
Rozdział 8/15
*
Dobrze, że zawczasu sobie nalałam, bo na trzeźwo chyba bym tego nie zdzierżyła. Czy naprawdę wtedy było ze mną tak źle? Czy może tylko forma mi siadła… Tak, forma, chyba do ciasta! Jak nie przypalała, to robiła zakalec, taka udana była! Znaczy ja byłam. I po co to wszystko, po co…
Na powrót zerknęłam do zapisków. Teraz niby miał być powrót do dialogu, a po nim znowu opowieść Fifiego. Co prawda coś mi się tam gryzło fabularnie, ale niespecjalnie miałam zamiar szukać dziury w całym. I tak znalazłam ich aż nadto już na pierwszy rzut ucha.
Aż musiałam sobie dolać. I to porządnie.
*
EPIZOD 3: DANIKA
Niestety, mimo najlepszych chęci, jakoś nie potrafiłem sobie poukładać życia ani w starej pracy, ani z nową partnerką. Tę druga opcję czym prędzej odpuściłem, nie mając na nią najmniejszych chęci, natomiast co do pierwszej, to po prostu rozstałem się z pracodawcą przy pierwszej nadarzającej się okazji. Nie mogę powiedzieć, by wszystko poukładało się idealnie, niemniej jeżeli udało mi się nie zamordować ani żadnej gównowiedzącej oszołomki z HR w czasie rozmów kwalifikacyjnych, ani równie chujasięznającego kierowniczka podczas późniejszego okresu próbnego, miałem nadzieje, że dalej pójdzie już z górki. Niestety, nie poszło i znów musiałem zaczynać całą drogę od zera. W sumie dwukrotnie, aż wreszcie za trzecim trafiłem do firmy, która zamiast dymać pracownika warzywnymi niedzielami czy innymi darmowymi wejściówkami na tarota, stawiała na najprostszą z możliwych filozofię: robisz dla nas wyniki, to zarabiasz. Nie robisz, nie zarabiasz. Proste i logiczne. A skoro i tak miałem czas, chęci i motywację w postaci konieczności niezdechnięcia z głodu, to owe wyniki robiłem. Na tyle dobre, że w niecały rok awansowałem ze zwykłego pomagiera aż na poziom średniego szczebla zarządzającego.
Tyle że niezależnie, jak bardzo bym się nie starał, wciąż byłem świeżakiem i singlem jednocześnie, co skutkowało między innymi ostatnim miejscem na liście do planowania urlopów. I dlatego zamiast dostać sensowne wolne pod koniec wakacji oraz w okolicach świąteczno-sylwestrowych, musiałem zadowolić się bezsensownym terminem pomiędzy. Nie miałem jednak zamiaru zbytnio marudzić, tylko poszukałem sobie jakiegoś ciekawego miejsca na urlop. Możliwie jak najdalej od wielkomiejskiego zgiełku, wiszących nade mną targetów i przede wszystkim pokus w postaci równie samotnych co ja lasek.
Szukałem, szukałem, aż wreszcie znalazłem całkiem ciekawą ofertę w postaci niewielkiego, rodzinnego pensjonatu. Położonego na kompletnym odludziu, śmiesznie taniego i dodatek z całkiem niezłymi ocenami zadowolonych klientów, którzy co prawda tu i ówdzie potrafili ponarzekać na styk rodem z minionej epoki czy warunki mimo wszystko odbiegające od pięciogwiazdkowych spa, za to jak jeden mąż chwalili właścicielkę. A skoro tak, nie pozostawało mi nic innego, jak spakować walizki.
Faktycznie, okolica wyglądała, jakby nawet psy dupami tutaj nie szczekały, niemniej nawigacja uparcie pokazywała adres zgodny z rezerwacją. Wysiadłem więc z auta i rozejrzałem się niepewnie. Owszem, budynek wyglądał identycznie jak na zdjęciach, zgadzał się nawet lekko wyblakły szyld, ale wszędzie było pusto. Pusto i cicho. Właściwie tylko odśnieżona ścieżka i smuga szarawego dumy znad komina świadczyły, że ktoś musi być w środku. I faktycznie – gdy podszedłem bliżej, zza poruszonej firanki wyjrzała ciemnowłosa kobieta, przyjrzała mi się przez moment i pomachała na powitanie.
