Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 0

2 lata później

Jechałem, jak jakiś świrnięty koleś, któremu mają zamknąć sklep monopolowy, bo zorientował się w ostatniej chwili, że skończyły się mu zapasy piwa. Wyciągałem z Dzieciny więcej niż powinienem i doskonale zdawałem sobie sprawę, że będę musiał do niej zajrzeć, jak tylko rozwiąże się ta gówniana sprawa, jak tylko stanę przed tą lekkomyślną manipulantką i wyjaśnię jej, że musiała się zamienić na mózg z małpą, bo żadne inne inteligentne zwierzę nie wpakowałoby się w takie tarapaty.  
Crowley miał rację. Kobiety potrafią spieprzyć wszystko, czego tylko dotkną. W nieskończoność analizują nieistotne sprawy, sprzedają swoje dusze diabłu, a potem próbują wkupić się w łaski aniołów. Nie postępują właściwie, a już na pewno nie myślą logicznie! Nawet nie posiadają instynktu samozachowawczego i nie rozumieją, że są rzeczy, w które nie powinny się mieszać.
Jak mogła milczeć przez tyle czasu i ani razu nie napomknąć, że zbliża się data jej śmierci? Udawała, że wszystko jest w pierdolonym porządku, chociaż tylko odliczała dni do końca… Pewnie będzie miała mi za złe, że mam pretensje, że znowu ją ochrzanię i kolejny raz mocno trzasnę drzwiami.  
Na skrzyżowaniu jakiś idiota wymusił mi pierwszeństwo, wpychając się pod koła mojej Dzieciny. Zahamowałem w ostatnim momencie.
– Son of a bitch – warknąłem pod nosem, bębniąc palcami w kierownicę i czekając, aż ten debil dociśnie gazu do dechy i zacznie jechać jak normalny Amerykanin.
Nie miałem tyle czasu, ile bym chciał. Crowley dał mi godzinę, pieprzoną godzinę na dotarcie do miejsca, którego nawet GPS, należący do Sama, nie potrafił odnaleźć na mapie. A mówią, że Google wie wszystko, a tu się okazuje, że człowiek jest skazany na samego siebie i musi zacząć kombinować, chociaż czasu nie można oszukać.
Jo wielokrotnie zapewniała mnie, że jej świrnięta i niezdarna koleżanka ma dość sporo oleju w głowie, będąc nadzwyczaj inteligentną i zaradną kobietą. Pomagała jej w większości spraw, które były równie beznadziejne, co cheeseburger ze zbyt małą, wręcz znikomą ilością sera. Może i świetnie dogadywała się z moim bratem, ale jeśli chodziło o bycie towarzyską… jej przebojowość mocno kulała, aż do pewnego dnia.
Tak, pamiętam to dokładnie. Weszła do baru jako ostatnia. Mieliśmy spotkać się i pogadać odnośnie wampira, który zdążył uciec z gniazda, gdy wspólnie przygotowywaliśmy na niego zasadzkę. To była jej wina, więc jak tylko odnalazłem ją na tyłach domu, zaplątaną w druciany płot, puściły mi wszystkie hamulce. Wampir zabrał ze sobą dziewczynę, którą mieliśmy uratować, więc jakim cudem miałem się nie wkurwić? Nie przebierałem w słowach, nawet nie próbując pomóc jej w uwolnieniu się z pułapki, w którą sama wpadła – cała ona.  
Zapłakana i roztrzęsiona szarpała wystające druty, ale tylko raniła sobie skórę rąk. Nie obchodził mnie jej ból, bo kierował mną nieposkromiony gniew. Zakazałem jej uczestniczenia w naszych polowaniach, skoro jeszcze żadnej sprawy nie udało nam się doprowadzić do końca bez niepotrzebnych komplikacji. Znikąd pojawiła się Jo, bluzgając mnie z błotem i ratując koleżankę. Słyszałem jej uspokajające słowa, co dodatkowo mnie wkurwiało. Jo wymusiła na mnie, żebym dał jej jeszcze jedną szansę.  
Do cholery, ile można dawać komuś szans, kto nie potrafi radzić sobie z tak prostymi czynnościami, jak schodzenie ze schodów albo smażenie naleśników na patelni?
Może dlatego, gdy pojawiła się wtedy w barze, zauważyłem w niej pewną zmianę. Nie od razu potrafiłem określić, co dokładnie się zmieniło, ale wystarczyło, że podeszła bliżej i zobaczyłem jej strój. Podśmiewywałem się z niej od zawsze, nieważne czy była obok, czy nie, ale tamtego dnia zakrztusiłem się z wrażenia. Zerknęła na mnie niepewnie, po czym w skrócie wyjaśniła, że sama zabiła wampira i odnalazła porwaną dziewczynę, a potem odprowadziła ją do zmartwionej matki.  
Już wtedy, te wszystkie zmiany powinny dać mi do myślenia! Nikt nie zmienia się w zupełnie nową osobę w ciągu kilku godzin. Nikt, rzucając rzutkami, nie trafia dziesięć razy pod rząd w sam środek ani tym bardziej nie łamie barku barmanowi, kiedy ten nie potrafi trzymać swoich obrzydliwych łap przy sobie.  
Zatrzymałem się gwałtownie przed motelem, w której miałem ją znaleźć. Wysiadłem wzburzony z samochodu i od razu wyciągnąłem broń, odbezpieczając ją, bo wiedziałem co mnie czeka w środku. Musiałem zachować zimną krew, chociaż długa droga na to zadupie zmarnowała wszystkie moje zaległe pokłady cierpliwości.  
Podszedłem do drzwi i nie bawiąc się w żadne pieprzone pukanie, wyważyłem je kopniakiem i wpadłem do środka. Zacisnąłem mocno szczękę, a potem wycelowałem lufę w bestię, która pastwiła się nad moją kobietą. Dwa celne strzały sprawiły, że usłyszałem tylko cichy skowyt, a potem intruz wyskoczył przez okno, rozbijając szybę.  
– Cassie! – zawołałem spanikowany, widząc, że leży w kałuży krwi i nie rusza się. – Cassie!!!

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użyła 948 słów i 5264 znaków, zaktualizowała 30 gru 2020.

2 komentarze

 
  • AuRoRa

    Dobrze się zaczyna jest akcja :) łapka ode mnie

  • agnes1709

    Ładnie, tylko deko przykrótko:D