Nie próbuj mnie ratować! - Rozdział 14

– Po co tu przyjechałeś? Rozumiem, że mam pójść po wiatrówkę i odstrzelić…
– Jo!
Byłem wściekły.
– To nie była nasza wina! Z nią jest coś nie tak!
– Nie pieprz bzdur! – warknęła.
– Próbowałem ci powiedzieć, że…
– Gówno mnie to obchodzi! Naraziłeś życie mojej przyjaciółki! Jeśli coś by jej się stało…
Uniosłem dłonie, próbując pokazać jej, że wcale nie uważam się za niewinnego. Sam zadzwoniłem do Bobbiego i poprosiłem o pomoc, ale nie przewidziałem, że kolejna próba grzebania w głowie Cassie może się aż tak źle skończyć. Z góry założyłem, że dziewczyna nie ma nic wspólnego z naszym światem. Spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka, a teraz jeszcze miałem na głowie rozwścieczoną diablicę.
– Wiem, Jo… Wiem!
Zmrużyła gniewnie oczy.
– Skoro wiesz, to dlaczego zabrałeś ją w tajemnicy do Bobbiego?! – wrzeszczała. – To było do przewidzenia, że się dowiem!  
– Jo…
– Nie, Dean! Ledwo się powstrzymuję, aby nie odstrzelić ci tego pustego łba!
Chciałem zacząć rozmowę zupełnie inaczej...
– W Cassie jest wiedźma! – wyrzuciłem z siebie na jednym oddechu.
Wciągnęła ostro powietrze do płuc, patrząc na mnie jak na idiotę.
– Co…
– Próbowałem ci powiedzieć już wcześniej!  
– To niemożliwe… – mruknęła pod nosem.
– No nie mów – zakpiłem. – Jak fajtłapa może mieć taką moc? I dlaczego ją ukrywa?
Jo parsknęła śmiechem.
– Cassie nie jest żadną wiedźmą, idioto.  
– A rodzina Warrenów? Tamten dom? Ten medalion? – Spojrzałem na nią znacząco. – Nie uważasz, że jest tego już trochę za dużo? Dziewczyna ewidentnie coś ukrywa.  
– Wiesz, co ukrywa? – warknęła. – Rozmawiała z Naczelnym, rozumiesz? To on spuścił z niej krew! Chciał, żeby umarła…  
Zesztywniałem.
– Co, kurwa?!  
Zamknęła usta i nieznacznie się skrzywiła.
– Miałeś się nie dowiedzieć.
– Naprawdę? – zadrwiłem, ledwo nad sobą panując. – Co jest grane, do diabła?!
– Naczelny zlecił porwanie Cassie. Wzięli mnie… – Jo wzięła głęboki wdech. – Zabrali mnie przez czysty przypadek.  
– Jaki Naczelny? O co chodzi?!
Czułem się tak, jakby ktoś uderzył mnie czymś ciężkim prosto w głowę. Nie potrafiłem zebrać myśli, bo nie przypuszczałem, że mogę zostać okłamany w tak ważnej sprawie. Jo niczego nie ułatwiała. Gapiła się na mnie, co chwilę zerkając w stronę pokoju, w którym leżała Cassie. Wyglądała na spanikowaną. Nie zamierzałem odpuścić.
– Czyj to był pomysł? – zapytałem zimno, chociaż znałem odpowiedź.  
Jo westchnęła, przeczesując dłońmi włosy.  
– To wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli – mruknęła. – Powinieneś wiedzieć.  
Coś mi nie grało. Od kiedy Jo tak szybko się uspokajała?  
– Przestań chrzanić i mów, co jest grane!
Już otwierała usta, ale ubiegła ją Cassie. Stanęła na progu, przytrzymując się ściany. Była blada i posiniaczona. Wiedźma, która była w niej uwięziona, odstawiła prawdziwy teatrzyk. Jak tylko straciłem przytomność, to Sam i Bobby musieli jakoś ją uspokoić, co nie było wcale łatwe.  
– Przepraszam, Dean – wychrypiała.  
Zgromiłem ją wzrokiem, chociaż poczułem się jak dupek.  
– Nie sądziłam, że to będzie takie ważne – broniła się. – On mówił dziwne rzeczy… Ubzdurał sobie, że mnie zna, że chciałam mu odciąć głowę… Ja nie robię takich rzeczy.  
– Naczelny wysłał za tobą list gończy, a ty stwierdziłaś, że to nic ważnego? – warknąłem, robiąc krok w jej stronę. – Nadstawiamy karku, abyś była bezpieczna, a ty… – Pokręciłem głową z niedowierzaniem. – Son of a bitch! Jak mam się niewkurwiać z twojego powodu?!
Cassie spuściła głowę, delikatnie pochylając się do przodu. Wysiłek wymalowany na jej twarz mówił jasno, że nie ma siły już dłużej stać. Gdybym się nie wkurzył, pewnie osobiście zaniósłbym ją do łóżka. Targały mną negatywne emocje, więc wolałem trzymać dystans.  
– Dean, myślę, że Cassie powinna odpocząć – powiedział spokojnie Castiel, pojawiając się znikąd.  
Obrzuciłem go pogardliwym spojrzeniem.  
– Tak sądzisz? – warknąłem. – To dlaczego jej nie uzdrowiłeś?
Anioł odwrócił wzrok i rozluźnił krawat.  
– Nie mogę.  
– Słucham?
– Nie mogę, Dean – odpowiedział z naciskiem.  
– Bo? – syknąłem, robiąc krok w jego stronę. – Znowu straciłeś swoją łaskę przez debilne pomysły?
– Dean – warknęła Jo.  
– Czy ktoś prosił cię o zdanie? – wycedziłem. – Rozmawiam z tym dupkiem, a nie z tobą.  
Jo złapała mnie za ramię i odwróciła w swoją stronę. Prawie zabiła spojrzeniem, zatapiając palce w mojej koszulce.  
– Jeszcze raz odezwij się do mnie w ten sposób…
– I co? – rzuciłem buntowniczo, unosząc podbródek. – Zastrzelisz mnie?
– I ty się dziwisz, że nikt ci nigdy nie mówi całej prawdy?! Jesteś dupkiem, Dean. Pieprzonym dupkiem!
Już otwierałem usta, aby dowalić Jo, gdy usłyszeliśmy głośne:
– Skończcie!  
Obróciłem się i spojrzałem na przerażoną Cassie.  
– Błagam, skończcie – powtórzyła, ledwo trzymając się na nogach.  
To mnie złamało. Zacisnąłem zęby i przekląłem pod nosem.  

