Wersja robocza materiału.

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 7)

Matka, żona i kochanka, czyli nie tylko miłość bywa ślepa (część 7)Uprzedzam co bardziej napalonych, że w tej części erotyki będzie mniej, lecz jest ona niezbędna do zrozumienia opowieści Fifiego. Ale nie martwcie się - seksy dla seksów (a nawet porno dla porno) już nadchodzą!

***

Rodział 7/15

*

   W tym miejscu aż musiałam zrobić chwilę przerwy. I zastanowić się, co właściwie autorka miała na myśli. Co ja miałam. Tym bardziej że przechodziłam wówczas całkiem konkretne przesilenie – zarówno prywatne, jak i zawodowe, że o pisarskim nie wspomnę – i postanowiłam przelać negatywne w większości emocje na papier. Znaczy ekran. Owszem, nie pierwszy raz, jednak tutaj zdecydowanie zbyt wiele było pretensji do całego świata. Co gorsza, wedle pozostawionych notatek ten fragment był niedokończony i miał docelowo zawierać jakiś dialog, potem opis, później jeszcze zmianę narracji… a może jeszcze frytki do tego? Ostatecznie zrozumiałam tyle, że wstęp kolejnego rozdziału był napisany z perspektywy Izabeli, po czym Fifi miał opowiedzieć swoją historię. Chyba.
   Przeszłam więc w stronę barku, zrobiłam szybkiego drinka o nazwie „bourbon plus szklanka” i tak przygotowana kontynuowałam lekturę.

*

EPIZOD 2: MONIA

Skoro więc ma być szczerze, to będzie. Nie mogę powiedzieć, że zawsze byłem wobec wszystkich miły, grzeczny i kulturalny. Za to bywałem cokolwiek opryskliwy, nieszczególnie potrafiłem się wpasować w towarzystwo, no i przede wszystkim nigdy nie miałem specjalnej śmiałości do kobiet. Co nie znaczy, że nie byłem wobec nich uczciwy, bo byłem. I nawet jeżeli nie potrafiłem tego okazać, to naprawdę szczerze mi na kilku z nich w życiu zależało. I jedną z nich byłaś ty, Izo.  
Niestety, szybko zorientowałem się, że choćbym nie wiadomo, jak się starał, nigdy nie będę miał u ciebie szans. Przez braki w wyglądzie, braki w obyciu, no i przede wszystkim braki w grubości portfela. I możesz temu zaprzeczać lub nie, ale to było z boku widać. I to bardzo. Całe to wasze kółeczko wzajemnej adoracji patrzyło na resztę pospólstwa, czyli między innymi właśnie mnie, z góry. Nie wiem, jak inni, ale ja się czasami na serio zastanawiałem, dlaczego poszliście do zwykłego liceum, i to takiego na bardzo przeciętnym poziomie, a nie jakiejś prywatnej placówki. Ale do rzeczy…
Możesz mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę lubiłem Monikę. Monię, Monisię, czy jak tam wolała, żeby ją nazywać. Tyle że tylko i wyłącznie lubiłem. I nic ponadto. Nigdy nie pomyślałem o niej w kategorii kogoś więcej niż koleżanki z grupy, i to raczej takiej, z którą mogę sobie najwyżej popsioczyć na wyniki ostatniego egzaminu, bo nawet wspólnych zainteresowań typu filmy, muzyka lub książki nie mieliśmy zbyt wiele. Natomiast w pewnym momencie zorientowałem się, że z jej perspektywy wyglądało to nieco inaczej. I z jednej strony było mi najzwyczajniej miło, że ktoś wreszcie okazuje mi jakieś konkretniejsze zainteresowanie, lecz z drugiej zacząłem mieć poważne wątpliwości względem tego, dokąd nas to zaprowadzi.
Tak czy inaczej, kroczek za kroczkiem, nieco niespodziewanie zbliżyliśmy się do siebie. Pierwsze wspólne spacery, trzymania się za ręce, pocałunki na ławeczce w parku… Choć byliśmy już dorośli, momentami zachowywaliśmy się jak dzieciaki z podstawówki czy co najwyżej początku liceum, co to niby wiedzą, czego by chciały, ale nijak nie potrafią się za to zabrać. Aż w końcu doszliśmy do momentu, w którym musieliśmy zdecydować, czy idziemy na całość. Tak w przenośni, jak i zupełnie dosłownie.
Przyznam, że mimo najlepszych chęci miałem poważne wątpliwości, co właściwie powinienem zrobić. Z jednej strony wciąż skrycie marzyłem o kimś lepszym niż Monika, z drugiej jednak… cóż, nie czułem się pewnie jako mężczyzna. Tak po prostu. Obawiałem się własnej reakcji, gdy zobaczę ja całkowicie nagą, podobnie zresztą jak jej odczuć na mój widok. A niedający się ukryć fakt, że dla nas obojga miał to być pierwszy raz, wcale nie ułatwiał sprawy. Owszem, staraliśmy się do tego wcześniej możliwie jak najlepiej przygotować, pieszcząc dłońmi czy ustami, lecz wciąż bardziej przypominało to lizanie cukierka przez papierek. Po ciemku.  

