Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 13)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 13)***

Rozdział 13/15

*

   Choć bardzo się starałam, nie mogłam już dłużej odkładać pewnych decyzji. Nie tylko ze względu na autorkę wiadomości, która ewidentnie oczekiwała ode mnie nie jedynie grzecznościowej odpowiedzi, lecz wręcz porady, co ma zrobić z własnym życiem. Dotyczyło to także mnie samej, a pośrednio nawet mojej rodziny. Dlatego też już następnego dnia tak poukładałam sobie obowiązki zawodowo-domowe, by wygospodarować cały wieczór do własnej dyspozycji, o czym oczywiście od razu powiadomiłam Wiktorię. Skutecznie.
   Przysiadłam więc przed ekranem, wszystko zawczasu uruchomiłam i czekałam, robiąc w międzyczasie porządki na playlistach. Czego jak czego, ale aktualnie zamiast ekstremalnego nakurwu i totalnego rozpierdolu deszcz metalu potrzebowałam raczej wyciszającej kontemplacji jakimś art rockiem. Na przykład Michałkiem Staropolem, tłukącym młotkami w dzwony rurowe.
   Widok wyraźnie wymiętej Wiktorii, choć przecież nie powinien, niemile mnie zaskoczył. Po może i zagubionej oraz nieszczególnie panującej nad własnymi emocjami, ale przecież jakże radosnej i potrafiącej szczerze cieszyć się życiem dziewczynie, nie pozostał nawet cień. Bardziej cień cienia. Zgarbiona, nieuczesana, z widocznymi nawet zza grubych oprawek okularów podkrążonymi oczami, przywitała się cicho.
   – Dzień dobry, Yvaine. Czy ja naprawdę nie przeszkadzam? Bo bym nie chciała, żebyś odrywała się dla mnie od swoich spraw i zaniedbywała rodzinę. Ja sobie dam radę sama.
   Nabrałam nagle ochoty na rzucenie w nią kapciem, jednak tej usługi dostawcy sieci jeszcze nie oferowali. Niestety. Dlatego tylko odpowiedziałam. Na tyle zdecydowanie, bym nie musiała powtarzać.
   – Nie, nie przeszkadzasz. I jak jeszcze raz usłyszę takie bzdury, to ci do dupy nakopię. Jak nie dam rady przez internet, to osobiście, choćbym miała po to na drugi koniec miasta jechać. Zrozumiałaś?
   – Tak.
   – W takim razie mam prośbę: spójrz na mnie proszę. Ze mną rozmawiasz, a nie z biurkiem.
   Wika podniosła wzrok, wciąż wyraźnie niepewna, co ma zrobić. Ani jak. Zadałam sobie sprawę, że pomimo całej mej irytacji nie tylko nie powinnam, ale wręcz nie mogę dłużej po niej cisnąć. Za to nie tylko powinnam, a wręcz muszę się dowiedzieć, co właściwie się stało. Dlatego uśmiechnęłam się najszerzej, jak tylko potrafiłam. Chociaż nie, może bez przesady, jeszcze bym biedaczkę spłoszyła…
   – Co się dzieje, kochana? Nie chcę się narzucać, ale przecież widzę, że nie czujesz się najlepiej. I bardzo by mi zależało… bardzo bym chciała ci pomóc. Zobaczyć tę wspaniałą, piękną Wiktorię, którą poznałam i której bardzo mi brakuje.
   – No to chyba nie mnie… – mruknęła, znów uciekając wzrokiem w okolice skarpetek.  
   – No chyba jednak ciebie – odparłam najspokojniej, jak potrafiłam, mimo że kątem oka szukałam już nie kapcia, a glana.  
   – Naprawdę? – palnęła.
   – Nie, na niby. Przecież obiecałyśmy mówić sobie prawdę, prawda?
   – Tak.  
   – Więc powtarzam: jesteś wspaniałą, piękną dziewczyną i bardzo się cieszę, że mogłam cię poznać. I powtarzam, że martwię się o ciebie. Zwłaszcza że coś czuję, że mam z twoim stanem trochę wspólnego, prawda?
   Zamiast kolejnej szybkiej odpowiedzi dostałam milczenie. Długie. Zbyt długie.
