Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 23

Nie wiedziałam, gdzie się znajdowałam. Wszędzie było ciemno. Słyszałam głos, tak złudnie podobny do mojego, że zaczynałam wariować. Chciałam znaleźć wyjście z tego miejsca, ale kręciłam się w kółko. Zero ścian, drzwi i światła.

– Pomocy!

Odpowiedziała mi cisza.

– Halo? Jest tu ktoś?

Dalej nic.

Usiadłam wreszcie na podłodze. Moje serce biło mocno ze strachu. Zamknęłam oczy i skupiłam się na ostatniej rzeczy, którą zapamiętałam: pożegnaniu z Ketchem. Przesiadałam się do swojego samochodu, gdy poczułam coś dziwnego. Nadgarstek owinięty rzemykiem zaczął mnie palić, a po krótkiej chwili straciłam przytomność. Po przebudzeniu widziałam już tylko ciemność.

Znowu usłyszałam swój głos. I jeszcze jeden. To był Dean. Już otwierałam usta, żeby zacząć krzyczeć, gdy przypomniałam sobie, że ostatnim razem mnie nie usłyszał. Tym razem pewnie byłoby podobnie. Zacisnęłam usta i podciągnęłam kolana pod brodę, próbując wychwycić sens rozmowy, ale bezskutecznie, jakby między nami istniała niewidzialna bariera, która uniemożliwiała kontakt.

„Bariera” – powtórzyłam w głowie, bo to słowo wydawało się dziwnie znajome.

۞

Straciłam poczucie czasu. Na początku jeszcze próbowałam liczyć, ale szybko mi się to znudziło, bo cały czas otaczała mnie ciemność. Byłam zrozpaczona. Nie odczuwałam głodu, nie miałam żadnych potrzeb. Sam kiedyś powiedział, że moja dusza kilkukrotnie odłączyła się od ciała. Zaczęłam się zastanawiać, czy to był kolejny taki przypadek. Dużo rzeczy na to wskazywało. Jedyną różnicą był fakt, że nic nie pamiętałam z poprzednich omdleń.

– Jak tam, Cassie?

Znieruchomiałam. W jednej chwili ogarnął mnie strach, bo głos brzmiał jak mój, chociaż to było niemożliwe. Dochodził z ciemności, więc nie mogłam przyjrzeć się rozmówczyni, nad czym bardzo ubolewałam. Na pewno należał do dziewczyny.

– Nic nie powiesz? – rzuciła urażona. – Myślałam, że jesteś milsza.

Przełknęłam głośno ślinę.

– Kim jesteś? – zapytałam ochryple.

– Na to pytanie nie mogę ci odpowiedzieć.

– Dlaczego?

– To nie jest odpowiedni czasu – mruknęła. – Nikt nie chce, żebyś umarła.

Skuliłam się w sobie.

– Umarła? – pisnęłam cicho.

– Jeśli w porę się nie wycofasz, to umrzesz. – Westchnęła głośno. – Wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej, wiesz?

– Co dokładnie? – dopytywałam. – Nic nie wiem – mówię sfrustrowana, powoli się podnosząc. Zacisnęłam dłonie i rozejrzałam się wokół, chociaż wiedziałam, że to nie miało sensu. – Nikt nie chce mi nic powiedzieć, a tyle istot depcze mi po piętach… Dlaczego?

– Powinnaś odejść od Jo.

Zadrżałam.

– Odejść? Dlaczego miałabym odejść od przyjaciółki, która oddałaby za mnie życie?

– Właśnie dlatego – mruknęła kpiąco. – Ludzie oddadzą za ciebie życie, Cassie. Nie tylko Jo. I na to nie mogę pozwolić.

Zagryzłam wargę.

– Kogo dokładnie masz na myśli? – zapytałam, ale odpowiedziała mi cisza. – Chodzi ci o Winchesterów?

– Akurat przez jednego z nich umrzesz – warknęła.

– Kogo w takim razie chcesz chronić?

– Ciebie i jego.

– Kogo?! – podniosłam głos. – Nie możesz mówić zagadkami i oczekiwać, że się domyślę!

Usłyszałam głośne westchnięcie.

– Po prostu trzymaj się Ketcha i nie rób głupot – powiedziała szorstko.

– Dlaczego akurat Ketcha?

– Bo tylko on zna prawdę.

Zamrugałam zszokowana.

– Jaką prawdę?

– Zadajesz za dużo pytań, Cassandro – ucięła ostro.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię!

– To jest nieistotne – rzuciła zirytowana. – Jezu, jesteś nie do zniesienia. Nie wiesz, kiedy powinnaś się zamknąć.

Urażona, zrobiłam parę kroków do tyłu.

– Jesteś niemiła – burknęłam.

– Nic nowego, naprawdę. Nie lubię być miła. To w ogóle nie leży w mojej naturze. – Nagle zaśmiała się cicho. – W prawdziwym życiu pewnie omijałabyś mnie szerokim łukiem. Bałabyś się nawet spojrzeć mi w oczy, a co dopiero nawiązać… kontakt.

Potarłam dłońmi ręce, bo miałam gęsią skórkę. Ta kobieta wydawała się przerażająca. Niby chciała mi pomóc, ale najchętniej nie kiwnęłaby palcem.

Musiałam zmienić temat.

– Skąd o mnie tyle wiesz?

Czekałam i czekałam, ale odpowiedź długo nie nadchodziła.

Ostrożnie zrobiłam krok do przodu, a potem kolejny i jeszcze jeden.

– Unikaj węży – usłyszałam przy uchu.

W jednej chwili przestałam oddychać. Przełknęłam z trudem ślinę i bardzo wolno obróciłam głowę. Widziałam kawałek twarzy. Była tak przerażająca, że miałam ochotę uciec, ale nie miałam dokąd.

W oku tej kobiety zauważyłam tylko gniew. Nie potrafiłam ocenić, czy był skierowany do mnie, czy może do kogoś, kto bardzo mocno ją skrzywdził.

– Unikaj węży – powtórzyła ostro. – Warrenowie kłamią.

I chyba dostałam swoją odpowiedź.

Chciałam o coś dopytać, ale nagle nadgarstek zaczął mnie palić. Upadłam na kolana, krzycząc z bólu. Nie rozumiałam tego, co się działo. Pragnęłam tylko pozbyć się bransoletki.

– NIE!

Czarny kamień rozświetlił kawałek ciemności, więc zauważyłam zaciskające się palce na moim łokciu. Drobna, silna dłoń próbowała uniemożliwić mi zerwanie rzemyka.

– Tylko ona ochroni cię przed wężami – szepnęła kobieta.

Parę sekund później ciemność pochłonęła blask kamienia, a nieznajoma kobieta znikła.

Miałam tak wiele pytań i tak mało odpowiedzi.

Już sama nie wiedziałam, komu powinnam ufać.  



_____

Przepraszam, że krótko, ale tak miało być 😊

2 komentarze

 
  • MM

    Cieszę się, że jednak piszesz dalej. Długo kazałaś na siebie czekać ale widzę, że był powód. Gratuluję wydania książki. :D

  • elorence

    @MM dziękuję ❤ Na pewno będzie jeszcze niejedna przerwa w pisaniu, ale nie zamierzasz całkowicie porzucić moich historii 😀

  • LadyTyna

    Jejku koicham to opowiadanie

  • elorence

    @LadyTyna to cudownie! ❤