Z początku nieszczególnie zwróciłem uwagę na gospodynię i najwyraźniej wspomnianą właścicielkę tego całego przybytku, skupiając się głównie na przynajmniej jako takim ogarnięciu się po cokolwiek męczącej podróży. Dopiero po południu, kiedy już nieco zgłodniałem i postanowiłem dopytać, jak właściwie wygląda opisana w ogłoszeniu „kuchnia do pełnej dyspozycji gości”, miałem okazję dłużej się jej przyjrzeć. Nieco niższa ode mnie, z ewidentnie farbowanymi włosami związanymi w nieszczególnie równy koczek, ubrana w wybitnie porozciągany sweter i kwiecistą spódnicę, ukrywające jakiekolwiek zarysy figury. I tyle. Jedynym, co rzuciło mi się w oczy, był jej niezwykły uśmiech – delikatny, rzekłbym: subtelny. Jednocześnie melancholijny, wręcz smutny, ale i pełen nieco staromodnej elegancji, cechującej zadbane kobiety w pewnym…
Tyle że Danika – która od razu zaznaczyła, że mam mówić do niej właśnie w taki sposób, a nie próbować silić się na żadne grzecznościowe „panie Danuty” – jakoś specjalnie wychuchana i wydmuchana nie była. Raczej odwrotnie. Dostrzegałem nadto wyraźne zmarszczki na zniszczonej skórze twarzy, spracowane dłonie czy nieco zbyt mocno pochyloną jak na jej lata sylwetkę. Chociaż akurat dokładnej liczby tychże lat nie miałem zamiaru się dowiadywać, bo byłoby to co najmniej nie na miejscu. Założyłem odgórnie, że miała około pięćdziesiątki i nawet nie próbowałem drążyć dalej.
Inną kwestią był natomiast interes, który prowadziła. Nawet jeśli obecny stan gospodarstwa pozostawiał miejscami całkiem sporo do życzenia, o tyle wydawało mi się mało prawdopodobne, by od zawsze prowadziła go sama. Ba, mogłem przecież trafić na moment, w którym akurat jej męża, brata, dziadka, syna lub jakiegokolwiek innego współpracownika tymczasowo nie było. Bo to, że takie metraże wymagały silnej męskiej ręki, wydawało mi się nadto oczywiste.
I, jak miało się bardzo szybko okazać, faktycznie tylko wydawało.
Resztę dnia spędziłem w zasadzie sam, kręcąc się bez celu po okolicy, potem zjadłem szybką kolację, ogarnąłem się i poszedłem spać. Nie było mi jednak dane leżeć w łóżku do południa, bo bladym świtem obudziło mnie głuche stukanie. O tyle dziwne, że jedynym odgłosem, z którym mi się kojarzyło, było rąbanie drewna. Chcąc nie chcąc wstałem więc, podszedłem do okna i… Tak, to była Danika. Mimo mrozu ubrana tylko w lekką kurteczkę i coś, co kiedyś było czapką, ale teraz przypominało raczej wymięty kłąb brudnej wełny, łupała siekierką polanko za polankiem. A ja tylko stałem i patrzałem. Patrzyłem. No, gapiłem się na tę scenę, nie wiedząc za bardzo, w jaki sposób właściwie miałbym zareagować.
Z jednej strony to był jej interes i jej sprawa, co z nim robiła. Z drugiej sam przecież wychowałem się w domu ogrzewanym starymi piecami i właściwie od momentu, w którym mogłem posługiwać się siekierą bez obawy o obcięcie palców, sam przez parę miesięcy w roku robiłem za drwala po godzinach. I wiedziałem aż za dobrze, ile to wymagało wysiłku nawet dla młodego chłopaka, a co dopiero kobiety w wieku mocno średnim. Nie namyślając się dłużej, wbiłem się w najmniej wyjściowe ciuchy, jakie miałem, porwałem z kuchni dwie herbaty i tyleż samo bułek z dżemem, i poszedłem ku Danice. Tak po prostu. Bez żadnych podtekstów, bez oczekiwania na cokolwiek w zamian, bez drugiego czy piątego dna. Normalnie, z czystej chęci niesienia pomocy.
