie wie, co tak naprawdę się wydarzyło, dlatego muszę z nią porozmawiać.

Od razu stałem się czujny.

– Nie wierzę, że się o nią martwisz, skoro gardzisz całym światem wiedźm.

– Oj tam, zaraz gardzę – machnęła lekceważąco głową, uśmiechając się nieszczerze. – To tylko banda małp wypuszczonych z zoo – syknęła z odrazą. – Niszczą dobre imię swoich babek i prababek. Biedactwa, pewnie w grobach się przewracając, widząc ten cyrk.

– Przestań mącić i lepiej mów, o co ci chodzi, bo na pewno nie kierowałaś się bezinteresownością – powiedziałem ostro, patrząc na nią groźnie.

– Wzrok polującej pantery – skomentowała Rowena, puszczając do mnie oczko. – Ale muszę cię zmartwić, bo nie boję się ani ciebie, ani żadnego innego łowcy w tym cholernym cyrku.

Przewróciłem oczami, czując wzrastający poziom irytacji. Ruda doprowadzała mnie do szału i była w tym mistrzynią.

– Czego chcesz? – Nie zamierzałem tak łatwo odpuścić, bo spółkowanie z wiedźmą zawsze oznaczało kłopoty. – Nie wpuszczę cię do Cassie, dopóki nie poznam twoich prawdziwych intencji.

– No dobrze – mruknęła urażona Ruda. – Chcę wytropić tę idiotkę, Dorothy.

– Po co? – zapytał Sam. – Przecież nienawidzisz rodu Warrenów.

– To prawda – przyznała. – A samej Dorothy nienawidzę bardziej niż tego całego rodu, ale nie można odmówić jej zdolności i ogromnej mocy, no i statusu społecznego, które ja... no cóż... w tej chwili nie posiadam zbyt dobrej opinii w świecie wiedźm, ale to zawsze może się zmienić. I zmieni się, jeśli porozmawiam z tą starą kwoką.

– Cassie nic nie pamięta – przypomniała Jo. – Nawet jeśli faktycznie kiedyś była szanowaną łowczynią, to dzisiaj jedna z wiedźm, z którymi tak się przyjaźniła, próbowała ją zabić.

– Riley zawsze była o nią zazdrosna. Chloe nie posiadała mocy, przynajmniej na początku, a jednak ród Warrenów był nią zachwycony. Dorothy, znana z dość ognistego temperamentu, sama zaproponowała, że zajmie się kształceniem małej Chloe.

– Moment – mruknąłem, pocierając palcami skronie. – Za dużo informacji... Jak to, Chloe nie miała mocy? Nazywano ją ogniem, więc... – Opuściłem nisko ramiona, wzdychając ciężko. – Nic z tego nie rozumiem.

Rowena podeszła z powrotem do kanapy i ceremonialnie usiadła, posyłając mi chłodne spojrzenie. Wyprostowała plecy i uśmiechnęła się słodko, zerkając najpierw na Jo, a następnie na Sama.

– W takim razie czas na krótką bajeczkę.

Ruda zerknęła z lekkim niepokojem w stronę schodów, co było do niej bardzo niepodobne. Wmawiała wszystkim, że niczego ani nikogo się nie boi, ale najwyraźniej Cassie stanowiła wyjątek. Sam zaczynałem powoli uważać, że była małą, tykającą bombą. Nie mieliśmy pojęcia, jak ją rozbroić – nawet Keith nie miał tej wiedzy.

– Słuchamy – mruknęła ponaglająco Jo.

– Cierpliwość nie jest twoją mocną stroną – powiedziała słodko Rowena. Jej twarz nie zdradzała jednak niczego. Zniknęła niepewność, którą zastąpiła dobrze mi znana pewność siebie. – Powtórzę tę historię tylko raz, bo istnieje ogień, którego nie da się ugasić.

Chciałem jej przerwać, ale uniosła szybko dłoń.

– To początek bajki, Dean – upomniała mnie.

Przewróciłem oczami.

– Streszczaj się – warknąłem.

Wiedźma uśmiechnęła się do mnie z satysfakcją.

– To piękna i brutalna bajka, dlatego skup się na niej, a znajdziesz wszystkie odpowiedzi.

– Co to ma znaczyć? – rzuciła chłodno Jo.

– Nie podam wam wszystkiego na tacy. – Rowena zaśmiała się sztucznie. – Niektóra wiedza jest zarezerwowana tylko dla wiedźm i tych nie-wiedźm, które są właścicielkami potężnych artefaktów. Jeśli Cassie, a raczej Chloe, niczego wam nie powie, to tym bardziej nie dowiecie się tego ode mnie, a już na pewno nie od Dorothy.