۞

Siedzieliśmy w bunkrze. Sam gapił się na mnie, jakby zobaczył ducha.  
– Naprawdę wierzysz, że Cassie jest opętana?
Upiłem łyk piwa.
– A czemu nie? Wszystko na to wskazuje. – Potarłem dłonią podbródek. – Bobby ma prawie stuprocentową pewność.  
– To wciąż mało – mruknął Sam, uważnie mi się przyglądając. – Ktoś rzucił zaklęcie i wymazał jej pamięć. Gdyby była w niej wiedźma, wcale nie musiałaby tego robić. Przecież miałaby nad wszystkim kontrolę.
Moja ręka z piwem zawisła w powietrzu.  
– Nie pomyślałeś o tym? – zapytał zaskoczony Sam.  
Odłożyłem butelkę i zgromiłem brata wzrokiem.  
– Wziąłem każdą ewentualność pod uwagę, ale wciąż nie wiemy, jakim cudem Cassie pozbyła się run z domu Bobbiego.  
– Może to zasługa zaklęcia obronnego? – zasugerował. – Pamiętasz, jak Cassie opowiadała o Rowenie?  
– To i tak nie ma sensu – rzuciłem.
– Tak, jak wspomnienia Cassie.  
– Skończ – warknąłem.
– Nie, Dean. One sugerują, że dziewczyna ma z nami więcej wspólnego niż sądziliśmy.  
– Gówno prawda!
– Dean…
– Nie, Sam. – Pokręciłem energicznie głową. – Ta głupia wiedźma robi z Cassie co chce. Nie wierzę, żeby tak delikatna istota była w stanie zastrzelić wilkołaka, rozumiesz?  
Sam uśmiechnął się szeroko.  
– Delikatna istota, co? – zapytał, obracając w dłoniach butelkę piwa. – Zmiękłeś.  
Odchrząknąłem i ściągnąłem groźnie brwi.  
– Odwal się – burknąłem.  
Sam parsknął śmiechem. Musiałem się powstrzymać, żeby nie oblać go piwem. Drań, miał ubaw. Nakrył mnie na przytulaniu Cassie i od razu zaczął rzucać debilne uwagi.  
Nie bez powodu zamknęliśmy dziewczynę w celi, znajdującej się w naszym bunkrze. Chcieliśmy ją odseparować, aby wiedźma odpuściła. Nikt z nas nie przewidział, że Cassie zacznie dostawać ataki. Z jej pokrętnych wypowiedzi wywnioskowałem, że to były wspomnienia. JEJ wspomnienia. Robiła w nich rzeczy, których nie pamiętała. Była kimś innym, nie milutką, niezdarną i słodką dziewczynką.  
Przerażony, mogłem tylko próbować ją pocieszyć. Nigdy nie miałem do czynienia z takim przypadkiem. Niby Bobby założył, że wina leży po stronie wiedźmy, która opętała Cassie, ale jakoś nie byłem do końca przekonany. Cały czas coś mi nie pasowało, ale nie zamierzałem o tym wspominać Samowi ani nikomu innemu. Sprawa, na pierwszy rzut oka, wydawała się prosta, jednak miałem parę “ale”. Dlaczego ktoś mógłby zainteresować się taką dziewczyną? Dlaczego wiedziała o rodzie Warrenów i medalionie? Dlaczego miała nieprawdziwą kartotekę? Kim była Doris, która się nią opiekowała przez tyle lat?  

