Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 16

Siedziałem w samochodzie w kompletnych ciemnościach i czekałem. Jo sporo się nasłuchała, bo uważałem ją za ostatnią osobę na świecie, która wpadłaby na tak durny pomysł. Pozwoliła wyjść tej dziewczynie bez obstawy i pojechać do nieznanego faceta! Czy to było nieodpowiedzialne? Mało powiedziane! Nawet mój brat stanął po stronie Cassie. Ostro się wkurzyłem. Po co nam dodatkowe problemy?

Czy Cassie naprawdę nie doceniała własnego życia? Myślała, że skoro udało się jej ujść z życiem po spotkaniu z Naczelnym, to jest nieśmiertelna? Na ogonie mieliśmy nie tylko wampiry, ale również wiedźmy, do diabła! Nie mogłem uwierzyć, że postanowiła wybrać się na randkę, gdy zorganizowano na nią polowanie.

Potarłem dłońmi uda, bo od wyjazdu Cassie minęły trzy godziny, a ona wciąż nie wracała. Miałem naprawdę złe przeczucie. Byłem głodny i wkurzony, ale nie zamierzałem odpuścić.

Kątem oka zauważyłem światła w lusterku. Zsunąłem się na fotelu i dalej obserwowałem drogę. Minął mnie samochód. Wystarczyło, że zerknąłem na tablicę rejestracyjną i odetchnąłem z ulgą. To była Cassie. Dosłownie po chwili wyskoczyła z samochodu i ruszyła w stronę domu. Jej kroki wydawały się... taneczne.

Czyli jednak pieprzona randka.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

Do samego końca byłem przekonany, że Cassie chciała coś ukryć, ale znowu się myliłem. Wybrała się tylko na randkę, do diabła, i wcale nie czułem się z tego powodu spokojniejszy.

۞

Jo przygotowała naleśniki na śniadanie, ale zamiast jeść, robiłem dziurę widelcem w jednym z nich. Sam przyglądał mi się uważnie, próbując zachować powagę, bo widziałem, jak drgały mu kąciki ust.

– Jak tam noc, Dean? – rzucił lekko.

Nabijał się ze mnie, sądząc, że doskonale zna powód mojego złego humoru. Gówno prawda.

– Tak jak zawsze – burknąłem.

– Byłam zaskoczona, że postanowiliście tak szybko wrócić. Myślałam, że zostaniecie w Minnesocie jeszcze przez kilka dni. – Jo usiadła przy stole i również uważnie mi się przyjrzała. – Czemu wróciliście? Skończyliście robotę?

– Poniekąd – rzuciłem wymijająco, ubiegając Sama, który już otwierał usta. Zamknął je i posłał mordercze spojrzenie w moim kierunku. – Nie spodobało mi się, że nasza mała wiedźma wychodzi sobie sama z domu – dodałem chłodno.

Jo parsknęła śmiechem.

– No tak, mogłam się tego domyśleć – zadrwiła. – Mówiłam ci już wczoraj, że nie będziesz nam rozkazywał. Uznałam, że Cassie potrzebuje przerwy w tym szaleństwie, dlatego pozwoliłam jej pójść na randkę.

– Na randkę z facetem, którego nawet nie znasz!

– Dean – warknął Sam.

– A ty się nawet nie odzywaj, zdrajco!

– Wątpię, aby Cassie chciała mnie okłamać – powiedziała Jo, zabierając się do jedzenia. – Nie jest tobą, Dean.

Odsunąłem z hukiem talerz od siebie i odchyliłem się niebezpiecznie na krześle. Ta rozmowa podniosła mi ciśnienie. Czy oni naprawdę nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji? Cassie nie miała żadnych umiejętności, nawet cholernej broni! Jak mogłaby się obronić przed jednym wampirem, a co dopiero całym gniazdem?

– Ustalmy coś, Jo – warknąłem. – Dopóki mam ją chronić, nie będziesz kwestionowała moich rozkazów. Cassie ma siedzieć w domu i gówno mnie obchodzi, czy jest zmęczona tym syfem, czy nie.