Owszem, Danika z początku się nieco spłoszyła, a później zaczęła gęsto tłumaczyć, że przecież nie muszę, że mam wolne, że nie powinienem i tak dalej, ale nie dałem się zbyć. Ani wtedy, ani dwie godziny później, kiedy może już ogarnęliśmy cały bieżący składzik drewna opałowego, jednak leżących kawałek dalej wielkich pniaków już nie. Tyle że do nich potrzebna już była co najmniej piła elektryczna – którą niby miała, ale zepsutą. A skoro tak, nie miałem innego wyjścia, jak zdobyć przy okazji sprawność przydomowego elektryka.
Kolejne kilka godzin pełnych pełnej rzucanych kurew walki z kablami, próbnikiem i bezpiecznikami, ale wreszcie także cięcia i rżnięcia później, wróciliśmy wreszcie do domu. Przemarznięci i spoceni jednocześnie, umęczeni, głodni jak stado wilków, ale jakże usatysfakcjonowani. I… szczęśliwi. A przynajmniej ja. Nieszczególnie rozumiałem, dlaczego, ale dawno nie czułem się tak dobrze.
I nie, naprawdę nie oczekiwałem od Daniki niczego w zamian. Skoro jednak zaproponowała mi w podziękowaniu wspólny obiad – czy bardziej obiadokolację, bo po pierwsze, dzień powoli zbliżał się ku końcowi, a po drugie stwierdziła, że potrzebuje czasu na przygotowanie czegoś wyjątkowego – nie miałem zamiaru się boczyć na pokaz i chętnie przyjąłem zaproszenie. Usiadłem, zjadłem, porozmawiałem. Na zaskakująco poważne tematy, jakich nigdy bym się nie spodziewał podczas tak naprawdę pierwszej rozmowy. Mało tego: choć z początku jedynie mi się to zdawało, Danika coraz wyraźniej zaczynała się do mnie zalecać. W końcu przysunęła się tak, że nijak nie potrafiłem skupić wzroku na niczym innym poza odsłaniającym zdecydowanie zbyt wiele jak na jej wiek dekoltem. Mrugającymi zalotnie oczami. Ustami, zbliżającymi się do moich…
Byłem tak zaskoczony – żeby nie powiedzieć, że dogłębnie zszokowany tym, co się właśnie działo – że nie potrafiłem nawet odpowiedzieć. Ani przyjąć propozycji, ani jej odrzucić, nic. Siedziałem tylko i gapiłem się na pochylona ku mnie Danikę, jąkając się bez ładu i składu. Aż wreszcie… uciekłem. Tak po prostu. Zerwałem się z krzesła i dosłownie wybiegłem z kuchni, strącając po drodze pusty już talerz ze stołu. Ale ani brzęk tłuczonego szkła, ani wołanie Daniki nie były mnie już w stanie powstrzymać przed zamknięciem się w pokoju na cztery spusty.
Kładąc się spać, miałem nadzieję, że sen przyniesie mi choć trochę spokoju. Myliłem się. Bardzo. Mimo że właściwie to Danika powinna się tłumaczyć z tego, co zrobiła (czy raczej miała zamiar zrobić), miałem takiego kaca moralnego, jak chyba nigdy wcześniej. Nawet po rozstaniu z Moniką. Co gorsza, nie potrafiłem znaleźć żadnego rozwiązania tej patowej sytuacji. Miałbym, jak gdyby nigdy nic, zejść na dół? Porozmawiać z Daniką? Nic nie mówić? Przeprosić? Oczekiwać przeprosin? Wszystkie te rozwiązania wydawały mi się tak samo złe. Przy czym siedzieć do końca świata sam też nie mogłem, co więc innego mi pozostało?