   – Nie wiem. To znaczy… i nie, i tak. Zależy, z jakim stanem.
   – Opowiesz mi o tym?
   – A muszę?
   – Nie, nie musisz. I wiedz, że do niczego nie będę cię zmuszała ani teraz, ani nigdy. Natomiast wiem z doświadczenia, że jeśli jakieś problemy mają źródło w relacjach z drugą osobą, to najlepiej jest o tym z nią porozmawiać. Nawet jeżeli nie będzie to łatwa rozmowa.
   – No bo… – Wika zaczęła powoli i cicho, ale przynajmniej zaczęła. – Bo ja się wtedy widziałyśmy w parku, to bardzo miło mi się z panią… z tobą rozmawiało, poczułam się tak dobrze i myślałam, że może… ale nie, nie… to głupie było… – wymamrotała, odwracając wzrok. – Źle zrobiłam.
   – Nie, nie zrobiłaś. Prędzej to ja powinnam się opanować, a nie zachowywać jak jakaś napalona nastolatka.
   – Napalona? – Wiktoria aż pisnęła. – A ja myślałam, że tylko mnie tak… To ty też poczułaś…
   – Wiktorio, proszę!
   Tak, powinnam się opanować. I wtedy, i teraz. Zwłaszcza teraz, skoro wtedy mi się nie udało. Dlatego poprosiłam gestem ręki o chwilę do namysłu, odetchnęłam i zaczęłam najspokojniej, jak tylko umiałam. Oby tym razem skutecznie…
   – Tak, Wika, poczułam, coś co ciebie. Coś, na co nie byłam przygotowana i czego nie potrafię zrozumieć do dzisiaj. I to do mnie możesz mieć pretensje za to, co się wtedy stało, a nie do siebie. Rozumiesz? Nie chcę, żebyś się o cokolwiek obwiniała! Powtórzę, że chociaż krótko się znamy, to uważam, że jesteś jedną z najwspanialszych osób, jakie kiedykolwiek poznałam i nie pozwolę, żebyś miała być przeze mnie nieszczęśliwa!  
   – Chciałabym. Bardzo bym chciała – westchnęła smutno – ale nie potrafię. Tyle razy próbowałam i chyba naprawdę nie umiem.
   – Nie umiesz? A może tylko nie dostałaś szansy, żeby naprawdę pokazać światu, co potrafisz i ile jesteś warta? – rzuciłam mądrością rodem z kołczingu za 4,99 po promocji.
   – A może dostałam, tylko ją koncertowo spieprzyłam? I tak za każdym razem? – odpowiedziała znacznie agresywniej, niż się tego spodziewałam.
   Tym razem to ja zastanowiłam się nad odpowiedzią. Także dłużej niż bym się spodziewała. I chciała. Już teraz ta rozmowa ledwie się kleiła, a co dopiero będzie, jak wreszcie przejdziemy do sedna? Niemniej postanowiłam postawić wszystko na jedna kartę.
   – Nie, nie za każdym, Wiktorio. Powiedziałabym raczej, że dajesz sobie radę lepiej niż większość ludzi, których znam. I to pomimo wszystkich przeciwności, z jakimi musisz na co dzień się zmagać. Do tego jesteś naprawdę zadbaną, niezwykle seksowną dziewczyną i może sama tego nie widzisz, ale jestem pewna, że niejeden kawaler się za tobą ogląda! A może i kawalerka, kto wie?
   Stężenie tanich dowcipasów przegięło nawet moją prywatną, już dawno przegiętą pałkę, ale skoro silenie się na delikatność nie pomogło, to innego co mi zostało? Niestety, najwyraźniej i tym razem trafiłam odłamkowo-burzącym w sławojkę, bo Wika znów zamknęła się w sobie. Dlatego postawiłam wszystko na jedną kartę i zagrałam va banque.
   – Ja się na przykład oglądam, jeśli jeszcze nie zauważyłaś.
   Przez moment myślałam, że się rozłączy, ale wreszcie podniosła oczy. O ile dobrze zauważyłam, nie do końca suche.
   – Bo ja… Ja już nie mam siły! Za co się nie wezmę, to muszę spierdolić!