– Bardzo ładna przemowa – mruknęła rozbawiona Harvelle. – Ale chyba ktoś tu się zapomniał. – Pochyliła się nad stołem i słodko uśmiechnęła. Poczułem gulę w gardle, bo doskonale wiedziałem, co to oznacza: miała zamiar wytoczyć mi wojnę. – Dopóki żyję, nikt nie będzie mówił mi, co mam robić. Nie pozwoliłam na to mojej matce, więc tym bardziej nie pozwolę na to tobie, dupku.

Również nachyliłem się nad stołem.

– Cassie nie jest urodzonym łowcą, rozumiesz? Zginie szybciej niż sądzisz. Naprawdę chcesz mieć jej krew na rękach?

– A od kiedy obchodzi cię jej los, Dean? Ostatnim razem jakoś niespecjalnie rzuciłeś się jej na pomoc, gdy cię potrzebowała.

Zacisnąłem zęby.

– Jo – wycedziłem, zaciskając dłonie w pięści.

– No co, Dean? Nie mam racji? – zapytała słodko.

Miałem ochotę ją rozszarpać, ale w kuchni pojawiła się zaspana, uśmiechnięta Cassie. Zerknęła na nas z konsternacją, chyba próbując ocenić, o co poszło i czy powinna w ogóle brać w tym udział.

– Dzień dobry – powiedziała radośnie Jo. – Opowiadaj, jak było na randce!

„Niech mnie ktoś zabije" – pomyślałem, wbijając ostre spojrzenie w Harvelle.

– Jo – mruknęła zawstydzona Cassie. – Chyba wolałabym najpierw coś zjeść, bo jestem głodna.

– Siadaj i opowiadaj, mówię serio. – Jo wstała i podeszła do blatu. – Zaraz dam ci śniadanie.

Cassie niechętnie opadła na krzesło naprzeciw mnie. Miałem idealny widok na jej zarumienioną twarz. Poczułem tylko wzbierającą irytację.

Kim był ten facet?

– Nie ma mowy – powiedziała cicho. – Nie jesteśmy same – dodała jeszcze ciszej.

– Jesteśmy jak rodzina, co nie, Dean? – odezwał się Sam, klepiąc mnie mocno w plecy. – Mojemu bratu bardzo nie spodobało się, że wczoraj wyszłaś bez jego zgody, więc potrzebuje dowodów, że byłaś na prawdziwej randce.

Cassie otworzyła szeroko oczy, wpatrując się we mnie bez słowa. Starałem się wytrzymać to spojrzenie, ale to ona pierwsza odwróciła wzrok, a jej policzki stały się jeszcze bardziej czerwone.

– Kto to jest? – zapytałem. – Bo chyba możemy poznać jego imię.

– Dean!

Zmroziłem brata wzrokiem. W odpowiedzi pokręcił tylko głową, jakby mnie nie rozumiał. Tu nie było nic do rozumienia! Cassie postąpiła lekkomyślnie i miałem zamiar jej to udowodnić.

– Cassie?

Ponownie na mnie spojrzała i westchnęła cicho.

– Killian.

Zamrugałem, starając się zachować powagę.

– Ki... co?

Sam wywrócił oczami.

– Dean, serio? – mruknął. – Imię jak imię. – Wzruszył ramionami. – Przynajmniej oryginalne.

– Otóż to, mało spotykane – stwierdziła Jo. – Jaki jest?

– Miły, opiekuńczy i wyrozumiały – odpowiedziała szybko Cassie.

Na jej twarzy automatycznie pojawił się uśmiech, który uderzył w moje serce. Nigdy nie widziałem, żeby tak się uśmiechała. Powtórzyłem w myślach jej słowa i zrozumiałem, że te cechy charakteru w ogóle do mnie nie pasowały. Poczułem coś na kształt rozczarowania.

– A potrafiłby cię obronić? – zapytałem.