Tak, wstydziłem się. I to bardzo. Co nie znaczyło, że nie starałem się owego wstydu pokonać. Myślałem, że jeżeli Monika jest jeszcze bardziej skrępowana niż ja i nie chce mi się pokazać, to ja zrobię to pierwszy. Więc zrobiłem, celowo zostawiając pewnego razu włączoną lampkę nocną. W przypływie brawury nawet zacząłem się przy niej pobudzać, licząc po cichu na jakąś odpowiedź, ale jedynym czego się doczekałem, było wiele mówiące odwrócenie wzroku.
W końcu jednak stało się, co prędzej czy później stać musiało. U niej w domu, w czasie nieobecności rodziców. I było… nawet nie bardzo wiem, jak miałbym to uczciwie nazwać. Monika była spięta jak chyba nigdy wcześniej, ja z kolei ledwie opanowywałem podniecenie i tak naprawdę nasz pierwszy seks skończył się, zanim porządnie zaczął. Podobnie zresztą jak następny. I jeszcze jeden, i dwa, i pięć. A ja nie miałem pojęcia, co właściwie o tym myśleć.
Nie, nie uważałem się nigdy za pierwszorzędny okaz męskiej urody, wycięty wprost z okładki „Men’s Healtha” niemniej mimo wszystko starałem się trzymać w ryzach i gładkość twarzy, i obwód brzucha, i jeszcze parę innych wyznaczników męskiej atrakcyjności. Przynajmniej we własnym mniemaniu. Tymczasem, jeśli już Monika zaszczycała mnie dłuższym spojrzeniem w czasie wspólnych namiętnych chwil, widziałem w jej oczach najzwyklejsze rozczarowanie. Nie mniej i nie więcej. Ta, jakby sama miała coś więcej do zaoferowania…
Oczywiście każdy ma swoje gusta, ładne nie jest to, co ładne, a co się komu podoba, prawdziwe piękno bywa głęboko ukryte i tak dalej, ale nie. Po prostu, kurwa, no nie. Monika nie była dla mnie atrakcyjna seksualnie. I pół biedy, gdyby chodziło o sam wygląd, bo to była kwestia czysto subiektywna i zapewne komuś innemu znacznie bardziej odpowiadałby płaski biust oraz ledwo zarysowane biodra przy jednocześnie dość wystającym brzuchu, czy wreszcie boleśnie przeciętna, wręcz prostacka w wyrazie twarz. Cała bieda polegała na tym, że właścicielka tychże przyrodzonych przymiotów nawet nie starała się, żeby cokolwiek w sobie zmienić. Praktycznie się nie malowała, za uczesanie wystarczał jej koński ogon z mytych raz w tygodniu włosów, spięty gumką za pisiont groszy, a o odważniejszej bieliźnie nawet nie chciała słyszeć. Co gorsza, nijak nie próbowała nadrabiać tego zaangażowaniem. Żadnym. Zwłaszcza w łóżku.  
Gdy byłem nad nią, zwyczajowo zaczynała od coraz bardziej zniecierpliwionych min, później przechodziła do marudzenia na niewygodny materac, drapiący koc lub inną równie nieistotną pierdołę, a na końcu już nawet nie udawała, że chce tylko, bym wreszcie skończył. Kiedy odwracała się do mnie tyłem, najdalej po dosłownie dwóch minutach zaczynały ją boleć kolana. Na jeźdźca dosiadała mnie od wielkiego dzwonu i to zwykle tylko po to, by momentalnie znaleźć pretekst, by zejść. Tak właściwie jedynym, co jako tako sprawiało jej przyjemność, był seks oralny. Oczywiście w jej stronę, bo w moją udawała, że tematu nie ma, nie było i tym bardziej nigdy nie będzie.  
Niestety, zamiast w odpowiedniej chwili pójść po rozum do głowy i zrozumieć, że skoro już na początku nam się nie układa, to najwidoczniej sama idea naszego związku była z założenia poroniony, wbiłem sobie do głowy, że to musi być moja i tylko moja wina. A skoro tak, uznałem, że muszę się bardziej starać. Być cierpliwym, wyrozumiałym, czułym, delikatnym… Więcej, więcej i jeszcze raz więcej! WINCYJ! We wszystkim! Zamiast wreszcie pójść po rozum do głowy i – mówiąc wprost – rzucić Monikę w pizdu.
Starałem się więc i starałem, tyle że moja doba trwała dokładnie tyle samo, co u wszystkich pozostałych istot zamieszkujących tę planetę. A skoro chcąc nie chcąc musiałem poświęcać osiem, dziesięć czy nawet dwanaście godzin dziennie na pracę, potem kolejną na zakupy czy załatwianie spraw na mieście, jeszcze jedną na przygotowanie śniadania, obiadu i kolacji, a po wszystkim jeszcze potrzebowałem ogarnąć tak prozaiczne rzeczy jak choćby naszykowanie się do następnego dnia w robocie, okazywało się nagle, że permanentnie nie dosypiam. A gdzie w tym wszystkim był czas na zwyczajne przyjemności? Jakieś hobby choćby w postaci objerzenia serialu czy zagraniu w grę? No i wreszcie jakże niezbędnej dla utrzymania zdrowej relacji namiętności między nas dwojgiem?
Fakt, że dzięki wysiłkom nie tylko moim, ale i samej Moniki – bo muszę oddać jej uczciwie, że akurat w kwestiach zawodowych nie zasypywała gruszek w popiele – udało nam się najpierw wyprowadzić do ciasnej, ale przynajmniej pozbawionej czujnego oka rodziców kawalerki, potem przenieść do większego mieszkania, kupić drugie auto, zapełnić szafy, szuflady w kuchni i tak dalej. Tylko co z tego, skoro po każdej chwili radości i tak przychodziło… a tak, rozczarowanie! Dokładnie takie samo, jak we wspomnianym wzroku Moniki. Co z tego, że teoretycznie miałem coraz więcej, skoro w praktyce nic z tego mnie nie cieszyło.  
Często w książkach czy filmach następuje w życiu bohatera bardzo konkretne, zazwyczaj wybitnie dramatyczne wydarzenie, które całkowicie odmienia jego postrzeganie rzeczywistości i sprawia, że staje się nagle innym… e tam, pierdolenie o szopenie! Rzeczywistość jest znacznie bardziej prozaiczna i zazwyczaj zamiast tego jednego „bum” powoli, powolutku się ulewa, aż wreszcie ta jedna malutka kropla przepełnia kielich goryczy. I u mnie było dokładnie tak samo. Po kolei gasł we mnie entuzjazm, wyczerpywały się siły i wreszcie najzwyczajniej straciłem motywację na robienie czegokolwiek dla Moniki. Zresztą dla siebie po prawdzie też. Zdałem sobie sprawę, że każdy kolejny dzień, w którym jesteśmy razem, jest niczym innym jak okłamywaniem nas obojga. I im szybciej to zakończymy, tym lepiej.  
Tyle że był pewien problem. Nie tyle w pieniądzach – choć faktycznie wciąż byliśmy od siebie zależni finansowo i także tę kwestię musielibyśmy wcześniej omówić – ani nawet nie we mnie czy samej Monice, bo ona także straciła wszelką ochotę na dalsze podtrzymywanie naszej relacji (jakby kiedykolwiek ją miała), ale w presji otoczenia. Jej rodziców i moich. Zwłaszcza moich, którzy zdawali się nie dostrzegać na świecie żadnej potencjalnej chętnej do bycia ze mną poza Moniką. I gdy tylko dowiedzieli się o tym, że nasza relacja zaczyna się sypać, zaangażowali się w jej ratowanie. W sposób wyjęty rodem z najbardziej stereotypowych historii o mamusiach, co to wiedzą najlepiej, co jest dobre dla ich synków. Skutek tego był taki, że z jednej strony męczyła mnie wiecznie nadąsana Monika, z drugiej przyszli teściowie, a z trzeciej rodziciele dawali mi ciągłe złote rady z dupy wyjęte.