   Pierwszy raz usłyszałam przekleństwo z jej ust. Odruchowo aż miałam ochotę ją zganić, ale bez, motyla noga i kurcze pióro, przesady. Nie byłam ani jej matką, ani babką, ani tym bardziej żadną świętoszkowatą nauczycielką. Postanowiłam więc zmilczeć i słuchać. Tak po prostu.
   – Mów proszę. Wysłucham cię – poprosiłam najczulej, jak tylko potrafiłam. Niewykluczone, że bardziej niż wspomniana matka, babka i nauczycielka razem wzięte.  
   – Ale co mam mówić?
   – Co chcesz. Najlepiej wszystko.
   – A jak nie chcę?
   – To zależy tylko od ciebie.
   – A jak mnie nie zrozumiesz?
   – Przynajmniej spróbuję.
   – I nie powiesz, że się nad sobą użalam, a przecież nie powinnam, bo jestem taka super i w ogóle?
   – Tego nie wiem, Może powiem, a może nie. To też przede wszystkim od ciebie będzie zależało.
   Wiktoria znowu przerwała i znowu uciekła wzrokiem gdzieś w niedający się dokładniej zdefiniować punkt. A ja znowu próbowałam nie nakopać jej do dupy przez internet.  
   – No dobrze, skoro chcesz… Pewnie znowu powiesz, że przesadzam, ale ja naprawdę robię wszystko, żeby cieszyć się tym, co mam, żeby doceniać to, co osiągnęłam. Długo nie mogłam się pogodzić ze swoją… niepełnosprawnością – wycedziła chłodno, ewidentnie walcząc z użyciem jakiegoś eufemizmu – ale jakoś w liceum dotarło do mnie, że to nie ma sensu. I tak nigdy nie będę zdrowa i nic temu nie pomoże: ani rehabilitacja, ani żadne operacje za miliony. Ale w końcu zrozumiałam, że nie mam na to żadnego wpływu i inna i tak nie będę…  
   – Bardzo słusznie! – rzuciłam kolejną zbędną uwagą z wiadomej części ciała.
– …tylko że chciałam czegoś więcej niż większość z tych osób, z którymi miałam na co dzień do czynienia. Znałam mądre, naprawdę piękne, a nie takie jak ja dziewczyny, które siedziały zamknięte w czterech ścianach. Miałam fantastycznych kolegów, którzy zawsze się uśmiechali, umieli pocieszyć albo w czymś doradzić, a potem nagle zaczynali mieć do mnie pretensje, że ja coś tam jednak widzę, a oni nie i pewnie się czuję przez to lepsza. Bo pewnie nie wiesz, ale tak czasami jest, że niektóre osoby niedowidzące traktują tych całkiem niewidomych jak gorszych od siebie, i w takim razie ja też na pewno tak będę robiła. I najlepiej, to żebym sobie poszła do tych „normalnych”. A przecież to nie moja wina! Ja sobie tego nie wybrałam ani dla siebie, ani dla nich! Zawsze starałam się im pomóc, jak tylko mogłam, a potem tylko dostawałam za to po dupie. Od nich, bo źle odebrali moje chęci, od nauczycieli, bo uważali, że się narzucam, od rodziców, bo ich zdaniem niepotrzebnie tak się angażowałam dla innych…
   Widziałam, że Wika ledwo się trzyma, lecz tym razem postanowiłam nie komentować. Ani tym bardziej o nic nie pytać. Pozwoliłam jej napić się herbaty (czy co tam miała w kubku, choćby nawet czysty spirytus albo i benzynę z prymusa), odetchnąć i powrócić do rozmowy wtedy, gdy sama uzna za stosowne.
   – W sumie, jak się nad tym zastanowić, to mieli rację. Skoro mimo wszystko nie jestem taka zupełnie ślepa, to powinnam przecież bardziej samodzielna i sobie poradzę, prawda? – zapytała samą siebie. – No to się uparłam, że w takim razie będę robiła wszystko sama! Gotowała, prała, robiła zakupy, nauczę się porządnie obsługi komputera, będę chodziła do pracy i zarabiała tyle, żeby się utrzymać bez niczyjej pomocy! Udowodnię, że nie jestem gorsza! – uniosła się. – I myślisz, że co?
   – Sama mi powiedz – odpowiedziałam dyplomatycznie.