Cassie zgarbiła się na krześle, a jej twarz zrobiła się wręcz purpurowa. No bez jaj!

– Jest umięśniony i silny – wyszeptała.

Dosłownie: bez jaj!

– Jak się poznaliście? – odezwał się Sam.

Podziękowałem mu spojrzeniem.

– Też jestem ciekawa – mruknęła podekscytowana Jo, stawiając przed przyjaciółką talerz z naleśnikami. Usiadła szybko na krześle i popatrzyła z ekscytacją na Cassie. – No dalej, opowiadaj!

– Pod koniec mojego pobytu w szpitalu – odpowiedziała niepewnie. – Odwiedzał swojego ojca. Pomylił sale i... tak się poznaliśmy.

Zmarszczyłem brwi.

– I tak po prostu do ciebie zagadał? – zapytałem zaskoczony.

– Byłam dość blada, więc od razu chciał wzywać pielęgniarki, bo myślał, że mi się pogorszyło. – Odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się do siebie. – Mówiłam, że jest opiekuńczy.

Popatrzyłem na Jo i prychnąłem pogardliwie. Praktycznie rozpływała się przy stole, wpatrując się w przyjaciółkę z uśmiechem. Kątem oka zerknąłem w stronę Sama. Ten pajac też się uśmiechał.

Co jest z nimi nie tak?

Nie kupowałem tej historyjki. Taki koleś nie byłby zainteresowany Cassie. Nie uważałem jej za brzydką, ale jej niezdarność była mało pociągająca – wręcz odstraszająca.

– A on wie o tym, że czasami lubią ci się przydarzać różne... rzeczy?

Cassie zamrugała.

– Nie ma problemu z moją niezdarnością – odpowiedziała hardo. – Wie o... wielu przykrych zdarzeniach.

Opadła mi szczęka.

– Że jak?!

– Wow – mruknął z uznaniem Sam. – Czyli to nie była taka randka w ciemno, prawda?

– No nie – przyznała Cassie. Popatrzyła znacząco na Jo. – Koniec przesłuchania?

Wiedziałem, że dłużej nie wytrzymam, dlatego postanowiłem zapytać o jeszcze jedną rzecz.

– A kiedy możemy go poznać?

Poczułem na sobie spojrzenie brata, ale zgromiłem go wzrokiem.

– Będziesz grzeczny? – zapytał rozbawiony.

– My na razie tylko się spotykamy – odpowiedziała szybko Cassie, ale jej głos brzmiał bardzo niepewnie. – Nie chcę go wystawiać wam na pożarcie.

– Przecież ja go będę uwielbiać – żachnęła się Jo, gwałtownie prostując się na krześle. – Troszczy cię o ciebie, a to jest takie... słodkie.

– Czy ktokolwiek jeszcze, poza mną, pamięta w ogóle o tym, że na Cassie polują wampiry i wiedźmy? – zapytałem wkurzony, całkowicie burząc miłą atmosferę. – Jesteś pewna, że możesz ufać temu facetowi?

– On nie wie o was.

– Bo tak ci powiedział? – zadrwiłem.

– Dlaczego miałabym mu nie wierzyć, Dean? – W oczach Cassie zapłonął ogień, aż jej rysy twarzy się wyostrzyły. – Nie zamierza mnie skrzywdzić. Nigdy nie byłby do tego zdolny.

Jej głos też zabrzmiał jakoś inaczej.

Wszyscy przy stole odchylili się na krzesłach, a Cassie gwałtownie zamrugała i wzięła głęboki oddech. Zachowywała się tak, jakby sama nie rozumiała, co się stało. Znałem to spojrzenie. Tak samo patrzyła na mnie wtedy w bunkrze, gdy miała wspomnienia.

Zerknęliśmy na siebie z Samem w tym samym momencie.

Sytuacja zaczęła wymykać nam się z rąk, a my wciąż nie mieliśmy żadnego planu.