Zdawałem sobie sprawę, że nie było to specjalnie oryginalne – ani tym bardziej mądre, patrząc po doświadczeniach zawodowych tak moich, jak i znajomych – ale postanowiłem poświęcić się tak naprawdę jedynemu, co mi tak jeszcze pozostało, czyli pracy. Nie dlatego, że ją nie wiadomo, jak lubiłem, ani że wierzyłem w to potłuczone pieprzenie, że „szef doceni”. Chuja tam! Nawet nie próbował udawać. Natomiast miałem nadmiar czasu i po prostu musiałem go jakoś spożytkować, przy okazji próbując zdusić w sobie narastające wycie. I w przenośni, i dosłownie. Bywały dni, w których naprawdę ostatkiem sił powstrzymywałem się od wypłakania z siebie wszystkiego. I szczerze nie miałem pojęcia, dlaczego właściwie nigdy tego nie zrobiłem.
I wegetowałem tak miesiąc, pół roku, wreszcie rok, łapiąc po drodze każdą możliwą i niemożliwą fuchę, byle tylko zająć czymś ręce. Oraz oczywiście głowę. I podejrzewam, że trwałoby to latami, gdyby nie jedno wydarzenie. Bardzo mało oryginalne zresztą, bo polegające na wcześniejszym powrocie z niedzielnych nadgodzin. Zazwyczaj dawałem wtedy Monice znać, że zdążę na przykład na obiad, a nie dopiero kolację, jednak tym razem postanowiłem zrobić jej niespodziankę. Wszedłem jeszcze tylko po drodze do niedalekiej cukierenki i ponad cztery godziny przed zaplanowanym czasem wszedłem do mieszkania pełen nadziei na miłe popołudnie.  
Bardzo ulotnych nadziei, jak szybko miało się okazać. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem męskie buty i kurtkę w przedpokoju. Zdziwiło mnie to, nie powiem, jednak pomyślałem, że po prostu Monika pewnie zaprosiła jakiegoś znajomego, żeby nie siedzieć sama. I właściwie miałem rację – zaprosiła. Tyle że nie aby siedzieć, a raczej leżeć sama. W łóżku. Pod nim.  