   – A gówno! Nikogo to nie obchodziło! Ani w domu, ani w szkole, ani nigdzie indziej. Jeszcze następne pretensje do mnie mieli. A rozmów kwalifikacyjnych to albo nie miałam wcale, albo do jakiejś pracy chronionej przy pakowaniu makaronu, no bo przecież jestem niepełnosprawna i takie „zwyczajne” stanowiska to nie dla mnie. W końcu udało mi się zahaczyć przez kuzyna, bo w jego firmie szukali sekretarki, ale i tak dobrze wiedziałam, że znowu jakby nie czyjaś pomoc, to z nic bym nie osiągnęła.  
   – Nie mów tak! – postanowiłam skończyć z wcześniejszą dyplomacją, nie mogąc już dłużej wytrzymać. – Przecież „zwyczajni” ludzie… co to w ogóle za określenie jest? Albo „normalni”? A co ty, nienormalna jesteś? Popierdolona jakaś? – nie bez powodu rzuciłam ciężkim słowem. – Poza tym każdy może mieć problemy ze znalezieniem pracy, nie radzić sobie w domu, co tam jeszcze chcesz. I co to w ogóle są za porównania? Wiesz, ile czasu ja byłam bezrobotna po ciąży? Zwłaszcza drugiej, bo przecież jak miałam dwójkę małych dzieci, to na pewno będę brała wolne dwa razy częściej niż taka, co ma jedno, że nie przyjdę w Wigilię, w sylwestra, na rozpoczęcie roku i tak dalej. Nie docierało do tych byznesmenów z bożej łaski – tym razem celowo wtrzymałam się z cięższymi inwektywami, bo gdybym się rozkręciła, nawet pan kapitan na podsłuchu w końcu by nie wytrzymał – że dzisiaj większość papierkowej roboty mogę ogarniać z fotela w salonie, przy użyciu klawiatury i ewentualnie telefonu. No ale nie, przecież muszę przyjść, odbić się u ochrony i potem siedzieć bez sensu za biurkiem osiem godzin, żeby dyrektorek widział! I tak, mnie też znajomy pomógł i chociaż na początku było mi głupio z tego powodu, to dzisiaj naprawdę nie uważam, żebym miała się tego wstydzić. Bo wszyscy pitolą o wyrównywaniu szans, o uczciwym traktowaniu, o otwartości, ale jak przychodzi co do czego, to zamiast matki może i z dzieckiem, ale też z kwalifikacjami i doświadczeniem, zatrudnią jakąś Swietłanę, co się podpisać równo nie potrafi, za to będzie zaiwaniała dwajścia cztery na siedem bez umowy! Albo w ogóle AI się tym zajmie, bo przecież to jest przyszłość, kurwa jej mać!
   Może nawet i dobrze, że się jednak odpaliłam, bo pierwszy raz od początku rozmowy zauważyłam na twarzy z ekranu coś na kształt uśmiechu. Ostatecznie lepiej z takiego powodu, niż żadnego. Korzystając więc z okazji, postanowiłam kolejny raz zachęcić Wikę do dalszych zwierzeń. Bo że jeszcze nie skończyła, byłam bardziej niż pewna, a i sama miałam zamiar dowiedzieć się paru rzeczy. Bez porównania ważniejszych dla naszej relacji niż to, jakie Wika ma koleżanki, kolegów, zwierzęta domowe i inne szkodniki.
   – Ale dobra, dość o mnie, bo znowu się rozgadałam, a przecież to ty jesteś najważniejsza!
   – A jak nie jestem? – fuknęła.
   – A czemu miałabyś nie być?  
   – Bo ja… Przecież mówiłam, że próbowałam. I nic. Za każdym razem. Nieważne, co zrobiłam, i tak zawsze się okazywało, że albo to było za mało, albo za bardzo, albo w ogóle nie tak, jak powinnam. To jak w tym memie: „dwie przyczyny moich problemów: 1. Niepotrzebnie przemilczałam sprawę, 2. Niepotrzebnie się odezwałam”.
   Wika wzruszyła ramionami. Ja strzeliłam karpia.
   – Eee… To ty umiesz w memy?
   – No właśnie… – westchnęła.  