۞

Wracaliśmy z powrotem do Minnesoty. Wzburzony, co chwilę przekraczałem prędkość, więc Sam nie mógł powstrzymać się od kąśliwych komentarzy. Wszystkie nawiązywały do Cassie. Jakbym był zdolny do zazdrości o dziewczynę, której nawet nie lubiłem! Dobra, może nie aż tak. Cassie była bardzo miła i delikatna, ale kompletnie nie w moim typie. Wiedziałem, że jej pojawienie się w naszym życiu zwiastuje kłopoty. Zaczęło się od tej przeklętej niezdarności i pociągnęło za sobą całą masę innych rzeczy.

– Czy Bobby się do ciebie odzywał? – zapytałem, nie odrywając wzroku od jezdni.

– Jeszcze nie, ale wątpię, aby miał dla nas dobre wiadomości. Ktoś zaciera ślady, Dean. Te wiedźmy, które znaleźliśmy w tym opuszczonym kościele nie miały wypalonych oczu, rozumiesz? To musiała być sprawka jakiegoś łowcy.

– Ale skąd nagle tyle czarownic? Przecież one nie lubią się afiszować. – Skrzywiłem się. – Rowena jakoś nie tęskni za czasami palenia na stosie.

– Rowena jest starsza niż większość czarownic.

– Bo swoje rówieśniczki zdążyła zabić – przypominam mu.

Sam zaśmiał się ponuro.

– Fakt, ale... nie sądzisz, że to może mieć coś wspólnego z Cassie?

Zamrugałem.

– Dlaczego?

Mój brat westchnął ciężko. Wiedziałem, że na mnie patrzy, więc na krótką chwilę nasze spojrzenia się skrzyżowały.

– Doskonale wiesz, że nie podobają mi się twoje teorie – powiedziałem chłodno.

– Tobie wiele rzeczy się nie podoba – oburzył się. – Randkująca Cassie to dla ciebie koniec świata, a co dopiero kilka niewyjaśnionych spraw.

Zerknąłem na niego kątem oka. Ten idiota znowu się ze mnie nabijał.

– Ale serio, Sam? Kto normalny daje dziecku na imię Killian? – wyrzuciłem z siebie z odrazą. – Przecież to brzmi bardzo źle!

– Nawet go nie znasz – przypomina.

– Nie muszę. – Wzruszyłem ramionami, jakby to faktycznie mnie nie obchodziło. – To dupek.

– Dlaczego tak uważasz?

Pokręciłem głową, bo naprawdę nie widziałem sensu w tej rozmowie.

– Bo Cassie jest łatwowierna. Facet ma nierówno pod sufitem. Jest miły, ale tak naprawdę zależy mu na czymś innym. A ona mu to da, bo jaki jest? – Spojrzałem na Sama znacząco. –Miły!!!

– Przesadzasz – mruknął rozbawiony Sam. – Po prostu twoje ego cierpi, bo Cassie w ogóle nie jest tobą zainteresowana.

Gwałtownie przyspieszyłem, całkowicie ignorując głośny śmiech brata. Niech sobie myśli, co chce. Idiota!

– Serio, Dean? Przecież od początku byłeś dla niej okrutny. Naprawdę myślałeś, że pomimo wszystko spojrzy na ciebie łaskawszym okiem?

– Koniec tematu – warknąłem.

– Dean...

– Powiedziałem: koniec tematu!

– W takim razie wróćmy do mojej teorii.

Jęknąłem. Podniosłem rękę i zerknąłem na zegarek. Do Minnesoty zostało nam jeszcze pół godziny, więc byłem skazany na wysłuchiwanie tych bredni wyssanych z palca.

– Niech ci będzie – burknąłem.

– Skoro Rowena wie, że Cassie ma coś wspólnego z rodziną Warrenów, to pewnie szuka informacji potrzebnych do złamania zaklęcia, prawda? Na pewno kogoś wtajemniczyła. – Sam zamilkł, najwyraźniej czekając na moją wypowiedź, ale milczałem. – Albo wzbudziła w kimś zainteresowanie – dodał. – To nie sezon na wiedźmy, żebyśmy znajdowali parę trupów tygodniowo.