Poczułem się jak w wybitnie tandetnie napisanej scenie rodem z jeszcze gorszego romansidła początkujących ałtoreczek. Bo po co wymyślać choć trochę mniej konwencjonalny powód rozstania bohaterów, skoro można po raz milionowy ograć ten sam motyw pod tytułem „on nakrywa ją z innym / ona nakrywa jego z inną / ono nakrywa onego z onym…” Dobra, wystarczy tych kpin! Zwłaszcza że wtedy zdecydowanie nie było mi do śmiechu nie tylko przez sam fakt, że okazująca mi co najwyżej niechęć Monika seksiła się z naszym wspólnym znajomym. Konkretnie moim kumplem z pracy.  
Oczywiście, gdy tylko się ujawniłem, zaczęła się panika, krzyki, kłamstwa, że „to nie tak, jak myślisz”, później odwracanie kota ogonem i zwalanie winy na mnie i moją ciągłą nieobecność, w końcu wzajemne oskarżenia… Tak czy inaczej, wiedziałem już wtedy, że muszę odejść. Jak najszybciej. Co zresztą zrobiłem dosłownie trzy dni później, gdy tylko udało mi się zaklepać tymczasowy pokój u drugiego kolegi z roboty. Tym razem takiego, który trzymał kutasa na uwięzi.
I… to wszystko. Potem jeszcze parokrotnie widziałem się z Moniką – choćby po to, by zabrać swoje ubrania i przynajmniej spróbować porozliczać się z nią z tych wszystkich rzeczy, które wspólnie kupowaliśmy do mieszkania – ale nawet nie próbowałem dojść z nią do porozumienia. Niby miałem wyrzuty sumienia, że może faktycznie przeze mnie to wszystko się stało (nie wspominając o jojczących za uchem rodzicach), ale nie miałem już siły dłużej tego ciągnąć.  
Mało tego: gdy tylko ogarnąłem sobie już nie pokój na waleta, a normalną kawalerkę, przy pierwszej nadarzającej się okazji poszedłem do szefa. I powiedziałem na bezczelnego, że jego pracownik przeleciał mi narzeczoną, gdy byłem na wyjeździe służbowym. Kiedy harowałem w pocie czoła dla dobra firmy, by pan prezes czym prędzej kupił sobie kolejnego mercedesa, Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej, to jakaś zdradziecka menda przyprawiała mi rogi! Nie musiałem nawet wchodzić w bardziej intymne szczegóły – wystarczył sam fakt, że coś takiego się stało, by dosłownie tydzień później wspomniany były już były kolega musiał szukać sobie nowej posady. Za to ja już na pierwszą sugestię, że przydałby mi się jakiś urlop na podreperowanie nerwów, zostałem momentalnie odesłany do Anetki z kadr. Z błogosławieństwem i życzeniami, bym wypoczywał, ile wlezie, a jak wrócę, to może nawet lepsze stanowisko się dla mnie znajdzie.  

***

Tekst: (c) Agnessa Novvak
Ilustracja: Pexels

Opowiadanie zostało opublikowane premierowo na Pokątnych 1-4.01.2026. Dziękuję za poszanowanie praw autorskich!

Droga Czytelniczko / Szanowny Czytelniku - spodobał Ci się powyższy tekst? Kliknij łapkę w górę, skomentuj, odwiedź moją stronę autorską na Facebooku (niestety nie mogę wkleić linka niemniej łatwo mnie znaleźć)! Z góry dziękuję!