   – Ja… przepraszam, nie miałam nic złego na myśli…
   – Jak wszyscy. Nikt nigdy nie ma – podsumowała ni to ze złośliwością, ni to smutkiem. – A na końcu i tak to ja zostawałam sama. I rozumiem, że nie jestem jakąś idealną partią, że mam te swoje problemy ze zdrowiem, że jestem brzydka i tak dalej, ale też nie oczekuję cudów! Nie oczekiwałam jakiegoś księcia z bajki, co nagle się we mnie zakocha, ale… ale…  
   Głos jej się załamał. Chciałam jakoś szybko odpowiedzieć, lecz także nie byłam w stanie. Każde słowo, którym pragnęłam ją teraz wesprzeć, byłoby fałszywe. Mogłam kłamać, że przecież była kandydatką na Miss Universe, a te wszystkie dupki były nie dość, że ślepe, to jeszcze durne i na nią nie zasługiwali, no i oczywiście powinna starać się aż do skutku, bo na pewno za rogiem czeka wielka miłość.
   Otóż nie. To tak nie działało. I dość poznałam w życiu przykładów na potwierdzenie tej tezy. Niestety. Fantastycznych facetów i zajebiste laski, będące singlami i singielkami wcale nie z wyboru. Spędzającymi samotne wieczory przed ekranem telewizora, monitora, telefony. Zażerającymi frustracje pudełkiem lodów, zapijającymi winem, zagrywającymi graniem w gry, co kto lubił. Wypłakującymi się w poduszkę, gdy nikt nie patrzał. Bo wiadomo: samotny mężczyzna to pewnie mamusikróliczek albo kryptopedał, a kobieta to wyrachowana sucz z wymaganiami z sufitu. I jakby tylko chcieli, to…
   – A tam, pieprzenie! – rzuciłam bez zastanowienia.
   – Co?
   – Pieprzenie! A jak chcesz, to nawet pierdolenie! O Szopenie! – powtórzyłam, idąc za ciosem. – To nie jest twoja wina, że ludzie to debile i nie widzą w tobie tego, co powinni! I tego, co ja widzę! Jesteś wrażliwą, inteligentną dziewczyną na poziomie i szkoda by cię było dla jakiegoś skończonego dupka, który nie potrafiłby tego docenić! A jak ktoś ci powie, albo chociaż da do zrozumienia, że jesteś brzydka, to… to daj mi znać, a tak łacha obsmaruję w opowiadaniu, że się zesra z wrażenia! O!
   Aż się zapowietrzyłam. Też z wrażenia. A jak wreszcie złapałam oddech… zachciało mi się śmiać. Najbardziej ze mnie samej i mych rozemocjonowanych reakcji, godnych napalonej nastolatki. Chociaż może to i dobrze? Ostatecznie wolałam to, niż kolejne użalanie się nad Wiką, nad sobą, nad całym światem
   – Naprawdę myślisz, że jestem ładna? – Wiktoria zmieniła i temat, i przede wszystkim ton.  
   – Mnie się podobasz – odpowiedziałam w sposób, na jaki pozwalała mi uczciwość tak wobec siebie, jak i jej.
   – A czy… a czy jakbym się postarała… nie wiem, jak to powiedzieć…
   – Najlepiej wprost – rzuciłam.
   Tak, rzuciłam. I zrozumiałam, co zrobiłam, dopiero jak doleciało.  
   – Bo ty… ty też mi się podobasz, Yvaine! Ja… ja nie czułam czegoś takiego do innych kobiet… może kiedyś do koleżanki z klasy, ale to było dawno i nieprawda, a potem zobaczyłam ciebie wtedy w parku i… – kontynuowała, czerwieniąc się z każdym kolejnym słowem. – A jak to właśnie dlatego nie udawało mi się z chłopakami? Jak zawsze oglądałam się nie na tych, co trzeba? Bo ja… ja chyba… – westchnęła tak głośno, aż firanki zatrzepotały – ja się w tobie zakochałam!
   To już nie było zapowietrzenie, a wpadnięcie pod rozpędzonego TIRa. Z dwojga złego lepiej niż pod tramwaj, bo te lubiły głowy odcinać, tyle że marne było to pocieszenie.  