Chcąc nie chcąc wszedłem do kuchni. Pustej. Nie tylko przez brak samej Daniki, ale także talerzy, kubków czy choćby chlebaka, które poprzedniego poranka zajmowały stół. Tym razem nie było jednak niczego. Nie czekając więc na pozwolenie zagotowałem wodę, przygotowałem kanapki, zjadłem, sprzątnąłem. Ale zamiast wrócić do siebie, postanowiłem rozejrzeć się po gospodarstwie. Co jednak ciekawe, także w obejściu nie znalazłem śladu pani domu, za to zauważyłem świeże ślady opon na śniegu, świadczące jednoznacznie o jej niedawnym wyjeździe. I wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
Owszem, agroturystyka znajdowała się w pewnym oddaleniu od pozostałych budynków, a i one nie tworzyły wspólnie żadnej metropolii, jednak nie musiałem jechać pięćdziesięciu kilometrów do najbliższego sklepu. Wystarczyło pięć. No, może dziesięć, bo lokalny spożywczak nie spełnił mych wygórowanych wymagań. Tak czy inaczej wróciłem w ciągu jakiejś godziny i tym razem już znacznie odważniej ruszyłem na poszukiwania Daniki, która, sądząc po samochodzie na podwórku, musiała już wrócić.
Zauważyłem ją zza półotwartych drzwi, gdy dokładała do kominka. Ubrana całkowicie zwyczajnie, w szeroką spódnicę i chustkę na ramionach, mającą zapewne je dogrzewać, zanim zrobi to rozpalany dopiero co ogień. A skoro tak, i ja postanowiłem się nie stroić jak szczur na otwarcie kanału, tylko założyłem nową koszulę, zabrałem sprawunki z auta i wkroczyłem do salonu. Tym razem tak, by gospodyni od razu mnie zauważyła.
Staliśmy tak oboje, przyglądając się sobie niepewnie. Ona z szczapkami drewna i zapałkami, ja z butelką wina i bukiecikiem. I nijak żadne z nas nie potrafiło – a może nie chciało? – zacząć rozmowy, która przecież i tak musiała się odbyć. A skoro tak, nie było sensu przeciągać i tak nadto krępującego milczenia.
Nie liczyłem po prawdzie, że Danika zaraz będzie się przede mną wywnętrzać, ale jeśli już zaczęła, postanowiłem jej nie przerywać. A miała całkiem sporo do powiedzenia, oj miała. I tym razem nie ograniczyła się tylko do ogólników jak zeszłego wieczoru. Opowiedziała właściwie całą historię swojego byłego już małżeństwa – od poznania partnera, przez szybkie dziecko i jeszcze szybszy ślub, późniejszy plan przebudowania jego typowego wiejskiego gospodarstwa na nowoczesna agroturystykę. Mówiła o postępujących problemach ze zdrowiem, problemach wychowawczych syna, problemach ze spłatą kredytów, problemach… właściwie samych problemach, zakończonych śmiercią męża, wyjazdem dorosłego już syna i samotnością. I zdecydowanie zbyt dużym jak na możliwości jednej kobiety interesem, na którego utrzymanie nie miała środków i sił, a sprzedać nie mogła przez nieuregulowane sprawy własnościowe. Więc żyła tak z dnia na dzień, wyczekując cudu, w którego po prawdzie sama już nie wierzyła.
A jak to się miało do mnie? Tego, co zrobiłem i tego, co ona (już nie do końca) zrobiła? Ano tak, że ja pierwszy od dłuższego czasu okazałem jej nie sztuczne współczucie, nie próbowałem się do niej dobierać jako do wdowy z potencjalnym sporym majątkiem, ani nie traktowałem jako skoro-płacę-to-wymagam-więc-przynieś-zanieś-pozamiataj, tylko po prostu jej pomogłem. Tak zwyczajnie. Bezinteresownie. Bez podtekstów. No i… spodobałem jej się.
Poczułem się chyba nawet bardziej nieswojo, niż poprzedniego dnia. Kompletnie nie miałem pojęcia, co sądzić o tym „spodobałem się”. Owszem, miałem w domu lustro, i nawet przeglądając się w nim bardzo krytycznym okiem nie dostrzegałem jakiegoś wybitnie szpetnego maszkarona, a bardziej całkowicie zwyczajnego młodego mężczyznę, ale… no właśnie: ale. Ale na pewno nie tak atrakcyjnego, żeby miał się zaraz wpadać w oko co poznanym kobietom, które na dodatek składały bardzo jednoznacznie seksualne propozycje. Zresztą moje doświadczenia w tej materii mówiły same za siebie. Tymczasem Danika twierdziła zupełnie co innego. I to na poważnie.