۞

Stałem w kuchni i przyglądałem się uważnie Cassie. Próbowała zmywać naczynia, chociaż wciąż powinna odpoczywać. Pozwoliłem jej na to, bo Jo traktowała ją jak kalekę. Im szybciej dziewczyna wróci do siebie, tym prędzej zaczniemy szkolenie, aby stała się łowcą. Wcześniej byłem temu przeciwny, ale skoro miała na głowie Naczelnego, to musiałem się ugiąć. Niestety.  
– Nie musisz mnie niańczyć – powiedziała, zerkając na mnie przez ramię. – Radzę sobie, jak widać.  
– Bardzo opornie – sprostowałem. – Nie przemęczaj się, bo Jo mnie zabije.  
– Cud, że ostatnio ci odpuściła.
– Bo cię pilnuję.  
Puściłem do niej oko, a ona szybko się odwróciła, cała zarumieniona. Wziąłem głęboki wdech, bo chyba oszalałem. Od kiedy z nią flirtowałem? Podrapałem się w głowie, stwierdzając, że to pewnie wina uderzenia. Normalnie nie odstawiałbym takich akcji.  
– Jak się czujesz? – zapytałem, starając się brzmieć neutralnie.  
– Bywało lepiej.  
– Wiesz, że jak tylko wyzdrowiejesz, to wracamy do szkolenia?
Znieruchomiała.
– I nie masz żadnego “ale”? – zapytała, odkręcając kurek z wodą. Opłukała ręce i odwróciła się w moją stronę. – Wcale ci nie przeszkadza, że znowu coś zepsuję?
Westchnąłem ciężko.
– Liczę, że tego nie zrobisz.  
– A jeśli zrobię?
Co za zestaw pytań!  
– No cóż, to może sprawić, że będę niemiły.
– I myślisz, że to coś zmieni? – Uniosła brew. – Naprawdę sądzisz, że jeszcze chcę być jednym z was?
– A jak obronisz się przed Naczelnym?
Wzruszyła ramionami.  
– Nie wiem… Może założył, że umarłam?
– Wybiliśmy wszystkie wampiry z tamtego gniazda. Myślisz, że się nie zorientuje? On nie jest głupi. Ma pod sobą wielu krwiopijców, którzy będą próbowali cię znaleźć, bo taki właśnie dostaną rozkaz. I co zrobisz? – warczę. – Jeśli będziemy w pobliżu, to ci pomożemy, ale co, jeśli nas nie będzie? Pomyślałaś o tym?
Cassie odwróciła wzrok. Podszedłem do niej i złapałem ją za podbródek, zmuszając, aby na mnie spojrzała.  
– Słyszałaś?
Niechętnie na mnie spojrzała, a na jej policzkach znowu pojawiły się rumieńce. Zacisnąłem zęby. Nie podobało mi się, że znowu przekroczyłem granicę.  
– Tak – szepnęła.  
– I od teraz zaczniesz nam wszystko mówić?  
Pokiwała głową.
– Wszystko? – dopytywałem. – To ważne, Cassie.  
– Tak, Dean. – Westchnęła, wpatrując się w moje oczy. – Powiem wszystko.  
Ręka mnie zaświerzbiła, więc oderwałem ją od twarzy dziewczyny. Może wykorzystałem trochę swojego uroku, aby wymusić na niej pewne obietnice, ale nie czułem się z tym źle. Rumieńce Cassie mile połechtały moje ego.  
Ale dobrze, że nie widziała nas Jo. Po ostatnim razie, gdy leżałem w łóżku z Cassie… No cóż, nie wyglądała na zadowoloną. Niekoniecznie brała pod uwagę fakt, że jej przyjaciółka potrzebowała wsparcia i byłem jedyną osobą, którą akurat miała pod ręką. Nie, żebym narzekał. Jedynie nie chciałem, aby Cassie widziała w moim zachowaniu coś więcej niż mógłbym jej dać. Dlatego odsunąłem się od niej na bezpieczną odległość i wyciągnąłem komórkę, żeby skupić wzrok na czymś innym niż jej oczy. Chyba zrozumiała aluzję, bo wyszła z kuchni. Odprowadziłem ją wzrokiem do samej kanapy. Tam, wsunęła się pod koc i zapatrzyła w telewizor.  
Oparłem się o ścianę i westchnąłem. Chyba traciłem głowę.

464 czyt.
100%8
elorence

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i fantasy, użyła 1997 słów i 11565 znaków.

Dodaj komentarz