Jak miałam zareagować na to wyznanie? Co zrobić? Czego nie zrobić? W jaki sposób postąpić, by skończyło się co najwyżej na zapłakanych poduszkach, a nie skandalu na pół miasta? Oczami wyobraźni już widziałam te nagłówki: „Skandal! Perwersyjna matka uwodzi niepełnosprawną dziewczynę! Dość niszczenia rodzin, dość lewackiego upadku obyczajów, dość strzelania i rozpusty, dość wszystkiego!”. Niby wcześniej rozważałam teoretyczną możliwość, że nasza relacja może podążyć w takim kierunku, lecz czym innym było jedynie zastanawianie się – a nawet robienie sobie ukradkiem dobrze, czemu też zaprzeczyć nie mogłam – a innym branie w niej udziału. Bardzo aktywnego.
   Co jeszcze gorsze, słowa siedzącej naprzeciw mnie dziewczyny były… No schlebiały mi, co miałam powiedzieć? Oczywiście byłam całkowicie świadoma byciem obiektem zachwytów małżeńskich, ale to było co innego! Czułam się już nie jak żona i długoletnia partnerka, której wybranek zdążył poznać każdy kawałeczek ciała z każdej możliwej strony, a bardziej niewinna dziewuszka, opierająca się co najwyżej na domysłach. Dotyczących cielesności zarówno Wiktorii, jak i własnej, bo przecież poza ową jednorazową studencką przygodą moje kobieco-kobiece kontakty intymne nigdy nie wyszły poza wspomniane fantazje. I stawiałam Krugerrandy przeciw Dogecoinom, że gdyby Wiktoria nie była dokładnie TĄ, jedyną w swoim rodzaju Wiktorią, nigdy nawet nie pomyślałabym o choćby hipotetycznej możliwości przejścia od słów do czynów.  
   – A co, jeżeli nie będę mogła odwzajemnić twoich uczuć? – wychrypiałam, próbując zyskać choć trochę czasu.
   – Nie wiem – odpowiedziała Wika, po czym dodała już nieco pewniej, lecz wciąż równie smutno. – Widocznie ja tak już mam, że osoby, do których coś czuję, nigdy nie będą moje… Przepraszam, chciałam powiedzieć, że nie moje w takim sensie!
   – Rozumiem. I nie gniewam się. Uwierz, że dla mnie to też jest trudne. Mam rodzinę, męża, dzieci, obowiązki rodzinne, zawodowe, długo by wymieniać. Co prawda mamy dzisiaj czasy, jakie mamy i nawet osobiście znam osoby, które skaczą z kwiatka na kwiatek i niespecjalnie przejmują się konsekwencjami, ale ja taka nie jestem. Poza tym… boję cię o ciebie, Wiktorio.
   – O mnie? – zapytała szczerze zdziwiona.
   – Tak. O ciebie. O twoją przyszłość. O to, czy poradzisz sobie z tym, co czujesz i tym – przerwałam na moment, nie chcąc być zbyt dosłowna, jednak natura pozbawionej hamulców amatorskiej pisarzyny erotycznej wzięła górę – czego pragniesz. Jeżeli dobrze zrozumiałam, twoje kontakty… intymne nie są zbyt bogate, a obie wiemy, jak to by się między nami skończyło. I co wtedy? Będę dla ciebie pierwszą nie tylko kobietą, ale w ogóle osobą, z jaką pójdziesz do łózka. I to zostanie już z tobą na całe życie. Na dobre i na złe. Skąd mamy obie wiedzieć, że nie zrobimy ci tym krzywdy? Może choćby jutro spotkasz na swojej drodze chłopaka, który się w tobie nie tylko zauroczy, ale szczerze zakocha? Albo i dziewczynę, skoro sama nie jesteś pewna?
   – A jak nie?
   – A jak tak? – Błyskawicznie odbiłam piłeczkę. – To co wtedy? Odrzucisz to wszystko, co mogą ci dać, dla tego, czego ode mnie nie dostaniesz? Przepraszam, że będę dosłowna, ale jak to sobie właściwie wyobrażasz? Że będziemy się umawiały gdzieś po hotelach na schadzki? Że zostaniemy jakimiś przeklętymi kochankami jak w powieścidełku dla napalonych nastolatek? Wierz albo nie, ale to tak nie działa, Wiktoria.  