Tylko co z tego? Miałem się zgodzić i od razu pójść z nią na całość? Odmówić pod w zasadzie byle jakim pretekstem? Wybrać jakieś rozwiązanie pośrednie, typu „zobaczymy, co z tego będzie”? A jeśli nie będzie? Lub przeciwnie: będzie tak dobrze, że nie będę chciał tego przerwać? I co wtedy?
I w tym momencie przypomniałem sobie o Monice i jej wiecznym niezadowoleniu ze wszystkiego. O wszystkich dziewczynach, którym mniej lub bardziej zręcznie chciałem okazać moje uczucia, a które w najlepszym przypadku odpowiedziały mi na owe starania pełnym politowania uśmiechem, a najgorszym potraktowały jak ostatniego śmiecia, niewartego nawet ich uwagi. Danika natomiast zachowywała się inaczej. Może i targały nią niezaspokajane od lat namiętności, może także i ona fantazjowała skrycie o usidleniu znacznie młodszego partnera w ten sam sposób, w jaki młodzieniaszki marzą o starszych kobietach, lecz w tym wszystkim wydawała się szczera.
Przenieśliśmy się do kuchni, gdzie niczym stare dobre małżeństwo przygotowaliśmy śniadanie (choć o tej godzinie to już bardziej lunch) dla dwojga. Zjedliśmy, porozmawialiśmy, otworzyliśmy wspomniane wino i nawet nie zauważyliśmy, jak zbliżyliśmy się do siebie. Także fizycznie. Ona wzięła mnie za rękę, ja ją przytuliłem, ona spojrzała na mnie wyczekująco, ja…
Pierwszy pocałunek był… dziwny. Nieśmiały, wręcz wstydliwy, jakbyśmy oboje czuli, że robimy coś niewłaściwego. A jednak nie tylko nie przerwaliśmy, lecz stawaliśmy się z każdą chwilą coraz aktywniejsi. Nasze dłonie zaczęły błądzić po ciałach, oddechy przyspieszyły. Dłuższą chwilę walczyłem sam ze sobą, lecz wreszcie stwierdziłem, że co ma być, to będzie. Tutaj. Teraz. Poprosiłem tylko o dosłownie pięć minut, bym mógł się ogarnąć, na co Danika chętnie przystała i zapowiedziała, że w tym czasie przygotuje sypialnię.
Po prawdzie z pięciu minut zrobiło się ze trzy razy tyle, bo postanowiłem się jeszcze na świeżo ogolić, ale wreszcie zszedłem na dół. Ze ściśniętym żołądkiem, walącym sercem i kompletnym sobiepaństwem w spodniach stanąłem w drzwiach sypialni, zatopionej w ciepłym blasku lampki nocnej. I… tyle. Nie było żadnych nie wiadomo jakich dekoracji, kwiatów, nawet świec. Tylko jedno punktowe światło, zasłane wzorzystą narzutą łóżko i ona. Danika. W gorsecie, pończochach i – o ile dobrze widziałem – koronkowych majtkach. Co prawda komplet wyglądał raczej jak wyjęty z filmu na VHS niż katalogu najnowszej mody, lecz w żaden sposób mi to nie przeszkadzało. Powiedziałbym raczej, że przeciwnie. Powiedziałbym, gdybym był w stanie wydobyć z siebie cokolwiek poza westchnieniem.
Wiedziałem, że pragnę Daniki tak mocno, jak chyba nigdy nie pragnąłem nikogo innego. I to takiej, jaka była.
Choć próbowałem się kontrolować, nie byłem w stanie. Sama perspektywa bycia sam na sam z dojrzałą kobietą, leżącą naprzeciwko z szeroko rozchylonymi nogami, dosłownie mnie oszałamiała. Po chwili wahania położyłem dłoń na jej policzku i spytałem, czy mógłbym zobaczyć ją nago. Całkowicie. Opierała się dłuższą chwilę, lecz w końcu pozwoliła mi zsunąć pończochy. Powolutku rolowałem je w palcach, aż doszedłem do stóp.
***
Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels
Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!
Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!
Wersja robocza materiału.