– Z tym ostatnim akurat się zgodzę – przyznałem. – Dlatego musimy wreszcie zrealizować nasz pierwotny plan i złapać jakąś wiedźmę.

– Też tak uważam.

Uniosłem wysoko brwi i spojrzałem z uznaniem na brata.

– Wreszcie coś mądrego – pochwaliłem go.

Sam wywrócił oczami i uderzył dłońmi w uda.

– A jak się okaże, że szuka Cassie?

Poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie chciałem nawet myśleć o tej biednej dziewczynie. Szczerze wątpiłem, aby była aż tak ważna, ale nie mieliśmy innego punktu zaczepienia, dlatego musiałem zaufać Samowi – pomimo wszystko.

– To ją zabijemy, jak i każdą inną, która będzie chciała dorwać Cassie – powiedziałem cholernie poważnie. – Oby twoja teoria okazała się nieprawdziwa. Mamy już na ogonie całe gniazdo wampirów. Z paroma wiedźmami sobie poradzimy, ale jeśli to grubsza sprawa... – Odchrząknąłem. – Trzeba będzie ściągnąć Bobby'ego i poinformować innych łowców.

– A Ketch? – zapytał cicho Sam.

Znieruchomiałem, od razu zaciskając zęby.

– Po moim trupie – wycedziłem.

– Mają ludzi i broń, Dean – przypomniał. – Pamiętasz, co mówił Crowley? Coś zabija jeszcze demony. Wampiry, wiedźmy i demony – wylicza. – To już trzech wrogów, a nas jest tylko troje. Nie poradzimy sobie.

– W takim razie poszukajmy żywej wiedźmy – zarządziłem i dodałem gazu, bo przekraczaliśmy granicę stanu. – Skoro znaleźliśmy tu tyle trupów, to znaczy, że to musi być ich punkt docelowy. Przynajmniej jedna z nich musiała ujść z życiem.

– Tylko, Dean, nie trać panowania nad sobą, dobra? – poprosił Sam. – Chcemy dorwać tę wiedźmę żywą.

Posłałem mu mordercze spojrzenie.

– Lepiej uważaj na siebie, żeby znowu któraś cię nie zauroczyła – zadrwiłem.

Mój brat prychnął, patrząc na mnie wymownie.

– Mówisz o sobie?

Nie odpowiedziałem, skupiając się na drodze, bo musieliśmy szybko obmyśleć nowy plan działania. Kilkanaście trupów wiedźm niczego nowego nie wniosło do sprawy, bo gdy dotarliśmy na miejsce, policja była już na zaawansowanym etapie śledztwa. Ustalono, że to rytualne sprawy i nawet zaczęto namierzać konkretne grupy, które mogłyby być za to odpowiedzialne. Wiedziałem, że nie wpadli na to sami, czyli ktoś musiał nas ubiec. Znowu. Zawsze przed nami, do cholery.

Kim on był? Czy również szukał Cassie?

Musiałem się tego jak najprędzej dowiedzieć.

elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i fantasy, użyła 2672 słów i 15719 znaków.

3 komentarze

 
  • Convallaria

    Halo halo tu się czeka 😆😘

  • elorence

    @Convallaria tutaj rozdziały będą tylko w środy :) ❤ Niestety 😔

  • Convallaria

    @elorence o dzięki za informację. Nie będę zatem co dziennie sprawdzać 🤣🤣

  • elorence

    @Convallaria a mogłam to napisać pod rozdziałem 😅

  • Speker

    Naprawdę dodajesz często. Super, że historia wróciła do łask, ale na litość- chcę wiecej!! :lol2:

  • elorence

    @Speker jakaś taka zmiana xD Nowy rok, nowa ja - czy coś w tym stylu 😅

  • Convallaria

    Czuję niedosyt 😛😊😆

  • elorence

    @Convallaria wydaje mi się, że te rozdziały są podejrzanie krótkie 😅