   – A jakbym… gdybym poprosiła cię tylko o ten jeden raz? – rzuciła w ewidentnej desperacji. – Jedno spotkanie i już więcej nigdy? Nawet jak do niczego nie dojdzie, to już ani razu tego nie powtórzę! Jak będziesz chciała, to zniknę z twojego życia zupełnie.
   Chciałam odparować, że „a skąd niby mam mieć pewność, że nie zrobisz mnie w kindybała?”, jednak opanowałam się w ostatniej chwili. Mimo mych wszelkich starań, Wika ledwie się trzymała. Rzucała rozbieganym wzrokiem we wszystkie strony, głos jej drżał, bezwiednie drapała się po dłoniach, nawet oddychała coraz szybciej i płyciej. I wcale się temu nie dziwiłam – wystarczyło wyobrazić sobie siebie na jej miejscu. Skonfrontować z emocjami, których nie byłabym w stanie okiełznać. Z uczuciami, których bym nie rozumiała. Z kipiącymi w głowie, sercu i podbrzuszu zakazanymi pragnieniami.  
   Czegokolwiek by nie mówić, smutek Wiktorii, jej desperacja, niepewność, podniecenie – i długo mogłabym wymieniać, co jeszcze – były szczere. Prawdziwe. Bez fałszu, bez choćby próby okłamania kogokolwiek. Tak siebie, jak i mnie.  
   No dobrze, był jeszcze jeden powód. Wybitnie nieobiektywny, samolubny czy wręcz hedonistyczny, niemniej tak samo prawdziwy jak poprzednie. Mianowicie, gdybym kiedykolwiek miała się ponownie zdecydować na przygodę z inną kobietą, to albo z Wiktorią, albo z nikim.  
   Dlaczego? Bo tak. I niech nikt się nie interesuje, bo kociej, psiej, albo i kapibarowej mordy dostanie.
   – Jeden raz, mówisz? Na pewno jeden? – zapytałam na tyle spokojnie, ile byłam w stanie.
   – Tak! – odpowiedziała Wika zdecydowanie.
   – I nieważne, co się stanie, nie będziesz mnie prosiła o drugi?
   – Nie… – potwierdziła, choć już wyraźnie mniej pewnie.
   – W takim razie mam prośbę. – Znów zagrałam na zwłokę. – Daj mi kilka dni, dobrze? Nie chcę dzisiaj ani odmawiać, ani niczego obiecywać. Niczego, rozumiesz? Natomiast bardzo chciałabym już teraz ci pomóc. I mówię całkowicie poważnie.
   – Ale że jak to? – wypaliła, patrząc na mnie coraz wilgotniejszymi oczami.  
   – Tak to, że gdybyś miała jakikolwiek problem, chciała się czegoś poradzić, wygadać albo co tam ci jeszcze przyjdzie do głowy, to się nawet nie zastanawiaj. Pisz, dzwoń, gołębia wysyłaj – zażartowałam, a przynajmniej spróbowałam. – Ile tylko będę w stanie, tyle dla ciebie zrobię. I nie pytaj „dlaczego”, „czy mogę” ani cokolwiek. Obiecałam i słowa dotrzymam, bo naprawdę mi na tym zależy. I na tobie.
   I wtedy stało się, to co stał prędzej czy później musiało, mianowicie Wika zupełnie się rozkleiła. Rozsypała niczym domek z kart na wietrze. Ostatkiem sił próbowała jeszcze doprowadzić się do przynajmniej pozorów równowagi, jednak było to z założenia skazane na porażkę.  
   Chciałabym być bardziej delikatna, lecz nie mogłam. Nie chciałam. Kłamać także. Wiktoria rozryczała się na moich oczach i mimo zużywania chusteczki za chusteczką, ani myślała przestawać. A ja nie miałam bladego, zielonego ani dowolnego koloru tęczy pojęcia, co robić. Poza powstrzymywaniem się od dołączenia do chóru wyjców, bo naprawdę niewiele brakowało, by i mnie nerwy puściły i wylały się kanalikami łzowymi na klawiaturę.
   I wtedy Wiktoria powiedziała jedno słowo. Jakże oczywiste.
   – Dziękuję.  

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!