– Rowena – upomniał ją Sam.

– Już dobrze, dobrze. – Wiedźma uniosła wysoko podbródek i spojrzała w przestrzeń nad naszymi głowami. – Waltersi od najmłodszych lat dbali o bezpieczeństwo swojej jedynej córki. Oddali ją pod opiekę Dorothy, gdy coraz więcej paranormalnych istot zaczęło im deptać po piętach. Mała Chloe z pewnością potrafiła się obronić, ale wciąż była tylko dzieckiem. – Rowena wywróciła oczami. – No dobrze, była naprawdę wyjątkowym dzieckiem. Matka Riley, Samatha, była zachwycona małą, co z czasem było coraz bardziej widoczne. Riley rosła, a wraz z nią nienawiść do zwykłej dziewczyny, która nie miała żadnej mocy. I ten brak mocy gwarantował Riley dziedzictwo. Ale Samantha chociaż była bardzo potężna, była również bardzo głupia. Pewnego dnia zaczęła przeszukiwać księgi w poszukiwaniu zapisu, który mógłby pozwolić ominąć więzy krwi. Riley o wszystkim się dowiedziała i jeszcze tego samego wieczoru wysłała jedną ze swoich przyjaciółek, niejaką Cindy, aby zabiła Chloe. Chloe miała wtedy dwanaście lat.

Popatrzyłem znacząco na Sama, który szybko podchwycił mój wzrok.

– Cassie mówiła, że w wieku dwunastu lat straciła rodziców w nieznanych okolicznościach – powiedziałem na głos.

– No cóż, z pewnością ludzkie życie wtedy się dla niej skończyło – mruknęła zniecierpliwiona Rowena. – Moglibyście siedzieć cicho i słuchać?!

Machnąłem niedbale dłonią w jej kierunku.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się nieszczerze. – Chloe nie była strachliwym dzieckiem, dlatego często wybierała się na polowania wbrew zakazom rodziców. Dorothy nie bała się, bo nauczyła ją run. Bardzo potężnych, starych run. Chloe wiedziała, co powinna zrobić w stanie zagrożenia, ale Riley nie miała już tej wiedzy. Cindy zaszła ją od tyłu i zaatakowała. Oczywiście najpierw użyła noża, bo nie sądziła, że dwunastolatka będzie cokolwiek potrafiła. – Rowena westchnęła. – Była zadufana w sobie, co wprowadziło ją do grobu, ale po kolei – dodała pod nosem. – Cindy szybko przekonała się, że zabicie tego dziecka nie będzie łatwe, dlatego postanowiła od razu sięgnąć po swoją moc. Chloe szybko zareagowała, zadając kilka ciosów, które zwaliły przeciwniczkę z nóg. Skorzystała z chwili i wycięła nożem na przedramieniu bardzo niefortunne zestawienie trzech run. Gdy Cindy podniosła się z ziemi i wreszcie przywołała swoją moc, Chloe była gotowa. Ogień, od którego powinna spłonąć, odbił się od jej tarczy i uderzył prosto w Cindy. Jednak siła była na tyle duża, że płomienie otoczyły również Chloe. Cindy zaczęła wypowiadać ciąg zaklęć, ale to Chloe była szybsza. Wyciągnęła sztylet i wbiła go prosto w pierś rywalki. Koniec.

Zamrugałem.

– Co? – zapytałem głucho.

– Jaki koniec? – oburzyła się Jo.

– Co wydarzyło się później? – dociekałem. – Chloe przejęła moc Cindy?

Rowena pokręciła głową, nie ukrywając niezadowolenia.

– Na Boga, nie można przejąć mocy innej wiedźmy!

– Boga akurat w to nie mieszaj – rzuciła drwiąco Jo. – Co się stało?

Wiedźma zamiast spojrzeć na nas, zerknęła w stronę schodów. Jej twarz przypominała maskę.

– Ogień wybrał Chloe, dlatego została nazwana Ignis. Z pewnością pomogły runy, których nauczyła ją Dorothy, ponieważ magia lubi stare dzieje. Uznała Chloe za jedną z nas, nie patrząc na jej więzy krwi, przeszłość i przyszłość.

– Jedną z was – powtórzył powoli Sam. – Czy to oznacza, że Cassie...

– Nie. Nie mam żadnej mocy.

Wszyscy spojrzeliśmy na schody, na których stała Cassie. Po moich plecach przebiegł dreszcz, bo to nie była ta sama dziewczyna co kiedyś. Pustka w jej oczach przerażała.

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użyła 4521 słów i 26141 znaków, zaktualizowała 11 wrz o 17:16.

Dodaj komentarz